VIVICA vs ŁZY RUDRY

0 comments

Kolejny pracowity dzień świąteczny upłynął mi pod znakiem dyskusji o sztuce i artystach zapomnianych, uczestniczeniu w rewelacyjnym koncercie i celebracji powrotu Nataszy z peregrynacji po krainie Orfeusza...
Dyskusja o sztuce jaką odważnie podjął mój ojciec ogniskowała się wokół statusu artysty zapomnianego. Nie chodzi właściwie o takie prawdziwe zapomnienie ale raczej o taki rodzaj sztuki, który w kraju budyniu gwarantuje pewnego rodzaju przeźroczystość: media wiedzą ale nie powiedzą, krytyków męczy, publiczność się nie upomina bo wszystkiego jest tyle, że bliższe jest to co popularniejsze... Ten rodzaj sztuki to jedyny prawdziwie mnie interesujący czyli: skrajnie osobisty, buntowniczy i osobny. Dyskutowaliśmy nad trzema postaciami artystów, które mają jedynie dwa elementy wspólne: to, że urodziły się w Nowym Sączu i to, że tam nie zaistniały i wyemigrowały gdzieś dalej: do Krakowa, do Zakopanego... Mój ojciec wspominał zachwyty Jerzego Beresia, swego kolegi ze szkoły,który wpatrywał się z zainteresowaniem z balkonu naszego domu w Nowym Sączu... w tyczki do fasoli wykonane z pogiętych gałęzi przyniesionych przez powódź... J. Bereś obok Władysława Hasiora, dużo bliższego kolegi ojca to byli dwaj artyści mojego dzieciństwa. Kiedy wyjechałem do mojej pierwszej pracy na Pomorze, pierwszym aktem zagospodarowywania się tam była wizyta w mega prowincjonalnym ośrodku kultury w Kępicach. Kępice - ale to dzisiaj brzmi! To mała miejscowość pomiędzy Słupskiem a Miastkiem. Wizyta miała na celu uzyskanie koniecznego pośrednictwa "instytucji" w druku afiszy na występ grupy Atman w Teatrze STU w Krakowie. Pamiętam jakiego szyku zadawaliśmy w środowisku kiedy w STU nasi fani zobaczyli obrzydliwe afisze z napisem: Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Kępicach zaprasza na.... Dla młodych dodam tylko, że w tym czasie na linii kolejowej Słupsk - Miastko spotykałem się w śmierdzących wagonach z kwiatem rewolucji punkowej, która woziła się od Karcera (Słupsk) do WC ( Miastko), a my organizowaliśmy spektakle do poematów Ginsberga gdzieś w krzakach. To było jeszcze przed medialnym zagarnięciem wszystkiego, wszystkich i całej historii kontrkultury do Warszawy. Ej boj... I tam, w tych Kępicach, po opisaniu moich działań muzycznych jakaś pani czy pan odezwał się tak: "był u nas kilka lat temu taki dziwny gość z Krakowa, nazywał się Bereś i biegał na golasa po drodze ciągnąc jakiś kamień"... W czasie naszej dyskusji z ojcem, zapytałem szklanej kuli i po tylu latach znalazłem 4 fotografie z tamtej akcji! Do Hasiora i Beresia, który według wspomnień mojego ojca miał umysł matematyczny-ścisły i był antytezą Hasiora, dorzuciłem innego artystę niepotrzebnego w Nowym Sączu - geniusza filmu i konstruktora fenomenalnych urządzeń, niejakiego Antonisza, znanego w swym rodzinnym mieście jako Julian Antoniszczak. Gość wymyślił takie rzeczy jak: antoniszograf fazujący - do wydrapywania obrazków/klatek filmów animowanych swego autorstwa oraz: chropograf - urządzenie służące do przygotowywania obrazów do dotykowego "oglądania" przez niewidomych!!! Za sprawą wrocławskiego kolektywu pt. Małe Instrumenty - Antonisz jest przypominany ale ciągle jest mniej ekspansywny od wspomnianych artystów wrocławskich... Dyskusja toczyła się ciekawie ale nie przyniosła odpowiedzi na pytanie zasadnicze: dlaczego to artyści przeźroczyści? To ich nieuchwytne odrzucenie jest specjalnego rodzaju i jest bardzo charakterystyczne dla budyniowa.
Tak podbudowani naszą słuszną walką o sztukę prawdziwą ale jakby nie całkiem obecną, poszliśmy na koncert kolektywu z antypodów naszej dyskusji: Europa Galante - Fabio Biondi z operową divą Vivicą Genaux! Koncert zorganizowała Filharmonia Krakowska, znana z pewnej przesady w ascezie wystroju sal i wc oraz ukochania ciężkich dronów, dodawanych gratis do prezentowanej muzyki przez MPK i tramwajowe linie na Salwator. Moje określenie - "antypody" pochodzi od tego, że muzycy z tej ekipy to pieszczoszki mediów i impresariatów, grają co inni napisali ( w tym wypadku chodziło o speed-metalowego kompozytora Antonio Vivaldiego)i to co od dawna się liczy na tej scenie. Pewniaki... I nie mogło być inaczej (?) - koncert powalił mnie na kolana i wykrzykiwałem z włoskim akcentem (taką mam nadzieje?): bravo! bravo! bravo! Muzycy byli fenomenalni ale Vivica Genaux ...to było już zupełnie rewelacyjne. Nie silę się na recenzję; to nie mój świat ale chylę czoła, respekt! Następnym razem dołożę do tych 180 zł za bilet jeszcze ze stówę (bo najwidoczniej Filharmonia ani też KBF nie mieli...)i kupię bukiet pięknych kwiatów dla klawesynistki i boskiej divy... Te dwa białawe wiechcie to był wstyd i wiocha, podobnie jak te rury czy kosze na śmieci wiszące na łańcuszkach nad głowami artystów. To pewnie projektowali absolwenci ASP? Ozdób i parkieciku nie polecam ale Vivica jest do posłuchania i zobaczenia...na YouTube.
W kontekście wspomnianej wcześniej dyskusji rozważałem okoliczności: ja byłem na sali i doceniam, jak jest w obozie poważki? Mimo kunsztu i powalającego koncertu to ta ekipa jest mocnym ekstremum i pięknym (bez uszczypliwości!) rezerwatem wysublimowanej kultury, która się dawno skończyła.
Około północy ekipa naszych ludzi powróciła z lasów Orfeusza w Rodopach... Coś się z tymi Rodopami kroi! Bo jeżeli odrzuci się konsekwentnie przebierankę artystyczną, to, jak u Grotowskiego, gdzieś sztuka się kończy i zaczyna dobre, uważne życie?
Świąteczny dzień zakończyłem poszukiwaniami Łez Rudry - ważnych dla wyznawców Śiwy nasion drzewa Elaeocarpus sphaericus, których kolor, kształt i ilość bruzdowatych wgłębień na powierzchni, kwalifikuje poszczególne okazy do różnych kategorii religijnych i ...cenowych. To wszystko jest częścią przygotowań do wykładu Święte Rośliny Indii, na który pewnie nikt nie przyjdzie bo mimo, że w budynku Audytorium Maximum - ma się rozpocząć około 11 przed południem. Ale Łzy Rudry to fajna rzecz...
Na focie zamówionej u Bogdana: inne, dopiero rozpracowywane elementy mojego szamańskiego naszyjnika z Tybetu...

TAPIR

0 comments

No i znowu święta...rozpoczęliśmy od wyjątkowego koncertu La Venexiana we czwartek w nocy! a wczoraj słuchaliśmy świetnej audycji radia BBC z okazji 90-siątki ! Pandita Ravi Shankara... Może w naszej Trójce już by nikt nie zapowiadał tego artysty w ten sposób : " na prymitywnej lutni sitar zagra ludowy muzyk Ravi Shankar" jak to zrobiono z 30 lat temu, ale czy aż tak wiele się zmieniło w masowych mediach? No i nie ma gdzie u nas zagrać?!
Po moim ostatnim wpisie, Maciek z Job Karmy (KRK pozdrawia WRO!)napisał mi: " przy pierwszej płycie jest łatwiej, zwłaszcza w budyniowie, gdzie ciepło pisze/mówi się głównie o gwiazdkach jednego sezonu, nawet w tzw. "undergroundzie"...". A było kiedyś inaczej? Wieczorem miałem wreszcie trochę czasu aby przebić się przez wspominana już książkę Zbigniewa Osińskiego o Jerzym Grotowskim. To balsam na moje nerwy bo kontrkulturowy teatr był dla mnie od zawsze bardzo mocną inspiracją, także w muzyce; w sensie sposobu tworzenia muzyki i tego czym jest (dla mnie) naprawdę koncert. Kilka cytatów pozwala jakoś wyzwolić się od tej "naszej" pseudo sceny, jeden z nich: " Performer - z dużej litery - jest człowiekiem czynu. A nie człowiekiem, który gra innego. Jest tancerzem, kapłanem, wojownikiem; jest poza podziałami na gatunki sztuki./.../ Performer to stan istnienia. /.../ Człowiek poznania rozporządza czynieniem, doing, a nie myślami albo teoriami. /.../ Poznanie to sprawia czynienia".Trzeba naprawdę żyć aby naprawdę grać...
Jak już musimy świętować (bo jakże nie ulec przemocy wszechogarniającej dobroci? no jak?) to w lesie! W lesie zawsze czuję się odświętnie. Poszliśmy na początek do ZOO aby posłuchać wiosennych głosów różnych zwierząt. Zawsze kiedy to robimy wyświetla mi się znakomity dokument o saksofonowo-głosowych dialogach czynionych w ZOO przez mojego guru Rolanda Rahsana Kerka... Ptaki dawały ostro, słonie, lwy i tygrysy, ale to co zrobił tapir - powaliło nas całkowicie. Nie dość, że biegał jak oszalały i podskakiwał nagle to jeszcze świstał w taki sposób, że oniemiałem! Tapir jest "the best"! Nie był przybity niewolą, nie błagał o herbatnika, nie pałał nienawiścią i nie był zgorzkniały. Fikał i świstał!
Ale w ZOO i potem na Salwatorze czas radości ubogacał nas nieprzebranym tłumem tzw. "nutrii" czyli mieszczaństwa krakowskiego podczas niedzielnego demonstrowania ubogacenia dobrem. Dobrze, że nam nie przyszło do głowy iść w okolice Wawelu, bo tam bez nutrii na plecach i jamnika na smyczy przepada się natychmiast. Gazeta W. zamiast pochylać się z troską nad "nowymi mieszczanami" jak to miała ostatnio w zwyczaju, powinna raczej skupić się na tym jak się ratować... Ja zgłaszam pomysł na wypożyczalnię jamników. Powinna to być sieć kilku punktów, gdzie dostawało by się grzeczne jamniki do przeprowadzenia Grodzką, Szewską, Kanoniczą i kilkoma innymi ulicami do dyskretnie ulokowanych punktów odbioru. Z moich obserwacji, takie wypożyczalnie byłyby też oblegane przez "starych" mieszczan, bo mieszkają w małych domkach z ptactwem domowym i świnkami. Jamnik, mimo, że konieczny atrybut krakowskiego mieszczaństwa z kurkami i świnkami nie da się pogodzić.
I jak już święta to czas jest także na zgłębianie takich zagadnień jak: indyjskie figowce vs europejska figa i sykomora z Egiptu... Jak świętować to świętować! W tivi też ciekawie: święcenie ognia, jaja jako symbol życia, woda jako atrybut czystości ducha... ale się porobiło! Nawet palmy w Nowym i Starym Sączu po raz pierwszy bez przyczepionych na końcu krzyży! Toż to prawdziwa rewolucja. Więc jak tu nie świętować?
No to jeszcze jeden cytat z książki o Grotowskim: " czyżby był to znany obraz z Upaniszad, Drzewo Życia i dwa ptaki, jeden "działający", drugi "kontemplujący""? temat ten jest jeszcze starszy, indoirański...". Działanie nie wyklucza kontemplacji... Czy za dwa-trzy lata dowiem się z tivi, że drzewo życia to symbol świąt wielkanocnych? Ubiegam łapczywe zagarnianie wszystkiego co duchowe pod jedno kierownictwo i kontempluję symbolikę Góry ... Na fantastycznej focie z podróży Ali M. Góra Kailash.

PROMO

0 comments

EKO, ETNO, LOGO, PROMO a czasem też DIZAJN to kilka określeń z jakimi borykamy się każdego dnia. Zaklęcia te są jak siatka geograficzna i określają nasze położenie, nie tylko na płaszczyźnie ale i w wielowymiarowej przestrzeni społecznej. A ta, nie jest już prostą drabiną ale złożonym tworem zależnym od wielu rzeczy, w tym od wspomnianych kluczy. Jak masz dobre PROMO i LOGO ale słabiej z ETNO i jeszcze słabiej z EKO, to może nie być wcale dobrze. Albo PROMO jest o.k. ale DIZAJN kiepski - to się nazywa PiS. Ot, taki przykład pierwszy z brzegu. Dawniej zakładano, że w "zdrowym ciele, zdrowy duch" ale jak się przyglądam piłkarzom i wielu politykom to...wątpię!? Ale przychodzi taki moment, że sram na E/E/L/P/D i robię co muszę zrobić. I to jest ten najważniejszy z momentów; czujesz, że żyjesz. A refleksje po takim plaśnięciu w budyń oczywiście nadchodzą... później.
Dzisiaj, w dobrym nastroju, nie pozbawionym jednak odrobiny zadumy natury filozoficznej, przesłuchaliśmy w domu "acousmatic psychogeography". Nasze basowe głośniki z godnością zniosły plaśnięcie i mieszankę dźwięków, brzmień i muzyki. Najwidoczniej (najsłyszalniej?) tłocznia CD spisała się całkiem przyzwoicie. Teraz nastąpi trudny okres PROMO, bo mimo tego co napisałem, ten okres nadchodzi. Ale po dobrym plaśnięciu jakoś mniej uwiera? A to okres bardzo skomplikowany i trudny do ogarnięcia bo w kraju budyniem malowanym jest tym gorzej im dalej... Przy pierwszej płycie jest łatwiej, przy piętnastej może być już tylko beznadziejnie. Więc po co? Jako kartka, list, książka do starych znajomych? Jako wpis do dziennika podróży? Jako partyzancka akcja typu: istniejemy i działamy? Jako udokumentowanie świetnych chwil i mocnych związków? Jako odreagowanie i opisanie zachwytów i grozy jakie dotykają nas każdego dnia? A przecież jak zawsze okaże się, że wszyscy tak potrafią ale nie robią tego, bo się im "nie chce"... To odmiana oświadczeń z zabaw w piaskownicy: ja w domu mam fajniejsze zabawki ale nie przyniosłem bo mi się nie chciało.
Rafał z Hati pisał mi wczoraj o końcu miodowego miesiąca...już nie wszędzie można zagrać, już są bezkompromisowi krytycy: bo na gitarze, bo nie na gitarze, bo jeszcze nie umarli, bo walą w bęben, bo nie walą w bęben... coś jak z hasłem: "bo zupa była za słona". Bo już tych płyt tyle... No i są Małe Instrumenty, za dwa lata będą Duże Instrumenty, a może ktoś z rozmachem stworzy: Małe, Średnie i Duże Instrumenty i wykosi nieśmiałe stopniowanie z przeszłości. To co było dotąd - do piachu! Budyniowa pamięć jest - oj tyciutka... Więc może warto dla dosztukowania pamięci? Albo warto bo to nie pryszczaci "dziennikarze", nie zarzygane kluby i nie "panie z telewizji" będą decydować czy gramy, czy nie gramy. To jest już coś; dla pamięci,dla zabawy, dla swobody. To już jest coś.
Na focie: Bogdan zrobił nam fajne PROMO ...

ROBOTA

0 comments

Zrobiło się jakoś intensywnie i gęsto. Adrenalina kipi i udajemy, że tego nie lubimy... Do kwietniowych koncertów w Krakowie i Katowicach ale także roboty z nową płytą (już jest ale jeszcze spoczywa sobie zafoliowana w pudłach) nagle doszła nam jeszcze wystawa w Towarzystwie Słowaków w Polsce - w Ich siedzibie głównej w Krakowie. Szykujemy coś w moim ulubionym stylu arte povera czyli roboczym dokumentowaniu raczej idei niż tzw. "dzieła". Jak pokazuje często krakowski Bunkier Sztuki, dziełem może być wszystko lub może trafniej: cokolwiek, a z ideą bywa już gorzej.Wystawę zatytułowaliśmy: Wózek Warhola - Słowackie Artefakty Karpat i pokażemy korzenie sztuki Andy Warhola, dwa endemiczne instrumenty muzyczne potraktowane jako kulturowe artefakty i fotografie organiczne czyli nasz foto-land art z akcji na Słowacji i w Rumunii. To będzie wystawa bez wspomagającej nobilitacji miejscem, będzie musiała sama zarobić na uznanie/krytykę i niezależnie od wszystkiego pozostanie nie namaszczona przez DoSW: Decydentów od Sztuki Współczesnej. W ten sposób będziemy mogli obserwować jak bezradny jest obecnie tzw. odbiorca: bez kontekstu odpowiednich ścian instytucji i szemranych zaświadczenia DoSW nigdy nie jest pewny czy może być pewny, że ma do czynienia z czymś wartym uwagi. To wydaje mi się smutne bo bezmyślne jakieś?
Ale są też wesołe przejawy kultury! Zespół Tańca Ludowego Politechniki Poznańskiej "Poligrodzianie" brał udział w V Międzynarodowym Festiwalu Folkloru w stolicy Nepalu - Katmandu! Aby zobaczyć i usłyszeć "Poligrodzian" mieszkańcy Nepalu "schodzili kilka dni z gór"... Onet jest moim faworytem i zawsze mnie potrafi rozśmieszyć.Podoba mi się też zaproszenie portugalskiej divy fado, niejakiej Misi, przez ludzi od festiwalu Beethovenowskiego do udziału w obchodach Roku Chopina...do Krakowa. Pani Misia dołożyła do tego fantastycznego zawirowania opowieść o swym zauroczeniu muzyką Frycka, które podsumowała pięknie taką myślą: "odkryłam, że w fado tkwi dumka, i na odwrót..."! No, tego lepiej sam bym nie wymyślił. Wierzby, poetyka dworca PKP Wa-wa Wschodnia i porywiste wiatry w tunelach Dworca Centralnego - to pachnie faktycznie dumką. Ani Ludwig van Beethoven, ani fado, a nawet same liryczne mazurki Fryderyka tego nie zmienią? I "odkryła" to dla świata p. Misia, a nie złośliwcy z Krakowa.
Bardzo miło idzie robota z naszym twórczym udziałem w Święcie Herbaty w Cieszynie, planowanym na lipiec ale dopinanym już teraz. Obok specjalnego, plenerowego koncertu mamy też dać po wykładzie: A. o ciszy, a ja, etnobotaniczny temat: :"muzyka /dobra do/ herbaty". Scena ma stać w miejscu gdzie leżeliśmy sobie leniwie na trawie w przerwie pokazów filmowych Festiwalu Kino Na Granicy, w maju 2009 roku i gdzie graliśmy pamiętny, akustyczny set w zabytkowej Rotundzie wiele lat wcześniej. Lubimy Cieszyn (po każdej stronie granicy) więc się cieszymy. Może nie będzie trzeba czekać 2 godziny na pizzę po polskiej stronie? Po lipcowym Cieszynie szykuje się lipcowa Warszawa i już widzę, że będzie nowa robota... A jest jeszcze maj i czerwiec, może Wrocław? Może... i to pachnie nową robotą. Robotą nie liczącą się w świecie sztuki, ot takie bezmyślne fedrowanie?
Kontrkultura dzisiaj powinna kwestionować te etatowe i samozwańcze gremia DdSW ... bo nikogo innego już sztuka nie obchodzi. A może nie obchodzić całkiem swobodnie bo menażeria to okrutna i zadufana w sobie aż się na "pawia" zbiera. Jak się szuka haseł w encyklopedii to np. nazwisko Bechstein jest, ale tylko w kontekście tego, że taki kolo budował fortepiany. Inny kolo odkrył leśny gatunek nietoperza, chroniony kilkoma konwencjami europejskimi i prawem lokalnym wielu krajów, którego losy pozwalają zrozumieć przemiany klimatu Europy w skali wielu tysięcy lat... i nazwał go w 1819 roku Nockiem Bechsteina ale encyklopedia nie uznała takiego "Bechsteina" za godnego nawet najmniejszej wzmianki. Wystarczy uszyć dobre kalesony Beethovenowi aby być w kręgu elity? Jak tak, to wolę moją robotę i Myotis Bechsteinii bo sobie lata i nie wciska mi się obligatoryjnym wyrokiem kuratorów do mózgu.
Na focie p. Róży; amatorska instalacja tybetańskich artystów wizualnych, do której koniecznie dobudować należy "przestrzeń miejską" aby mogła uchodzić za sztukę... Jest też inny sposób: pomalować sprayem sto takich czaszek na złoto i ułożyć na dworcu lub w hipermarkecie. Ej czarodzieje, czarodzieje...

ZŁE ZIELE

0 comments

Wiosna jest już potwierdzona urzędowo i przepisowo (to trochę dziwne, że trzeba do tego specjalnie wymyślonego i ideologicznie słusznego kalendarza) ale też poprzez wysyp krakowskich niedzielnych rowerzystów. Nie było rady i my także przetarliśmy ramy naszych rowerków i ruszyliśmy do Tyńca. W Tyńcu wiadomo; życie duchowe dobrze miesza się z biznesem i dosłownie w ostatniej chwili ! sięgnęliśmy po keks z "klasztornego pieca". Piwa nigdy nie brakuje... Wypiliśmy po herbatce ziołowej o dość ciekawym składzie i wzmocnieni mogliśmy śmiało włączyć się w kolorowy sznur profesorów, docentów, prezesów i historyków z IPN-u, śmigający w sportowych rajtuzach i kaskach na umęczonych teorią głowach - w stronę Wawelu. Wieczorem dyskutowaliśmy trochę z Alą M. (aktorką Teatru Snów i pielgrzymującą artystką) o mieszczaństwie, o kontrkulturze i Grotowskim. Ala ma własne doświadczenia i kontakty w tym kręgu i zastanawialiśmy się czy nie jest tak, że intensywne uprawianie sztuki prowadzi poza nią? Potem było oglądanie fotek z Tybetu, Laponii i Tajlandii, ot takie mieszczańskie, krakowskie zajęcia...byle się GW nie dowiedziała! Ale jak takie spotkania nie nazywają się slam to mamy spokój.
Pod wpływem lamentów Krytyki Politycznej aby się organizować w celu zwiększenia nakładu ich słusznych wydawnictw i w ten oto sposób walczyć z konsumpcjonizmem, sięgnąłem po mojego ulubionego pisarza, niejakiego Charlesa Bukowskiego. Napisał On opowiadanie pt. "Narodziny, żywot i upadek gazety podziemnej" ( w zbiorze " Najpiękniejsza dziewczyna w mieście" wydanym po polsku przez Noir sur Blanc w 1997 roku), w którym barwnie opisuje wykorzystywanie naiwnych i swój stosunek do ideologicznego kitu jako towaru. Bukowski wydaje się dobrym antidotum na dymiące od wzniosłych chceń głowy.
Głowy dymią także zawodowym znawcom sztuki, którzy specjalizują się w pracy z ideami i praktyką zmarłych artystów. To oni wiedzą najlepiej co tacy artyści chcieli powiedzieć i dokąd zmierzali. Bo wiadomo; artyści są jak dzieci i dopiero uczone (w grach pozorów)i ustosunkowane (w mediach) konsylium znawców pasie się latami na tych, których już nie ma. Na tym tle, kilka fragmentów książki Zbigniewa Osińskiego o Jerzym Grotowskim (Jerzy Grotowski, źródła, inspiracje, konteksty - wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2009 ) jest dla mnie jak źródlana woda.
Do takich perełek orzeźwiających należy zamieszczenie w książce dużych reprodukcji raportów kasowych ze sprzedaży biletów na spektakle wyreżyserowane przez Grotowskiego. Na stronie 169 oglądamy raport kasowy ze spektaklu Akropolis: "widzów O" (zero; aby była jasność...), na następnej stronie inny raport kasowy donosi, że: " sprzedano trzy bilety a zł 3,60 Przedstawienie nie odbyło się Bilety zwrócono". Następna strona jest dowodem sukcesu komercyjnego: " Akropolis wg. Wyspiańskiego, widzów 26, zaproszenia 1"... Spoglądając na te raporty kasowe w kontekście kim Jerzy Grotowski był i jest dla teatru na świecie... nie mogę się powstrzymać przed myślą, że budyń mentalny w Polsce jest ponad formacjami politycznymi. To doniosłe odkrycie nie powinno odwracać uwagi od pytania: skąd znawcy wiedzą tyle o spektaklach, metodzie i zamiarach Grotowskiego skoro nie było ich na sali? Czy zajmowali by się Grotowskim gdyby nie wsparcie i uznanie z Zachodu? Czy Grotowski dostał by Paszport Polityki? Pewnie nie?!
Ostatnio w tivi modne stały się tzw. dopalacze. Felieton goni felieton tak jak nowe sklepy gonią nowe sklepy... Nowe doniesienia z frontu walki z tymi strasznymi specyfikami przypominają mi dzisiejszy felieton o sesji fotograficznej seksownej aktorki w czasach gdy nie była jeszcze pełnoletnia. Naganność sytuacji tivi dokładnie ilustruje fotografiami gołej aktorki, pewnie abyśmy mogli pojąć całą grozę sytuacji. Byłem naprawdę wstrząśnięty Angelina Jolie w wieku 17 lat i poddam się jeszcze wiele razy tej straszliwej konfrontacji. Tak jest też z "dopalaczami" i mediami. Wyczuwam głębokie i trwałe więzy jakie łączą te dwa światy i felietony o "zarazie" opanowującej nasze zdrowe, jasno myślące, do bólu trzeźwe społeczeństwo jakoś mi brzmią fałszywie?
Lista zakazanych roślin i chemikaliów jest już pewnie wielostronicowa i z każdym dniem się powiększa. Nie chcę iść pod prąd i zgłaszam jeszcze jedną roślinę do delegalizacji. To kapusta, która okraszona spyrką i podawana z ziemniakami powoduje ociężałość umysłową i fizyczną. Skutki jazdy pod wpływem kapusty i jej mieszanek widać wszędzie. Także w tivi...

EKSTREMALNI

0 comments

Piękny wiosenny dzień zwabił mnie na spacer po A. do kampusu Szacownej Uczelni. Już pod naszą "wieżą" zauważyłem wystające z ziemi zielone liście i pąki kwiatowe kilku cebulowych kwiatów wiosennych. To efekt jesiennej akcji guerrilla gardening (pisałem o tej miejskiej partyzantce szeroko w ubiegłym roku) ale jeszcze zbyt wcześnie mówić o sukcesie bo malutkie buciki rozbrykanych dzieciaczków trafiają bezbłędnie w te jedyne oznaki wiosny w tzw. zieleni miejskiej. Młode mamy dostają pewnego rodzaju poporodowej głuchoty i ślepoty na wybryki swoich "aniołków", tratujących wszystko i rozdartych bez chwili przerwy. Bardziej rozdarte od dzieciaczków są tylko ich mamy... Ale mamy kilka lat względnego spokoju, aż do czasu gdy te maluchy podrosną i zaczną nas bić...
Na korytarzu Szacownej Uczelni zobaczyłem piękny plakacik z dużym tytułem: "Ekstremalna Droga Krzyżowa" wzywający do nocnych i mocnych doznań religijnych związanych z tradycją chrześcijańską. Być może będzie to forsowny marsz, być może biczowanie, że o innych praktykach nie wspomnę. Już myślałem, że to jakaś kryptoreklama SM ale nie?! Plakacik w barwach (niegdyś) hardcorowych: czarno-czerwono-białych nie był żartem! Obok inni ekstremalni: Krytyka Polityczna - zawiesili plakacik nawołujący do obnażenia podłych praktyk kapitalizmu i ukazania szlachetności równej i sprawiedliwej biedy dostępnej całemu społeczeństwu. Bieda, ma się rozumieć, nie będzie dotyczyła Kierownictwa Nowej (?) Partii oraz funkcjonariuszy Nowej Sztuki Agitacyjnej. Przegląd ekstremalnych propozycji dopełnił sąsiadujący z dwoma poprzednimi- plakacik Anarchistów. Tym ostatnim to szczerze współczuje oderwania od realu i zazdroszczę wypielęgnowanej naiwności. Gdyby nie jarzmo demokracji i łańcuchy wolnego rynku, to byśmy w Polsce wszyscy paniczyki-anarchiści skończyli jako parobkowie chłopów. Przypominam, że parobek to prawdziwie polski synonim niewolnika.
Po dotarciu do centrum miasta odkryłem, że po klęsce w postaci usunięcia białego balonu przez ekstremalnych strażników czystości Krakowa, jest i klęska kolejna: wygaszono kolorowe neony zdobiące, przyznaję: jarmarcznie, Galerię Bonarka. Wszystko byłoby O.K. ale jestem dziwnie pewny, że gdyby komin był w kształcie krzyża, to nikomu by nie wolno było skrytykować oświetlenia tego podnoszącego na duchu symbolu. Teraz jest wreszcie dobrze: komin jak komin. Bo z wesołością w Budyniowie nie ma co przesadzać i idąc do hipermarketu (a ten kto tam idzie to zły człowiek, oj zły...) miejmy na uwadze: Memento Mori! Pewnie ci sami ekstremiści chcieli zrobić z pana Prezydenta LK tzw. Honorowego Obywatela Krakowa. Daliśmy odpór i spontanicznie Pan Prezydent odpuścił... Jak dobrze jest unikać ekstremów! Ale ekstremalność dotknęła i nas: w recenzji płyty A. pt. "Vaggi Varri - tundra soundwalk", Grzegorz Bożek z pisma Dzikie Życie napisał: " ...tej płyty nie przesłucha wiele osób, jest niszową produkcją nawet wśród niszowych wydawnictw.". Wow! Udało się!? Może załapiemy się kiedyś na festiwal AudioArt ? Plakat nowej edycji pokazuje, że tylko ekstremalni się liczą. Plakatowy obrazek AudioArtu 2010 sugeruje coś jak wsobny, ekstremalny wir albo kręcenie się w koło? Może to być też plastyczna wizja ( "see this sound" !) wierszyka: koło, koło, buch go w czoło? Może w koło, może w czoło: byle ekstremalnie!
Obrazek u góry to nowe logo ekstremalnie niszowego wydawnictwa, które jednak polecam.

D.I.Y. or DIE

0 comments

To miał być trudny rok i wygląda na to, że nie będzie łatwo nawet przez chwilę. Pracujemy nad kilkoma projektami równocześnie i tylko nieliczni potrafią pomagać bez zadawania pytań i utyskiwania na terminy, tematy i dziwne pory kolejnych tzw. pilnych spraw...Bogdan wie o czym mówię... Ale realia są jakie są i tylko z trudem udaje się coś z tego budyniu wyszarpać. Po wielu przymiarkach i sporej pracy studyjnej, udało się umieścić w tłoczni naszą nową płytę i przez kilka dni trwać będzie ten "błogosławiony" stan zawieszenia. Już nic nie da się zmienić i poprawić, nie grożą złośliwe opinie i nie trzeba niczego wysyłać... Za tydzień stan ten się skończy a za trzy miesiące będzie "po wszystkim" ; dwunasta nasza regularna płyta będzie krążyć wśród ludzi i w sieci i żyć własnym życiem.
Pomiędzy pisaniem skryptu nt. etnobotaniki i przygotowywaniem wykładu dla UJ pt. Święte rośliny Indii na 23 kwietnia, udało się nam zjechać kilka razy ze szczytu Chopoka na Słowacji. Robimy to bez poczucia winy za skłonności do "frajdku" jak niektórzy nazywają free-ride. Zadymka i stromy stok bez przygotowania ratrakiem... to bezwstydnie lubimy i za to się będziemy smażyli w ekologicznym piekle?!
W tym trudnym czasie doszła jeszcze konieczność kupienia spodni... to jest naprawdę ciężka przeprawa. Poczynając od żelowanych sprzedawców dziwiących się, że taki stary a chce Levisy a nie garnitur do trumny a kończąc na rewelacjach z ekranów w galeriach. W Galerii Kazimierz wyświetlają się tak niezbędne wiadomości jak: "ryk dorosłego lwa usłyszeć można z odległości 10 km", albo: " najmniejszą żabą na świecie jest żabka kubańska o długości 1 cm"! Te bardzo przydatne w hipermarkecie informacje ubogaca: " tracimy 4 kg zużytego naskórka na rok" i dowiadujemy się, że: " kałamarnice olbrzymie ważą 900 kg" ! Po tym zestawie (szczególnie trudna do zniesienia jest utrata tak dużej ilości zużytego naskórka!) proces kupowania spodni polegający na forsowaniu kolejnego głupiego sprzedawcy, który zadaje wyuczone i mechaniczne pytanie - " w czym mógłbym pomóc" - w sytuacji gdy odpowiedź wyświetlana powinna być zamiast wagi kałamarnic : "w niczym, w niczym!".
Na jakimś plakaciku kolejnej hardcorowej imprezy zobaczyłem ładny napis wiążący opisane sytuacje z płytą, z zakupami i z łatwo dostępnymi informacjami : D.I.Y. or DIE czyli w tzw. wolnym tłumaczeniu: zrób sam albo giń.
Muszę też odnotować dotkliwe klęski: 1/ lobby GW i amerykańskich imigrantów mieszkających w Krakowie najprawdopodobniej usunęły biały balon widokowy z okolic Skałki, podobno będziemy musieli nosić w lecie łapcie z kory lipowej aby wiernie odtwarzać krajobraz po jaki przyjechali tu (bez wizy) niektórzy łaskawcy,czuję się osobiście zraniony takim lizusostwem władz i dziennikarzy i znajdę sposób aby dać odpór 2/ Pan Lech Kaczyński będzie chyba kandydował na drugą kadencję a do tego krakowscy radni PiS-u chcą Mu przyznać honorowe obywatelstwo Krakowa, jakby mało było honorowego obywatelstwa Nowego Sącza?! Jeżeli chcesz przeciwdziałać podpisz petycję! Nie dla Kaczyńskiego!
Na obrazku płyta: Acousmatic Psychogeography przebywająca obecnie wraz z okładką w stanie bardo: oficjalnie urodzi się 22 kwietnia w krakowskich Fortach podczas naszego specjalnego tam koncertu... i zobaczymy w jakim świecie się odnajdzie? No, wiem: kali-juga czyli wiek budyniu...balonów wygnanych i utraconego naskórka.
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội