Radujmy się nadzieją!

0 comments
No i Sajeta 2006 poza nami... więc "radujmy się nadzieją" (to przepiękny tytuł tekstu z mojej ulubionej, lokalnej gazety codziennej, prawdziwej skarbnicy inspiracji nad którą "pochylam się z troską"od czasu do czasu!) na nową edycję Sajety w roku 2007. Ania już dała piękny opis naszej podróży na swoim blogu i mogę skupić się na muzyce.
Na Sajecie spotykają się jastrzębie i wróbelaski na jednej scenie, to jest dobra koncepcja ale - jak to bywa - o wróbelasy dużo łatwiej. Po Terrastocku 6 w USA przestałem słuchać muzyki i większość płyt jakie mamy z tamtej wyprawy leży spokojnie w nienaruszonym celofanie... Przed Sajetą "wróciło mi czucie" i miałem ochotę na posłuchanie muzyki "na żywo". Pierwszy zwiastun udanego słuchania to był Mikrokolektyw. Chłopaki zagrali bardzo konkretną, mocno osadzoną w ekstatycznym rytmie i pełną interesujących smaczków produkowanych przez legendarne maszyny Mooga, muzykę. Muzyka albo jest albo jej nie ma. Podczas koncertu Mikrokolektywu muzyka była! I już myślałem, że na tym się skończy moja frajda słuchacza gdy wiedziony przeczuciem (wzmocnionym dwoma płytami jakie mamy w domu, nie dajcie się nabrać na same przeczucia...) zasiadłem do wysłuchania perkusisty Zlatko Kaućić' a i jego kolegi : saksofonisty Trevora Watts'a. To było fantastyczne! Solo na perkusji naogół jest nawałnicą szybkich i głośnych szaleństw w typie : sypanie kartofli lub zamęczymy blaszki bośmy jazzmaniaszki... Nic z tych rzeczy! Piękna, pełna pasji i olbrzymiej wyobraźni muzyka na zestaw perkusyjny! Tak granej perkusji jeszcze nie słyszałem (wiem, wiem, w piwnicach Kazimierza nie takie rzeczy... ja i mój szwagier to nie takie sola.... tylko gdzie to jest nagrane? A może jednak to zbyt dużo piwa i paru innych drobiazgów?). Po solowej części Kaucic zajął się zestawem drobnych instrumentów perkusyjnych i zabawek ( myślałem, że tylko ja puszczam bąka podczas koncertu... cyfrowe dzieci informuję, że chodzi o bąka - zabawkę, sorry) i do sceny podeszła kobieta z wyraźnym zamiarem czytania poezji (najpewniej własnej). Już miałem w szale i przerażeniu uciekać z klubu systemem wentylacyjnym, gdy zobaczyłem kilka prostych fotek wyświetlonych z rzutnika video (coś jakby foty ze spaceru z bliską osobą) i masa pięknych dźwięków spadła na mnie znowu. Nawet widmo poezji, która wyraźnie miała zamiar się ujawnić i była nieuchronna jak solówka na gitarze elektrycznej, nie zepsuła mi tego popisu. A była to poezja, która pojawiła się jak to poezja (dobra) jakby mimochodem i na tyle, że : w sam raz! A potem na scenę wszedł drobny gość z siwym włosem i zagrał solo na saksofonie... Grał na sto sposobów ( na oddechu kołowym też i to sporo) i widać było po paru zabiegach technicznych, że słyszał coś poza tuzami w postaci Ptaszyna... W tym saksofonie była taka elegancja i tak wiele ethnocore'a (ale pewnie dlatego na fonogram roku by się w Warszawie nie załapał), że mnie zatkało. I tak ogłuszony zwisałem już z krzesła i błagałem o litość gdy do Wattsa dołączył Kaucic i zaczęli dopiero wspólny koncert... Nie ma miejsca na blogu aby opisać to co Ci Dwaj Panowie robili! Nasi jazzmani i jassdobani powinni dziękować takim muzykom bo przywracają wiarę w sztukę i prostotę. Po takim koncercie, na widok perkusji lub saksofonu nie będziemy stali przed wyborem: umrzeć w męczarniach na sali koncertowej albo zmieścić się w instalacji elektrycznej lub okienku w ubikacji. I nie napiszę Wam kim jest Watts i co robi (i z kim) Kaucic, przecież Internet jest wielki i wszystko może.
I jeszcze odpowiedź na setki zaptyań o fotografię ze świnkami z poprzedniego blogu : to wystawa sklepu mięsnego z Biecza. Pewnie ze względu na ten śmiały projekt Biecz otrzymał jakieś wyróżnienie za atrakcyjność turystyczną (no bo z pewnością nie za dobrą kawę lub jedzenie).
Ale wracając do koncertu na Sajecie, tak sobie marzę: może kiedyś w Polsce, zamiast koncertu prawie Pink Floyd, posłuchamy czegoś podobnego? Radujmy się nadzieją!

Tolminski kolektyw

0 comments
Siedzimy z Mikro Kolektywem na kawie, jak to Obiboki... Leje i jest cudowna nuda, ktorej tak mi brakowalo od wielu miesiecy. Wczoraj Francuzi dali wieczorem bardzo artystyczny montaz slowno muzyczny, laptop i zatroskane miny wielkich kreatorow sprawily, ze wyspalismy sie naprawde dlugo, dzieki sceno laptopowa!
Gory nad Tolminem jak zawsze przepiekne i o kazdej porze inne, wlasciwie nie robie fotek, bo co sie juz skladam do strzalu to przypominam sobie, ze Bogdan juz to zrobil...
TYLE NA DZISIAJ
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội