Pierwszy dzień jesieni

0 comments
Mgła, zimno i uporczywy deszczyk nie nastraja zbyt optymistycznie.
Idealna pogoda do czytania...i pisania. Wczoraj wieczorem skończyłem tekst do nowego numeru magazynu Hudba (Muzyka) wydawanego w Koszycach. Policzyłem już opublikowane felietony i wyszło mi, że napisałem już ósmy! Tym razem opisałem bardzo, bardzo interesującą muzykę Samów. To muzyka, która wykracza poza funkcje użytkowe i ceremonialne, jest w swej istocie czymś znacznie więcej. Ale to inna historia i wystarczy nauczyć się po słowacku aby sobie o tym poczytać... Ale ostatnie dni lata (chyba? to miała być końcówka lata!) udało mi się poświęcić czytaniu. Z uwagą i radością przeczytałem "cegłę" w postaci tomu pod tytułem : "Czternastu dalajlamów" Glena H. Mullina i warto to zrobić! Po tym sięgnąłem po "Szukaj - Jak Google i konkurencja wywołali biznesową i kulturową rewolucję" Johna Battelle, a dzisiaj dotarłem do połowy grubej książki wydanej przez Czarne pt."Bałkany wyobrażone" Marii Todorowej. U tej ostatniej jest kopalnia ciekawych myśli ale zacytuję tylko jedną : " ...ksenofilia ludzi Zachodu...postawa (która) cechuje się życzliwym odbieraniem obcej kultury, której przypisuje się niższą wartość: mieszkaniec Zachodu podziwia nasze tradycje/.../ za ich pierwotność, żywiołowość, zacofanie, dziką egzotykę." To część dotycząca opisu percepcji i mody na muzykę Bułgarii we Francji. Sztukę wokalną Bułgarii połączono tam z muzyką ...Zairu. "Zajebiście, nie?!"A w jakim celu? Bo ? " połączenie dwóch "prymitywów" tworzy ożywczy i egzotyczny koktail muzyczny, który jest rodzajem dopingu dla znudzonego wspołczesnego słuchacza". Czy to Wam coś przypomina?
Ale i w historii ( czy raczej historii początku) Googla też da się wiele wyczytać. A to co się tam czyta budzi u mnie całkiem czystą i niezaowalowaną zazdrość! Nie zawiść ale zazdrość!!! O to, że jest takie miejsce gdzie ludzie pracują razem, gdzie ceni się wyobraznie i pasję, gdzie prowadzi się rozmowy ( a nie składa oświadczenia, deklaracje lub raporty) i może także o to, że ma to wartość. I nie chodzi tu o góry dolarów ale sprawny system wynagradzania za wysiłek intelektualny. My ciągle wynagradzamy za sadzenie ziemniaków i konformizm. Niestety, tak już zostanie. Ale warto sobie poczytać aby nie dać się nabrać na różne bajania o "miasteczkach multimedialnych" mających powstać z "nikogo" i w szczerym polu. Ale to nic, nie damy się i ograniczymy kontakt z ziemniakami do zażywania "ożywczego i egzotycznego koktailu" jak się już bardzo znudzimy.
Ale jeszcze nie dzisiaj bo to Pierwszy dzień jesieni...i może wyjdzie na chwilę słońce?

Hudba

0 comments

Po prologu festiwalu Karpaty Offer zostało dobre wrażenie i nawet plany na przyszłość plus praca nad wydawnictwem po-festiwalowym. Uwielbiam takie wydawnictwa! Bo wszystko trwa tak krótko - po tak długich przygotowaniach, że bez symbolicznego chociaż podsumowania robota wydaje się trochę bez sensu. Na kilka dni uciekliśmy w Tatry i niestety, tym razem nocleg był w Zakopanem... Co za doznania : niby góralskie karczmy z reklamą pizzy, niby góralskie zespoły grające niby góralską muzykę z domieszką country i piosenki włoskiej, stoiska z torbami i drewnianymi kotami z Tajlandii... a na środku spacerszlaku wystawa fotografii pod szyldem : Górale dla Tybetu! Ale to w mieście, już troche ponad 1000 m n.p.m. ludzi znacznie mniej i góry wspaniałe. Jaka szkoda, że Zakopane dostało się w ręce ludzi, którzy robią co mogą aby zapomnieć o bohemie, która to miasteczko stworzyła. I niestety, udaje się im powoli spychać w niebyt tą ekscytującą i całkiem europejską tradycję. Będziemy mieli wyłącznie "dumne rody góralskie" co "władały podhalem" bo rozumiem, że trudno sie pogodzić, że prawdziwa historia to powożenie furką, którą Staś Witkiewicz wracał z wyprawy na grzyby w deszczowy dzień... Tak więc oprócz nowej historii Solidarności powstaje nowa historia Podhala! Nazwałbym to peeselizacją historii?
Na początku września pojechaliśmy z Andrzejem W. i jego siostrą zagrać koncert w Preszowie.
Wypad na Słowację jak zwykle przyjemny (a jedzonko pasterskie smaczne!) i mimo tego, że koncert zaczęliśmy grać dobrze po północy, sporo ludzi czekało wytrwale! No i doczekało się : było całkiem o.k.
Po tym wypadzie czekał nas tydzień koncertów w Niemczech ale kilka spraw było jakoś tak mało precyzyjnie dogranych i po powrocie z Preszowa zadecydowaliśmy, że w tej sytuacji nie pojedziemy. Do tego jak echo naszej decyzji doszedł mail od Ramunasa z Kovna, że rozbił samochód i nie ma czym jechać. Przy tej okazji zastanawiałem się trochę nad tym jak trudno jest w pewnych środowiskach zrobić coś naprawdę dobrze!? Jak coś jest offowe to musi być też zazwyczaj gówniarskie i nieodpowiedzialne. Bywa ( i to też w tym roku przećwiczyliśmy), że jak nie jest gówniarskie i nieodpowiedzialne to służy jako przynęta w miejsce gdzie lansuje się protegowanych. Dlatego tak zadziwił nas (po części nasz) festiwal -Karpaty Offer, gdzie było sporo zabawy i prawdziwych emocji. I to pięknie, nawet gdy te emocje oznaczały, że niektórych zespołów słuchała malusieńka, tycia, tycia publiczność! I teraz muszą wybrać : długie lata pracy albo te dyrdymały muzyczne, granie pod sztandarem : Bóg, Honor, Ojczyzna i nobilitacja w postaci konferansjerki w Opolu!
Z ulgą przekreśliłem w kalendarzu napis : trasa w Niemczech i zabrałem się do przygotowywania naszej sesji nagraniowej i celebracji 10-lecia w górach. Wybraliśmy Sopatowiec bo tam zawsze jest miło, Gosia nie wprowadza sztucznej atmosfery i dobrze gotuje, no i za oknami są Karpaty w tej nam najbliższej postaci. I mam nadziej, że będzie lało! A 10-lecie - no cóż, może ktoś wpadnie albo i nie? Zobaczymy?!
Wczoraj wieczorem na chwilę wpadliśmy do Lokatora aby pocelebrować urodziny Madzi. Było miło i nawet z godzinkę nikt na sali nie palił. Później zjawił się jakiś światowiec z damskimi papieroskami i wywijał nimi pod nosem niewinnych sąsiadów. Pewnie to jakiś wielki artysta albo najpewniej artysta literat w rodzaju......nie będę haterem, nie będę haterem, nie będę haterem....
Aby się nie frustrować następnym razem wyrwę tego papieroska w wepchnę gościowi do....nosa. Podobno nie jest dobrze tak międlić w sobie emocje?

Serbia

0 comments

Musze wrócić do interesującej trasy offroadowej w Serbii. To był ekscytujący przejazd bezdrożami z serbskiego Niszu do Kjustendiłu w Bułgarii. Nisz okazał się miłym miastem z bardzo znajomą atmosferą, coś jak rumuńskie Jassy. Wypiliśmy dobrą kawę i zjedliśmy serbską banicę (ciasto z serem) na miłym placyku z metalowymi rzeźbami i stara czeszmą (studnią) i spacerze ruszyliśmy w góry. Droga, początkowo asfaltowa, zaprowadziła nas do miejsca gdzie czekały nas już tylko bite drogi prowadzące w mało sprecyzowanym kierunku. Ale jechaliśmy uparcie w górę przekraczając ze dwie przełęcze. Najwyższy punkt przejazdu jaki pokazał GPS to 1650 m n.p.m. ale ponad nami był szczyt przynajmniej 100 m wyżej. Przed wjazdem na sam szczyt powstrzymał nas wysoki maszt telekomunikacyjny, radary itp., baliśmy się, że biały Landrover może być tu różnie odbierany przez wojsko... Krajobraz przypominał Bieszczady lub Karpaty w Rumunii, wioski też i ludzie zbierający borówki, maliny, grzyby. Wprawdzie jest mały obszar gór w Serbii określany jako serbskie Karpaty ale nie w tym rejonie. Ania powiesiła troche fotek z tej awanturniczej wyprawy i oglądać je można na Picasie.
Obsada przejścia drogowego do Bułgarii była nieco zmieszana widokiem naszej ekipy, a jeszcze bardziej gdy po oględzinach polskich paszportów Andrzej (właściciel "disco" i główny kierowca terenowy naszej wyprawy) odezwał się płynnym bułgarskim. W miłej atmosferze wjechaliśmy do Bułgarii i za Kjustendiłem zjedliśmy pierwszą dobrą szopską sałatkę. Z tego miejsca pochodzi fota z podobizną W.I.Lenina zestawiona z reklamą piwa.
Sądzę, że ten przejazd jest początkiem naszej eksploracji serbskich gór i mam nadzieje, że Serbia dołączy do UE.
W Bułgarii było cudownie i nam - jak zawsze bardzo, bardzo interesująco. Do ciekawych miejsc doszła nam wizyta w cerkwii wieszczki Wangi. To miejsce połozone nad Strumą (rzeka -kręgosłup Macedonii bułgarskiej i uchodząca do Morza Egejskiego w Grecji. Wanga cieszyła się wielkim poważaniem i po jej widzenia przychodzili tu różni ... od Jelcyna po Żiwkowa. No ale to zostawmy do Drugiego Ucha Jaka, chyba się jednak wezmę za to pisanie?!
Po OFF Fest. wróciliśmy na chwilę do Krakowa i zaraz byliśmy na Sopatowcu aby poprowadzić warsztaty. U Gosi jak zwykle spokojnie i karpacko, nie licząc incydentu z autem...które "uciekło" w dół sopatowskiej łąki i wbiło się w młodnik. Wszystko trwało może ze dwie minuty ale do teraz słyszę wołanie RATUNKU w wykonaniu Gosi!!! Na szczęście nie siedziała w samochodzie.
Ania prowadziła swoje warsztaty głosowe i tak przyglądałem się przemiłej grupie ludzi : jak to dobrze, że poza tym całym blichtrem, pozorami i fałszywym zgiełkiem są wrażliwi ludzie nie bojący się szukać i odnajdywać. I nam już nie potrzebne są stadne strategie, środowiskowe uznanie i puszczanie oka do ważnych mediów i decydujących o karierach gremiach. Mamy tyle pracy, że już tylko liczy się czas i nasza energia. Tak więc po wspólnym śpiewaniu i podstawach etnobotaniki zewszliśmy na obiad z ojcem w doliny. Po powrocie do KRK coś powiało i oglądaliśmy pokaz burz i błyskawic. Okazał się on dla wielu tragiczny. Czuliśmy to od dwóch dni ale jak to opowiedzieć?
A dziś całkiem miły dzień odpoczynku. Trochę dryfu po Krakowie czyli to co lubimy bardzo plus trochę pracy w postaci fotografowania street artu. Ktoś podpisujący się Wallstreet pokazał kilka naprawde dobrych rzeczy od ulicy Józefa poczynając, poprzez rondo dębnickie pod Tesco. Może następnym razem zawiesimy reprodukcje tych prac. Kończę bo kończy się płytka "The Coral Sea" bliskiej nam Patti Smith z Kevinem Shieldsem, a tuż pod ręką czeka (także dwu-płytowy) album "Farscape" Lisy Gerrard i Klausa Schullze'a. Chyba jednak lepiej odnosić się do tych osób i ich świata niż.... no nie, skończyłem z haterstwem!

Serbski Offroad

0 comments
Ostatnie dwa tygodnie to przejazd "disco" z Krakowa przez Słowacje, Austrię, Słowenię, Chorwację, Serbie, Bulgarię, przelot z Sofii do Wiednia i przejazd kilkoma (!!!) pociągami przez Austrię, Czechy na Ślask...
Disco to ksywa białego Landrovera DISCOvery i pierwsza cześć naszego offroadu była całkiem klasyczna. Po festiwalowych dniach w Tolminie (to nasz 4-ty pobyt na Sajeta Fest. w Słowenii i chociaż nie ma tam nic o offie, to jest naprawdę poza flirtami z szołbiznesem) pojechaliśmy przez Chorwację do Serbii. Po noclegu w Niszu, ruszyliśmy bezdrożami w pasmo górskie około 1700 m n.p.m. wysokie i przejechaliśmy nim z pomocą nawigacji satelitarnej do Bułgarii. Potem oczywiście Melnik i na koniec Sofia. W Rożenskim Monastyrze zastaliśmy zakazy fotografowania i bardzo srogiego braciszka, to samo jest w Rilskim... wiec mamy niezłe archiwum w postaci setek fotografii z zewnątrz, z wewnątrz, video plus rejestracje śpiewow mnichów w serii World Flag Records! Ale kogo to obchodzi?
Z Sofii polecielismy do Wiednia bo obiecaliśmy wesprzeć The Band of Endless Noise na OFF Fest. w Mysłowicach. Cieżko nam było pakować się do samolotu po kilkunastu dniach słońca, 38 stopniach ciepła, całych dniach offu, fantastycznym jedzonku i kawie, miłych ludziach i ekscytujących krajobrazach...
Do Wiednia leciało się fajnie i w naszej dawnej (i jakoś tak ciągle bliższej ) stolicy trochę fotografowaliśmy street artu i obowiązkowo zjedliśmy coś słodkiego w kawiarni. Pognaliśmy na dworzec i ...zaczeło się! Muszę przyznać, że Austria pozbyła się nas szybko i bardzo sprawnie podstawiając pusty pociąg zastępczy, i wywożąc do Czech... gdzie (niby) miał czekać pociąg o znaczącej nazwie Polonia! To lepiej niżby mieli nas zamknąć w jakiejś piwnicy na 20 lat, ale na granicy nikt i nic na nas nie czekało. W surrealistycznej czeskiej poczekalni dworcowej oglądaliśmy otwarcie targów sportowo-gospodarczych pod kryptonimem Olimpiada 2008. Uśmiechnięci sportowcy machali rękami i Pan Putin pomachał im własną rączką, co było być może umówionym znakiem do przyjścia z pomocą bratniej Osetii. Jakiś obywatel Chin w tym czasie przygotowywał nożyk, aby zaciukać gości z USA w pięknej wieży... a o Tybecie jakoś tak mało było. Ciągle liczyliśmy na to, że to jest program typu "ukryta kamera" i że dostaniemy po 100 dolców, jeśli zachowamy spokój i nie zaczniemy krzyczeć i rozbijać się o socjalistyczno-szwejkowe lamperie. Ale nie, nie był to ten program...
Po zapłaceniu za kibelek w jednej z kilku walut jakie mieliśmy w kieszeniach ruszyliśmy dalej...innym pociążkiem...do innej stacyjki...gdzie stała Polonia w pełnej krasie! Przez moment przemknęło nam przez myśl, że zakończyły się nasze kłopoty i że za te blisko 50 juraków od głowy za bilet potraktują nas poważnie. Pomysł ten jednak odrzuciliśmy jako zbyt awangardowy (słusznie, jak się okazało). Po następnych 5 godzinach dotarliśmy do Katowic i pożegnaliśmy się z obsługą pociągu wymuszeniem wpisu na naszych biletach, że opóźnienie wyniosło 290 minut. Wpisują to w minutach, bo okazuje się, że niektórzy podróżni liczą 100 minut jako 1 godzinę! Tak więc dla niektórych to było zaledwie "prawie" 3 godziny. Dla nas niestety, więcej i znowu sprawdza się powiedzenie, że niewiedza jest szczęściem. Wiem, wiem, był tragiczny wypadek na trasie Kraków - Praga. Ale skąd wiem? : z naszego telefonu komórkowego, nie z ust obsługi pociągu Polonia ale z tzw. gminnych wieści krążących po wagonach. A jak się dowiedziałem gdzie w ogóle jesteśmy w ciemną noc gdzieś w Czechach? No bo nie od obsługi Polonii, a z google maps via Sofia gdzie ekipa oczekiwała nazw stacyjek i wyszukiwała je w internecie aby zameldować nam : jesteście 50 km od granicy ...
Około 1 w nocy przyjaciele odebrali nas z przepięknego dworca kolejowego w Katowicach (swoją drogą to ludzie podobno boją się jechać do Bułgarii - a nie boją się dworca w Katowicach?) i tak mogliśmy wysłać sms do kolegów z Bandu, że dotarliśmy na Śląsk. Bo czekał nas wielki i wspaniały OFF Fest. w Mysłowicach. Zagraliśmy coś na koniec deszczu, pogadaliśmy z Robertem (Brylewskim) po latach, spotkaliśmy kilkoro znajomych i nieznajomych i dzięki wielkiej dobroci serca posiadacza dużego samochodu, już przed północą witaliśmy się z całkowicie załamaną naszą postawą Kocią!!!
Do tych offroadowych dni jeszcze wrócę bo jest kilka setek fotografii i tyleż wątków, ale muszę się zbierać na warsztaty do Sopatowca.

Tradycja wynaleziona

0 comments
Pod tym tytułem kryje się zbiorek interesujących tekstów pod redakcją Panów - Hobsbawm'a i Ranger'a. W kontekście naszego Zakopanego warto sobie przeczytać rozdział pt. Góralska tradycja Szkocji autorstwa H.Trevor-Roper'a. Zupełnie jak u nas... kilty wymyślone, literatura i muzyka zręcznie spreparowana z obcech źródeł i rozdęta do absurdu mitologia... We wstępie czytamy : "..."Tradycje",uważane za prastare lub jako takie przekazywane, mają rodowód całkiem niedawny, a czasem wręcz zmyślony". Lata, na które przypada "masowa produkcja tradycji w Europie" to " 1870-1914". No to ja otwieram encyklopedię i wszystko gra : Stanisław Witkiewicz (ojciec Witkacego) ur. 1851 i zmarł w 1915r. a willę Pod Jedlami zaprojektował w 1896r. Szkoda, że to co się teraz buduje jest jeszcze bardziej "tradycyjne", jeszcze bardziej "starodawne" i jeszcze BARDZIEJ...
A lektura na czasie bo przygotowuję kilka rzeczy w ramach nowego festiwalu pod nazwą : KARPATY OFFer na drugą połowę sierpnia. Jak dotąd udało mi się przygotować mapę street art'u w Nowym Sączu... (hej, tradycja Bozicku, hej!), akcję fotografii organicznej i fotografii otworkowej we współpracy z Bogdanem K. i dr Anną N. Pracujemy teraz nad koncertem KM z okazji 10-lecia.... tzn. raz na dziesięć lat w tym miejscu, hej! I aby wynaleźć jakąś tradycję zaprosiłem młodych muzyków grających pod szyldem Centrum, więc łatwo zgadnąć, że z Warszawy. Zrobili świetne wersje swojej muzyki z moimi dronami z Cybertotemu. A własnie! już trochę tych nagrań się pojawiło i pracujemy z Piotrem w studiu nad nimi! Sama radość i kilka ciekawych konstatacji. Mam też już fotografię na okładkę i cover, to dla mnie bardzo ważne bo jak na muzyka (chyba...) to jestem zadziwiającym wzrokowcem! Ale całość się zapowiada doskonale i nawet to, że kilka osób nie dotrzymało obietnicy nic już nie zmieni. Pewnie są jakieś wazne powody, wszyscy żyjemy dość intensywnie więc każdy musi dokonywać wyborów i robić to co sam uważa za ważne. Aby się trochę zrelaksować ale "na temat" pojechaliśmy w Tatry i trochę pokręciliśmy się w dawnej strefie zakazanej czyli wokół Wołowca i Rohaczy na Słowacji. Ile to razy tęsknym wzrokiem zagladałem w dolinę pod Wołowcem i pozdrawiałem turystów ze Słowacji, którzy robili to samo patrząc w kierunku Chochołowskiej... A teraz nawet kofoli się napiliśmy za złotówki! Ale ciągle ta nasza arogacja wychodzi bo w schronisku na Chochołowskiej za korony już niczego dostać nie można. Na moje pytanie dlaczego otrzymałem wieloznaczny uśmiech od miłej Pani z bufetu. W schronisku cisza nocna polega na tym, że jakiś pan z wianuszkiem pań buczy monotonnie jeszcze o pierwszej w nocy. Dzieci walą drzwiami do północy w odwiecznej dziecięcej zabawie w bezmyslne bieganie do wc i na powrót a wysportowani, młodzi ludzie odgrywają role z reklam piwa. Tyle, że mają już brzuchy jak bania i nikt nie waży się ich cenzurować. Są więc roześmiani, wulgarni, bezdennie głupi i głośni ponad wszelką miarę. Ta ich wesołkowatość wygląda na domieszki w piwie albo jakąś psychofizyczną skłonność wykorzystywana w tych wspaniałych reklamach.
Udało się nam w Zakopanem być dwa razy po ok. 5 minut, tyle bowiem trwało przesiadanie się do busów katapultujących nas z tej perły prastarej góralskiej tradycji w inne, cichsze miejsca. I to jest już coś nowego i dla nas bardzo optymistycznego : Tatry bez Zakopanego!?
Ale oscypki (tradycyjne, ajuzci...hej!) były naprawdę bardzo smaczne. Ale czy to nie Unia Europejska jest sprawczynią, e, gdzies tam... Ale były też i zastanawiające przygody. Chłopak, na oko 20-letni, sprzedawał coś pod szyldem : oscypki z rydzami! No to my się na te rydze złakomiliśmy i dawaj zamawiać... ale nie, rydze okazały się szynką i to bez wyjątku a chłopak taaakie oczy zrobił na moje skromne oświadczenie, że nie jadam mięsa! W wieku 20 lat po raz pierwszy spotkać się oko w oko z wegetarianinem ! To jest zamknięta, tradycyjna społeczność! A niektórzy badali jakieś odległe wyspy i niedostępne góry, bajdoki jakieś - jak tu maJOM czyste formy pod bokiem. Regge wprawdzie grają i co tam Pan redaktor Kleszcz wymyśli ale swoje wiedzą i jusss.
Ale co dobre ( a czasem jak widać zastanawiające!) szybko się kończy...i rozpocząłem dziś wielkie pakowanie. Jedne pakuny na OFF Festiwal... (he, he, he...) a drugie na Sajeta Festiwal do Słowenii i potem...do Bułgarii przez kraje dawnej Jugosławii. I to okutym stalą landroverem... no chyba to tylko tak się da?! Spróbujemy....
A fota to bonus od Tatr za to, że niezależnie od tradycji (wynalezionej czy nie, takiej czy innej) kochamy je mocno!

Lato

0 comments
No i mamy lato! Ale jakoś tak trochę zbyt szybko i bez stosownej pompy? To pewnie dlatego, że tak wiele aktywności i pracy. Po ostatniej etnobotanicznej wycieczce w góry Beskidu Sądeckiego uznałem, że to naprawdę wciągające. Zwłaszcza, że ekipa była zawodowa i nie musiałem nikogo przekonywać, że Atropa belladonna to ciekawa roślina. Dwa dni temu znalazłem stanowisko tej czarodziejskiej rośliny, które szacuje na ok. 30 kęp o wysokości ok. 170 cm! Czarownice miały niezłe zaplecze! A czarownice dlatego, że Atropa była jedną z podstawowych roślin wchodzących w skład tzw. maści wiedźmich...no i jak nie pokochać etnobotaniki.
Czasem wracają ciekawe chwile z Londynu...i dlatego ta fota : oczywiście to trochę zmieniona fota ale obiecałem A., że następnym razem wsiądę do tej gondolki.... i muszę się jakoś przyzwyczaić.
Graliśmy z ekipa BOEN w Raciborzu, to trochę dla nas ekstrawaganckie ale festiwal był naprawdę ciekawy i obskurna świetlica dworcowa okazała się doskonałym miejscem do grania naszej (i BOEN) muzyki! No tak, bo graliśmy w pustych pomieszczeniach dworcowych przy peronie 1 na dworcu PKP w Raciborzu. I tak jest zawsze lepiej niż w wypasionym domu kultury lub czymś podobnym. Czeka nas kilka koncertów i obserwując (czasem od wewnątrz) organizowanie festiwali i dobór wykonawców mam bardzo mieszane uczucia. Dawno już minęły dla nas czasy, w których ilość koncertów miała dla nas znaczenie. Może dlatego często przychodzi mi na myśl cytat z Deborda : "Jednostka, jeśli tylko zależy jej na zdobyciu uznania w tym społeczeństwie, jest skazana paradoksalnie na stałe wypieranie się siebie". W specyficznej polityce kulturalnej miasteczek (nie tylko) na prowincji widzę tak wielki stopień arogancji i głupoty władz, że czasem się zastanawiam nad tym czy to nie kwalifikuje się do leczenia lub przynajmniej porady psychiatrycznej? Na występ sztucznej i utrzymywanej z naszych podatków kapeli (niby) ludowej (co to określenie oznacza dzisiaj?) są zawsze pieniądze ale na festiwal organizowany przez młodych ludzi mieszkających (jeszcze) w mieścinie - zawsze brak! Czy te władze to samobójcy polityczni? Obserwując poczynania władz w miasteczkach, które chylą się ku upadkowi systematycznie i jakby planowo mam wątpliwości czy są jeszcze miastami. Bo wg. cytowanego już Deborda : "Wioski, w odróżnieniu od miast, były zawsze obszarem konformizmu, izolacji, małostkowego wścibstwa, bezustannie rozsiewanych plotek na temat kilku, wciąż tych samych, rodzin".

Tym bardziej ożywczo wpłynęła na mnie rozmowa z ekipą street art'owców. Nie klęczą, nie proszą tylko biorą farby, szablony i odzyskują ulice dla ludzi. Bo urzędnicy już poszaleli : na trawniki w Poznaniu nie wolno wchodzić, gówniane reklamy piwa i rajstop musimy oglądać ale graffiti to straszliwe przestępstwo! Obrzygane kible w PKP to jest normalka ale mural to zagrożenie. To jakaś paranoja i dobrze, że nie wszyscy jej ulegają. Pracuję nad mapą...Nowego Sącza potraktowanego jak dość spora galeria street art'u! A kilka ekip robi całkiem fajne rzeczy. Polubiłem szablony Cosme Crew i część muralowych prac w jednej z dzielnic. Czy to nie dziwne, że ekipie, która czyni z Nowego Sącza - jeszcze miasto - musimy robić fotkę z zasłoniętymi twarzami?
A jutro do Warszawki na...próbę z BOEN! Tak się "powyczyniało"...

Na trawie i takie tam...

0 comments
Miło było prowadzić pokaz świętych roślin Indii pod pięknym bzem czarnym w pełni kwitnienia...To w ramach festiwalu - Joga na trawie - ale wcześniej także było miło czytać i przygotowywać pokaz / warsztaty. To taaaka ulga, kiedy kontaktuje się ze starymi i nowymi tradycjami mądrych ludzi i roślinami...
Przed dwoma godzinami wyszedł od nas po przedłużonym śniadaniu Vlastislav, troche gadania i troche ogrywania -tower - nowego naszego mieszkania, shakuhachi podobnie jak mój kaval dobrze tu brzmi!
A wczoraj zupełnie niesłychana historia!!! Zadzwonił Vlasto, że jest już w krk i chętnie by się spotkał z nami jeszcze tego wieczora. My na to, że zapraszamy na jutro bo mamy sporo zajęć i już do city się nam nie chce jechać. Po godzinie widzę Vlasta, jak forsuje z towarzystwem naszą bramkę na osiedle. Trochę się zdziwiłem, że zna kod i nie doczekawszy się dzwonka domofonu zjechałem windą na dół...tam ani śladu gości! Wyjechałem do góry sposobiąc się do powitania, a tam też nikogo...!? Okazało się, że Vlasto z ekipą przyjechał się zakwaterować w mieszkaniu na parterze w naszej klatce...nie wiedząc, że my mieszkamy kilka pięter wyżej. To spotkanie było niezwykłe... Doszliśmy do wniosku, że lepiej tego nie analizować dogłębnie.
Tak na marginesie, to Vlasto należy do śmietanki świata muzyki i Jego koncert jest niezwykłym przeżyciem, do tego prowadzi katedrę etnomuzykologii na uniwersytecie w Pradze itd. itd. No i dlatego pewnie w tzw. mediach NIC! Brawo! Ale to przecież nie jest tak całkiem niezrozumiałe... U nas panuje taki zwyczaj, że promuje się ofiarnie jedynie z następujących powodów : promowany to ktoś z rodziny lub tzw. biznesowej rodziny zastępczej lub rozszerzonej, 2/ wariant punktu 1, ale rodzina ma charakter polityczny 3/ promowanie promującego czyli : promujący chce dać do zrozumienia, że jest naprawdę dobry w te klocki i trzyma z największymi (gromadne promowanie np. Stinga albo Claptona, albo Jimi Hendrixa i popieranie The Beatles, Mega Death itd. łaknących promocji polskich mediów). Ale na tym koniec bo dzisiaj nie będzie haterstwa, pracuję nad tym ( a trudno mi, wierzcie...!!!).
Aby z tego wybrnąć i nie całkiem zrezygnować ze swobodnej ekspresji przepiszę cytaciki z pewnej książki :
"Idol, spektakularne przedstawienie żywej istoty ludzkiej, ucieleśnia dozwoloną rolę, a więc samą banalność. Jako specjalista w zakresie pozornych przeżyć idol zachęca innych do utożsamienia się z życiem pozornym i płytkim. (...) Funkcja gwiazd polega na nieskrępowanym odgrywaniu rozmaitych stylów życia i sposobów pojmowania rzeczywistości społecznej. (...) Zachowania gwiazdy są jednak w równie znikomym stopniu nieskrępowane, jak i urozmaicone. (...) Sługa spektaklu, którego obsadzono w roli gwiazdy, jest przeciwieństwem jednostki, to jawny wróg własnej indywidualności oraz indywidualności innych ludzi."
Napisał to Guy Debord, sytuacjonista z kilkuosobowej grupki pt. Międzynarodówka Sytuacjonistów, oni to, oprócz wywołania poważnych akcji podczas tzw. paryskiego maja 68, próbowali konkretyzować swój program także m.innymi poprzez uprawianie psychogeografii za pomocą tzw. dryfowania. " Debord i jego przyjaciele niestrudzenie eksplorowali Paryż, kierując się, w trakcie tych wielogodzinnych, a czasem wielodniowych wędrówek jedynie "siłą przyciągania miejsc"(...) starając się odkryc takie formy miejskiej przestrzeni, które budziły nowe pragnienia i sprzyjały ich zaspokajaniu. Wypuszczali się również na teren utopii, opisując fantastyczne miasta " przeznaczone do permanentnego dryfowania"." (to ze wstępu do "Społeczeństwa spektaklu" PIW 2006).
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội