Jokkmokk

0 comments
Tak jak obiecałem; donoszę, że pierwsza celebracja 10-ciolecia Karpat Magicznych odbędzie się w Jokkmokk w kraju Saamów, na terytorium Szwecji... Bogdan zrobił tak małą czerwoną kropkę zaznaczającą Jokkmokk na mapce obok, że sami musicie szukać w atlasie... Obok zobaczenia/usłyszenia corocznego festiwalu Saamów z okazji Ich święta narodowego (przypadającego na 6 lutego) mamy też nagrywać z miejscową ekipą. Zakupiliśmy grube skarpety i słoweńskie "gacie" bo tam raczej upałów nie będzie...Już mnie ktoś pytał co tak nas na Samów wzięło nagle.... Kochani, jakie "nagle"? przypominam, że na pierwszej płycie KM jest utwór pt. Yoik Urdego Wierchu (Urdy Wierch to stara nazwa tzw. obecnie Góry Krzyżowej nad Krynicą i tak mi się to z historią Saamów kiedyś zlało...) a Lapończycy z serii tzw. "ceramowskiej" są u mnie od zawsze. Polecam też książkę Ailo Gaupa "Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna" wydaną u nas przez słowo/obraz terytoria w 2004 roku. A warto poczytać o tych bębnach bo misjonarze tak "bombardowali miłością" i "pochylali się z troską" nad Saamami, że do dzisiaj przetrwały jedynie 73 oryginalne bębny noaidów (szamanów). Swoją drogą to sukces w nawracaniu jest kiepski bo w niektórych miejscach Kraju Samów braciszkowie (z dyskretną pomocą zbrojnych) trudzili się jeszcze w XIX wieku... a tu masz babo placek! od XX wieku już powrót do tradycji latania po widdzie (tundra) i zbierania sie w seide (miejsca ofiarne) oraz walenia rogiem renifera w bębny gievrie lub goauddis . Tak więc szykuje się interesująca wycieczka. I nikt nie może powiedzieć, że to kultury pozaeuropejskie...bo od 10 tysięcy lat europejskie!
Dzisiaj zmarł ser Edmund Hillary... wiadomo Everest ale chciałbym tylko dodać, że wielkie wrażenie zrobiły na mnie szkoły budowane w Khumbu (nepalski rejon Everestu) i szkółki drzew leśnych. Jodełki z tych szkółek ratują dziś wiele miejsc w Himalajach przed erozją. Polecam Jego autobiografię. Czapki z głów, co tu powiedzieć więcej? Zapalić kadzidło, zakręcić młynkiem modlitewnym i /lub odmówić różaniec.
Aż mnie mdli, że młodszym Everest będzie się raczej kojarzył z tą blondynką co przeszła tak głęboką przemianę na szczycie Wielkiej Góry, że aż poszła ostro w reklamę. Jest kilka osób, które dobrze wiedzą, że robią szemrany przemysł turystyczny i jeszcze sugerują, że liczy się tylko kasa. 60 tysięcy dolców za wyniesienie na szczyt Everestu musi sie zwrócić, no nie? Paluszek dla was!
Będziemy grali w Gdańsku zaraz po powrocie z Jokkmokk... czy to nie zastanawiające, że pierwszy nasz wyjazd do Szwecji odbył się promem po koncercie w Gdańsku? Nawet ryk syreny i szum morza podczas odbijania od przystani uwieczniliśmy na jednej z płyt tzw. "morskich". Ale to były czasy! Tłoczyliśmy się z tłumem naszych rodaków przed odprawą i jako jedyni nie mieliśmy ze sobą wędki. No bo nasi na pytanie : w jakim celu udają się do Szwecji, odpowiadali : "fiszing" i aby się nie rozgadywać po angielsku pokazywali na "dowód" wędkę... Szwedzi cierpliwie udawali, że podziwiają tak wielu bogatych Polaków przybywających w celach ichtiologiczno-łowieckich. Kiedy doszło do nas i nie mieliśmy wędki już myślałem, że będzie krucho ale zaproszenie na koncert w centrum kultury w Sztokholmie i gitara plus didjeridu, które w pokrowcu jakoś mogło się z wędką kojarzyć okazało się całkiem o.k. "Wędkarze" pewnie następnym razem pokazywali gitary i oświadczali : "muzik". Ale my już na prom nie wróciliśmy, bo tak cholernie śmierdziało w drodze powrotnej jakby Ci goście złowione ryby zapomnieli wyjąć z butów... A dzisiaj nie dość, że Unia to jeszcze Szengen i pewnie juz mało kto "fiszing" a jak tak to może faktycznie jedzie łowić? My zostaniemy przy swoim i będzie "muzik". Aż sobie posłucham nowej płytki w serii Flaga Świata z tym starym koncertem na dachu Kulturhuset w Sztokholmie. Do Saamów jeszcze powrócę - nie cieszcie się, że to już koniec- może się uda i napiszę z Sapmi czyli ich Kraju. A w krk jak zwykle : VooVoo ... Ważne jest aby były w życiu jakieś stałe punkty dające oparcie! Kraków dobre miasto jest, żywi pół Warszawy, panie, dobre miasto jest to co się dziwi, że na Sylwestra mało kto w stolicy zostaje?
"Przekrój" kierowany chyba jeszcze przez Nieprzejednanego Outsidera doniósł, że pojawiła się w Polsce klasa średnia! To kilka procent naszej wielkiej i przebogatej w rozmaite formy życia populacji, ale już warto być czujnym jak krytyka polityczna jest czujna. Burżuje i imperialiści pod wodzą liberalnych intelektualistów nadciagają. Może w Przekroju za dużo tego Liptona?

Flagi i prąd z atomu w kazdym domu!

0 comments
Ostatnio sporo czytam na temat Saamów. Już dawno mnie zainteresował (dawno czyli jak mówi A. : "przed pierwsza wojną światową"...) ten odradzający się i być może najstarszy europejski lud ( szacują Go na coś koło 10 tys. lat...). Dwa lata uprawiałem arcydzięgiel w ogrodzie aby mieć pojęcie o dwóch instrumentach (fadno i paska), które wykonuje się z łodyg jednorocznego i osobno - dwuletniego arcydzięgla. Ale o tym innym razem bo z kilku wątków na dziś wybrałem flagę Saamów.
Symbolizuje słońce i księżyc czyli naturalne siły, na których ufundowana jest szamańska filozofia życia. Tak mi to się jakoś komponuje z doniesieniem o tzw. "identyfikacji graficznej' czyli zwyczajnie i swojsko - logo prezydencji Słowenii w Unii Europejskiej. Jest na nim : " alpejski szczyt Triglav, europejska gwiazdka, kolory słoweńskiej flagi i kontury liścia dębu, ważnego drzewa w mitologii Słowian". Logo zaprojektował Robert Kuhan i wyjasnił On, że: " przywołał żywioły : ogień, ziemię, powietrze i wodę". Aż serce rośnie! Mocniejsza w wymowie i oparciu o Nature jest już chyba tylko flaga.....polska! Czerwony i biały kolor to w mitologii słowiańskiej symbole życia i śmierci w sensie cykliczności pory wegetacji i życia oraz pory spoczynku, snu, smierci. Ta symbolika jest dobrze jeszcze rozumiana u naszych południowych słowiańskich braci, np. w Bułgarii. W lutym czerwono-białe "marteniczki" staną się popularnym podarunkiem dla bliskich. Bo w lutym : Nowy Rok! Troche to przydługie i "serio" ale co tam... To odpowiedź na wpis od katolickich aktywistów. Jak to Wam nie wystarczy to może numer naszego mieszkania - 69! No bo jak nie z Wami to pewne, że przeciw Wam... A to nie takie proste, kochani, nie takie proste. Nie popadajmy w megalomanię i zbytnie posłannictwo. Trochę życzliwego luzu, sobie i Wam życzę w Nowym Roku Księżycowym!
Jak mowa o luzie to jest coś fajnego! Wpadł mi w ręce katalog pt. 1. Festiwal Plakatu Reklamowego, Kraków Barbakan 27.04-14.05. 2006 . Jak wynika z zawartości tematem festiwalowego konkursu był plakat zachęcający do elektrowni atomowych w Polsce. No bo sami Wiecie : "ciemne społeczeństwo" już raz rozebrało taką budowę w Żarnowcu. Ale sen o "atom power" jest aktualny, a wielkie plany już dawno zrobione czekają.
Tym razem przygotowania idą jak należy : chwytliwe slogany, ośmieszanie ciemnogrodu antyatomowego i budowanie zaufania społecznego na zasadzie : oddzielić radykałów, podzielić niezdecydowanych i grać na emocjach. Mój wpis jest w fachowej terminologii : "wyłanianiem aktorów konfliktu".
Plakacików zaprojektowano sporo ale wybrałem 3 urocze : makatka wyszywana ręcznie z napisem : PRĄD z ATOMU w KAŻDYM DOMU" ( w miejsce : na górze róże na dole fiołki...), kwiATOM dla Polski mówimy TAK! (ilustrujący ten plakat "kwiat" to znak : "uwaga- promieniowanie jądrowe") - prawda, że śliczny pomysł? Trzeci plakat ma napis : "Słońce jest elektrownią atomową i nikomu to nie przeszkadza". To może wybudujemy elektrownie atomowe w tej samej odległości od Polski ...Nieprawdaż? A krakowski wieszcz nucił : " wszyscy artyści to prostytutki" i czy nie jest tu coś na rzeczy? Naprawdę BOMBOWE pomysły!?
A jednak muszę jeszcze jedno hasełko zacytować na koniec : " czysto -zdrowo-atomowo". Dla mnie bomba (atomowa)! Ja bym ten napis (po zapłaceniu za prawa autorskie artyście Rafałowi Cwenk) użył do oznaczenia strefy w Czarnobylu. Ma tam podobno powstać rezerwat przyrody, więc byłoby tak : Rezerwat Przyrody "Czernobylskie Uroczysko" Czysto-Zdrowo-Atomowo". Rewelka....

Koniec roku

0 comments
Od rana powinniśmy biegać po górach ale nagła zmiana planów pozwala mi napisać kilka słów obiecanego podsumowania. Z ulgą powitam to wstępne zakończenie roku 2007. Wstępne, bo Nowy Rok nadejdzie tak naprawdę na początku lutego. Zdecydowanie bardziej przekonuje mnie cykl księżycowy niż sztucznie podrasowany kalendarz kościelny. Właściwie to większość świąt w roku jest sztuczna i prawdziwego ich znaczenia można się dogrzebać po trudnych studiach. Na tzw. św. Łucję paliłem wiele świec ale nie wiem czy to zgodnie z duchem czy alternatywnie? Ale o tym innym razem.
Cóż, może podam jakie to nazwiska padły w wielu recenzjach mojej płyty Cyber Totem : John Hassel, Rapoon, Ben Vida, Brian Eno, Biota i Bill Laswell. Tą porcję podaję z kilku recenzji krajowych, dobrych. Muszę podziękować Patrykowi Balawenderowi i Dariuszowi Brzostkowi za czas jaki poświęcili na napisanie recenzji. Panowie, ratujecie moje resztki wiary w krajowe środowisko muzyczne (cokolwiek by to miało oznaczać)!
Naprawdę nie chodzi o to, że pisali dobrze ale o to, że wysłuchali cierpliwie i zastanowili się trochę. Niestety, to nie jest reguła u naszych recenzentów. Dochodzi do tego bezinteresowność i niezależność. Trochę to patetyczne i słodkie jak na mnie? Sorry, poprawię się za chwilę. Co do innych zjawisk z naszego super-offu (no bo jak Maria Peszek jest z offu...) to odzew na nasze info o 10-leciu Karpat Magicznych nadszedł z : USA (ciekawa propozycja niezależnego radia), Słowacji (projekt letniego festiwalu - celebracji, niestety chyba na to nie będziemy mieli czasu i energii) oraz ze Szwecji (propozycja wręcz bajeczna ale napiszę jak się upewnię, że to realne). Nie jesteśmy snobami ale to proste : działamy tam gdzie nas chcą i cenią. Poza Polską gramy takie same koncerty jak w kraju, tyle samo dobrych co takich sobie...więc?
Przebijam się przez "Estetykę Fotografii" Francois Soulagesa. Znalazłem tam cytat z Celine'a :
"Bardzo pożytecznie jest podróżować, to wprawia w ruch wyobraźnię. Reszta to tylko rozczarowanie i mordęga". To koresponduje z naukami mojego ojca: " podróż to jedna wielka udręka" chociaż nie wyjaśnia dlaczego jednak to robimy? W zbliżającym się roku szykują się nowe podróże i pocieszam się tylko innym cytatem, z Jamesa Joyce'a : " wyobraźnia jest pamięcią". Może to właściwy trop? Podróż = wyobraźnia = pamięć?
Tych co się zaśmieją z tego co napisałem, odsyłam do klasyki : Terence McKenna i "Pokarm Bogów". Ten gość miał dopiero jazdę.... Czyta się to znakomicie ( nomen omen jak Castanedę....) ale wierzcie mi, to nie jest odkrycie, że nasza kultura jest, oględnie mówiąc, ufundowana na szalbierstwie i niskich pobudkach. Odkryciem byłby przepis/plan/projekt co zrobić aby kogoś to obchodziło. Podanie grzybów psychoaktywnych, które zostaną (o ile zostaną) skonsumowane razem ze spirytusem i papieroskami nie poprawi sytuacji. Naprawdę, prymitywni ludzie nie zobaczą od tego Wielkiej Matki i nie zostaną filozofami. Terence jest o.k. i gdyby żył chętnie zabrałbym Go na spacer po Karpatach gdzie aż roi się od magicznych roślin ale dla mnie problem leży gdzie indziej. Każdego dnia zastanawiam się i decyduję : co zrobić (lub czego nie zrobić) aby ocalić to co wiem, to co doświadczyłem i to jak żyjemy i jak żyje i czuje tych kilka osób, z którymi warto się zadawać. Nie obchodzi mnie uszczęśliwianie wszystkich. Może - tu wtrącę cynicznie - bajanie o grzybkach i sporyszu dobrze się rozeszło i to był sposób na dobre życie autora? Jeśli tak to jeszcze raz o.k. Ale czy to nie jest troszkę mało ambitne lub/i naiwne?
Jutro już pewnie dotrzemy w góry, a w górach wszystko jest prostsze.

Wieża

0 comments
Z jednej strony widok na klasztor Kamedułów i Tyniec...a z drugiej modernistyczne blokowisko z czerwonymi dźwigami w tle! Jest jeszcze Babia Góra i rymujące się ; kominy Skawiny...
Tak więc jak w życiu : trochę mistyki, trochę industrialu i proza codzienności. Nasza "wieża" zapełnia się powoli książkami, instrumentami, fotografiami i manifestacjami dobrych energii. Przyjaciele ze Słowacji pytają z troską : są to jeszcze Karpaty? Oj są, są - odpowiadamy, i to jakie magiczne ; kopiec obielony pierwszym śniegiem jak wielka stupa, Wawel z czakramem czerwieni się z daleka i wapienne górki porosłe latem szałwią i czarnym bzem!
W szołbiznesie czas zimowych (sic!) żniw. Nagle pojawia się Kazik i płytka Małe Wu Wu. Lata mijają i już nie ma szans się schować : atakuje "małe", "podrośnięte" i "stare" ... pozostaje jeszcze tylko czekać na : "poczęte " i "na łożu śmierci". Może w przyszłym roku?
Rydzyk rusza na Warszawę... pora taka, że same berety już nie starczą, niezbędne stają się sweterki, gacie i onucki bojowe, także śpiwory z tej kosmatej, jakże tradycyjnie polskiej wełenki. Pochylam się z troską nad tymi ostatnimi prawdziwkami i wieszczę : wzmocni ich niedługo skrajna lewica z hasłem : Sowa : mądra głowa! Pewnie już jakiś teleturniej czeka na prowadzącego, stałe felietoniki już są i do etatowych feministek, etatowych ekologów i etatowych psychologów dołączy jeszcze etatowy antyglobalista!
Czas grudniowy to czas zadumy... dzisiaj tematem refleksji będzie odbiór mojej płytki : Cyber Totem. Taaaa, ileż już słów na ten temat przeczytałem? Najbardziej podoba mi sie długa recenzja po szwedzku! Jest tylko trochę bardziej niezrozumiała od wielu innych! Ale dotknęła mnie opinia na temat naszej aktywności : "hiperaktywność". To zarzut... Wiem, wiem, recenzenci lubią nowe mięsko, młode ciałka do kopania. Buzie rozdziawione z uwielbienia i podziwu oraz wdzięczności, że oto taki sławny -recenzent- zechciał się pochylić nad małym debiutantem i zauważyć go, a może nawet ubogacić trafną uwagą i sugestią. A z takim jak ja to co? Recydywa i jeszcze pyskaty. Ale tak poważnie - nigdy się nie spodziewałem, że tyle ludzi zechce CT zauważyć. Kilka tekstów było naprawdę o.k. i za nie HARI OM, GASSIO czy inne poważne DZIĘKUJĘ! Bo sami wiecie, że nie czas teraz na indywidualizm, oryginalność (w sensie autentyczności) i niezależność. Ale my to wiemy i cicho sza, niech Oko Mordoru pozostanie ślepe na nasze sprawy.
Muszę też odnotować : przełom w polskim folku! Gigant i legenda tego środowiska czyli słynna na całą Ścianę Wschodnią formacja Orkiestra św. Mikołaja poszła ostro i nowatorsko.... zmieszała instrumentarium ludowe i rdzennie polskie przyśpiewki od Hucułów z instrumentarium elektrycznym! WOW! Ostro! Z tego przejęcia się nazwali płytę dokumentującą ten niezwykły ( w tej części Europy) eksperyment w prosty i bezpretensjonalny sposób : "Nowa Muzyka". O ja dziękuję! Toż to w Księstwie Warszawskim REWOLUCJA! A co ma ciągle Kapela Ze Wsi Warszawa brylować po otwarciach i zamknięciach rządowych imprez po świecie!? Orkiestra też może! Tylko po co było tak się bronić? Tyle lat, tyle dyskusji... a wystarczy chwila refleksji (trwa ona już blisko 50 lat w innych rejonach świata...) i trochę mniej chłopomaństwa. Orkiestro św. Mikołaja : Alleluja i do przodu!
Ostatnia sprawa z tej działki to zakamuflowana sugestia co do wzmiankowanej Kapeli ZWW, otóż wszechwiedzący Onet.pl ostatnio stosuje pisownię : Kapela Ze WSI Warszawa i to : " z WSI" jedzie na czerwono... Ja dotąd myślałem, że Pan Red. Kleszcz to równy facet, który (jak każdy) pomaga dzieckom... ale, że WueSI!?
W "wieży" jest naprawdę miło, jutro gotujemy indyjski czaj, zapalimy szisze, J. pokaże foty z mało znanych miejsc w Indiach, posłuchamy płyty Olmaryja, Tadeusza Sławka i Bogdana Mizerskiego i trochę odpoczniemy przed następnym etapem "hiperaktywności".
Od następnego wpisu będę zamieszczał kolejne odcinki podsumowań. To z powodu tego, że w 2008 roku Karpaty Magiczne celebrują 10-lecie!!!

Dziwny dzień

0 comments














Zaraz będzie o tym interesującym dniu...ale najpierw kilka słów o : "nowych przygodach Cyber Totemu". Przybyło kilka recenzji ( w tym jedna z Berlina) i kilka ustnych opinii, jestem tym zbudowany i zaskoczony (mile). Pojawiły się też pytania, w rodzaju : dlaczego to nie jest kolejna płyta Karpat? To świetnie, że ktoś o coś pyta! Muzyka została w Polsce sprowadzona do tapety i produktu podobnego do jednorazowych ręczników, a to sobie ktoś nos wytrze, a to rozlane piwo ze stolika albo osiedlowe błotko z buta. Jeżeli mały Jasiu wykolei miniaturowy parowóz zajmując wielką salę w świątyni sztuki, to jest to wielowarstwowe działanie artystyczne. Pełne znaczeń i alegorii, być może jest to nawet katharsis dla publiczności ale jeśli nawet nie dla całej (publiczności) to jest to sztuka i basta. Z muzyką już słabiej jakoś. Kolejek się nieda puszczać po podłogach pubów, kolejki są więc elitarne i mają przez to bliżej do sztuki. Marcin Dymiter w materiale o jesiennym festiwalu, którego jest kuratorem napisał, że zgromadzi on artystów, którzy wpływają na scenę w Polsce ale nie są dostatecznie zauważani. Ja się nie załapałem co by wskazywało, że jestem zauważany lub nie jestem artystą mimo, że już drugie pokolenie czerpie pełnymi garściami z mojej krwawicy... Gdyby przyjąć teorię o grupie artystów niezauważanych to tym razem nie zauważył (mnie) Marcin... To jakiś taki syndrom polskiego undergroundu z tym niezauważaniem. Niby tacy jesteśmy dobrzy ale nie zauważani. O co więc chodzi naprawdę? Już poważnie : albo robi się coś swojego albo się pracuje nad zauważaniem. Przyjaciółka Warhola o pseudonimie Ultrafioletowa pracowała wyłącznie nad zauważaniem, wszystko robiła sobie na fioletowo (np. włosy moczyła w soku z buraków ćwikłowych, eh...) i stawała zawsze blisko przy Srebrnowłosym kiedy zjawiali się dziennikarze. Na próby z malarstwem czas przyszedł później, już po tym kiedy została zauważona. Dzisiaj łatwiej zmienić kolor włosów, nie tylko na fioletowy ale nawet na...pomarańczowy itd. itd. Znajomy dziennikarz, radził mi kiedyś : trzeba wysyłać gdzie się da i co się da! Sorki, ale to nie jest metoda. Nie dla mnie. Nie czuję się niedoceniany i jestem pełny wdzięczności za to co mnie spotyka w związku z moją muzyką, nawet jak mnie Paluch (Boży) dotknie. Bo to ja gram a Paluch (Boży) jedynie dotyka, też mi fun....
No i teraz do tego dziwnego dnia dojdźmy. Alpy Julijskie, piękna pogoda, dość wysoko i nagle przychodzi wiatr, pioruny, grad, ulewny deszcz i ciemność okrywa nagie skały! To nie tani dreszczowiec, to nasz dziwny dzień w górach. W dolinach ginie w tym momencie kilka osób, zniszczonych zostaje kilkaset domów, przerwane są drogi i zasypane tunele kolejowe... A ja i Ania nad tym wszystkim o jakieś 1500 m brniemy w strumieniach wody do schroniska piekielnie się bojąc, że nie dotrwamy! I kiedy ta wirująca czapka złośliwego Karmapy odlatuje, zastanawiamy się w ciszy co się stało? Wylewam wodę z ...aparatu fotograficznego i zamoczoną kasetę z filmu ukrywam głęboko w wilgotnym plecaku. Bogdan ten film suszy w tym momencie i zobaczymy co też znajdziemy na nim - o ile coś znajdziemy. Jeżeli coś się ukaże to zawieszę obraz dziwnego dnia przy okazji następnego pisania. A dzisiaj przyglądnijcie się fotce z komórki jaka zrobiła Ania z autobusu Kraków - Ljubljana.

po trzykroć JA

0 comments
W drodze do świątyni konsumpcji napotkałem znak! Był to widomy znak oporu i prawdziwej mistyki (bo jak wiemy jest mistyka prawdziwa i fałszywa, czyli nie-nasza). Skromne plakaciki w zgrabnym formacie A-4 ogłaszały koncert zespołu HOŁD. Cytuje : Ja-Ja, Ja- Bóg, Ja-Ty, miejsce : K-T NMP z Lourdes (sami sobie odcyfrujcie...), data : 26 sierpnia, Plan : 16.30 Konferencja, 17.30 Spotkanie w grupach, 20.00 Msza Święta Koncert wraz ze świadectwami członków zespołu (możliwość zakupienia płyty w cenie 13 zł). Całość dziełka kończy się dużym napisem : PRZYJDŹ i delikatnie zasugerowaną stroną internetową.
Domyślam się, że to nowe (?) objawienie Dobrej Muzyki! Ale dlaczego Bóg przegrywa już na plakacie 1:3 z JA zespołu Hold. Przyjdź i też przegrasz 1:3, ale będziesz przynajmniej w dobrym towarzystwie.
Pa......

W dupie czyli szlak rowerowy do Lanckorony

0 comments
Co za dzień i noc ! Przed południem wszystko było miłe i usypiające czujność. Śniadanie w Lokatorze z Dankiem i Siną ( znanymi kiedyś jako Dlhe Diely), z Pio w kapeluszu rumuńskich pasterzy, Magdą i gośćmi z Pragi ... Po kawie i ploteczkach zdecydowaliśmy się ruszyć, niezwykle lansowaną jakiś czas temu, trasą rowerową do perły społeczności lokalnych - Lanckorony. Zgroza ! Szlak malowany chyba przez kogoś, kto do szkoły chodził z Lanckorony do Krakowa, wg. schematu : jest rozwidlenie dróg to... jak dobrze skręcisz natrafisz na upiorny rowerek namalowany na kwadraciku z dykty. A jak nie, to oznacza, że nie miałeś farta. Szlak rowerowy to jedno wielkie oszukaństwo : ani metra ścieżki rowerowej ale za to skrzyżowania, główne drogi i bezsensowne podjazdy wiodące donikąd. Jest to szlak rowerowy wyznaczony z samochodu. Dwa kościoły po drodze bronią idei tzw. architektury drewnianej i doprawdy, mam wielkie wątpliwości czy blisko 40 km w jedną stronę, usprawiedliwia lansowanie tej trasy?! No ale tliła się w nas nadzieja, że skoro ktoś wiedzie nas przez wielkie połacie ni-to-miasta-ni-to-wsi szlakiem architektury pustakowej, szlakiem pseudo pałacyków włościańskich zbudowanych za zaoszczędzone na Krusie pieniądze, to cel jest interesujący. Na tyle, że wynagrodzi nasze trudy przedzierania się przez drogi-ulice pełne wszystkich maści samochody wiejskich bezrobotnych, którzy zjechali z roboty "we świecie" na niedziele do swych gospodarstw rolnych, składających się z pustakowego pałacyku (pustacyk - czy to nie fajnie brzmi?), starej szklarni i stodoły przerobionej na zakład.....jakiś tam. Przyszła mina myśl nawet taka fajna ksywa - "tereny krusowe". Na świecie robi się ścieżki rowerowe po terenach krasowych ( no wiecie, wapienie, jaskinie itd.), a u nas są wielkie możliwości jakie dają tereny krusowe (no wiecie, to od tej opłaty imitującej ZUS jaką płacą wchodzący w skład Sojuszu Kościelno-Chłopskiego).
No ale nic, jedziemy i podziwiamy, bo naszym celem perła Lanckorony.... Ale najpierw przeprawa przez ruchliwą szosę, obliczona najwyraźniej na odsianie mniej szybkich rowerzystów. Oznakowanie jak wyżej i skręt przy tzw. starej poczcie : to proste, każdy wie gdzie jest na tej trasie stara poczta, prawda? Udało się nam jednak ujść cało i po jakimś kilometrze spychania nas na pobocze przez przemiłych kierowców, innym wjazdem dotarliśmy do drogowskazu : "Lanckorona 3 km". Od tego drogowskazu już po 3 km dotarliśmy do tablicy :"Lanckorona" i po ... 2 km podjazdu przez urocze krzaki, osiągneliśmy zapierający dech w płucach obiekt. Piętrowy, pusty budynek miał pozaklejane taśmami szyby, najwyraźniej naruszone już zębem czasu i nie była to i tym razem architektura drewniana. Obok jak ze snu : Restauracja Sielanka!
Byliśmy głodni i spragnieni, więc skuszeni nazwą, szybciutko usiedliśmy przy wolnym, uroczym stoliczku. Mebelki sielankowe : tzw. wczesne ZNTK ( Zakłady Naprawy Taboru Kolejowego produkowały kiedyś takie różności w ramach koleżeńskiej pomocy ajentom), parasole już kapitalistyczne. Panie kelnerki obsługiwały według klucza : pierszeństwo mają grupy liczne i siedzące bliżej kuchni. Już po 20 minutach od złożenia zamówienia, które ma się rozumieć też nie nastąpiło błyskawicznie, dowiedzieliśmy się, że nasze naleśniki po królewsku się skończyły. Perspektywa czekania do następnej podobnej informacji nas trochę speszyła i przy lekkim gulgotaniu kelnerki (to pewnie była dezaprobata wyrażona w godnym zachowania języku miejscowej społeczności), odjechaliśmy do mitycznego centrum z nadzieją na szaleństwa miejscowej kuchni z produktów ekologicznych! Na ryneczku zastaliśmy... wiele zastępów ochotniczej straży pożarnej i uroczystą przemowę, z której zapamiętałem interesujący fragment : ..." są trzy takie instytucje, ważne : Kościół, który jest wieczny, Uniwersytet Jagielloński i Ochtonicza Straż Pożarna..." Nie jestem pewny czy chodziło, że Kościół jest -wietrzny" bo każdy biskup mówi co innego, czy -wieczny- od uporczywości trwania. Na wszelki wypadek uznajmy, że to od uporu. Ale UJ i OSP razem - to daje do myślenia. Pachnie mi jakimś asekuranctwem, czyżby nie wszyscy chcieli głosować na pis?! O Matko Boska!
W sklepie z ekologicznej żywności od miejscowych producentów były jabłka z Nowej Zelandii (bo komu by się na "terenach krusowych" chciało zbierać jabłka?), Prince Polo i Chleb Mały (bielutki, a jakże) oraz duży wybór serków...wiem co pomyśleliście ale nie.... topionych! Tak zaopatrzeni ruszyliśmy w dół, nie oglądając się za siebie, w tym na Lanckoronę szczególnie. na to cudeńko jakich mało. Już nie nie szpanując na trasy rowerowe, pomknęliśmy główną drogą, przez Skawinę na nasz Kampus.
Wycieczka, mimo skrótu trwała z 7 godzin i naprawdę NIC nie usprawiedliwia wytyczenia tej trasy, no może jakiś grant z UE. Nie spotkaliśmy rowerzysty (nawet jednego) na tej trasie. Jestem całkowicie pewny, że organizatorzy tej niebezpiecznej i niepotrzebnej trasy nigdy jej w całości nie przejechali na rowerze. Ktoś nas tu robi w konia i maluje paluchem po mapie kolejne trasy rowerowe, które nic z trasami rowerowymi nie mają wspólnego. Społeczność lokalna wcale tych tras nie potrzebuje, żyje całkiem innym życiem niż się to opowiada. I jak dorośnie do relaksu na rowerze i produktu lokalnego, to sobie sama to urządzi. I będzie to prawdziwsze i bardziej interesujące niż jakieś wypociny paniczyków szermujących ekologicznymi -bzdurami. Dla mnie to i tak bez znaczenie bo do Lanckorony : NIGDY!
Noc po tej wycieczce była niestety też dość ciężka. Po pierwsze : biały "Chleb Mały" okazał się zbyt duży na mnie, ekipa z mieszkania nad nami balowała do 1.30 w nocy, kiedy to załomotałem im w drzwi z mocnym postanowieniem rzezi ze specjalnym okrucieństwem. Ale najgorsze w tej balandze było to, że oni tupali do muzyki z RMF..... totalna wiocha! Może Lanckorona?
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội