Wspólnota Ukrzyżowanej Miłości

0 comments

No cóż, od kilku lat była i wciąż jest tzw. (z naciskiem na tzw.) dobra muzyka, ale rodzi się coś więcej, coś co będzie bardzo dobrą muzyką już za moment. Pewnie ten ruch bardzo dobrych muzyków wspierać będzie bardzo wielki minister od wszechdobra dla prawdziwych Polaków. Bo po armii dobra, która wdarła się przebojem do przedpołudniowych programów dla dobrych dzieci, nastąpić już może tylko coś naprawdę mocnego. No i oto w Krakowie wyczytałem na plakacie, że narodził się zespół wszechbardzodobra - Wspólnota Ukrzyżowanej Miłości. To budzi wiele skojarzeń i ekscytujących fantasmagorii, oj, oj, bo się zagalopuję, a "wielki człowiek przypominający konia" czuwa! Najlepiej sprzedaje się w Polsce ideologia, więc WUM ma głowy na karku. Pewnie mnie zaskarżą za obrazę uczuć religijnych? Szkoda, że nie można skarżyć za obrazę estetyki lub rozumu. Kilka osób z rządu nigdy by się nie wybroniło!
Wracając do zespołu (chyba muzycznego) to myślę, że to będzie hicior, a jak WUM brzmi po angielsku! Gdyby jeszcze wprowadzić kilka tzw. parateatralnych numerów ... miodzio!!!
Jak się dowiedziałem z tiwi, nasz Pan Prezydent dostał sraczki i nie pojechał na spotkanie z tymi, którzy jeszcze dotąd byli gotowi się z Nim spotkać (bo jak może wiecie, Brytyjczycy już zrezygnowali z uroku takich spotkań) i tym samym wystawił nas wszystkich do wiatru. Myślę, że chodzi o coś innego i głębszego, o coś co nie wszyscy łapią ale jest wyraźnie widoczne.
Chodzi mianowicie o warszawską perspektywę patrzenia na Polskę. My tu w dawnej Galicji nie bardzo się zgadzamy aby za Polskę uważać dawny zabór rosyjski i wciskać nam carskie nawyki i rosyjskie obyczaje. Zdecydowanie nie jesteśmy z Księstwa Warszawskiego, w każdym rozumieniu tego słowa. Nie odpowiada mi zauważanie wyłącznie Białorusi i Ukrainy, życzę sobie bardzo dobrych kontaktów ze Słowacją, Czechami, Austrią i Bałkanami. Chciałbym też, na skromny ale dobry początek aby prognoza pogody z Warszawy dla Polski uwzględniała tereny leżące na południe od Krakowa. Chociaż właściwie zaczyna mi to zwisać, oglądam prognozę pogody z Bratysławy.
Wcześniej czy później- przy takich przywódcach- sami się zaczniemy spotykac z kim mamy przyjemność i tak się to skończy lub zacznie. A ta sraczka to pewnie z budyniu co go z bratem nam narobili i obawiam się, że może być chroniczna.
No i ostatnia inspiracja... Raz jakoś udało mi się przetrzymać, drugi raz już było naprawdę źle ale po trzecim wysłuchaniu zwierzeń córki wielkiego naszego aktora, Marysi Peszek doszedłem do wniosku, że albo albo.... Najbardziej mnie uradował fragment, w którym Wielka Artystka wyznała, że do szołbiznesu przyszła z offu. Chodzi chyba o to, że jak ktoś nie jest z Zyrardowa, Małkinii lub Tłuszcza (czyli z Warszawy) to jest z offu, a po drugie : Pani Kochana, z jakiego offu?
No jasne, nazwisko nic nikomu nie mówiło i sam artyzm sprawił, że tivi bralo, radio bralo, szołbiznes brał i nawet teatr łaźnia nowa wzieła - bo to sztuka jak piec hutniczy, wielka i pasuje.
I to bym jeszcze jakoś w osłupieniu przemilczał szczypiąc się w dupę ale jak się dowiedziałem, że ta Artystka z offu bezkompromisowo postawiła na rzeczy trudne i eksperymentalne wręcz, a tu masz : sukces komercyjny bum, to mi budyń zaczął się pienić na ustach. No bo gdzie trafia bezkompromisowa i eksperymentująca Artystka z offu ze swą nowatorską wizją, no gdzie? Do Pana Waglewskiego oczywiście. To gwarancja nonkomformistycznych obszarów... Nie dość, że zawraca głowę, która obarczona jest dwoma młodymi, eksperymentatorami z offu, to jeszcze powiela schemat zgrany już do bólu. Dobrze, że już nie ma programu Bezludna Wyspa, bo pewnie tam by dopiero była rozmowa o offie ( a cóż to, czy tych dwóch rumianych i pucatych góralicków odeszło razem z Panią Dyrektor? - bo jakoś tak zniknęli).
Uwielbiam pana Miecugowa ale w rozmowie z Artystką robił wielkie oczy (wielkie oczy oznaczają głęboką mądrość i zrozumienie) i potakiwał z podziwem. No, wiem, jest od nas - z Krakowa, ale tym bardziej powinien wiedzieć, że off to nie Piwnica (już kilkadziesiąt lat) i widmo Przybyszewskiego w pelerynie pomykające Plantami...
A z takiego to offu przybyła nasza nowa wielka Gwiazda. Teraz na Juwenaliach w Krakowie będzie Kult i koncert MP. Bo w tym roku, chyba wyjątkowo i symptomatycznie... Żaczek nie zaprosił Manaamu, albo może ja coś przegapiłem eksperymentując na offie w Zatoce. Jak zwykle, bez rozgłosu o co dbają nasi konformistyczni młodzi buntownicy prasy.
A Gdyby Pan Miecugow chciał poznać naprawdę Inny Punkt Widzenia... i nie bał się, to służę.

Przetrwalismy didżejów to przetrwamy i trejserów

0 comments

Dziwnie dużo miejsca nasza tiwi poświęca ostatnio facetom, którzy biegają po gzymsach i przeskakują przez zapory z napisem - przejścia nie ma... Materiał w tiwi jest mało wiarygodny, a w tle pojawia się poważny głos i baja : to więcej niż sport, to styl życia... Ciekawi mnie o co chodzi - buty, nowy styl spodni z lampasami z przodu czy tylko koledzy synka pani redaktor?
No ale to pryszcz, przypominam sobie jak dj mieli zastąpić muzykę na żywo i nawet na Kazimierzu się im to nie udało! Ale bluzy i czapeczki poszły jak woda. Więc może jednak sukces kogoś to był ?
19-stego czerwca Ania obroniła pracę doktorską i teraz z kotem musimy od rana uważać aby się nie pomylić : pani doktor to, pani doktor tamto.... Także 19-stego moja córka Natasza obroniła już drugą pracę magisterską i zastanawiam się jak się mówi poprawnie do takiej osoby : megimegi czy maggister? Natasza nie czekała na krajowych łowców głów, którzy by Jej zaproponowali 623 zł za te dwa dyplomy, ze trzy opanowane języki, wrodzony ale też i nabyty talent organizatorski i wieczorem 20-stego zasypiała już w Szkocji.
23-go z tytułem doktorskim i Tomkiem R. na basie zagraliśmy na dachu klubu Plama w Gdańsku (Noc Świętojańska). Było przyzwoicie i jakoś tak miło, mam nadzieje, że i słuchającym... 1 lipca zagraliśmy w ramach Starosądeckiego Festiwalu Muzyki Dawnej i pobiliśmy rekord "starości" muzyki na tym festiwalu, prezentując nagrania mofety, która uwalnia dwutlenek węgla mający z 50 mln lat... Ciekawe czy ktoś nas pobije? Musiałby chyba podać na tacy brzmienie "wielkiego bang". Ale to chyba by się nie liczyło, bo po "wielkim bang" koniec z festiwalami, wszystkimi festiwalami i na długo. Pomiędzy tymi datami pracowałem w studiu nad dwoma płytami - jedna jest skończona i lada moment się ujawni we Fladze Świata, druga będzie gotowa za jakieś dwa tygodnie. Piszę to nie dla reklamy ale aby się trochę usprawiedliwić i przeprosić za przerwę w nadawaniu. Jako ilustrację daję szyldzik ze Szczawnicy, który na moją prośbę uwiecznił Bogdan Kiwak. Są atrakcje w tej Szczawnicy! Za kilka dni warsztat w Krynicy dla sypatyków, teoretyków i praktyków ekologii. Ja byłem przekonany, że to już nie działa ale podobno ludzie się garną do ekologii. Jakoś pozostaję jednak nieufny i napiszę jak było.
Ale na dzisiaj apel - nie dajcie się trejserom i ich mocodawcom!

Budyniowo

0 comments

Uslyszalem, że nasz wicePremier nie ma matury, a jego partyjna koleżanka jest zdania, ze szkoda takiej żywej inteligencji (jaką On niewątpliwie posiada, przynajmniej na tle swojej partii) na przygotowania do matury... Na 50 wiodących uniwersytetów na świecie, 37 jest w USA... a nasz number one czyli UJ plasuje sie w tym rankingu w trzeciej setce...
Czy to ma jakiś związek?
Dla przetrwania w tym budyniowie podrzucam sobie i Wam fotke z Bratysławy. Sina, Dano, Ania i ja z uwagą przeglądamy pierwszy numer muzycznego magazynu, który w całości jest wypełniony informacjami, wywiadami i recenzjami sceny niezależnej na Słowacji. Dlhe Diely oczywiście mają tam spory materiał.
Ta fota z żółwiem przy ostatnim pisaniu Karpaty Karpaty to ja i Budda, żółw mieszkający na Manhattanie. Fotę wykonał Tomek Bereziński w maju tego roku w Nowym Jorku... dzięki ! Żółw pochodzi gdzieś z rejonu Galapagos ale chyba całkiem dobrze mu w Ameryce.
Zmontowaliśmy już nagrania na nową płytę Karpat. Powstały w dwóch studiach radiowych podczas naszej trasy w USA i mają charakter koncertowy. To będzie coś ekstra dla tych, którzy polubili naszą ostatnią studyjną Sonic Suicide wydaną przez Vivo.
Kończę, bo szpinak się już "robi" i nie chcę przegapić. Szpinak to dobre antidotum na budyń, zapewniam Was.
Fotkę z Dlhymi Dielami powiesiłem bo wczoraj Ania piła kawkę z Nimi w ... Krakowie.
Tak to już jest... i oby tak zostało.

Karpaty Karpaty

0 comments

No i siedzę w tym miasteczku dziwacznym i chorym.... ratuje się małą statystyką : 16 koncertów zagranych do końca maja to już jest oki ale cieszy proporcja : 12 to USA, Niemcy i Słowacja... a 4 to Wrocław (2x), Tychy i Poznań.
Właśnie wróciliśmy z małej trasy do Bratysławy i Wrocławia. W stolicy Słowacji zagraliśmy koncert na scenie A4 w ramach imprezy zorganizowanej przez pismo Vlna. W najnowszym numerze tego magazynu o sztuce (nr 25) jest duży wywiad z Ania na temat Projektu Karpaty Magiczne zatytułowany - citime sa ako nomadi - z kilkoma, świetnie zreprodukowanymi fotami Bogdana Kiwaka. Jest też recenzja naszej płyty Sonic Suicide o jakiej tylko śnić... a do tego płyta CD pt. Zvukova Vlna, na której jest m.innymi nasza muzyka.
Ten numer pisma to edycja Vysehradska i są też nasi krajanie, szczególnie cieszymy się z sąsiedztwa z materiałem dotyczącym Pawła Althamera. No i jak nie lubić Słowacji, u -nas ??? - będzie to możliwe dopiero pośmiertnie. Wyjątkowo może się przytrafić po otrzymaniu Nobla lub Oscara... ale i tak podziękujemy wtedy - w słowenczinie....
Była jeszcze miła kawa na... Dunaju. Jak zwykle na kawiarnianej łodzi, przcumowanej na wysokości naszego ulubionego hotelu Danube, spotkaliśmy się z Siną i Dankiem (Dlhe Diely), Bogdan fotografował zawzięcie, więc coś tu dokleimy za kilka dni.
Rano, po nastepnej kawie, tym razem w Instytucie Polskim, który wspierał festiwal i nasz pobyt na Słowacji, przemknęliśmy przez Czechy do Wrocławia.
Na festiwalu Energia Dźwięku działo się wiele i my pracowaliśmy też dość sporo. Dwa warsztaty dziennie i w trzecim dniu dodatkowo koncert. Gadanie z Wojckiem Czernem o mizerocie naszej sceny niezależnej, bardzo miłe gadanie z perkusistą i załogą odnowionego Robotobiboka, gadanie z...... jak to przy takich okazjach. Maciek i Arek uwijali się jak frygi i z rozkoszą kaprysiliśmy troszkę, jak to artyści.
Myśleliśmy, że to tylko w Krakowie sobie dworują z Warszafki ale na Rynku we Wrocławiu zastaliśmy wystawę pt. 160 lat bezpośredniej linii kolejowej Wrocław - Berlin.... super! To może kiedyś i do Warszawy będzie miał Wrocław połączenie kolejowe bez przesiadek...
W poniedziałek rano wskoczyliśmy do busa i około południa (po desancie Ani na UJ) dojechaliśmy w widły Dunajca i Kamienicy Nawojowskiej, do miejsca gdzie stawiają największą palmę, gdzie sanktuarium religijne urządzono na Rynku, który od ponad 700-lat był miejscem wolnym od ideologii i przyjaznym dla różnych ludzi... I tu przyszło mi do głowy, że najczęściej budyń ma kolor brunatny, czy to nie znamienne?

After party...

0 comments

Trasa w USA zakończona i jesteśmy już w Karpatach... Troche trudno się przestawić na bardzo już zatęchły budyń rozlewający się od Warszawy. Dobrze, że Bałtyk i Karpaty są jakąś zaporą, przynajmniej na jakiś czas!
Relacje z Terrastock 6 i Mt. Shasta Tour jakie wiszą poniżej niech zostaną takie jakie są : troche poszarpane, bez interpunkcji i polskich znaków, czasem o zachwycie, a czasem o trudnych porównaniach. Słucham WFMU z NJ i jest mi tak bliskie : wiem, kto prowadzi audycję, gdzie można wypić kawę w przerwie nagrań i to, że właśnie kończą remont ulicy nieopodal wejścia. Kartkuję książkę-album Johna Suitera pt. Poets on the Peaks o obecności Gary Snydera, Philipa Whalena i Jacka Kerouaca w Górach Kaskadowych.
Przypominam sobie piękne, białe od śniegu góry na północy Kaliforni i w Oregonie. Szczególnie Mt. Shasta utkwiła mi w pamięci i to zdziwienie Larrego : jak to, skąd wiecie o Mt. Shasta? Ludzie, gdzieś z dalekich europejskich krain wpisali sobie : Mt. Shasta Tour. Skąd wiemy? Tu właśnie jest to o co chodzi! Ale wiecie : kto jest ten kto pyta, a kto słucha itd. itd. Odpowiedź brzmi : Mt. Shasta jest biała, a Dunajec przebija się przez Pieniny...
Mam piękną wizję muzyki z naszej trasy i może uda się to ujawnić jeszcze w tym roku?
Za tydzień gramy w Bratysławie na festiwalu Vlny (Fala - artystyczne pismo czytane na Słowacji i w Czechach)i we Wrocławiu na festiwalu Energia Dźwięku. Do poduszki czytam "Sny i śnienia" Natalii LL (drugą już książkę pokazującą niezwykłą pracę tej Artystki, bliższą nam także przez osobę Bogdana Kiwaka, który studiował fotografię u LL). Siłą opanowuję się aby nie plasnąć mocniej w ten monstrualny budyń ale jeszcze nie teraz, niech podejdzie jeszcze bliżej, niech objawi cały swój bezsens i kuriozalny prowincjonalizm. Z budyniem się nie walczy - po budyniu się ślizga. Wykorzystaj budyń do własnych celów, użyj budyniu jak faszystowskich plakatów, którym można dokleić drobiazg i zmienić ich przesłanie. Niech budyń popracuje trochę na nasze konto! No więc pobawmy się trochę...

ToNic Blues

0 comments

Po koncercie w klubie Tonic ze dwa razy wpisywalem (okolo drugiej w nocy) cos niecos na bloga ale wszystko diabli wzieli... Moze to i lepiej, bo pewnie bym obrazil wiele osob. Tak wiec ostatni koncert trasy Mt. Shasta odbyl sie i wybrzmial. Bylo sporo ludzi, a gralismy w towarzystwie grup : Effi Briest i Telepathe. Effi to kilka dziewczyn grajacych na wszystkim, Telepathe to miejscowa slawa i tez graja na wszystkim (jak wszyscy tutaj). Gralismy na pozycji drugiej i poszlo (dla nas) dosc mocno. Dla oceniaczy garsc informacji : biletow sprzedano 123 sztuki, do tego zespoly wpisaly ze 20 osob i byli (jak zawsze) jeszcze znajomi Krolika! Nie wierzcie jak Wam ktos powie, ze na ..... (tu wpisz znana Ci kapele o niebo lepiej grajaca od Karpat) bylo 300 osob, bo do Tonic'u tyle sie nie zmiesci.
Okolo polnocy wracalismy przez most zerkajac na Manhattan i spotykajac znajomych muzykow... jak na Kazimierzu. Oczywiscie na Kazimierzu kiedys, bo teraz juz tam pewnie nie zagramy. Musielibysmy wyslac nasze plyty do oceny i kwalifikacji (ewentualnej), a plyt juz nie mamy bo poszly w Tonic'u. Ale ToNic, jakos damy rade. Jeszcze przed koncertem i dzis rano tez pijamy kawe i zajadamy sie bajglami w fajnym miejscu. Widac z niego sporo i wystarczy wlasciwie ustawic kamere na - on - aby nakrecic nowe ujecia do kawy i papierosow 3...a czasem do Matrix Zielonypunkt!
Ale zycie muzyczne tu tetni, VooVoo z kazdej knajpki na nas lypie, najwiecej plakatow na drzwiach przybytku o nazwie PYZA - european cusine... Kayah jest tu wydarzeniem roku 2006 (jeszcze wprawdzie nie przyjechala ale tak przeczytalismy na wielkim plakacie kolo szyldu Ziola do Polski...)a slyszelismy i o innych ambasadorach kultury, ktorzy nadciagaja. No ale coz - kazdy orze jak moze. Przy kolejnym bajglu przyszedl esm od Nataszy z wyrzutem - na blog sie pisze a do dziecka nie! A co to dziecko, ktos to czyta jeszcze, poza Toba i ekipa (pozdrawiam Stinkiego i reszte ekipy, yo!). No i teraz jest mi glupio, bo wlasnie czytalem maila od Rafala z Hati .... i Oni tez to czytaja! Dzieki, ludzie!
W NY jest bardzo ciekawie i np. dzisiaj mielismy takie zajecia : odwiedzilismy najwieksza ksiegarnie na swiecie (18 mil ksiazek lezacych obok siebie!) i ze dwie mniejsze (troche). Zrobilismy to (a bylo naprawde trudno) bo pewnie juz ksiegarnie powoli zamykaja? Zawsze cos sie ostanie i jak obrzyn w goralskiej chacie, tak i u nas musi ksiazka byc! Nawet jak czytanie bedzie scigane prawem. Potem nakarmilismy zolwia z Galapagos, ktorego musielismy podnosic we dwoch! Zolw nie w ZOO ale w prywatnym mieszkaniu kogos, kto zajmuje sie rybami kopalnymi. Dobra, juz dalej nie bede opisywal tego dnia. Dalej spimy na tybetanskich kobiercach. Dzisiaj tez (a jednak) znowu bylismy w Tonic, ale ToNic, ToNic...
Na jutro i pojutrze mamy tez ostry plan, np. spotkanie z wdowa po muzyku (i zalozycielu) grupy Oregon. Ale kto wie co to Oregon?
Generalnie cisna sie podsumowania : lecielismy dotad 6 razy (1 LOT plus 5 South West)tak wiec razem z powrotem bedzie 7 lotow... nagralismy w 3 rozglosniach freeform radiowych 3 sesje plus jedna w bunkrze, zarejestrowalismy sporo dzwiekow otoczenia pomiedzy Davis a Seattle, w tym gamelan w siedzibie Sun City Girls. Zrobilismy ze setke fotek i 5 godzin video, zagralismy razem festiwalem Terrastock 6 10 koncertow i jak dotad zebralismy ze setke unikatowych plyt. To tak na dzis wieczor, analizy poglebione beda pozniej. Sporo sie tu tez gra w metrze i mysle, ze ten zwyczaj rozladowal by spory scisk w krajowych klubach muzycznych...
Jestesmy zmeczeni maksymalnie i na dobra sprawe powinnismy ale bylo (i jest jeszcze) bardzo, bardzo interesujaco, bardzo, bardzo inspirujaco, bardzo, bardzo dobrze rokujaco na przyszlosc...
i tym budujacym akcentem koncze blogowanie z Ameryki - bez odbioru!

Mt. Shasta

0 comments

Po koncercie w Santa Cruz i San Francisco zagralismy jeszcze w Davis ... trzy razy!
Byly to kolejno : koncert w schronie przeciw bombowym (!), koncert w klubie i koncert akustyczno-elektryczny w radiu KDVS (freeform radio). Ten ostatni eksperyment soniczny (gralismy na dlugim korytarzu, ktory slynie z efektow akustycznych i pomieszalismy troche akustyczne brzmienia z elektronika) przeprowadzilismy z Amy (Living Breathing Music). Happening w bunkrze i w radiu zostal zarejestrowany na niezlym sprzecie. Po tych (i innych doswiadczeniach) powrocilismy na chwile do Sacramento i tam spotkalismy sie z Larrym... No coz, tu zaczela sie nasza prawdziwa Mt. Shasta Tour! Larry, pol krwi Indianin jest z zawodu muzykiem, DJ i czlowiekiem, ktory - ogarnia wszystko - to ostatnie to cytat z Ghost Dog'a. Po niezwykle interesujacym wieczorze, ktory dla niektorych trwal do 4 rano wsiedlismy w samochod i ruszylismy w skladzie : Anna, Larry, Andy i ja - do Seattle. Trasa ta jest na dwa dni jazdy samochodem i wiedzie przez polnocna czesc Kaliforni i Oregon. Na granicy tych stanow wznosi sie na ok. 4 600 m n.p.m. swieta gora Indian nazywana Mt. Shasta. Larry szybko nas rozgryzl i dlatego pierwszy postoj wyznaczyl na przepiekny wodospad pod Gora. Tecza od rozbryzgujacej sie wody, biala od sniegu (lodowiec) Mt. Shasta i oszalamiajaca przyroda byla dla nas jak potezny kop energii. Spogladajac na Gore pozbywalismy sie powoli nadmiaru emocji skumulowanych w niezbezpiecznym natezeniu po kilku dniach w Bay Area. Nasza podroz zaczela przypominac mityczne wedrowki Ginsberga i Snydera... Sorry, ale tylko takie skojarzenia pojawialy sie przy kazdej nastepnej godzinie naszej podrozy. Okolo polnocy zjawilismy sie w domu na przedmiesciu Portland. W domu trzy kobiety i dwa koty oraz... kupa dobrego sprzetu muzycznego i samej muzyki. Po przegadaniu polowy nocy musielismy jednak troche sie przespac i ranek rozpoczal sie od sniadania okolo 10 w fajnej knajpce w artystycznej dzielnicy Portland. Zaczynamy zalowac, ze zrezygnowalismy z koncertu w tym miescie (ze wzgledu na czas i komplikacje komunikacyjne - musielibysmy wrocic do Portland z Seattle gdyz takie daty byly dostepne)ale juz Larry pogania i obiecuje nowy ciekawy przystanek. Oregon jest zielony i przepiekny ale moje lesne serce krwawi na widok calych gor ogolonych z lasu do gola... Oczywiscie mam swiadomosc proporcji i roznych innych spraw ale jednak... Po godzince pojawiamy sie przy czyms zupelnie kosmicznym. To cos to posiadlosc i jednoczesnie muzeum-galeria-pracownia-happening place artysty Richarda Tracy. Instalacje i aranzacje, przedmioty i sytuacje, obiekty i miejsce prowokacji - a wszystko wykonane z odpadow w postaci metalowych przemiotow, tasm, kul, dzwigni i lozysk, starych kaskow itd. itd. Sam artysta jest postacia takze niezwykla i caly nasz tam pobyt jest poczatkowo testem na to czy jestesmy dosc cool (test najwyrazniej zaliczamy) a pozniej zamienia sie w happeningowe niby zwiedzanie ekspozycji. dostajemy kawalki drutu z kolorowymi sznurkami i naszym zadaniem jest zawieszenie ich na wybranych przez nas obiektach. Po lustracji naszych dokonan gospodarz przystepuje do coraz intensywniejszego wykladu z teorii sztuki i Jego uwagi na temat istoty obrazu i tego co naprawde (co to znaczy?) widzimy - sa powalajace. A czuje obraz doskonale i widac to na fotografiach z Jego galerii w nobliwych katalogach sztuki (wydanych i w USA i np. w Niemczech).
Po tym wszystkim jedziemy w ciszy nastepne godziny i dopiero widok Seattle pobudza nas do kontaktu z zewnetrznoscia. Jedzonko w Meksykanskiej knajpce, koncert w ciekawym miejscu (przy dosc szczuplej widowni ale z udzialem muzyka Sun City Girls) to juz pewien rytual. Przestajemy juz czuc zmeczenie, ktore dopada nas juz od czasu do czasu. Na koniec bonus w postaci noclegu w olbrzymim centrum dowodzenia, lofcie i pracowni muzycznej i filmowej Sun City Girls. Dosc powiedziec, ze czesc pomieszczenia zajmuje tam pelny zestaw gamelanu z Sumatry. Jezeli ktos z Was nie wie co to gamelan to informuje, ze jest to zestaw kilkudziesieciu gongow, metalofonow i gongow poziomych, obrotowych i ksylofonow... do tego ze trzy zestawy perkusji, kilkadziesiat instrumentow strunowych, detych itd. glownie z Indonezji. Czujemy sie tu jak w naszej (dawnej juz) Galerii Stary Dom. Tyle, ze tu sie to najwyrazniej docenia. Musze tu zawiesic opowiesc bo godzina jest pozna. Wspomne tylko, ze troche sie zapoznalismy z tym co robi SCG i Seattle... A moze to nudne? No bo potem polecielismy samolotem do Chicago i tam znowu gralismy w lofcie z dwoma ekipami, ktore by w Polsce powalily wielu... No i znowu w tym Chicago zagralismy w radiu na zywo i polecielismy do NY. Teraz siedzimy w pracowni dywanow i piszemy Wam o tym.
Jutro gramy w klubie Tonic.
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội