spacerujac

0 comments
Spacerując po Krakowie widzi się to i owo... Ale jeszcze przed tym ...i owym, niezłe hasełko : pan z prawicy czy z lewicy? Ja?....z Krakowa. Takie sobie - wyczytane podczas degustacji wina ze Słowenii w MCK przy Rynku. Ploteczki się słyszy i widzi się różne rzeczy, jak to w Krakowie. Jak człowiek się pieszo porusza to zaraz znajomi się trafiają... B. mi mówi : już nie jestem beton feministyczny! No i proszę : puściło! A Kuba, jak się okazuje, lubi na obiad jajecznicę! Oj, cyganeria...Mijam Lokatora ale pusty bo nabrał się na ferment na prowincji i działa w Nowym Sączu. Tak to jest jak się wszystko bierze zbyt poważnie. No i już się znalazłem w centrum piwoffu! Ale to już trochę wstyd tu bywać, tak się to porobiło : podajcie dalej jako ploteczkę już nie taką nową. Piwo zalało tu oczy i uszy. Ale są wyjątki: Czajownia (to na Józefa) gdzie podając indyjską herbatę z mlekiem -teamasters- krzyczą jak na dworcu w Old Delhi : czai, czai, czai.... Mam satysfakcję, bo jakieś 15 lat temu nagrałem trochę dobrej muzyki z takim samym nawoływaniem. I już po tych kilkunastu latach ktoś mnie będzie rozumiał w Polsce : w czeskiej Czajowni... A herbaciarnia musiała być czeskiego pochodzenia, bo na Kazimierzu szkoda byłoby "naszym" nie sprzedawać piwa w tak wielkim lokalu. I jeszcze jedno miejsce jest pozbawione złocistego płynu robiącego za offową sztukę : Lulu Living, galeria z dobrą kawą i niebanalnymi przedmiotami jest już na granicy panowania piwnych mecenasów sztuki. Sami znajdźcie! No dobra, wiem, że piwo jest o.k. i z tego co tu można kupić to ciągle jest to najmniej używkowa używka. Tak tylko sobie pokpiwam. Ale przypomina mi się hasełko z ulotek na lotniskach w USA : IF YOU SEE SOMETHING, SAY SOMETHING.
No jasne, Ameryka jest zła ! Komunizm jest dobry : chcemy śmierdzącego Baru Smok! Chcemy kajzerki z fioletowym jajkiem na bardzo twardo! Precz z hipermarketami! Oddajcie nam zatęchłe ziemniaki i czerstwy chleb! Kapusta dla każdego! Te ostatnie ploteczki to z rewolucyjnych odezw marksistowskich antyglobalistów zygających z ukrycia w maminej spódnicy. Takie tam, na Plantach nie takich widzieli!

po jakimś czasie...

0 comments

Dzisiaj, gruba koperta z zero-jedynkowym kodem muzyki Cyber Totem, powędrowała do Wydawcy... Nigdy nie pracowałem nad nową płytą tak ciężko i w tak trudnym dla mnie czasie.
Nigdy dotąd też tak wiele nie pisałem o muzyce powstającej w głowie i w studiu. Tyle o tym.
Z progu naszego nowego mieszkania widać Lasek Wolski i bardzo się tym widokiem cieszę. Już dość dusznego klimatu Kotliny Sądeckiej, zasmrodzonej miałem węglowym i odorem taniej wody kolońskiej wylanej obficie na spocone paszki... To ostatnie doznanie nazywa się ostatnio : wypasionym klimatem do studiowania! Brawo!
O potyczkach z Telekomunikacją P. nie będę wspominał , bo każdy wie, że gorsze są już tylko PKP.
Ania odwala całą górę roboty przy nowej wersji strony internetowej Karpat Magicznych i już, już ...lada moment. Ale to dopiero początki i miodzio pojawi się wiosną. Bo diabeł tkwi w szczegółach. Hm, hm, hm....
Wczoraj schodziliśmy z Sopatowca ( po warsztatach) i miałem dziwne uczucie spełnienia. Fajnie tak wracać po ciężkiej ale sensownej pracy.

Celebracja?

0 comments

Nim przejdę do tego mocno już zapomnianego słowa z tytułu, powrócę jeszcze na moment do zjawiska facetów (nie widziałem w tej roli kobiet) grających na didjeridu. W USA fotografowaliśmy tzw. sztukę ulicy i jedno ogłoszonko miało taką treść :" Yeah bro... I'm totally a D.J. and a didgeridoo player and shit ". I ta krótka charakterystyka, zawarta w ogłoszeniu, dobrze oddaje to przywołane wyżej zjawisko... Dlatego tak mi się spodobały wyroby, strony internetowe i rzetelność dwóch "gości" z Gdańska, opisanych w poprzednim blogu. Zapewne są też "totally" ale nie "shit".
Miało być o celebracji... Już się tłumaczę : graliśmy specjalny koncert w ramach promocji nowej książki Olgi Tokarczuk pt. "Anna In w grobowcach świata". Wydawnictwo ZNAK wynajęło do tego piwnicę w Alchemii na Kazimierzu w Krakowie. Wszystko wyglądało bardzo obiecująco, nawet Olga zgodziła się przeczytać jeden z rozdziałów na tle naszej muzyki. To miłe zdarzenie poprzedzała dyskusja w gronie zacnych specjalistów literatury i feminizmu, były pytania od publiczności i kolejka wiernych czytelników po autografy... Pojawiła się wreszcie i nasza muzyka, a z nią na moment sama Olga czytająca fragment książki! Przed i podczas wspólnego bycia na scenie, część zorientowanych wyłącznie na literaturę osób pospiesznie opuściła salę (miała już autograf!?) i granie zakończyliśmy z tymi, którzy przyszli posłuchać nas w nietypowej ( i okazjonalnej, bo darmowej) sytuacji. Nie czepiam się , wszystko było o.k. i odbyło się według planu... ale zabrakło tego "czegoś".... celebracji właśnie. Ci co czytają i są tak wyczuleni na nastroje i przepiękne wizje Olgi nie przyswajają muzyki? A może nasza muzyka zbyt jest bliska obrazom z Jej nowej książki, że niczego się już nie spodziewali przeżyć? A może nie umiemy już takich wyjątkowych chwil celebrować, może lepiej dla wszystkich będzie jak w takich sytuacjach organizator zaprosi Kult albo Krzysztofa Krawczyka. I wszyscy spokojnie odpuszczą sobie celebracje i przyjdzie więcej osób... Bo wiadomo : ksiażka to książka a muzyka to muzyka. To tyle godzin z książkami Olgi niczego Jej fanek (na 10 osób w kolejce po autograf był jeden facet) nie nauczyły? Zadziwia mnie jednowymiarowość takiego odbioru sztuki/kultury. To po co ta piwnica i muzyka, zrobić podpisywanie książek w supermarkecie i będzie szybciej i po drodze z zakupów. Puk, puk, ludzie! pretendujący do kulturalnych i może nawet pielęgnujących przekonanie o przynależności do skrajnie wywrotowej formacji : intelektualistów. Nie wychodzi się w środku proszonego obiadu, nie żre się pulardy na schodach metra i nie pije się dobrego wina z gwinta. Trochę cierpliwości, trochę otwartości, trochę zaufania i skromności. To wszystko są warunki wstępne celebracji. Celebracja wydobywa to co może się wydarzyć, celebracja daje szanse na przyjemność i nowe doznania, celebracja pomaga wyrazić szacunek dla sytuacji, dla osoby, dla idei. Celebracja jest dla nas czymś bez czego cała ta trudna praca ląduje na śmietniku.
Bez celebracji pozostaje zimny, twardy i lekko już psujący się budyń przybrany NIKE! Smacznego...

megabudyń

0 comments

No i po kolejnej wędrówce przez fantastyczne góry piryńskiej Macedonii. Jak zawsze po zejściu z gór do budyniowa, niezbędny jest czas na przestawienie się na oddychanie nosem...bo budyń tutaj już po dziurki w nosie własnie. Ale nie chce mi się pisać o partyjnym kupczeniu i na początek mały remanent. Jeszcze w sierpniu wracając z warsztatów na Kaszubach zapuściliśmy się na jarmark w Gdańsku. Spotkaliśmy tam dwóch zupełnie sensownych ludzi sprzedających didjeridu i bębny. Ale, ale... jakie...Zaglądnąłem na ich strony internetowe i jestem zachwycony : www.dijdrak.com.pl oraz www.krzywebebny.republika.pl - sami zobaczcie. Pozwalam sobie na tą jawną reklamę, bo jakże często to co widzę zakrawa na oszołomstwo i mitomanię wrodzoną. Nie chce mi się potem tygodniami brać do ręki didjeridu...
Druga zaległość to ciekawostka z budyniowa dla tych , co ciągle twierdzą, że nic się właściwie nie dzieje złego. Drobnostka oczywiście : black metalowy Mayhem miał zagrać w Warszawie w ramach festiwalu tej muzyki ale... nie znalazł się klub, który by się zdecydował na zaproszenie zespołu. Attila Csihar z Mayhem powiedział : "wygląda na to, że polityka i religia są w Polsce mocno powiązane. Czy to nowa forma religijnej dyktatury, czy inkwizycja?". Jasne, że nie wszyscy muszą u nas grać ale : którzy "nie wszyscy" i kto o tym będzie decydował?
Dziś dostałem pakę nowych płyt -mirrors- z wydawnictwa... będzie trochę zamieszania ale co tam, jest tak jak miało być i tyle.
Obiecuję, że od dzisiaj będę nadawał dużo regularniej. Jestem przygotowany na wezbranie budyniu : mam długą trzcinkę jak sprytny Winnetou i przetrzymam w otchłani spory kawał czasu!

lustra

0 comments
Nasza nowa muzyka już gdzieś się przekształca w małe kartonowe pudełko, opisy, płytę CD z jakąś częścią tego co nagraliśmy, tego co odczuwaliśmy przez ostatnie miesiące, może rok...
Już są pierwsze recenzje i rozmowy na temat płyty - mirrors- i powoli przechodzi ona dla nas z czasu teraźniejszego do przeszłego... Ale ten nasz czas przeszły- od czasu do czasu (i już na "zawsze") - będzie powracał jako teraźniejszy czas dla ludzi, którzy natrafią na płytę za rok, dwa, za dziesięć lat. Mam też nadzieje, że przeczucia z utworu Radio Lechistan okażą się tylko tzw. nadwrażliwością i gładko przejdziemy do piątej RP, w której jej obywatele nie będą się wstydzili pokazać twarzy. Chociaż fajnie by było, aby kilku twarzy się nie musiało oglądać...
Kot śpi na swoim miejscu (jednym z kilku swoich miejsc...), Monteverdi jest tak sugestywny, że aż słońce lekko przymglone, mapy Białych Gór (Piryn) na stole i jeszcze tyle zajęć, spotkań, uzgodnień i kłopotów. Ale są i rzeczy dodające otuchy, jak np. hasło jednego z naszych posłów : przymierze PiS i PIAST to szansa dla mieszkańców WSI i miast... Aż się chce żyć!
Budyń się pięknie rozlewa i miło plasnąć w niego od czasu do czasu. Warto zachować też pewien dystans aby się budyniową skorupą nie ofajdać. Działa jak w Matrixie... pamiętacie jak ręka Neo robiła się zimna i metalicznie połyskująca. Neo wszedł zbyt blisko w związki z budynixem - my tylko plaskamy dla zabawy i odreagowania, później oddalamy się do ciekawszych zajęć. Sami widzicie, że budyń nie podejdzie zbyt wysoko, budyń już osiąga swoje granice zalegania i powstają ścieżki ponad i poza budyniowem. Tyle razy to już przerabialiśmy.
Od ostatniego pisania mineło troche czasu ale prowadziliśmy zajęcia na Kaszubach, potem jeszcze wyjazdy Ani, troche roboty przy płycie i został już tylko tydzień do urlopu. Pewnie coś napiszemy z Bułgarii, pewnie będzie sporo fajnych fot (jedzie z nami Bogdan Kiwak), pewnie troche postoimy na głowie (jedzie z nami Ewa) ale z pewnością odwiedzimy kilka pustych przestrzeni wolnych od budyniu zwanych górami i morzem.
Ostatnio obrodziło gwiazdami, jak nie megalomański Waters to jego kolega z łkającą gitarą David i sympatia Lecha sir Elton... Swoją drogą, gdyby mi ktoś 20 lat temu powiedział, że wyłączę Watersa po 10 minutach i nie zechcę posłuchać Davida i "prawie" Pink Floyd na "żywo" to by go walnął w "papę"... I dalej : gdyby mi ktoś powiedział, że z radością będę słuchał ślicznych pogadanek entomologa z PO, a "Walensa" popierać będzie obcy Mu klasowo element lekkoduchów i wykształciuchów... I jak tu nie dziękować na kolanach postmodernistycznej kuturze, która -jak chcą studenci Ani - atakuje nas ze wszystkich stron. A "najgorszy" już ze wszystkiego jest otaczający nas relatywizm... Ale ja czuję się lepiej z relatywizmem niż z fundamentalizmem. No i od relatywizmu nikt jeszcze nie zginął, a od fundamentalizmu giną codziennie...
Jest kilka rzeczy, które zapakujemy - mam nadzieje - w pudło i szary papier i odstawimy na strych. Czasem tylko się to odpakuje i postraszy dzieci aby im narodowy socjalizm wybić z głowy i napchać budyniem aż puszczą bańki nosem...

Radujmy się nadzieją!

0 comments
No i Sajeta 2006 poza nami... więc "radujmy się nadzieją" (to przepiękny tytuł tekstu z mojej ulubionej, lokalnej gazety codziennej, prawdziwej skarbnicy inspiracji nad którą "pochylam się z troską"od czasu do czasu!) na nową edycję Sajety w roku 2007. Ania już dała piękny opis naszej podróży na swoim blogu i mogę skupić się na muzyce.
Na Sajecie spotykają się jastrzębie i wróbelaski na jednej scenie, to jest dobra koncepcja ale - jak to bywa - o wróbelasy dużo łatwiej. Po Terrastocku 6 w USA przestałem słuchać muzyki i większość płyt jakie mamy z tamtej wyprawy leży spokojnie w nienaruszonym celofanie... Przed Sajetą "wróciło mi czucie" i miałem ochotę na posłuchanie muzyki "na żywo". Pierwszy zwiastun udanego słuchania to był Mikrokolektyw. Chłopaki zagrali bardzo konkretną, mocno osadzoną w ekstatycznym rytmie i pełną interesujących smaczków produkowanych przez legendarne maszyny Mooga, muzykę. Muzyka albo jest albo jej nie ma. Podczas koncertu Mikrokolektywu muzyka była! I już myślałem, że na tym się skończy moja frajda słuchacza gdy wiedziony przeczuciem (wzmocnionym dwoma płytami jakie mamy w domu, nie dajcie się nabrać na same przeczucia...) zasiadłem do wysłuchania perkusisty Zlatko Kaućić' a i jego kolegi : saksofonisty Trevora Watts'a. To było fantastyczne! Solo na perkusji naogół jest nawałnicą szybkich i głośnych szaleństw w typie : sypanie kartofli lub zamęczymy blaszki bośmy jazzmaniaszki... Nic z tych rzeczy! Piękna, pełna pasji i olbrzymiej wyobraźni muzyka na zestaw perkusyjny! Tak granej perkusji jeszcze nie słyszałem (wiem, wiem, w piwnicach Kazimierza nie takie rzeczy... ja i mój szwagier to nie takie sola.... tylko gdzie to jest nagrane? A może jednak to zbyt dużo piwa i paru innych drobiazgów?). Po solowej części Kaucic zajął się zestawem drobnych instrumentów perkusyjnych i zabawek ( myślałem, że tylko ja puszczam bąka podczas koncertu... cyfrowe dzieci informuję, że chodzi o bąka - zabawkę, sorry) i do sceny podeszła kobieta z wyraźnym zamiarem czytania poezji (najpewniej własnej). Już miałem w szale i przerażeniu uciekać z klubu systemem wentylacyjnym, gdy zobaczyłem kilka prostych fotek wyświetlonych z rzutnika video (coś jakby foty ze spaceru z bliską osobą) i masa pięknych dźwięków spadła na mnie znowu. Nawet widmo poezji, która wyraźnie miała zamiar się ujawnić i była nieuchronna jak solówka na gitarze elektrycznej, nie zepsuła mi tego popisu. A była to poezja, która pojawiła się jak to poezja (dobra) jakby mimochodem i na tyle, że : w sam raz! A potem na scenę wszedł drobny gość z siwym włosem i zagrał solo na saksofonie... Grał na sto sposobów ( na oddechu kołowym też i to sporo) i widać było po paru zabiegach technicznych, że słyszał coś poza tuzami w postaci Ptaszyna... W tym saksofonie była taka elegancja i tak wiele ethnocore'a (ale pewnie dlatego na fonogram roku by się w Warszawie nie załapał), że mnie zatkało. I tak ogłuszony zwisałem już z krzesła i błagałem o litość gdy do Wattsa dołączył Kaucic i zaczęli dopiero wspólny koncert... Nie ma miejsca na blogu aby opisać to co Ci Dwaj Panowie robili! Nasi jazzmani i jassdobani powinni dziękować takim muzykom bo przywracają wiarę w sztukę i prostotę. Po takim koncercie, na widok perkusji lub saksofonu nie będziemy stali przed wyborem: umrzeć w męczarniach na sali koncertowej albo zmieścić się w instalacji elektrycznej lub okienku w ubikacji. I nie napiszę Wam kim jest Watts i co robi (i z kim) Kaucic, przecież Internet jest wielki i wszystko może.
I jeszcze odpowiedź na setki zaptyań o fotografię ze świnkami z poprzedniego blogu : to wystawa sklepu mięsnego z Biecza. Pewnie ze względu na ten śmiały projekt Biecz otrzymał jakieś wyróżnienie za atrakcyjność turystyczną (no bo z pewnością nie za dobrą kawę lub jedzenie).
Ale wracając do koncertu na Sajecie, tak sobie marzę: może kiedyś w Polsce, zamiast koncertu prawie Pink Floyd, posłuchamy czegoś podobnego? Radujmy się nadzieją!

Tolminski kolektyw

0 comments
Siedzimy z Mikro Kolektywem na kawie, jak to Obiboki... Leje i jest cudowna nuda, ktorej tak mi brakowalo od wielu miesiecy. Wczoraj Francuzi dali wieczorem bardzo artystyczny montaz slowno muzyczny, laptop i zatroskane miny wielkich kreatorow sprawily, ze wyspalismy sie naprawde dlugo, dzieki sceno laptopowa!
Gory nad Tolminem jak zawsze przepiekne i o kazdej porze inne, wlasciwie nie robie fotek, bo co sie juz skladam do strzalu to przypominam sobie, ze Bogdan juz to zrobil...
TYLE NA DZISIAJ
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội