To fota jako uzupełnienie wcześniejszego wpisu...
TUNDRA SOUNDWALK
Kiedy pakowaliśmy się na trekking po tundrze, jasne było, że będziemy rejestrować brzmienie otoczenia. Zaczęło się dość tradycyjnie od zarejestrowania (ZOOM - Handy Recorder H2) komunikatów w samolocie do Kiruny. Ale po zobaczeniu gdzie jesteśmy, już w drugim dniu wędrówki Ania zaproponowała podejście kreatywne : skupi się na górskich potokach, rzekach, ciekach i źródłach. Tundra składa się ze skał, niskiej zieleni i wody, a ta ostatnia jest dość specjalną odmianą H2O i jestem przekonany, że ma mocne właściwości energetyzujące (cokolwiek by miało to oznaczać...).
Przekraczaliśmy dziesiątki potoków, rzeczek i rozlewisk. Nad dużymi wisiały mosty na stalowych linach (także bardzo gadatliwe) ale większość przechodzi się ot tak, jak kto potrafi. Wiele głosów ptaków było związanych wprost z rozlewiskami i kamieńcami rzecznymi i zostały zanotowane jako część krajobrazu tundry. Specjalny wyjątek w tym systemie było zarejestrowanie dźwięków samskiego instrumentu fadno. To prosty klarnet wykonywany z łodygi liściowej arcydzięgla z pomocą jedynie noża. Nauczyłem się go przygotowywać w ciągu 2-3 minut ! Nie mogłem nie zagrać na fadno w jego ojczyźnie! Ale to był mały wyjątek... reszta to woda. Uzbierało się tych nagrań naprawdę dużo (blisko 2 GB) i są całkowicie niezwykłe : od fragmentów noise do subtelnych, koronkowo - kroplistych.
Soundwalk jest ciekawym doświadczeniem i ja sam zrealizowałem go klasycznie tj. badając brzmienia własnymi uszami. Ciekawe było porównywanie tego co słyszałem / odczuwałem jako dźwięki otoczenia z tym co Ania zarejestrowała, dokonując wyboru i "zbliżenia" jak podczas fotografowania. I tak jak odkrywamy na fotografiach szczegóły dopiero w domu, to i w tym wypadku okazuje się, że z nagraniem wody "zabrało" się wiele innych interesujących brzmień. Także szybka decyzja, że rejestrować (dokonywać wyboru) będzie jedna osoba daje do myślenia. Nie ma jednej tundry i jednego obrazu (także dźwiękowego) bycia w niej a na soundwalk zabiera nas zazwyczaj jedna osoba, gdyż tylko taka decyzja pozwala na uniknięcie chaosu w relacji. To fascynujące jak w takich momentach czuje się, że sami stwarzamy świat i jak jest on jednocześnie niepowtarzalny.
Nasz stary magnetofon DAT : DA-R100 CASIO, nie ma już sprawnego zasilania w terenie i przeszedł na działania stacjonarne ( a uważam, że nic doskonalszego dotąd nie wymyślono) ale ten testowany ZOOM jest fantastyczny w terenie i dzięki karcie pamięci w praktyce "nie do zdarcia" w sensie pojemności. Zobaczymy jakie wyniki da zastosowanie ZOOM plus MAC ....
Tak więc szykuje się na jesień interesujące wydawnictwo.
Podałem te techniczne parametry aby odpowiedzieć na liczne dociekania wielu zainteresowanych. Część z nich ciągle upatruje w sprzęcie źródeł "sukcesu" ale ja pozostaję old-schoolowy i wiem, że sprzęt to fajna sprawa (dziękujemy Ci Mirku drogi! za całą pomoc i cierpliwość...) ale technika soundwalk'u i tego co nazwałem "creative field recordings"
( w książeczce Queen of Snow - Winter Carpathians Soundtaste, WFR 016/2007 gdzie także zastosowałem uczciwsze niż "soundscapes"- określenie : "soundtaste" ) dobitnie pokazuje, że decydująca jest osoba dokonująca wyboru i kreująca tym samym nagranie. Tak jest przy rejestracji sprzętem ZOOM czy DAT i tak samo było kiedy miałem w kieszeni dyktafon SONY na "zwykłe" kasety... I to jest poważny problem (pomijając, ba!, fundamentalną różnicę pomiędzy zapisem cyfrowym a analogowym...ale to na inną książke...) polegający na nieuchronnie indywidualnym podejściu do "niby" obiektywnie zachodzących zjawisk ale... innego wyjścia nie ma. Fizjologia słyszenia potwierdza, że część tego co odczuwamy jako słyszenie otoczenia jest produkowane przez nasz mózg i subtelne konstrukcje naszego aparatu słuchowego. Każda choroba lub zastosowanie używek tłumi to słyszenie/współbrzmienie i dlatego na ironiczne uwagi na temat mojej abstynencji, typu : "umrzesz zdrowszy", zawsze mam jedną odpowiedź : tego chcę, bo przynajmniej teraz czuję, że żyję i gdzie żyję. To jak z faktem fizjologicznym, że nasz mózg wytwarza substancje typu opiatowego jako naturalny składnik naszego życia i postrzegania a przyjmując opiaty z zewnątrz niszczymy ten mechanizm i dlatego pojawia się głód narkotyczny, którego zdrowi ludzie nie czują... bo mają stałe dostawy. I nie wińcie mnie za ew. próby rozszerzenia zakazu posiadania mózgu przez aktywistów PiS-u na ludzi poza tą partią, bo "ludzkie" opiaty to fakt medyczny i nie jestem jego odkrywcą.
Tak więc zapomnijcie o jakimś rejestrowaniu dźwięków otoczenia jako o obiektywnym przekazywaniu jego kształtu. Do momentu gdzie chodzi jeszcze o brzmienie tramwaju i syreny plus zgiełku ulicy (?) lub Dzwon Zygmunta - dla celów oczarowania popierających (oczywiście!) eksperymenty artystyczne tzw. animatorów kultury/zleceniodawców - to o.k. ale dalej to już naprawdę nie działa.
Miałem z tym właśnie problem, nagrywanie i wykorzystywanie "sampli" stało się zbyt łatwe, zbyt mechaniczne i zbyt "ozdobne" wobec tego co naprawdę zawiera. Dlatego w ramach samoleczenia nie nagrywam już od jakiegoś czasu i staram się powrócić do słuchania i badania granic tego co indywidualne i tego co kompromisowo "wspólne". Moje podejście do tego co słyszy/odczuwa A. jest przepełnione zaufaniem i ciekawością oraz niezmierzonym marginesem na wszelkie "wybryki" ale nie jestem jedynym słuchaczem/odbiorcą i w chwili publikacji wydawnictwa sprawy się komplikują. Już teraz fotografie z tundry można oglądać z przypisaniem do mapy (!) na : picasaweb.google.com/anna.nacher i tak samo opracujemy pliki nagraniowe. Będziecie mogli sprawdzić brzmienie i krajobraz ?!
Dlatego, polecam i zapowiadam raczej "soundtaste" tundry z naszego trekkingu niż "prawdę" o trudnych do ogarnięcia przestrzeniach "beyond the Arctic Circle".
Kebnekaise - szczyt Szwecji !
Najwyższy szczyt Szwecji i jeden z najwyższych w Górach Skandynawskich jest bardzo dziwną i trudną górą. Wysokość podawana jest różnie bo lodowiec na kopule szczytowej topi się i daje to różne odczyty - zawsze coś około 2100 m n.p.m. Wydaje się, że to niewiele bo w Tatrach mamy wyższe a w Pirynie i Rile (Bułgaria) wchodzi się na blisko 3000 tys. metrów bez wielkiego trudu i niebezpieczeństw. Torong La w Nepalu zmusiła mnie do przekroczenia 5 tysięcy metrów... i żyję.
Gebnegasi (Szwedzi nazywają ją Kebnekaise) jednak nie jest górą łatwą. Są dwie główne drogi wejścia : dostępna trekkingowo i krótsza ale wymagająca sprzętu i obecności przewodnika. My wyszliśmy tą dłuższą i bez pomocy przewodnika ale dostaliśmy w kość całkiem solidnie. Na kopule szczytowej mieliśmy świetne widoki ale było bardzo wietrzno i zimno. Zobaczyliśmy prawdopodobnie masyw Sarek i ... klamka zapadła co do celu następnej wyprawy poza krąg polarny...
Nasz przyjaciel ze Stockholmu opowiadał nam później, że mieliśmy szczęście, bo był na szczycie czterokrotnie i niczego poza mgłą nie widział...
Nasz przyjaciel ze Stockholmu opowiadał nam później, że mieliśmy szczęście, bo był na szczycie czterokrotnie i niczego poza mgłą nie widział...
Na focie Ania na tle szczytu tej pięknej góry.
KRAJ-OBRAZ
Przeglądamy foty z Sapmi i jeszcze coś pokażę bo obraz-kraju jest właśnie taki jak kraj-obraz. W piśmie operującym ideogramami słowo krajobraz jest złożone z symbolu wody i symbolu góry. I jest niewiele miejsc tak dobrze odpowiadających temu zapisowi jak tundra. No i sposób bycia także taki. Czysto, chłodno, odpowiedzialnie i z szacunkiem dla otoczenia.
Ostatnia żywa, szamańska kultura Europy radzi sobie całkiem nieźle ale jest też niezwykle powściągliwa. Flaga Samów powiewa w wielu miejscach i bębny (typu goavvdis) osiągają cenę - po przeliczeniu- od 2 do 6 i więcej ...tysięcy złotych. Ale jak się latami je odbierało Samom i paliło w imię religii "miłości i pokoju" to niech teraz kosztują. Ale to nie są proste sprawy i już raczej nigdy nie będą...
Ostatnia żywa, szamańska kultura Europy radzi sobie całkiem nieźle ale jest też niezwykle powściągliwa. Flaga Samów powiewa w wielu miejscach i bębny (typu goavvdis) osiągają cenę - po przeliczeniu- od 2 do 6 i więcej ...tysięcy złotych. Ale jak się latami je odbierało Samom i paliło w imię religii "miłości i pokoju" to niech teraz kosztują. Ale to nie są proste sprawy i już raczej nigdy nie będą...
Zapomniałem napisać jak ciekawie się wędruje i biwakuje kiedy słońce nigdy nie zachodzi... jaka ulga ! Nie są potrzebne te koszmarne "czołówki" na głowie, które zawsze wyglądają jakby naciągnąć na głowę stare majtki lub szelki z ozdoba w postaci choinkowej lampki na czole... i nie giną ręczniki w mroku nocy, nie musimy się czołgać w mokrej trawie i ciemnościach w poszukiwaniu łyżki, która gdzieś tu leżała. Wiele z fotek pokazanych na picasie była robiona w "nocy" i nie zorientujecie się wcale, które to! Można też bez problemu iść 24 godziny...
O wyprawie i naszych doświadczeniach i przemyśleniach napiszę chyba osobno - coś w formie notesu z podróży, może do nagrań strumieni?
Część fotek jest już dostępna na : picasaweb.google.com/anna.nacher
ABISKO - NIKKALUOKTA + Kebnekaise

Trekking życia, porównywalny jedynie ze spacerami po Himalajach ... Co tu pisać? Już lotnisko w Kirunie dało nam do myślenia, wyglądało jak plan filmowy serialu Przystanek Alaska. Potem było już tylko fantastycznie : pusto, zimno, zacinający deszcz i renifery... od czasu do czasu żerdzie po namiotach lavvo lub same lavvo albo zimowe ziemianki Samów i niesamowite kolory spowijane mgłą. Przeszliśmy tak pieszo około 130 km przez tundrę szlakiem nazwanym Kungsleden z ostrym wypadem na najwyższy szczyt Szwecji - Kabnekaise (Gebnegaisi - nazwa Samów), który okazał się jakimś cholernym twardzielem. Ale i my jesteśmy uparci więc zakładany czas 12-14 godzin przejścia skróciliśmy do 10 godzin ... bo Ania spieszyła się do sauny. A sauna w górach to nie sranie w banie dla nowobogackich ale coś zupełnie innego, jak się dajemy głupim cwaniakom oszukiwać w tej Bolandzie!
Zrobiliśmy 1000 fotek i trudno to ogarnąć. Spaliśmy w naszym maleńkim namiocie szturmowym i gotowaliśmy na gazie z butli ale to co pamiętać będziemy zawsze to : woda. Zapach i smak wody z tundry zasilanej topniejącymi lodowcami jest całkowicie rewelacyjny. Wiele ze spraw Samów (Lapończyków) wyjaśniło się nam bardziej ale pojawiły się też nowe pytania.
Nie do pogardzenia był także brak budyniowej nacji (ani jednego ! przez cały czas! a jak już w książkach wpisów w schroniskach coś było to Polacy z ... Danii) i jeden jedyny Czech na koniec trekkingu. Sposób uprawiania turystyki i ekologiczne nawyki Szwedów powodują, że to co nasi gminni wodzowie nazywają turystyką i ekologią jawi się jak smarki wiszące u nosa pijanego postpegieerowca... i tyle o tym.
Ale powrót jak zwykle był bolesny bo po 1,5 godzinnym locie z Kiruny do Stockholmu i takim samym czasie przelotu ze Stockholmu do Krakowa ... czekały nas blisko dwie godziny transferu z Balic na Osiedle Europejskie ! Bo autobus, bo bagaż, bo coś tam i bo budyń się rozlał szeroką falą. Siedzę teraz i pracuję nad Festiwalem Karpaty Offer i tekstami do Fragile i Glissando... za kilka dni jeszcze warsztat na Sopatowcu i pierwsza festiwalowa impreza promująca 14 sierpnia... więc znowu jakiś śmierdzący leń będzie się naśmiewał z naszej "nadaktywności".
Do Sapmi (Laponii) jeszcze wrócę ale teraz musi się to jakoś poukładać. Ania nagrała bardzo interesujący -sound walk- w czasie naszego trekkingu oparty o brzmienia kolejnych strumieni, które przekraczaliśmy. No i dziękuję za życzliwość wszystkim Stallo, o których pisałem przed wyjazdem!!! W ostatni dzień bycia w tundrze ( a jest to inny sposób bycia niż w mieście) dostaliśmy szansę podziękowania duchom Sapmi i zrobiliśmy to chyba wprawnie?!
Subscribe to:
Posts (Atom)
