Tym razem Kanada

0 comments
Inuici to ludność pochodzenia azjatyckiego, która zamieszkuje Grenlandię, USA (Alaskę), Syberię i Kanadę. Ale są w Kanadzie także Innuici (2 x n) i są to leśne plemiona indiańskie, które mają nieco inną kulturę. Inuici, zwani także Eskimosami mają bardzo interesujące zwyczaje, mitologię i muzykę obrzędową, w tym niezwykłe techniki wokalne. Bardzo ciekawe są obchody święta pęcherzy z użyciem suchych łodyg pasternaku i pęcherzy ryb i ssaków upolowanych w roku poprzedzającym rytuał. Wszystko to bardzo przypomina kulturę Saamów i Ajnów. Od jakiegoś czasu bardzo to mnie zajmuje i jak to bywa - po wyprawie do Jokkmokk w Szwecji, którą zapoczątkowaliśmy eksplorację Północy (chociaż wcześniej bywaliśmy już w okolicy...) - trafia się Ani zobaczenie ziem Inuitów w Kanadzie. Jutro leci do Montrealu i jest szansa na parę innych miejsc w okolicy. Tym razem ja i kocia zostajemy w domu. Mam nadzieje na ciekawe wydawnictwa i fotografie bo jestem przekonany, że bez dotknięcia miejsca gdzie żyją ludzie o interesującej nas kulturze nie możemy do końca zrozumieć wielu inspiracji, ograniczeń i kontekstów. Niby to oczywiste ale w praktyce nie całkiem realizowane. Za oknem ciemno i wilgotno więc łatwiej trochę zrozumieć długie obrzędy przy ogniu i dobrym jedzeniu. Czyż nie robimy tego w grudniu i my? Szyld nieco inny ale jak zwał to zwał a sens wymusza natura i tyle.
W szklanej kuli kłębi się od strasznych gęb ( jak to określał Witkacy) - wszystkie jakby oszalałe i chore?! W dziale szołbiznesowym szklanej kuli moda na macierzyństwo, tym razem bliźniaki Pana Panasewicza, troszkę wcześniej były opowieści o tej ostrej (kiedyś) paniusi z Kombi. Ale Kombi gra teraz na imieninach nowobogackich i na studenckich imprezach już spokojnie mogą zarabiać bezlitośni krytycy systemu z Kultu. Ale muszą sie pilnować bo powraca Kora z Piątym Elementem...u wozu! Ale generalnie to ACHTUNG ! ACHTUNG! bo grasuje wielki kot lub młoda snieżna pantera czyli irbis. A ludzie się po Himalajach za nią naganiali, nawypatrywali i nic = bo siedzi koło Liszek w Galicji! Tak więc Ania ma farta, że się nie będzie musiała przez kilka dni bać irbisa. Chociaż właściwie co taki irbis może nam zrobić? Nie podskoczy przecież nam tu kociniak jakiś. Bo się napuści na niego kibiców albo stoczniowców i kot jak ich zobaczy to nie przetanie wyć i wybałuszać oczu. Bo Eskimosi nawet nie dadzą rady naszym chłopom...co żywemu nie przepuszczą! Można mu też szybko pokazać fotkę naszego prezydenta i to już będzie zagłada!

Rewolucja

0 comments
Rano podciągam rolety i sprawdzam widok z okna. Tym razem było lepiej, mgły opadły ( a może się podniosły?) i bez problemu zlokalizowałem dachy klasztoru w Tyńcu, białą wyspę klasztoru Kamedułów na zielonym grzbiecie ponad Wisłą i czerwoną bryłę "zamku" jak mawia Natasza. Ta chwila porannej, nawykowej lokalizacji i logowania się w "realu", tuż przed kawą, jest ważna, może ważniejsza dla poczucia miejsca niż bieganie po Karmelickiej i Krupniczej?! Wszędzie gdzie mieszkałem wcześniej, znajdowałem dobre strony i interesujące miejsca, ale nigdzie nie czułem tego co tutaj. M.Todorowa pisze : " ...dziedzictwo nie jest wieczne, a na pewno nie pierwotne." Trudno się mi rozstać z Jej książką "Bałkany wyobrażone", należy do tych, które powracają. Przygotowuję warsztat na Słowacji, koncert z rejestracją i after party z okazji 10-lecia Karpat i etnobotaniczny event dla 300 osób ale nie wszystko idzie jakbym chciał. Po odwołanej trasie koncertowej w Niemczech przyszła wiadomość, że zaplanowany koncert w Krakowie także się nie odbędzie. Zamykają klub czy coś podobnego, nic osobistego -jak to się mówi w innym świecie - ale szkoda. Wejścia na naszą stronę na myspace układaja się w ciekawy wzór : Cracow, Krosno, Denver, Poznan, Cracow, Los Angeles, Lubania, Mountain View, Glogow, Gdansk, New York, Cracow, Thessaloniki. To sąsiedztwo Lubania ( gdzie to jest?) z Mountain View (wiem gdzie to jest bardzo dobrze!) cieszy mnie najbardziej! Ale czasem , kiedy jest mniej słońca, a mgły ani nie opadają ani też nie podnoszą się w niebo, dopada mnie malutka depra. Ale karma musi się wypalić i to nie dzieje się bez wysiłku.
Wczoraj zrobiliśmy z Anią rajd po centrum Krakowa aby zdobyć trochę fotek do Jej konferencyjnego wystąpienia w Montrealu. Na Rynku było rewelacyjnie : gość z gitarą elektryczną zasilaną ogniwami słonecznymi umieszczonymi na jego własnych plecach, chłopaki z breakdance'owej ekipy Misjonarze Rytmu wywijali pod Adasiem aż miło, turyści pod smokiem i wielki, biały balon obok Skałki... Research i dokumentacja dotyczyła oczywiście przepływu medialnego w przestrzeni miejskiej. W przestrzeni miejskiej o pewnej specyfice, mówiąc prosto : w Krakowie. Bo okazuje sie, że to na Rynku w Krakowie powstał pierwszy w Polsce obszar darmowego, bezprzewodowego dostępu do internetu. Smok jeszcze nie tak dawno zionął ogniem na prośbę wysyłaną sms i ...odpisywał sms! To nie żart, tak to było, ale co dobre trwać w Polsce (a nawet w Krakowie) nie może zbyt długo. Krakowska ekipa Wyborczej weszła już tak głęboko w second life, że nawet nie zauważyła, że mija kolejny rok i ani nie wybudowano kładki przez Wisłę, ani nie usypano plaży, nie poprawiono także kilku śmiertelnych niebezpieczeństw na popularnej trasie rowerowej do Tyńca itd. itd. ale to tematy już ograne, już opisane, już świętowane? To jak za "komuny" : jak egzekutywa partii coś postanowiła to jakby już było zrobione, nawet lepiej niż zrobione! W realu to sobie jakoś poradzimy, jak zawsze. No i już lada moment Zabłocie zagrozi odpływem turystów z Rynku...tak jak wcześniej Kazimierz zagroził! Ale to wszystko fajne jest i jak się wie kto gdzie pisze i co reprezentuje to i pośmiać się można, ot stary - dobry Kraków. Ale nie wszyscy mają to krakowskie poczucie humoru połączone z wielką tolerancją i dystansem, co niektórzy nazywają krakowskim konserwatyzmem. Są zauroczeni wizjonerami z Mazowsza, ostrymi jak brzytwa, bezkompromisowymi jak rewolucja kubańska i artystycznie wyrobionymi jak ciasto na sękacza! Kręci ich wszystko co kryje się w ciemnych i głębokich wąwozach stołecznego city, w tysiącach małych galeryjek i klubów rozsadzanych od wzbierającej rewolucji obyczajowej, mentalnej, artystycznej i ogólnie rewolucji. A celem tej rewolucji jest poprowadzenie teleturnieju, jurorowaniem w programie z serii : zobacz jak p... trzy po trzy albo ogłoszenie, że widziało się już penisa, mimo awarii! No i Pan Panasewicz się zwierzył, że już dorósł! I miło jest tak sobie to pooglądać, docenić doniosłość oświadczeń, zachwycić się i posiedzieć w Botanice nad kawką...

Pierwszy dzień jesieni

0 comments
Mgła, zimno i uporczywy deszczyk nie nastraja zbyt optymistycznie.
Idealna pogoda do czytania...i pisania. Wczoraj wieczorem skończyłem tekst do nowego numeru magazynu Hudba (Muzyka) wydawanego w Koszycach. Policzyłem już opublikowane felietony i wyszło mi, że napisałem już ósmy! Tym razem opisałem bardzo, bardzo interesującą muzykę Samów. To muzyka, która wykracza poza funkcje użytkowe i ceremonialne, jest w swej istocie czymś znacznie więcej. Ale to inna historia i wystarczy nauczyć się po słowacku aby sobie o tym poczytać... Ale ostatnie dni lata (chyba? to miała być końcówka lata!) udało mi się poświęcić czytaniu. Z uwagą i radością przeczytałem "cegłę" w postaci tomu pod tytułem : "Czternastu dalajlamów" Glena H. Mullina i warto to zrobić! Po tym sięgnąłem po "Szukaj - Jak Google i konkurencja wywołali biznesową i kulturową rewolucję" Johna Battelle, a dzisiaj dotarłem do połowy grubej książki wydanej przez Czarne pt."Bałkany wyobrażone" Marii Todorowej. U tej ostatniej jest kopalnia ciekawych myśli ale zacytuję tylko jedną : " ...ksenofilia ludzi Zachodu...postawa (która) cechuje się życzliwym odbieraniem obcej kultury, której przypisuje się niższą wartość: mieszkaniec Zachodu podziwia nasze tradycje/.../ za ich pierwotność, żywiołowość, zacofanie, dziką egzotykę." To część dotycząca opisu percepcji i mody na muzykę Bułgarii we Francji. Sztukę wokalną Bułgarii połączono tam z muzyką ...Zairu. "Zajebiście, nie?!"A w jakim celu? Bo ? " połączenie dwóch "prymitywów" tworzy ożywczy i egzotyczny koktail muzyczny, który jest rodzajem dopingu dla znudzonego wspołczesnego słuchacza". Czy to Wam coś przypomina?
Ale i w historii ( czy raczej historii początku) Googla też da się wiele wyczytać. A to co się tam czyta budzi u mnie całkiem czystą i niezaowalowaną zazdrość! Nie zawiść ale zazdrość!!! O to, że jest takie miejsce gdzie ludzie pracują razem, gdzie ceni się wyobraznie i pasję, gdzie prowadzi się rozmowy ( a nie składa oświadczenia, deklaracje lub raporty) i może także o to, że ma to wartość. I nie chodzi tu o góry dolarów ale sprawny system wynagradzania za wysiłek intelektualny. My ciągle wynagradzamy za sadzenie ziemniaków i konformizm. Niestety, tak już zostanie. Ale warto sobie poczytać aby nie dać się nabrać na różne bajania o "miasteczkach multimedialnych" mających powstać z "nikogo" i w szczerym polu. Ale to nic, nie damy się i ograniczymy kontakt z ziemniakami do zażywania "ożywczego i egzotycznego koktailu" jak się już bardzo znudzimy.
Ale jeszcze nie dzisiaj bo to Pierwszy dzień jesieni...i może wyjdzie na chwilę słońce?

Hudba

0 comments

Po prologu festiwalu Karpaty Offer zostało dobre wrażenie i nawet plany na przyszłość plus praca nad wydawnictwem po-festiwalowym. Uwielbiam takie wydawnictwa! Bo wszystko trwa tak krótko - po tak długich przygotowaniach, że bez symbolicznego chociaż podsumowania robota wydaje się trochę bez sensu. Na kilka dni uciekliśmy w Tatry i niestety, tym razem nocleg był w Zakopanem... Co za doznania : niby góralskie karczmy z reklamą pizzy, niby góralskie zespoły grające niby góralską muzykę z domieszką country i piosenki włoskiej, stoiska z torbami i drewnianymi kotami z Tajlandii... a na środku spacerszlaku wystawa fotografii pod szyldem : Górale dla Tybetu! Ale to w mieście, już troche ponad 1000 m n.p.m. ludzi znacznie mniej i góry wspaniałe. Jaka szkoda, że Zakopane dostało się w ręce ludzi, którzy robią co mogą aby zapomnieć o bohemie, która to miasteczko stworzyła. I niestety, udaje się im powoli spychać w niebyt tą ekscytującą i całkiem europejską tradycję. Będziemy mieli wyłącznie "dumne rody góralskie" co "władały podhalem" bo rozumiem, że trudno sie pogodzić, że prawdziwa historia to powożenie furką, którą Staś Witkiewicz wracał z wyprawy na grzyby w deszczowy dzień... Tak więc oprócz nowej historii Solidarności powstaje nowa historia Podhala! Nazwałbym to peeselizacją historii?
Na początku września pojechaliśmy z Andrzejem W. i jego siostrą zagrać koncert w Preszowie.
Wypad na Słowację jak zwykle przyjemny (a jedzonko pasterskie smaczne!) i mimo tego, że koncert zaczęliśmy grać dobrze po północy, sporo ludzi czekało wytrwale! No i doczekało się : było całkiem o.k.
Po tym wypadzie czekał nas tydzień koncertów w Niemczech ale kilka spraw było jakoś tak mało precyzyjnie dogranych i po powrocie z Preszowa zadecydowaliśmy, że w tej sytuacji nie pojedziemy. Do tego jak echo naszej decyzji doszedł mail od Ramunasa z Kovna, że rozbił samochód i nie ma czym jechać. Przy tej okazji zastanawiałem się trochę nad tym jak trudno jest w pewnych środowiskach zrobić coś naprawdę dobrze!? Jak coś jest offowe to musi być też zazwyczaj gówniarskie i nieodpowiedzialne. Bywa ( i to też w tym roku przećwiczyliśmy), że jak nie jest gówniarskie i nieodpowiedzialne to służy jako przynęta w miejsce gdzie lansuje się protegowanych. Dlatego tak zadziwił nas (po części nasz) festiwal -Karpaty Offer, gdzie było sporo zabawy i prawdziwych emocji. I to pięknie, nawet gdy te emocje oznaczały, że niektórych zespołów słuchała malusieńka, tycia, tycia publiczność! I teraz muszą wybrać : długie lata pracy albo te dyrdymały muzyczne, granie pod sztandarem : Bóg, Honor, Ojczyzna i nobilitacja w postaci konferansjerki w Opolu!
Z ulgą przekreśliłem w kalendarzu napis : trasa w Niemczech i zabrałem się do przygotowywania naszej sesji nagraniowej i celebracji 10-lecia w górach. Wybraliśmy Sopatowiec bo tam zawsze jest miło, Gosia nie wprowadza sztucznej atmosfery i dobrze gotuje, no i za oknami są Karpaty w tej nam najbliższej postaci. I mam nadziej, że będzie lało! A 10-lecie - no cóż, może ktoś wpadnie albo i nie? Zobaczymy?!
Wczoraj wieczorem na chwilę wpadliśmy do Lokatora aby pocelebrować urodziny Madzi. Było miło i nawet z godzinkę nikt na sali nie palił. Później zjawił się jakiś światowiec z damskimi papieroskami i wywijał nimi pod nosem niewinnych sąsiadów. Pewnie to jakiś wielki artysta albo najpewniej artysta literat w rodzaju......nie będę haterem, nie będę haterem, nie będę haterem....
Aby się nie frustrować następnym razem wyrwę tego papieroska w wepchnę gościowi do....nosa. Podobno nie jest dobrze tak międlić w sobie emocje?

Serbia

0 comments

Musze wrócić do interesującej trasy offroadowej w Serbii. To był ekscytujący przejazd bezdrożami z serbskiego Niszu do Kjustendiłu w Bułgarii. Nisz okazał się miłym miastem z bardzo znajomą atmosferą, coś jak rumuńskie Jassy. Wypiliśmy dobrą kawę i zjedliśmy serbską banicę (ciasto z serem) na miłym placyku z metalowymi rzeźbami i stara czeszmą (studnią) i spacerze ruszyliśmy w góry. Droga, początkowo asfaltowa, zaprowadziła nas do miejsca gdzie czekały nas już tylko bite drogi prowadzące w mało sprecyzowanym kierunku. Ale jechaliśmy uparcie w górę przekraczając ze dwie przełęcze. Najwyższy punkt przejazdu jaki pokazał GPS to 1650 m n.p.m. ale ponad nami był szczyt przynajmniej 100 m wyżej. Przed wjazdem na sam szczyt powstrzymał nas wysoki maszt telekomunikacyjny, radary itp., baliśmy się, że biały Landrover może być tu różnie odbierany przez wojsko... Krajobraz przypominał Bieszczady lub Karpaty w Rumunii, wioski też i ludzie zbierający borówki, maliny, grzyby. Wprawdzie jest mały obszar gór w Serbii określany jako serbskie Karpaty ale nie w tym rejonie. Ania powiesiła troche fotek z tej awanturniczej wyprawy i oglądać je można na Picasie.
Obsada przejścia drogowego do Bułgarii była nieco zmieszana widokiem naszej ekipy, a jeszcze bardziej gdy po oględzinach polskich paszportów Andrzej (właściciel "disco" i główny kierowca terenowy naszej wyprawy) odezwał się płynnym bułgarskim. W miłej atmosferze wjechaliśmy do Bułgarii i za Kjustendiłem zjedliśmy pierwszą dobrą szopską sałatkę. Z tego miejsca pochodzi fota z podobizną W.I.Lenina zestawiona z reklamą piwa.
Sądzę, że ten przejazd jest początkiem naszej eksploracji serbskich gór i mam nadzieje, że Serbia dołączy do UE.
W Bułgarii było cudownie i nam - jak zawsze bardzo, bardzo interesująco. Do ciekawych miejsc doszła nam wizyta w cerkwii wieszczki Wangi. To miejsce połozone nad Strumą (rzeka -kręgosłup Macedonii bułgarskiej i uchodząca do Morza Egejskiego w Grecji. Wanga cieszyła się wielkim poważaniem i po jej widzenia przychodzili tu różni ... od Jelcyna po Żiwkowa. No ale to zostawmy do Drugiego Ucha Jaka, chyba się jednak wezmę za to pisanie?!
Po OFF Fest. wróciliśmy na chwilę do Krakowa i zaraz byliśmy na Sopatowcu aby poprowadzić warsztaty. U Gosi jak zwykle spokojnie i karpacko, nie licząc incydentu z autem...które "uciekło" w dół sopatowskiej łąki i wbiło się w młodnik. Wszystko trwało może ze dwie minuty ale do teraz słyszę wołanie RATUNKU w wykonaniu Gosi!!! Na szczęście nie siedziała w samochodzie.
Ania prowadziła swoje warsztaty głosowe i tak przyglądałem się przemiłej grupie ludzi : jak to dobrze, że poza tym całym blichtrem, pozorami i fałszywym zgiełkiem są wrażliwi ludzie nie bojący się szukać i odnajdywać. I nam już nie potrzebne są stadne strategie, środowiskowe uznanie i puszczanie oka do ważnych mediów i decydujących o karierach gremiach. Mamy tyle pracy, że już tylko liczy się czas i nasza energia. Tak więc po wspólnym śpiewaniu i podstawach etnobotaniki zewszliśmy na obiad z ojcem w doliny. Po powrocie do KRK coś powiało i oglądaliśmy pokaz burz i błyskawic. Okazał się on dla wielu tragiczny. Czuliśmy to od dwóch dni ale jak to opowiedzieć?
A dziś całkiem miły dzień odpoczynku. Trochę dryfu po Krakowie czyli to co lubimy bardzo plus trochę pracy w postaci fotografowania street artu. Ktoś podpisujący się Wallstreet pokazał kilka naprawde dobrych rzeczy od ulicy Józefa poczynając, poprzez rondo dębnickie pod Tesco. Może następnym razem zawiesimy reprodukcje tych prac. Kończę bo kończy się płytka "The Coral Sea" bliskiej nam Patti Smith z Kevinem Shieldsem, a tuż pod ręką czeka (także dwu-płytowy) album "Farscape" Lisy Gerrard i Klausa Schullze'a. Chyba jednak lepiej odnosić się do tych osób i ich świata niż.... no nie, skończyłem z haterstwem!

Serbski Offroad

0 comments
Ostatnie dwa tygodnie to przejazd "disco" z Krakowa przez Słowacje, Austrię, Słowenię, Chorwację, Serbie, Bulgarię, przelot z Sofii do Wiednia i przejazd kilkoma (!!!) pociągami przez Austrię, Czechy na Ślask...
Disco to ksywa białego Landrovera DISCOvery i pierwsza cześć naszego offroadu była całkiem klasyczna. Po festiwalowych dniach w Tolminie (to nasz 4-ty pobyt na Sajeta Fest. w Słowenii i chociaż nie ma tam nic o offie, to jest naprawdę poza flirtami z szołbiznesem) pojechaliśmy przez Chorwację do Serbii. Po noclegu w Niszu, ruszyliśmy bezdrożami w pasmo górskie około 1700 m n.p.m. wysokie i przejechaliśmy nim z pomocą nawigacji satelitarnej do Bułgarii. Potem oczywiście Melnik i na koniec Sofia. W Rożenskim Monastyrze zastaliśmy zakazy fotografowania i bardzo srogiego braciszka, to samo jest w Rilskim... wiec mamy niezłe archiwum w postaci setek fotografii z zewnątrz, z wewnątrz, video plus rejestracje śpiewow mnichów w serii World Flag Records! Ale kogo to obchodzi?
Z Sofii polecielismy do Wiednia bo obiecaliśmy wesprzeć The Band of Endless Noise na OFF Fest. w Mysłowicach. Cieżko nam było pakować się do samolotu po kilkunastu dniach słońca, 38 stopniach ciepła, całych dniach offu, fantastycznym jedzonku i kawie, miłych ludziach i ekscytujących krajobrazach...
Do Wiednia leciało się fajnie i w naszej dawnej (i jakoś tak ciągle bliższej ) stolicy trochę fotografowaliśmy street artu i obowiązkowo zjedliśmy coś słodkiego w kawiarni. Pognaliśmy na dworzec i ...zaczeło się! Muszę przyznać, że Austria pozbyła się nas szybko i bardzo sprawnie podstawiając pusty pociąg zastępczy, i wywożąc do Czech... gdzie (niby) miał czekać pociąg o znaczącej nazwie Polonia! To lepiej niżby mieli nas zamknąć w jakiejś piwnicy na 20 lat, ale na granicy nikt i nic na nas nie czekało. W surrealistycznej czeskiej poczekalni dworcowej oglądaliśmy otwarcie targów sportowo-gospodarczych pod kryptonimem Olimpiada 2008. Uśmiechnięci sportowcy machali rękami i Pan Putin pomachał im własną rączką, co było być może umówionym znakiem do przyjścia z pomocą bratniej Osetii. Jakiś obywatel Chin w tym czasie przygotowywał nożyk, aby zaciukać gości z USA w pięknej wieży... a o Tybecie jakoś tak mało było. Ciągle liczyliśmy na to, że to jest program typu "ukryta kamera" i że dostaniemy po 100 dolców, jeśli zachowamy spokój i nie zaczniemy krzyczeć i rozbijać się o socjalistyczno-szwejkowe lamperie. Ale nie, nie był to ten program...
Po zapłaceniu za kibelek w jednej z kilku walut jakie mieliśmy w kieszeniach ruszyliśmy dalej...innym pociążkiem...do innej stacyjki...gdzie stała Polonia w pełnej krasie! Przez moment przemknęło nam przez myśl, że zakończyły się nasze kłopoty i że za te blisko 50 juraków od głowy za bilet potraktują nas poważnie. Pomysł ten jednak odrzuciliśmy jako zbyt awangardowy (słusznie, jak się okazało). Po następnych 5 godzinach dotarliśmy do Katowic i pożegnaliśmy się z obsługą pociągu wymuszeniem wpisu na naszych biletach, że opóźnienie wyniosło 290 minut. Wpisują to w minutach, bo okazuje się, że niektórzy podróżni liczą 100 minut jako 1 godzinę! Tak więc dla niektórych to było zaledwie "prawie" 3 godziny. Dla nas niestety, więcej i znowu sprawdza się powiedzenie, że niewiedza jest szczęściem. Wiem, wiem, był tragiczny wypadek na trasie Kraków - Praga. Ale skąd wiem? : z naszego telefonu komórkowego, nie z ust obsługi pociągu Polonia ale z tzw. gminnych wieści krążących po wagonach. A jak się dowiedziałem gdzie w ogóle jesteśmy w ciemną noc gdzieś w Czechach? No bo nie od obsługi Polonii, a z google maps via Sofia gdzie ekipa oczekiwała nazw stacyjek i wyszukiwała je w internecie aby zameldować nam : jesteście 50 km od granicy ...
Około 1 w nocy przyjaciele odebrali nas z przepięknego dworca kolejowego w Katowicach (swoją drogą to ludzie podobno boją się jechać do Bułgarii - a nie boją się dworca w Katowicach?) i tak mogliśmy wysłać sms do kolegów z Bandu, że dotarliśmy na Śląsk. Bo czekał nas wielki i wspaniały OFF Fest. w Mysłowicach. Zagraliśmy coś na koniec deszczu, pogadaliśmy z Robertem (Brylewskim) po latach, spotkaliśmy kilkoro znajomych i nieznajomych i dzięki wielkiej dobroci serca posiadacza dużego samochodu, już przed północą witaliśmy się z całkowicie załamaną naszą postawą Kocią!!!
Do tych offroadowych dni jeszcze wrócę bo jest kilka setek fotografii i tyleż wątków, ale muszę się zbierać na warsztaty do Sopatowca.

Tradycja wynaleziona

0 comments
Pod tym tytułem kryje się zbiorek interesujących tekstów pod redakcją Panów - Hobsbawm'a i Ranger'a. W kontekście naszego Zakopanego warto sobie przeczytać rozdział pt. Góralska tradycja Szkocji autorstwa H.Trevor-Roper'a. Zupełnie jak u nas... kilty wymyślone, literatura i muzyka zręcznie spreparowana z obcech źródeł i rozdęta do absurdu mitologia... We wstępie czytamy : "..."Tradycje",uważane za prastare lub jako takie przekazywane, mają rodowód całkiem niedawny, a czasem wręcz zmyślony". Lata, na które przypada "masowa produkcja tradycji w Europie" to " 1870-1914". No to ja otwieram encyklopedię i wszystko gra : Stanisław Witkiewicz (ojciec Witkacego) ur. 1851 i zmarł w 1915r. a willę Pod Jedlami zaprojektował w 1896r. Szkoda, że to co się teraz buduje jest jeszcze bardziej "tradycyjne", jeszcze bardziej "starodawne" i jeszcze BARDZIEJ...
A lektura na czasie bo przygotowuję kilka rzeczy w ramach nowego festiwalu pod nazwą : KARPATY OFFer na drugą połowę sierpnia. Jak dotąd udało mi się przygotować mapę street art'u w Nowym Sączu... (hej, tradycja Bozicku, hej!), akcję fotografii organicznej i fotografii otworkowej we współpracy z Bogdanem K. i dr Anną N. Pracujemy teraz nad koncertem KM z okazji 10-lecia.... tzn. raz na dziesięć lat w tym miejscu, hej! I aby wynaleźć jakąś tradycję zaprosiłem młodych muzyków grających pod szyldem Centrum, więc łatwo zgadnąć, że z Warszawy. Zrobili świetne wersje swojej muzyki z moimi dronami z Cybertotemu. A własnie! już trochę tych nagrań się pojawiło i pracujemy z Piotrem w studiu nad nimi! Sama radość i kilka ciekawych konstatacji. Mam też już fotografię na okładkę i cover, to dla mnie bardzo ważne bo jak na muzyka (chyba...) to jestem zadziwiającym wzrokowcem! Ale całość się zapowiada doskonale i nawet to, że kilka osób nie dotrzymało obietnicy nic już nie zmieni. Pewnie są jakieś wazne powody, wszyscy żyjemy dość intensywnie więc każdy musi dokonywać wyborów i robić to co sam uważa za ważne. Aby się trochę zrelaksować ale "na temat" pojechaliśmy w Tatry i trochę pokręciliśmy się w dawnej strefie zakazanej czyli wokół Wołowca i Rohaczy na Słowacji. Ile to razy tęsknym wzrokiem zagladałem w dolinę pod Wołowcem i pozdrawiałem turystów ze Słowacji, którzy robili to samo patrząc w kierunku Chochołowskiej... A teraz nawet kofoli się napiliśmy za złotówki! Ale ciągle ta nasza arogacja wychodzi bo w schronisku na Chochołowskiej za korony już niczego dostać nie można. Na moje pytanie dlaczego otrzymałem wieloznaczny uśmiech od miłej Pani z bufetu. W schronisku cisza nocna polega na tym, że jakiś pan z wianuszkiem pań buczy monotonnie jeszcze o pierwszej w nocy. Dzieci walą drzwiami do północy w odwiecznej dziecięcej zabawie w bezmyslne bieganie do wc i na powrót a wysportowani, młodzi ludzie odgrywają role z reklam piwa. Tyle, że mają już brzuchy jak bania i nikt nie waży się ich cenzurować. Są więc roześmiani, wulgarni, bezdennie głupi i głośni ponad wszelką miarę. Ta ich wesołkowatość wygląda na domieszki w piwie albo jakąś psychofizyczną skłonność wykorzystywana w tych wspaniałych reklamach.
Udało się nam w Zakopanem być dwa razy po ok. 5 minut, tyle bowiem trwało przesiadanie się do busów katapultujących nas z tej perły prastarej góralskiej tradycji w inne, cichsze miejsca. I to jest już coś nowego i dla nas bardzo optymistycznego : Tatry bez Zakopanego!?
Ale oscypki (tradycyjne, ajuzci...hej!) były naprawdę bardzo smaczne. Ale czy to nie Unia Europejska jest sprawczynią, e, gdzies tam... Ale były też i zastanawiające przygody. Chłopak, na oko 20-letni, sprzedawał coś pod szyldem : oscypki z rydzami! No to my się na te rydze złakomiliśmy i dawaj zamawiać... ale nie, rydze okazały się szynką i to bez wyjątku a chłopak taaakie oczy zrobił na moje skromne oświadczenie, że nie jadam mięsa! W wieku 20 lat po raz pierwszy spotkać się oko w oko z wegetarianinem ! To jest zamknięta, tradycyjna społeczność! A niektórzy badali jakieś odległe wyspy i niedostępne góry, bajdoki jakieś - jak tu maJOM czyste formy pod bokiem. Regge wprawdzie grają i co tam Pan redaktor Kleszcz wymyśli ale swoje wiedzą i jusss.
Ale co dobre ( a czasem jak widać zastanawiające!) szybko się kończy...i rozpocząłem dziś wielkie pakowanie. Jedne pakuny na OFF Festiwal... (he, he, he...) a drugie na Sajeta Festiwal do Słowenii i potem...do Bułgarii przez kraje dawnej Jugosławii. I to okutym stalą landroverem... no chyba to tylko tak się da?! Spróbujemy....
A fota to bonus od Tatr za to, że niezależnie od tradycji (wynalezionej czy nie, takiej czy innej) kochamy je mocno!
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội