WESOŁY CMENTARZ - uzupełnienie

0 comments

To inny przykład na niezwykłą "wesołość" cmentarza w Sapancie... uśmiałem się do łez - a Wy? Ciekawi mnie czy ktoś się pofatygował zapytać samych mieszkańców Sapanty czy Oni też uważają swój cmentarz za wesoły? To, że jadają podczas świąt na grobach i symbolicznie częstują swoich bliskich zmarłych wódką też wcale nie jest wesołe... W utrwaleniu nazwy "wesoły" dla cmentarza z Sapanty ważną rolę spełniła zapewne stara (ma ok. 2 tys. lat) tradycja ośmieszania innych niż ona - ta jedynie słuszna, tradycji ludzkiej pracy z życiem i śmiercią.

WESOŁY CMENTARZ - SAPANTA

0 comments

Z Satu Mare wyjechaliśmy 12 listopada, było dość wcześnie i po około 2 godzinach dotarliśmy do wsi Sapanta (Sapenta) aby przekonać się, czy miejscowy cmentarz jest naprawdę "wesoły" ? Być może pogoda miała na mnie jakiś wpływ ale wesoło mi nie było...
Kolorowe krzyże z malowanymi ręcznie tekstami i obrazkami z życia pochowanych na cmentarzu są naprawdę interesujące ale też przygnębiające w swojej przekonywującej prostocie przekazania prawdy o naszej egzystencji i rolach jakie zmuszeni jesteśmy pełnić. Dominujący na cmentarzu kolor niebieski jest faktycznie specyficzny i starania o uznanie go za charakterystyczny wzorzec malarski : "błękit Sapenta" uważam za uzasadnione. A na szerokich deskach krzyży : pani potrącana właśnie przez samochód, zastrzelony pasterz z uciętą później głową, doktor w szykownej marynarce, muzykanci, prostytutka dobra jak anioł, itd. itd. to bardzo skrótowe ale niestety trafne podsumowanie życia i jego sensu lub pokazanie, że jedynym ciekawym momentem w życiu danej osoby był sposób w jaki się skończyło. Więc naprawdę ze śmiechu boki zrywać ! Więc może cmentarz raczej "kolorowy" niż wesoły! Niepokojący cmentarz nazwano "wesołym" w ramach nerwowego nawyku ukrywania prostych i sprawdzalnych prawd o naszym życiu i śmierci.
Sam obyczaj malowania krzyży jest dość młody bo pochodzi z 1935 roku i bardzo przypomina mi kolorowe krzyże z Detwy na Słowacji, które kiedyś namiętnie fotografowałem. Dwa lata temu przygotowaliśmy wraz z Bogdanem Kiwakiem całkiem udaną wystawę jego fotografii krzyży detwiańskich z symbolicznego cmentarza przy Popradskim Plesie w Tatrach, której towarzyszył przyzwoity katalog. Może zestawimy kiedyś fotografie z tych dwóch niezwykłych miejsc w Karpatach? Bo w Sapancie krzyże są także pełne starych symboli solarnych i motywów roślinnych o znaczeniu trudnym dzisiaj do rozszyfrowania. Cmentarz obrasta budowlami sakralnymi, kramami z kiepskimi pamiątkami , reklamami ale ciągle wskazuje na coś drzemiącego bardzo głęboko, coś mocnego, magicznego i bardzo pierwotnego a jednocześnie dającego siłę, inspirującego i ożywczego. To coś nazwaliśmy kiedyś karpackim "ethnocorem" i na tej koncepcji zbudowaliśmy nasz projekt o pełnej nazwie (z 1998 roku!) : The Lost Space : Magic Carpathians". Sam się dziwię naszej konsekwencji i dziękuję energii jaka się pojawiła w tamtym momencie...
Z Sapanty pojechaliśmy przez niewiarygodnie piękne, zamglone i pełne drzew, stromych stoków, strumieni i serpentyn góry do Baia Mare i dalej, do Cluj-Napoca. Po drodze raz po raz wyskakiwaliśmy "na chwilę" z samochodu aby fotografować, filmować i chłonąć interesujące obrazy i sytuacje. Nasza ekipa wydawała się być całkiem przyzwoicie zorganizowana : fotografik, webmaster pracujący jako filmowiec, szefowa Festiwalu z asystentką, trójka muzyków mających spore pojęcie o współczesnym kulturoznawstwie, naukach przyrodniczych, tradycjach muzycznych plus doskonały kierowca przyzwoitego busa. Powoli przybywało materiałów i tematów do dyskusji na temat fenomenu kultury Karpat. Czas szybko uciekał i do Cluj - Napoca wjechaliśmy późnym wieczorem. Miasto zaskoczyło nas wielkością i urokiem otwartego, uniwersyteckiego ośrodka. Szybko rejestrowaliśmy w pamięci miejsca z ciekawymi muralami, szablonami i wlepkami, klub z wystrojem jak w Kalifornii (albo w Berlinie pod urokiem Kalifornii), markety i galerie. Byłem bardzo mile zaskoczony i także z tego powodu, że właściwie tego się spodziewałem. Oczywiście ciągle byliśmy w dobrze nam znanej, "domowej" strefie Austro-Węgier, z naciskiem na ten drugi człon tej nazwy.
Krążąc po mieście w poszukiwaniu naszego hotelu, dyskutowaliśmy jeszcze o symbolice bram marmoroskich, kulturze pasterskiej i muzyce jaka rodzi się w tak niezwykłym otoczeniu i nadziei, że nasza misja okaże się nie być "impossible". Hotel okazał się rewelacyjny i po małych kameralnych badaniach telewizyjnych programów muzycznych (czyli : albo romski Bolywood albo turbo folk z naciskiem na pozamuzyczne walory wokalistek i wokalistów) padliśmy ofiarą rozbuchanego konsumpcjonizmu i hotelowych wygód.
Bus zespołu "Południca" stał na hotelowym parkingu ale tylko domyślaliśmy się w jakim klubie świętują dotarcie do celu naszej wyprawy.

PARADISUL PIERDUT?

0 comments

Rumunia - czyżby "raj utracony" (po rumuńsku : paradisul pierdut)? Ostatnie kilka dni całkowicie zaprzeczyły tezom, że po wejściu do UE utraciliśmy coś z naszej, karpackiej kultury. Wręcz odwrotnie, sądząc po fantastycznej, płytowej serii ETHNOPHONIE udaje się pokazać światu rzeczy, na które dotąd nie było przyzwolenia. Wprawdzie w rumuńskiej tv królują wariacje nt. muzyki z Bolywood, które są częścią (jak w Bułgarii) pewnego kompleksu "rozrywki szemranej" oraz jest obecna socjalistyczna "nowa tradycja" zespołów folklorystycznych, przyszyta tzw. instytucjami kultury - czyli grubą, czerwoną nicią - do żywej tkanki kultury, która "się dzieje" i nie ma ochoty być zarządzaną - ALE wszędzie czuje się prawdziwe życie.
Istotna część naszej podróży zaczęła się nad Cisą i Bodrogiem, w Tokaju. Ani mocny deszcz, ani też drobne trudności logistyczne nie zepsuły nam (mnie i Ani) powrotu do Tokaju gdzie wszystko było na swoim miejscu : specjały kuchni węgierskiej (zupa rybna ! sorry sumy z Cisy!), piwniczki - i to te prawdziwe, nie do zwiedzania, ale "zwyczajne" domowe z winem nalewanym z beczek do plastikowych butelek po wodzie mineralnej... No i sama Ona -moja ulubiona rzeka ; Cisa, która ze swymi dopływami obmywa ultra interesujące tereny Karpat Wschodnich ; od Huculszczyzny, przez granicę rumuńskich gór Maramuresz, Węgry, mniej znaną część Słowacji aż po Dunaj. Z głową pełną wspomnień i podekscytowani czekającymi nas terenami północnej i środkowej Rumunii dojechaliśmy jeszcze tego samego dnia do Satu Mare. Na granicy HU/RO musieliśmy pokazać nasze ID lub paszporty - co było już dla nas pewną starą-nowością... i usłyszeliśmy o jedno pytanie za dużo : jedziecie "turystycznie"? Odpowiedzieliśmy głośno : tak ! a po cichu : a g... cie to obchodzi po co jedziemy! I to niby niewinne pytanie celniczki przypomniało mi nasze perypetie podczas koncertowej wyprawy do Kiszyniowa w Mołdovie. Od tamtych przygód minęło zaledwie kilka lat a myślimy o tamtym czasie jak o innej epoce geologicznej. Jak się te granice forsowało samemu dawniej, to dzisiaj przychodzą do głowy refleksje typu : O.K. -można być eurosceptykiem (bo to takie rozsądne, patriotyczno-nacionalistyczne i bezpieczne) ale przeciwników UE już zupełnie nie rozumiem i wolałbym aby trzymali się na dystans. Ludzie o nomadycznym stylu życia potrzebują raczej rumuńskiego DRUM BUN ! jakie przywitało nas po rozstaniu z celnikami - czyli życzenia DOBREJ DROGI ! niż asekuranckich wymysłów hodowców ziemniaków.
Na focie Bogdana K. maska z Maramuresz (z moją osoba wewnątrz!) w pięknym mieście Cluj - Napoca.... ale o tym w następnych odcinkach - bo następne odcinki są konieczne!

MGŁA

0 comments

Gęsta mgła w królestwie budyniu mentalnego to już lekka przesada... Ratuje mnie pilne rozsyłanie (i związane z tym przeglądanie...) fotografii jakie mają zilustrować trzy teksty jakie popełniliśmy rozrywkowo/bojowo do fajnych, niezależnych pism : Glissando, Fragile, Zew Północy. Teksty są pewnym podsumowaniem tego co wiemy na temat kultury Samów (F), instrumentów muzycznych i praktyki joik (G) oraz opisu wejścia na Giebmegaisi - najwyższy szczyt Szwecji. Do tego jeszcze dobieram foty do płyty A. z field recordings pt. Vaggi Varri (góry - doliny) z naszej lipcowej wyprawy do Sapmi (Laponii) ... to leczy z mgły i budyniu. Na budyń mentalny należy szczepić, nie na grypę. Wyszliśmy tylko na film - Tybetańska Księga Umarłych, który nie wiadomo czemu proponują nasze kina w 2009 roku... bo film jest z 1994 ? Pamiętam, że u nas był hitem nieoficjalnego obiegu ale głównie dlatego, że narratorem jest w nim Leonard Cohen... Poszliśmy jednak w ramach praktyki i podróży sentymentalnej. Swoją drogą to przyczynek do ofiarnej walki rzeczników tantiemów za wszelką cenę, różnych Kazików i innych dziwnych ludzi skupionych w monopolistycznych organizacjach z zeszłego wieku, które "bronią praw autorów". Wygląda to tak, że czy chcesz czy nie - należne Ci tantiemy wędrują do jednego takiego molocha i aby je wydobyć z jego budyniowych trzewi musisz wnieść solidną opłatę i zostać na zawsze niewolnikiem tego tworu. Druga strona tego "bronienia praw" jest taka, że sitwa telewizyjno-radiowo-festiwalowa plus kilku tzw, "dużych" wydawców, skutecznie zwalcza wszystko co nie jest wyprodukowane w tym systemie zamkniętym i świetnie się broniącym. Więc niech mi tu Kazik jeden z drugim nie smarka i nie rzuca k.... na Internet. To kiepska kampania promocyjna ...bo kto by się rzucał na te skarby kultury narodowej ? Te ataki na Internet są dość interesujące, już wolność się znudziła ? już tęsknimy do zasady : "tera my" ! Rozdział kultury, która żyje naprawdę i tych glutów jakie proponują "spece" od ochrony praw autorskich, zaczyna być tak wyraźny, że aż przypominają mi się czasy tzw. komuny. W tamtych latach też byli oficjalni gwiazdorzy, telewizja dawała "uznaną" kulturę i byli także "oficjalni" dysydenci. Wiem, teraz jest wolność - możesz się przyglądać jak Cię zlewają już bez podtekstów politycznych i jedynie ze "szlachetnych" powodów ekonomicznych. Ale pozostaje - jak zwykle - droga mrówczej pracy i samodoskonalenia, zgodnie z hasłem : "co cię nie zabije - to cię nauczy"... Wszystko byłoby o.k. - tak jest wszędzie i przeszkadza mi tylko ta niejasna sytuacja, to ukrywanie mechanizmów, bałamucenie... mgła!
Na focie A. widać mój / nasz dobry czas i naiwne starania aby dotknąć, poczuć, posmakować i zrozumieć zanim coś zagramy w podzięce za ważne doświadczenie ... inaczej niż niektóre warszawskie pieszczoszki znające się na wszystkim z samej definicji, o'boy - ta logika budyniowa!

SZTUKA PO KOŃCU SZTUKI

0 comments

Jak w języku polskim może nazywać się roślina o łacińskiej nazwie Ranunculus glacialis? Dla ułatwienia dodam, że roślina ta rośnie na i w pobliżu lodowców ? Nie, nie jest to jaskier lodowcowy ale jaskier lodownikowy (?!) lub jaskier lodnikowy ?! Widać, że stary budyń rozlewa się także po gabinetach botaników...czy w tym kraju nic nie może być normalne?
Stres staram się pokryć opanowaniem i byciem zimnym jak ..."lodnik" ? "lodownik" ! Ten trudny stan osładzam sobie świadomością, że wreszcie wiem co to jest sztuka! Dowiedziałem się tego z bardzo dobrej książki "Sztuka po końcu sztuki" (dla wielu sztuka się jeszcze nie urodziła ...a tu już jest po końcu!) p. Grzegorza Dziamskiego. Książkę wydała Galeria Miejska "Arsnał" w Poznaniu i wielkie dzięki za to! Kilka opisów przybliżających co sztuką być może podoba mi się bardzo : " (sztuka) może wyglądać jak cokolwiek, ale w przeciwieństwie do innych wytworów i działań musi byc wolna", albo : " sztuka jest sferą wolności, a więc działań bezcelowych i nieinstrumentalnych", albo : " sztuką jest to co nie mieści się w naszym codziennym rozumieniu świata". Trochę (ale niezbyt mocno) niepokoi mnie twierdzenie, że : " o tym, o czym warto mówić decydują, w dużym stopniu, kuratorzy wielkich wystaw artystycznych, /... /ale chyba nie tylko oni". Oczywiście, niepokoi mnie to, że "chyba nie tylko oni". To daje wielkie pole do manipulacji dla ludzi nie będących kuratorami wielkich wystaw artystycznych, no chyba, że chodzi o niektórych dziennikarzy-wyrocznie, jak tak to jest o.k. ! Najbardziej podoba mi się zdanie : " sztuka zachęca do nowych odczytań, jest niekończącą się lekturą". To daje nadzieję wielu artystom; jak nie dzisiaj... to może w przyszłości. Podoba mi się bardzo podział określenia ; "sztuka feministyczna" na "sztuka" i "feminizm" bo dotąd brzmiało mi to jak "inteligencja katolicka", a o tym antropologom się nawet nie śniło! Ja, prosty leśnik od "żabek", "motylków" i "drzewek", do których (przyznaję nie bez zawstydzenia) mam czasem ochotę się przykuć, wiem wreszcie tak wiele na tak trudny do pojęcia temat, moje chaotyczne dotąd odczucia i nieuprawnione przypuszczenia okazały się w dużej części słuszne!
Ostatecznie, do książki przekonał mnie kapitalny ( i fundamentalny) fragment : " ... Mona Lisa Duchampa, po wymazaniu wąsów już na zawsze pozostaje Moną Lisą bez wąsów" !!! Po trzykroć dzięki i po dziesięciokroć brawo! Nie wiem tylko, dlaczego nie mam odczucia obcowania ze sztuką podczas wymuszonych ( to prawda!) spotkań z pisuarami. A daję słowo, że jestem od zawsze fanem Marcela D.
Z tą sztuką i kuratorami wielkich wystaw artystycznych jest podobny problem jak ze zbawieniem, na które wyłączność ma podobno jedynie kościół katolicki : aby to działało potrzebna jest silna wiara. Bez niej mamy poważny problem ze zdefiniowaniem pojęcia : " nasze codzienne rozumienie świata" i "sztuka" ...? Nawet "nasze" jest dość płynnym określeniem, a już "codzienne rozumienie świata" ...? No bo taki prosty inżynier (jak ja) ma przecież inne rozumienie świata niż kurator wielkich wystaw artystycznych i co jest w tym "naszego"?
Podobnie jak z brakiem zbawienia - poza uprawnionymi do niego osobami - tak i ze sztuką : co z innymi, nie "naszymi" o "egzotycznie brzmiących nazwiskach" jak pisze autor na stronie 15 !
Natasza ( moja córka o "egzotycznie" brzmiącym imieniu...) znalazła w Oslo kilka interesujących śladów kultury Samów. Pośród nich, zastanawiająca jest krótka historia pewnego kamienia. W 1906 roku z Gargovarri, miejsca w górach blisko znanej samskiej wsi Kautokeino , zabrano święty kamień i przeniesiono do muzeum w Oslo. W 1995 roku, społeczność Gargovarri poprosiła o zwrot kamienia. Po namyśle, muzeum wykonało kopię kamienia a oryginał oddało. I co możemy powiedzieć o świecie tej społeczności ? Co możemy wiedzieć o ich rozumieniu świata ? A może warto ... bo tyle rozprawiamy o korzeniach europejskiej kultury a jakoś trudno o porozumienie.
Kamień z Gaddovarri nie jest jakiś szczególny. To wydłużona skałka, postawiona kiedyś (i z jakiegos powodu? lub nie?) pionowo i podparta mniejszym kamieniem. Co począć z nie "naszymi" i ich nieuprawnioną "sztuką", światem, codziennością? Nie wierząc w kuratorów wielkich wystaw artystycznych, a może nawet w samą "naszą" kulturę, pozostają poza światem sztuki? Mam czasem wrażenie, że "nasza" działalność ogranicza się do domalowywania wąsów... do tworzenia sztuki aby ją zaraz wyśmiać i stworzyć nową ... Akademizm śmierdzi starym capem a skały spokojnie porastają spiralami porostów. Ot tak, bez celu...
Na mojej bezcelowej fotografii skałka z okolic wsi Nihkkaluokta za Kręgiem Polarnym, nie święta i nie artystyczna...? Taka - sztuka po końcu sztuki.

DZIKIE ŻYCIE

0 comments

Ile roboty jest z jednym koncertowym wyjazdem do Rumunii, to nikt by nie uwierzył! A może ja podchodzę zbyt poważnie do takich projektów? Szkoda mi tylu godzin w samochodzie aby jedynie rozłożyć ogon jak paw, oczarować publiczność i wrócić. Może to świadomość skutków podejmowanych decyzji, upływu czasu, możliwych scenariuszy, z których wiele już praktykowałem na własnej skórze? A z drugiej strony ; nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Cieszę się na widok miejsca połączenia się dwóch intrygujących rzek : Bodrogu i Cisy w Tokaju na Węgrzech, potem region Maramuresz w Rumunii (i kilka atrakcji!), no i Transylvania z Cluj-Napoca i nasz cel - Uniwersytet Sztuki i Wzornictwa (Universitatea de Arte si Design) gdzie zaprezentujemy kilka naszych projektów, Festiwal Karpaty Offer i muzykę w ramach koncertu wieczornego. Mamy też zamiar założyć nową uprawę fotografii organicznej, po dwóch w Nowym Sączu i jednej na Słowacji (Żylina), uprawa w Rumunii będzie odmienna?! Do wyprawy i wspólnego grania zaprosiłem krakowski zespół Południca i zobaczymy co z tego wyniknie? Zapowiada się bardzo dobrze!
Niestety, nie będziemy mieli czasu aby wjechać w Karpaty Południowe ale Wschodnie plus Góry Zachodniorumuńskie zobaczymy pięknie. Mam nadzieje, że uda się nawiązać jakieś ważne znajomości i zrealizujemy w sierpniu 2010 drugą część Monografii instrumentów karpackich - tym razem z Karpat Wschodnich i Południowych w Rumunii.
Pomiędzy pracą zawodową : eko i zawodową : music, ostatnio muszę sie szkolić w prawie państwowym, etyce, współpracy międzynarodowej, konstytucjach itp. fascynujących sprawach... i jak dotąd, wszyscy wykładowcy (z tytułami doktorskimi a minimum mgr) wypowiadają się o pracy w ochronie środowiska i przyrody per : "motylki, żabki" albo z przekąsem, że oto ludzki los nam jest obojętny bo bagna Rozpudy nam bliższe. Nie robią tego jakoś tak ostro ale dają znać co myślą o tak niepoważnych zajęciach ... no bo JA prawnik, JA socjolog, JA konstytucjonalista ... I tak sobie myśle czy w Budyniowie zatykają dzieciom kore mózgową starym budyniem, czy studenci na monitorach, tablicach i w notatnikach widzą jedynie piękne stosy banknotów o dużych nominałach? To może przeprowadzimy wygodną drogę przez Wawel ? Nie, nie, oczywiście, że nie przez zabytkowe i cenne budowle ale gdyby rozebrać stare i szpecące całość koszary armii austriackiej to do katedry byłoby jeszcze kilka metrów luzu? Byłby to zdrowy kompromis pomiędzy potrzebami miasta i turystów a marzeniami konserwatorów zabytków o gzymsikach, starych drzwiach i rozlatującej się cegle... Oj ci architekci, konserwatorzy, historycy - tacy jacyś oderwani od życia, protestuja tylko i protestują. Koszar na Wawelu nie oddadzą bo tam sobie uwili przepiękne mieszkanka! A już poważnie : czy to tak trudno sobie wyobrazić, że są obszary, miejsca i istoty, które mają wartość ( także wartość dla wielu ludzi ) nie mniejszą niż katedry, stare kamienice i rozlatujące się kaplice? Czy to da się wiarygodnie rozdzielić ? to może Wawel bez wzgórza i bez Wisły ? Stałby sobie na platformie pod którą można by śmigać wygodnie do Nowej Huty, coś jak Tatry z tunelami na słowacką stronę?! Zniknięcie tzw. "motylków" i "żabek" w porównaniu ze zniknięciem prawników jest bezspornie bardziej znaczące, chociażby od strony estetycznej... no i motylki nie robią tylu szkód i zamieszania.
Ta arogancja pseudo humanistów wobec przyrodników jest więcej niż irytująca i zakrawa dzisiaj na jakieś niedouczenie i czepianie się końca ogona zachodniej kultury.
Szkoda, że tych specjalistów nie szkoli się tak jak nas - chętnie poprowadzę kurs dla prawników i socjologów na temat tego, że nie odeszli znowu tak daleko od żabek, drzewek i motylków aby nie było szans na powrót, powrót w swoim własnym i dobrze pojętym interesie.
Na focie Cezarego Kowalskiego, użyczonej przez pismo Dzikie Życie, kawałek sobotniego koncertu w Bielsku-Białej.

JOB KARMA

0 comments

Czas biegnie tak szybko, że po "evencie krakowskim" w Muzeum -manggha - przetoczyło się już kilka bardzo mocnych wydarzeń, a pośród nich granie w Bielsku-Białej. Przyszedł też spory i ciekawy komentarz do wpisu : "post manggha", który jest dowodem na to, że czasem udaje się uciec od schematu kultury alternatywnej jako marginesu bogatego i kwitnącego budyniem rodzimego szołbiznesu. Uważam, że jest dokładnie odwrotnie i te wszystkie "tuzy" i pieszczoszki mediów mają dość słabe wyniki w stosunku do nadętej reklamy. Niestety, co chwile ktoś zaczyna majstrować przy scenie niezależnej : a to w tv kultura bajają o potrzebie weryfikacji artystów i robią to ludzie, którzy wydali w całym swoim długim życiu trzy płyty, byli na trasie w NRD i chcą się zabalsamować za naszą kasę na pozycji spiżowych jazzmanów. Plastycy nam wmawiają, że musimy znosić bez szemrania gluty profesorów od pomników zaangażowanych, tworzonych i opłacanych według najgorszych socjalistycznych wzorów, a ostatnio warszawska ekipa ultrasłusznych niby-lewicowych ale prawdziwych artystów w dziedzinie wytwarzania "tryndów" (do pilnego opchnięcia) wymyśliła gwarantowaną pensję dla wskazanych przez siebie artystów. Wszystkie te pomysły oscylują wobec wzoru lewackiego celebryty - rentiera, czułego na krzywdy jako ten Bono ... co jest bez wątpienia bardzo miłym stanem, ale w 2009 roku już mocno groteskowym i irytująco nieszczerym.
W sobotę zagraliśmy koncert w towarzystwie Job Karmy i muszę naszym przyjaciołom raz jeszcze podziękować. Tak energetycznego i pozbawionego obłudy grania dawno nie słyszałem na żywo ! Kraków pozdrawia Wrocław! Warto też spotkać się gdzieś na trasie z ludźmi, którzy uparcie, systematycznie i na poziomie budują świetne sytuacje i doskonałą sztukę. Robią to nie wchodząc w reklamę rajstop, układy ojca, nie dostają telewizyjnych programów o fotografowaniu lub religijnych agitek dla zagubionych.
Mgły i deszcz nie nastrajają jakoś specjalnie entuzjastycznie ale to dobry czas na kończenie tekstów, wydawnictw, podsumowywanie i zajęcie się informacją o tych wszystkich pięknych rzeczach jakie mogą nadejść. Pewnie nie będzie czasu na zwolnienie jeszcze przez kilka tygodni, ale może w grudniu? Zima pojawi się dla mnie od stycznia, czas późnej jesieni warto poczuć i warto z niego skorzystać, nawet za cenę kataru. Dużo radości daje obserwowanie "naszych" sikorek uwijających się od rana przy karmniku - są takie ruchliwe, wesołe i zadziorne! Nawet taki kontakt z Naturą ; przez szybę ... daje ulgę po tych wszystkich egocentrykach i głodnych duchach ukazujących sie w tv.
Czasem trafia się tam jednak coś inspirującego lub śmiesznego ; na zakończenie podam tego przykłady! Inspirujące obrazy to oczywiście najlepsza telewizja świata czyli BBC w serialu o religiach świata pokazała nam : jako ilustrację do hasła Buddyzm Tybetański - Jomosom i klasztory po których śmigaliśmy z A. 10 lat temu! a jako ilustrację do tematu Szamanizm Samów pokazano nam słuchanie strumienia i po lipcowych nagraniach wszystkich strumieni podczas trekkingu w tundrze poczuliśmy, że to chyba jakieś przesłanie?! A śmiesznostki to takie moje niewinne "przesłyszenie" kiedy Premier zapowiadał "delegalizację" "jednorękich bandytów" usłyszałem, że chodzi o delegalizację krótkorękich bandytów... i bardzo się ucieszyłem !
Fota to typowo jesienny, nostalgiczny obrazek z innego życia, innego wcielenia i świata, którego już nie ma. I pozostaje tylko niezmiennie tak wiele karmicznej pracy do przerobienia.
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội