wiosna

0 comments

Wiem, że to nie odkrywcze ale ... wiosna! A wiosna w Krakowie, oj panie ładny... to jest wiosna dopiero. Wczoraj graliśmy koncert w dawnym Teatrze 77 w Łodzi i jeszcze dzisiaj po piątej rano bujaliśmy się ze sprzętem po ulicach tego fajnego miasta z nadzieją, że może David Lynch będzie wracał z jakiegoś planu filmowego lub party.... ale nic. A koncert - nie dość, że w świetnej sali i doskonale nagłośniony, to jeszcze po koncercie nie taki mały jam z Maćkiem Ożogiem. I da się bez rozlanego piwa i oparów papierosowego dymu! Co zasłyszanych rewelacji to prym wiedzie : kaszel minie po flegaminie! Niepokoi mnie tylko ta końcówka zgrabnej rymowanki : miNie..., hm,hm. To minie czy miNie? Gazetki budyniowe są jeszcze w kilku punktach : w herbaciarni na Józefa i w Miejscu. Jak się okazuje z budyniem to nie tylko my mamy problem. Łyżeczką to się chociaż plaśnie czasem na odlew w ten budyniowy łeb, ale jak się ma tylko pałeczki chińskie?! Zobaczcie sami jaki kłopot.
Z innych zasłyszanych spraw to podobają mi się różne Myśli Naszego Drogiego Przywódcy Dorn zebrane przez Borowskiego i opublikowane w GW. No więc jest jeszcze szansa dla tych z dyplomami technicznymi, może się przydadzą w kierowaniu państwem. Cała reszta tych wykształciuchów typu jacyś filozofowie (poza jednym profesorem z Krakowa, który przystał do odpowiedniej Elity), laski z socjologii i etnografii lecące do samozagłady z byle Kameruńczykiem to się wyeliminuje. Tak nie powiedział, ale ujął to Nasz Kochany Przywódca tak : machnąłem na nich reką. A jak Wielki Przywódca machnie na kogoś ręką to sami wiecie... Takie plany to mi się przypominają z historii, gdzieś około 1936 roku w Niemczech. Tam też pisarze i nie bójmy się tego strasznego słowa; intelektualiści ( a fe....) byli niepotrzebni i tylko liczyli się techniczni co budowali przemysł... Jeżeli pojawi się Wam tego rodzaju myśl to od tej chwili możecie ja śmiało nazwać Dorna Myśl. Mnie interesuje los muzyków w 4 RP Dornowatej i aż mi ciary chodzą po plecach... myślę, że stare hasło : do gazu to najmniej.
No więc jak się te wpisy urwą pewnego razu to będzie wiadomo... no chyba, że damy radę przez Pieniny naszym tajnym skrótem dać drapaka na SK. Czego i Wam życzę.
Na koniec chcę pozdrowić tajną grupę miłośników ulicy Krowoderskiej i zapytać (retorycznie) dlaczego to całej prawdy o Mt. Evereście muszę dowiadywać się od Martny W. czyli Mandaryny Polskiej Sceny Podróżniczej, a Jarosław Kret chce mi pokazać Jego Ziemię Świętą. I co, za rękę mnie będzie trzymał podczas tego pokazu? I to wszystko nie w ramach promocji działu egzotycznych owoców w Tesco ale podczas Festiwalu 3 Żywioły, na którym nieopatrznie kiedyś występowaliśmy. Marku Tomaliku, co się dzieje - jaka scena podróżnicza, jacy to podróżnicy, o jakich żywiołach jest mowa? Na Everest to gościa o kulach wciągnęli, ale nie opowiada całej prawdy o tej Górze.
A jeszcze jedno, może na Krowoderskiej coś wiecie o takich popłuczynach kilku melodii nagranych w USA jakiś czas temu i zrobionej w Warszawce dla gawiedzi z P/olskiej R/eszty jako zaangażowany rap-song : facio nawija coś o jakimś malutkim sacrum, a laska takie alleluja wokalne robi. Poszaleli czy co?
Tak czy siak wiosna jest z całą pewnością.
Na fotce jest nazwa uliczki w Bardejovie na Słowacji, u nas to by Kuria interweniowała i rydzyk posłał szwadrony modlitewne dla odczynienia takich zberezeceństw...

Dalej i dalej.....spacerując

0 comments
Tak mi się to spacerowanie po Krakowie spodobało, że z Bogdanem K. pewnego dnia spacerowaliśmy osiem godzin.... Tak się zagadaliśmy w/z Manto, że na spotkanie z Anią musiałem przebić się pod ziemią przez rondo, zaraz roboty ruszyły bo tunel został po mnie jak się patrzy...
Wczoraj był ważny dzień - wernisaż wystawy Bogdana i pierwsze ujawnienie pisemka o tytule, który wziął się z tego bloga. Część rozdanych pisemek była lekko zakrwawiona, bo w 2007 roku i w erze globalnego internetu gazetki dalej zszywa się koślawym blaszanym czymś dziwnym. To coś jest koszmarnym przykładem na to, że lata zaborów i ucisk władzy ludowej (a teraz to jest dopiero ludowa...) nie złamała naszego Ducha Narodowego i nie udało się nas zmusić do wytworzenia niczego dobrego. Śmierć komunie! Samochody nie specjalnie chciały jeździć, a szczytowym osiągnięciem walki z systemem było takie zaprojektowanie siedzeń w autobusach, aby nie dało się o nie oprzeć wygodnie. Siedzenia te powodują, że każdy dorosły Polak ma przynajmniej zaczątki garba. Po powrocie ze spaceru wysłuchałem mętnego wywodu niejakiego Kukiza z bandu Piersi o strasznej krzywdzie jaka go spotyka ze strony Kwacha, prawica jest super, ale taka, jakiej u nas nie ma, lewica jest straszna hydrą a tsunami jest betką przy Bieszczadach. Wszystkiemu winne są zabory (to dlatego wcześniej o tych zaborach pisałem), no i generalnie się uczymy dopiero, aby wejść godnie do europejskiej rodziny. Pewnie wniesiemy w wianie karę śmierci, wszechpolaków, kreacjonizm (to jest taki kierunek, który udowadnia, że rodzina Giertychów ma coś poplątane z ewolucją....). O rany boskie - może kogoś obraziłem.... Sorki i szacuneczek. Nie bardzo mogę zostawić w spokoju (hm....) wieczornych naszych zajęć : Bogdan wygłosił naprawdę długie przemówienie i zabawialiśmy się potem wszyscy ptaszkami....hm... Gospodynie taktownie zapomiały o winie wernisażowym bo poza przybyłymi na wernisaż dzieciaki po 15 lat są w przewadze. Do ścian sie tez nie dało nic przylepić - gdzież to niegdysiejsze poświęcenie dla sztuki. Ale gazetka chyba wzbudziła zainteresowanie i może trochę radości, hm... Po wernisażu pojechaliśmy Land Roverem do tesco oddać się globalistycznemu dyskursowi wielkich korporacji i po tych dyskusjach plus obrzucanie się gumowymi sowami zakupiliśmy trochę sałaty, która nie pochodziła od polskich producentów. Była więc ona wstretnie dobra, czysta i pozbawiona domieszek krowiego łajna i smarków gosposi, co kicha w to co do sprzedania dla miastowych. Ot my zwyrodnialcy, ani łagiewniccy ani toruńscy i cyniczni do bólu. No i jeszcze na koniec taka mała obserwacja - co słup albo okienko od piwnicy to zajebiste imprezki : dj dupa, dj buba, dj siusiak, dj sratatata i w jeden wieczór masz wszystko : funky, klubowe kliaty. dance i wiele jeszcze innych atrakcji. Są miejsca aż buzujące od kultury alternatywnej, są miejsca idące na całość i spokojnym leszczem ci fisha serwują. dawniej się mówiło, że zamawiasz rybę fish, bo było wiadomo, że nic innego i tak nie dostaniesz ale dzisiaj.....wstyd.

spacerujac

0 comments
Spacerując po Krakowie widzi się to i owo... Ale jeszcze przed tym ...i owym, niezłe hasełko : pan z prawicy czy z lewicy? Ja?....z Krakowa. Takie sobie - wyczytane podczas degustacji wina ze Słowenii w MCK przy Rynku. Ploteczki się słyszy i widzi się różne rzeczy, jak to w Krakowie. Jak człowiek się pieszo porusza to zaraz znajomi się trafiają... B. mi mówi : już nie jestem beton feministyczny! No i proszę : puściło! A Kuba, jak się okazuje, lubi na obiad jajecznicę! Oj, cyganeria...Mijam Lokatora ale pusty bo nabrał się na ferment na prowincji i działa w Nowym Sączu. Tak to jest jak się wszystko bierze zbyt poważnie. No i już się znalazłem w centrum piwoffu! Ale to już trochę wstyd tu bywać, tak się to porobiło : podajcie dalej jako ploteczkę już nie taką nową. Piwo zalało tu oczy i uszy. Ale są wyjątki: Czajownia (to na Józefa) gdzie podając indyjską herbatę z mlekiem -teamasters- krzyczą jak na dworcu w Old Delhi : czai, czai, czai.... Mam satysfakcję, bo jakieś 15 lat temu nagrałem trochę dobrej muzyki z takim samym nawoływaniem. I już po tych kilkunastu latach ktoś mnie będzie rozumiał w Polsce : w czeskiej Czajowni... A herbaciarnia musiała być czeskiego pochodzenia, bo na Kazimierzu szkoda byłoby "naszym" nie sprzedawać piwa w tak wielkim lokalu. I jeszcze jedno miejsce jest pozbawione złocistego płynu robiącego za offową sztukę : Lulu Living, galeria z dobrą kawą i niebanalnymi przedmiotami jest już na granicy panowania piwnych mecenasów sztuki. Sami znajdźcie! No dobra, wiem, że piwo jest o.k. i z tego co tu można kupić to ciągle jest to najmniej używkowa używka. Tak tylko sobie pokpiwam. Ale przypomina mi się hasełko z ulotek na lotniskach w USA : IF YOU SEE SOMETHING, SAY SOMETHING.
No jasne, Ameryka jest zła ! Komunizm jest dobry : chcemy śmierdzącego Baru Smok! Chcemy kajzerki z fioletowym jajkiem na bardzo twardo! Precz z hipermarketami! Oddajcie nam zatęchłe ziemniaki i czerstwy chleb! Kapusta dla każdego! Te ostatnie ploteczki to z rewolucyjnych odezw marksistowskich antyglobalistów zygających z ukrycia w maminej spódnicy. Takie tam, na Plantach nie takich widzieli!

po jakimś czasie...

0 comments

Dzisiaj, gruba koperta z zero-jedynkowym kodem muzyki Cyber Totem, powędrowała do Wydawcy... Nigdy nie pracowałem nad nową płytą tak ciężko i w tak trudnym dla mnie czasie.
Nigdy dotąd też tak wiele nie pisałem o muzyce powstającej w głowie i w studiu. Tyle o tym.
Z progu naszego nowego mieszkania widać Lasek Wolski i bardzo się tym widokiem cieszę. Już dość dusznego klimatu Kotliny Sądeckiej, zasmrodzonej miałem węglowym i odorem taniej wody kolońskiej wylanej obficie na spocone paszki... To ostatnie doznanie nazywa się ostatnio : wypasionym klimatem do studiowania! Brawo!
O potyczkach z Telekomunikacją P. nie będę wspominał , bo każdy wie, że gorsze są już tylko PKP.
Ania odwala całą górę roboty przy nowej wersji strony internetowej Karpat Magicznych i już, już ...lada moment. Ale to dopiero początki i miodzio pojawi się wiosną. Bo diabeł tkwi w szczegółach. Hm, hm, hm....
Wczoraj schodziliśmy z Sopatowca ( po warsztatach) i miałem dziwne uczucie spełnienia. Fajnie tak wracać po ciężkiej ale sensownej pracy.

Celebracja?

0 comments

Nim przejdę do tego mocno już zapomnianego słowa z tytułu, powrócę jeszcze na moment do zjawiska facetów (nie widziałem w tej roli kobiet) grających na didjeridu. W USA fotografowaliśmy tzw. sztukę ulicy i jedno ogłoszonko miało taką treść :" Yeah bro... I'm totally a D.J. and a didgeridoo player and shit ". I ta krótka charakterystyka, zawarta w ogłoszeniu, dobrze oddaje to przywołane wyżej zjawisko... Dlatego tak mi się spodobały wyroby, strony internetowe i rzetelność dwóch "gości" z Gdańska, opisanych w poprzednim blogu. Zapewne są też "totally" ale nie "shit".
Miało być o celebracji... Już się tłumaczę : graliśmy specjalny koncert w ramach promocji nowej książki Olgi Tokarczuk pt. "Anna In w grobowcach świata". Wydawnictwo ZNAK wynajęło do tego piwnicę w Alchemii na Kazimierzu w Krakowie. Wszystko wyglądało bardzo obiecująco, nawet Olga zgodziła się przeczytać jeden z rozdziałów na tle naszej muzyki. To miłe zdarzenie poprzedzała dyskusja w gronie zacnych specjalistów literatury i feminizmu, były pytania od publiczności i kolejka wiernych czytelników po autografy... Pojawiła się wreszcie i nasza muzyka, a z nią na moment sama Olga czytająca fragment książki! Przed i podczas wspólnego bycia na scenie, część zorientowanych wyłącznie na literaturę osób pospiesznie opuściła salę (miała już autograf!?) i granie zakończyliśmy z tymi, którzy przyszli posłuchać nas w nietypowej ( i okazjonalnej, bo darmowej) sytuacji. Nie czepiam się , wszystko było o.k. i odbyło się według planu... ale zabrakło tego "czegoś".... celebracji właśnie. Ci co czytają i są tak wyczuleni na nastroje i przepiękne wizje Olgi nie przyswajają muzyki? A może nasza muzyka zbyt jest bliska obrazom z Jej nowej książki, że niczego się już nie spodziewali przeżyć? A może nie umiemy już takich wyjątkowych chwil celebrować, może lepiej dla wszystkich będzie jak w takich sytuacjach organizator zaprosi Kult albo Krzysztofa Krawczyka. I wszyscy spokojnie odpuszczą sobie celebracje i przyjdzie więcej osób... Bo wiadomo : ksiażka to książka a muzyka to muzyka. To tyle godzin z książkami Olgi niczego Jej fanek (na 10 osób w kolejce po autograf był jeden facet) nie nauczyły? Zadziwia mnie jednowymiarowość takiego odbioru sztuki/kultury. To po co ta piwnica i muzyka, zrobić podpisywanie książek w supermarkecie i będzie szybciej i po drodze z zakupów. Puk, puk, ludzie! pretendujący do kulturalnych i może nawet pielęgnujących przekonanie o przynależności do skrajnie wywrotowej formacji : intelektualistów. Nie wychodzi się w środku proszonego obiadu, nie żre się pulardy na schodach metra i nie pije się dobrego wina z gwinta. Trochę cierpliwości, trochę otwartości, trochę zaufania i skromności. To wszystko są warunki wstępne celebracji. Celebracja wydobywa to co może się wydarzyć, celebracja daje szanse na przyjemność i nowe doznania, celebracja pomaga wyrazić szacunek dla sytuacji, dla osoby, dla idei. Celebracja jest dla nas czymś bez czego cała ta trudna praca ląduje na śmietniku.
Bez celebracji pozostaje zimny, twardy i lekko już psujący się budyń przybrany NIKE! Smacznego...

megabudyń

0 comments

No i po kolejnej wędrówce przez fantastyczne góry piryńskiej Macedonii. Jak zawsze po zejściu z gór do budyniowa, niezbędny jest czas na przestawienie się na oddychanie nosem...bo budyń tutaj już po dziurki w nosie własnie. Ale nie chce mi się pisać o partyjnym kupczeniu i na początek mały remanent. Jeszcze w sierpniu wracając z warsztatów na Kaszubach zapuściliśmy się na jarmark w Gdańsku. Spotkaliśmy tam dwóch zupełnie sensownych ludzi sprzedających didjeridu i bębny. Ale, ale... jakie...Zaglądnąłem na ich strony internetowe i jestem zachwycony : www.dijdrak.com.pl oraz www.krzywebebny.republika.pl - sami zobaczcie. Pozwalam sobie na tą jawną reklamę, bo jakże często to co widzę zakrawa na oszołomstwo i mitomanię wrodzoną. Nie chce mi się potem tygodniami brać do ręki didjeridu...
Druga zaległość to ciekawostka z budyniowa dla tych , co ciągle twierdzą, że nic się właściwie nie dzieje złego. Drobnostka oczywiście : black metalowy Mayhem miał zagrać w Warszawie w ramach festiwalu tej muzyki ale... nie znalazł się klub, który by się zdecydował na zaproszenie zespołu. Attila Csihar z Mayhem powiedział : "wygląda na to, że polityka i religia są w Polsce mocno powiązane. Czy to nowa forma religijnej dyktatury, czy inkwizycja?". Jasne, że nie wszyscy muszą u nas grać ale : którzy "nie wszyscy" i kto o tym będzie decydował?
Dziś dostałem pakę nowych płyt -mirrors- z wydawnictwa... będzie trochę zamieszania ale co tam, jest tak jak miało być i tyle.
Obiecuję, że od dzisiaj będę nadawał dużo regularniej. Jestem przygotowany na wezbranie budyniu : mam długą trzcinkę jak sprytny Winnetou i przetrzymam w otchłani spory kawał czasu!

lustra

0 comments
Nasza nowa muzyka już gdzieś się przekształca w małe kartonowe pudełko, opisy, płytę CD z jakąś częścią tego co nagraliśmy, tego co odczuwaliśmy przez ostatnie miesiące, może rok...
Już są pierwsze recenzje i rozmowy na temat płyty - mirrors- i powoli przechodzi ona dla nas z czasu teraźniejszego do przeszłego... Ale ten nasz czas przeszły- od czasu do czasu (i już na "zawsze") - będzie powracał jako teraźniejszy czas dla ludzi, którzy natrafią na płytę za rok, dwa, za dziesięć lat. Mam też nadzieje, że przeczucia z utworu Radio Lechistan okażą się tylko tzw. nadwrażliwością i gładko przejdziemy do piątej RP, w której jej obywatele nie będą się wstydzili pokazać twarzy. Chociaż fajnie by było, aby kilku twarzy się nie musiało oglądać...
Kot śpi na swoim miejscu (jednym z kilku swoich miejsc...), Monteverdi jest tak sugestywny, że aż słońce lekko przymglone, mapy Białych Gór (Piryn) na stole i jeszcze tyle zajęć, spotkań, uzgodnień i kłopotów. Ale są i rzeczy dodające otuchy, jak np. hasło jednego z naszych posłów : przymierze PiS i PIAST to szansa dla mieszkańców WSI i miast... Aż się chce żyć!
Budyń się pięknie rozlewa i miło plasnąć w niego od czasu do czasu. Warto zachować też pewien dystans aby się budyniową skorupą nie ofajdać. Działa jak w Matrixie... pamiętacie jak ręka Neo robiła się zimna i metalicznie połyskująca. Neo wszedł zbyt blisko w związki z budynixem - my tylko plaskamy dla zabawy i odreagowania, później oddalamy się do ciekawszych zajęć. Sami widzicie, że budyń nie podejdzie zbyt wysoko, budyń już osiąga swoje granice zalegania i powstają ścieżki ponad i poza budyniowem. Tyle razy to już przerabialiśmy.
Od ostatniego pisania mineło troche czasu ale prowadziliśmy zajęcia na Kaszubach, potem jeszcze wyjazdy Ani, troche roboty przy płycie i został już tylko tydzień do urlopu. Pewnie coś napiszemy z Bułgarii, pewnie będzie sporo fajnych fot (jedzie z nami Bogdan Kiwak), pewnie troche postoimy na głowie (jedzie z nami Ewa) ale z pewnością odwiedzimy kilka pustych przestrzeni wolnych od budyniu zwanych górami i morzem.
Ostatnio obrodziło gwiazdami, jak nie megalomański Waters to jego kolega z łkającą gitarą David i sympatia Lecha sir Elton... Swoją drogą, gdyby mi ktoś 20 lat temu powiedział, że wyłączę Watersa po 10 minutach i nie zechcę posłuchać Davida i "prawie" Pink Floyd na "żywo" to by go walnął w "papę"... I dalej : gdyby mi ktoś powiedział, że z radością będę słuchał ślicznych pogadanek entomologa z PO, a "Walensa" popierać będzie obcy Mu klasowo element lekkoduchów i wykształciuchów... I jak tu nie dziękować na kolanach postmodernistycznej kuturze, która -jak chcą studenci Ani - atakuje nas ze wszystkich stron. A "najgorszy" już ze wszystkiego jest otaczający nas relatywizm... Ale ja czuję się lepiej z relatywizmem niż z fundamentalizmem. No i od relatywizmu nikt jeszcze nie zginął, a od fundamentalizmu giną codziennie...
Jest kilka rzeczy, które zapakujemy - mam nadzieje - w pudło i szary papier i odstawimy na strych. Czasem tylko się to odpakuje i postraszy dzieci aby im narodowy socjalizm wybić z głowy i napchać budyniem aż puszczą bańki nosem...
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội