CYWILIZACJE

0 comments

Puszcze kurczyły się wraz z postępem chrześcijaństwa... i Drzewa w odwrocie: czas katedr - to cytaty z ważnej książki pt. Cywilizacje - kultura, ambicje i przekształcanie natury, autorstwa Felipe Fernandez-Armesto (wydanej w 2008 roku przez Wydawnictwo Naukowe PWN). Od wielu lat odnoszę wrażenie, że drzewa i las są dla bardzo wielu krajanów przeciwnikami. Proste apelowanie o zaprzestanie bezmyślnej wycinki drzew i niszczenia skrawków, w miarę jeszcze naturalnego lasu, jest mało skuteczne i dobrze byłoby aby ekolodzy-estetycy troszkę się wysilili i postarali się zrozumieć w czym tkwi przyczyna smutnego stanu rzeczy. Kulturowo usankcjonowana bezmyślność i okrucieństwo wobec "wrogiej" Natury jest bowiem gorszym wrogiem niż spychacze i pilarki spalinowe w rękach włościan. Naturalna puszcza w Europie Środka to:
"mroczna kraina wszelkich dziwów /.../, pełna łosi i turów, niedźwiedzi i wilków, rysi i wszelakich drapieżników, a może i jeszcze gorszych bestii /.../. Tu bowiem znaleźli schronienie zagubieni i bezdomni epigonii barbarzyństwa, szpetniejsi jeszcze od wyrzutków cywilizacji - a więc wilkołaki i inni odmieńcy, olbrzymi, dzikie ogry, mocarni zbóje i banici wszelkiej innej maści, wśród których nie brakowało brutalnych furiatów. Kryli się nago po jaskiniach i jamach, żywili ludzkim mięsem, nie znając prawa, a tylko właśnie wściekłe popędy. Biada niewieście, dziecku lub nieuzbrojonemu mężczyźnie, który by popadł w moc ich okrucieństwa."
To cytat oddający istotę problemu jaki mamy z naszą cywilizacją (z cytowanej książki Cywilazacje ... za Charles Kingsley, 1891). Jeszcze się dziwicie, że puszcz się raczej w tym kraju nie ochroni bez poważnej wojny z budyniową mentalnością? Swoją drogą to sam znam przynajmniej dwóch "furiatów i odmieńców" mieszkających w Puszczy B., ale ma na nich oko zdrowy myśliwsko-kościelny lud boży?
Udało się kilka dni posiedzieć w domu, ale już powoli pakujemy się na niewielką wyprawę badawczą w maleńkie pasmo górskie na Słowacji - Levocske Planiny. To serce tradycyjnego, karpackiego pasterstwa i praktykowania tradycji tzw. fasiang (u nas to lutowe odganianie zimy-mroku i witanie wiosny-słońca nazwano -ostatkami-), które tak interesująco objawiają się korowodami kukerów w Bułgarii. Levocske Planiny leżą pomiędzy Levocskymi Vrchami a pasmem górskim - Branisko. Wybieramy się na szczyt Spisska (1056,50 m n.p.m.), który wznosi się we wschodniej części L. Vrchov i na szczyt Hol'a (949,2 m n.p.m.) w sercu L. Planiny. Będziemy nocowali na wysokości 863 m n.p.m. więc może mgły będą pod nami? Po drodze zawadzimy o Poprad i Levoczę, już cieszę się na Słowację!
Słuchamy Dawn Penn (No,no,no You Don't Love Me!), Moon Doga i czekamy na zapowiadaną erupcję koncertową Andrzeja W. i Jego The Band of Endless Noise!? My się do końca lutego raczej nie damy wygonić z domu w celach koncertowych!
Na mojej focie z okolic Wierchomli (Beskid Sądecki) widać tradycyjny sposób na zabijanie drzew. W okolicy skąd pochodzi ta fota, na małym skrawku lasu jest kilkanaście starych drzew potraktowanych w ten sposób. Po takim podcięciu pnia drzewa "same" usychają i kupuje się je legalnie na opał. Nikt nie ma pretensji o bezprawną wycinkę zdrowych drzew, nie szuka się winnych, bo jak? A zwłaszcza, że nie robią tego krasnoludki...ani Ruscy jeno "lud pisowski".

Pieśniarz i jego opowieść

0 comments

Tak zatytułowana jest (The Singer of tales) niezwykle interesująca książka Alberta B. Lorda o europejskiej tradycyji oralnej. Same dzieje zbierania materiałów ( A.B Lord był uczniem Milmana Parry'ego i po jego przedwczesnej śmierci napisał książkę, nadając jej tytuł jaki obmyślił Parry) i powstawania książki są całkiem niezwykłe! Ale nie sądziłem, że razem z książką dostaniemy także fantastyczne nagrania jakie dokonał Parry (z Lordem i innymi uczestnikami wyprawy do Jugosławii w latach 30-stych), a dzięki Wydawnictwu Uniwersytetu Warszawskiego - tak się stało!!!
Głównym "pieśniarzem" (w Polsce tego typu ludzi nazywano zwyczajowo - guślarzami) i jugosłowiańskim Homerem Parry'ego stał się Avdo Mededovic, rolnik z gardłem zniekształconym tzw. wolem (efekt złej pracy gruczołu tarczycy znany powszechnie w górach od Karpat po Bałkany). Gość wykonywał z pamięci całe rzeki pieśni-opowieści akompaniując sobie na guslach - smyczkowym instrumencie z jedną struną. Strunę, skręconą z końskiego włosia, skraca się techniką paznokciową (nie przyciska do gryfu instrumentu), a dźwięk wydobywa się przeciągając smyczkiem przypominającym mały łuk. Bogato rzeźbione i zdobione instrumenty tego rodzaju to chyba najbardziej charakterystyczny instrument używany w Serbii, Albanii i Czarnogórze ale i krajach sąsiednich. Zwyczaj grania na nim i snucia opowieści-komentarzy (lub przytaczania pieśni o pogromie Serbów na Kosowym Polu) podczas wymiany ognia, pacyfikowania wsi i palenia domów, powalał przeciwników strachem. Na płycie zawarto wiele unikalnych ścieżek audio ale także fragment archiwalnego filmu z grającym i opowiadającym guslarzem Avdo Mededovicem!
Książka jest niezwykle cenna i pokazuje nieco inne oblicze Europy (jak się okazuje badanie kultury Europy metodami jakie stosowano wobec "dzikich", daje znakomite wyniki i czas się do nich wreszcie zwrócić!), płyta to całkowity rarytas i tym bardziej mnie irytuje głupi obrazek jakim ozdobił książkę Jakub Rakusa-Suszczewski. Obrazek pokazuje jakiegoś miłego, dobrze uczesanego filharmonika grającego na lutni. Rozumiem, że pewnie to lutnia ud, ale panie miły oprawiaczu plastyczny! to jest arogancki komentarz do całej treści książki, chyba? No bo zakładam, że miły oprawca plastyczny ją czytał? To tak jakby pewien dobrze znany tekst o niejakim Jankielu zilustrować obrazkiem młodzieńca z nowicjatu grającego na fortepianie... Wiem, że to tylko okładka i jedynie obrazek ...ale to tak jakby się cały dorobek autorów kopnęło w zadek. To mnie nie dziwi, że lepiej dokumenty i zbiory o naszej kulturze ( bo to o Homerze słowiańskim) lepiej trzymać w piwnicach Harvardu.
Na UW nie ma kogo zapytać o smyczkowe instrumenty tradycyjne... to po co Maria Pomianowska się męczy tyle lat?
Na focie uczymy się gry na jugosłowiańskich guslach... w Słowenii. Gdyby było trzeba to mamy je dobrze obfotografowane z wielu stron?! Fote zrobił nam Bogdan, podczas pamiętnych festiwalowych dni nad Soczą w Alpach Julijskich. Na naszej książce nalepię kilka fotografii gusli i obiecuje wysłać nalepki chętnym.

GALAXIES

0 comments

Mimo problemów ze zdrowiem, dotarliśmy w góry aby poprowadzić kilka zajęć z głosem i etnobotanicznymi aspektami karpackiej muzyki tradycyjnej. Na Sopatowcu było jak zwykle (od kilkunastu lat!) miło, twórczo i spokojnie. Wracając z takich miejsc zawsze mam wrażenie, że w Krainie Budyniu Mentalnego (Lechistan) trwonii się olbrzymią kasę na tzw. kulturę. Dotuje się z niej zazwyczaj najbardziej komercyjnych wykonawców i jakieś koszmarne akcje narodowo-patriotyczne lub kościelne (co w Lechistanie wychodzi niestety na jedno). Przykładem na niskie loty i fałszywą dbałość o kulturę jest wprowadzenie VAT-u na książki. W kraju analfabetów kulturalnych, beznadziejnych chłopków roztropków i innej budyniowej "soli ziemi" (tej ziemi!), w której na książki jeden obywatel wydaje średnio 19 złotych rocznie (!) wprowadza się na nie wyższe ceny; aby zachęcić? A może po to, aby karać takich jak my? Od lat czuję się w tym kraju zbędny i to jest kolejny znak, że nie jest to uczucie bez podstaw. Zawsze jakieś komunały, patriotyzmy, przebiegłe klechy i ich przyboczni i pomoc wieśniakom w kupowaniu ich piątego samochodu, ale jak podatki i poważniejsza jazda, oparta o trudną sztukę czytania ze zrozumieniem, to my, klasowo zagubieni kosmopolici,zbyt mało patriotyczni i zawsze zbyt niezależni?! Jestem jednym z pierwszych ofiar tej polityki pana mądralińskiego Leszka Millera (bo to ta ekipa nas tak urządziła; wiadomo sojusz robotniczo-chłopski!) bo wydawnictwa zatapiają książki, o których ekonomiczny los w Budyniowie się boją. Moja książka najwyraźniej przepadnie. Więc to nie tylko oznacza, że będziemy z A. wyrabiali normę zakupu książek za setki Obywateli Nie Kupujących Książek, ale przestaniemy też sami pisać ... bo, po co? Zostaną jedynie książeczki do nabożeństwa i o to chyba chodzi. Dla wszystkich (?) rządzących spokojniej jest bez książek; czym głupsi poddani tym lżej wciskać im kit.
Wróciliśmy wczoraj wieczorem aby kurować się już we własnym domu i podziwiać wiejskie zabawy petardami. Quady (które są lekko zakamuflowaną formą rolniczego ciągnika - traktora) i petardy z Chin Ludowych, to w czasach obfitości słoniny i wódki, najwieksza rozrywka ludu budyniowego. Sikory, które karmimy na naszym balkonie pojawiły się nieśmiało dopiero dzisiaj wieczorem - ogłuszone i przestraszone symbolicznymi działaniami wojennymi ludu naszego. Nasze media są gorsze od polityków; z jednej strony użalają się nad zwyczajowym biciem ludzi w Kielcach, a z drugiej 1 stycznia raczą programem o fascynującym życiu pana Gołoty. Czym ten pan się zajmuje; biciem po mordzie, właśnie? No, wiem; Gołota bije kulturalnie i sportowo, a chłopaki z Kielc jedynie z potrzeby serca. Stały dylemat - zawodowcy czy amatorzy?!
Z naszej skrytki pocztowej wyjęliśmy przesyłkę z Japonii. To nowa (po kilku latach milczenia) płyta Koji Asano. Koji to bardzo interesujący kompozytor i muzyk, który pojawił się kiedyś w Europie i bardzo smakowały Mu moje placki ziemniaczane. A placki ziemniaczane robię wyłącznie najbliższym i tylko sporadycznie najbardziej cenionym znajomym. Koji Asano zagrał u nas w Galerii Stary Dom ( kiedyś prowadziliśmy swoją galerię... brzmi jak pierwsze zdanie z Pożegnania z Afryką...) i nie było się nad czym zastanawiać tylko trzeć halucynogenne bulwy Lechistanu! Tak więc w pierwszy dzień symbolicznego nowego roku, pierwszą płytą jaka wypełniła brzmieniem nasz dom była Galaxies - Koji Asano. I to były dźwięki jakie Wszystkim Wam życzę na nadchodzący rok! Koji wydał już 44 albumy z bardzo różną muzyką i Jego inwencja, pracowitość, rzetelność w realizacji swoich projektów jest dla mnie jedną z nielicznych podpór w naszej syzyfowej pracy. Płyty Koji Asano można ściągnąć za free z Jego własnej strony (www.kojiasano.com), ale też kupić oryginalne albumiki z jego ciekawymi i bliskimi mi fotografiami na okładkach.
Na autofocie Bogdana K. (który jak widać ma głowę pełną muzyki) widać też naszą "organizacyjną" koszulkę! Wyprodukowano je pod koniec roku ale oficjalnie startują teraz - w styczniu 2011 roku!!!

Drianow

0 comments

Drianow to po bułgarsku - dereń jadalny aka Cornus mas. Z jego czerwonawej, młodej gałęzi przygotowuje się specjalny, rytualny przedmiot - surwaczkę. Dwie boczne gałązki zagina się do siebie i wiąże w kształt okręgu lub serca. Całość ozdabia się wełną owczą, suszonymi owocami, czasem bilonem i prażoną kukurydzą lub czuszkami (papryka). Taka surwaczka służy do radosnego (i bezkarnego) uderzania starszych przez dzieci. Walisz dziadka po plecach i życzysz wszystkiego dobrego! Dziadek nie ma wyjścia i nie dość, że nie wykręci ucha to jeszcze powinien obdarować młodego słodyczami. Akcje przeprowadza się w noworoczny wieczór. To jeden z bardzo charakterystycznych dla Bułgarii starych obrzędów. Pisałem o tym już rok temu i surwaczki wykonywaliśmy w ramach warsztatów etnobotanicznych w 2008 roku, ale tym razem siedzę przy pożyczonej od Piotra S. książeczce pt. Święta i obrzędy Bułgarii ( wydanie oryginalne więc tłumaczymy powoli...) i utwierdzam się w przekonaniu, że bez znajomości Bałkanów nie da się zrozumieć Karpat.
Master CD pt. Enjoy Trees! ciągle nas zaskakuje brzmieniem i muzyką! Mruczący ryś i heavy żubr plus wilki i te wszystkie inne głosy zwierząt, których nie ma już blisko nas, chyba jakoś na nas wpłynęły?!
Wybieramy się jutro na Sopatowiec i tam, w górach o nazwie Karpaty... powitamy Nowy Rok, mamy zawsze wrażenie, że to jakoś tak zbyt wcześnie i w samym środku zimy. Nic się nie kończy ani też nie zaczyna, więc czekamy na pełnię księżyca w lutym... ale miłe świętowanie to zawsze jakieś świętowanie i zamierzam zapalić wielkie ognisko! A Wy, drodzy czytelnicy - walcie surwaczkami mocno i życzliwie! Do 2011 roku!
Be joyful and merry! jak mawiał (1864 - 1944, cytat pochodzi z 1938 roku) mistyk bułgarski Master Peter Deunov! Bo Bułgaria to nie tylko stare ryty i chalga a bez znajomości ezoterycznej ścieżki w tym kraju trudno zrozumieć znaczenie niektórych miejsc w Rile i Pirynie...
Na focie Kasi (chyba już prezentowanej na blogu?) Karpaty Magiczne w 2010 roku, na podwórku obok warszawskiego klubu Sen Pszczoły na Pradze!

ENJOY TREES!

0 comments

Kiedy wyszliśmy po północy z ciepłego studia nagrań, okazało się, że jest minus 18 stopni i nowy śnieg przykrył brzegi Dunajca. O 7 rano piliśmy już kawę i przed południem dojechaliśmy do naszej wieży na Kampusie UJ. W głowach ciągle mamy głosy wilków, mruczenie rysia (to nagranie p. Walencika to rewelacja!) i sapanie żubrów, zmieszane z naszą muzyką, która ujawniała się z zaskakującą i jakąś organiczną energią. Skończyliśmy nagrywać materiał na płytę-podarunek, której ideę wymyślił Robert, szef Greenpeace Polska, a my z wielką przyjemnością zrealizowaliśmy. W bardzo krótkim czasie i bez worka kasy, udało się - dzięki pomocy wielu ludzi - zrealizować wspólny projekt. Mam wrażenie, że to jest symboliczny wprawdzie, ale ważny ruch w stronę dobrej współpracy i konsolidacji środowiska ludzi, którzy zauważają coś poza relacjami kupna-sprzedaży i końcem swojego nosa.
Na płycie znajdzie się siedem utworów nagranych w naszym pełnym składzie z ostatniego roku: Ula S. na gitarze elektrycznej, dr Andrzej W. na elektronicznych instrumentach, ale i akustycznych dzwonkach, dr Anna N. na gitarze elektrycznej (ej boy!), 12-strunowej gitarze akustycznej, ale głównie głos (ej boy!) i słowa oraz Wasz sprawozdawca na huculskiej trąbicie, flecie tenorowym, trąbce sygnałowej i fujarze detwiańskiej. Z tego niewinnego pomysłu wyrosła normalna sesja nagraniowa (o ile to co robimy w studiu można tak nazwać?) i przybrała postać bardzo rozrywkowej, mocno rytmicznej i avant pop-owej płyty, ale jest też kilka miejsc... Suchej nitki na nas nie zostanie jak się ci wszyscy napuszeni awangardowcy dowiedzą, już się na to cieszymy!
Mamy nadzieję, że wszyscy, którzy napracowali się przy akcji na rzecz Puszczy Białowieskiej znajdą na płycie jakiś swój kawałek brzmienia / muzyki. To byłoby dla nas ważne! Całość zatytułowaliśmy Enjoy Trees ! i oprawiliśmy w kilka znaczących fotografii i tekstów. Płytą dysponować będzie od końca roku Greenpeace.
Od dzisiaj wisi w Internecie obszerny wywiad z nami, który powstał przed naszym koncertem w CSW w Warszawie 3 grudnia więc jest jeszcze ciepły. Rozmowa była dowcipna i nie padło pytanie: jak się to wszystko zaczęło... więc wywiadowca uzyskał od nas pełne wsparcie. Tytuł wywiadu - Dryfujące Karpaty, nie donosi o oddalaniu się płyt tektonicznych od siebie i dotyczy jedynie praktyki dryfu jaki uprawiali sytuacjoniści. Rozumiem, że po doniesieniach Justyny Steczkowskiej o Jej wielkim sukcesie w Rosji, pewnie już nikt nie będzie chciał niczego innego czytać, ale może podczas świąt będzie trochę czasu? Zapewniam, że jest miejscami zabawnie...
Skoro tyle dzisiaj ogłoszeń parafialnych, to będzie jeszcze jedno, w ramach Ogłoszeń Niszowych: w 2010 roku nagraliśmy, opracowaliśmy w studiu i wydaliśmy w formie roboczego CDR - 36. wydawnictwo w serii World Flag Records! Kiedy zaczynaliśmy w 2004 roku (numer 001 to: SLOVAKIA z nagraniami z podróży po Słowacji (travnice!) i remixami Andrzeja Widoty ze Śląska i rhBand z Los Angeles!) myślałem, że to będzie kilka tytułów i trochę niektórych śmieszyło, że wstawiam dwa zera przed jedynką... Rok 2010 jest przełomowy, bo seria zyskała dwie regularnie tłoczone płyty CD i mamy pomoc w postaci małej, niezależnej firmy, która zawodowo powiela i drukuje CDR-y. Zainteresowanie płytami odbieramy jako minimalne i jest to typowe działanie w duchu DIY i non profit , ale to ważna część naszej pracy i wyraz szacunku dla ludzi, miejsc i sytuacji jakie napotykamy. Jednak bez WFR wiele akcji pochłonął by budyń. Szkoda tylko, że jakoś tak nie czujemy tych mas zainteresowanych field recordings i sound walking-iem ale kilka osób docenia tę robotę i my mamy fun!
Na obrazku - cover płyty Enjoy Trees !

FREE FORM MUSIC

0 comments

Mam wrażenie, że osoby, które dopytują się o koncerty i warsztaty z naszym udziałem, wcale nie chcą w nich brać udziału. Jaką datę bym nie podał, zawsze nie jest to ta odpowiednia? Może raczej chodzić o to, aby przypadkowo nie trafić na koncert lub warsztaty i w takie, "niebezpieczne" dni, nie wychodzą z domu? Wielu piewców wielkości grupy Atman (jednego z moich ważnych, wczesnych projektów ), bajają o tym jacy to byliśmy popularni i jak szkoda tak pięknej kariery!? Ale ja pamiętam jak to bywało i jak zawsze przegrywaliśmy z czerstwym folkiem i kolejnymi gwiazdami lansowanymi bez umiaru przez mądralińskich zawiadowców z Trójki, Dwójki i innej Srójki albo tivi. W piwnicy Bunkra Sztuki w Krakowie, z okazji projekcji filmu o beatnikach, zebrało się więcej ludzi niż na filmowanej akcji w Colorado USA, pod wodzą Ginsberga i z udziałem takich postaci jak Burroughs! Kiedyś pisałem o tych raportach kasowych ze spektakli Grotowskiego; spektakl odwołany bo nie sprzedano ani jednego biletu albo sprzedano trzy bilety... Młodzi ludzie wielbiący beatników jakby nie rozumieli, że historia toczy się podobnie, także dzisiaj. Zawsze można liczyć na takich gości jak na wspomnianym spotkaniu, który zapytał czy nie warto byłoby nakręcić film o beatnikach "w 30 lat później". Kolo nie wiedział, że byłby to krótki i smutny film. Młody student pewnie myślał, że Ginsberg i Burroughs dostali po teleturnieju w tivi od partyjnych kolegów i żyją sobie wygodnie, czekając na filmowców? Student nie słyszał o Gary Snyderze, który - jak nam powiedziano w USA - siedzi sobie na schodach w kampusie nad Zatoką i pisze jak pisał; w s p a n i a l e ! Studenta nie interesuje Peter Matthiessen i jego wytrwałość w tropieniu śnieżnej pantery. Studentów interesuje Ginsberg bo... już nie żyje! Zatem jest jakaś nadzieja na docenienie uporu, konsekwencji, przebłysków talentu i unikania kompromisów? Tak, jest taka nadzieja, tyle, że nie można będzie tego zobaczyć. Bo daty zawsze nie pasują, bo jesteśmy zajęci, bo nie mamy czasu wesprzeć tych, którzy szarpią się latami o odrobinę niezależności, o nie uleganie kolesiowskiej machinie budyniowej mafii w mediach. Młodzi studenci nie zauważyli, że język i styl bycia beatników (hipisów, punków, hip-hopu i czego tam jeszcze w kolejności lub nie), jest wchłaniany i wykorzystywany jako towar lub nowe opakowanie starego kitu. Studenci pytali o pieniądze na bycie beatnikiem?! To może niech projekt napiszą: "Bycie beatnikiem i geniuszem w latach 2011 - 2012 w celu zbudowania kultury alternatywnej (2011) i dostania się do teleturnieju (2012)", może się zwrócić do funduszy zawiadywanych z Norwegii, albo do UE. Minister Kultury Zawiadywanej Ręcznie też ma trochę kasy na "młodych gniewnych", co by ich na świecie pokazać; ma takich i Polska, kraj budyniem płynący.
Już widzę te kursy: układania ikebany, bycia beatnikiem, bycia podróżnikiem. To ostatnie jest dość u nas trudne, bo albo musimy działać społecznie (a przy tym medialnie rzecz jasna, bo pomaganie innym bez udziały kamer nie jest w cenie)i nie mamy już czasu na wyjazdy, albo musimy eksponować biust i przesuwać nim horyzont, albo zrobić sobie fotkę z małpką lub małym, czarnym Bambo (a jest koniec 2010 roku, a nie schyłek XIX wieku...? Puk, puk, pobudka w National G.? ). Jak się już niczego nie umie, to pozostaje zająć się w tivi religią lub kuchnią dalekich krain, albo swojsko parodiować inny, dowolny program BBC.
A ja dalej swoje; Free Form Music czyli muzyka, która nie wymaga od muzyków aby byli wojownikami browarów, nie powoduje, że nie ma się czasu na seks, bo gra się w reklamach znienawidzonych bankierów (którzy nie są lewakami, oj nie są, podobnie zresztą jak właściciele browarów), nie wymaga eksponowania rajstop... Wymaga jedynie uważnego słuchania, kawałka w miarę ciepłego pomieszczenia, zdolności do odczuwania przyjemności z tego co się robi i nie spodziewania się niczego specjalnego w zamian, poza samą muzyką. Na takie rzeczy, wierzcie mi, nigdy nie było i raczej nie będzie ministerialnego przyzwolenia ani kasy. To zawsze trzeba sobie samemu zdobyć.
Na focie Kasi, z serii; huculska trąba (przypominam: 303 cm długości) i KM - listopadowe chwile w jednej z Tymczasowych Stref w jakich bywamy. W tle dzikie tłumy zakochanych w akustycznej, improwizowanej muzyce, niezależnych miejscach i obiegach kultury.

ŚWIATŁO BODHIDARMY

0 comments

W Eszewerii zakończyliśmy koncertowy rok 2010! Miło było spotkać się z Kasią i Andrzejem, Ulą, bliższymi i dalszymi znajomymi. Było też sporo (jeszcze) nieznajomych.
Należy się nam dłuższa przerwa i nie zamierzamy się zbytnio spieszyć z koncertami w 2011 roku. Ale prawo karmy działa nieubłaganie i to co już zaplanowane (i zaakceptowane przez nas) na nadchodzący rok, to kilka interesujących projektów koncertowych. Ale to nie będzie styczeń, może nie będzie to luty?
Wczoraj poszliśmy na projekcję filmu pt. Dlaczego Bodhidarma wyruszył na Wschód? (Why Has Bodhidharma Left for the East?) południowo-koreańskiego filmowca Yang-Kyun Bae z 1989 roku. Film jest całkowicie genialny!
Po filmie i torciku u Wentzla z okazji imienin Nataszy, wmieszaliśmy się w tłum jaki wypełnił piwniczną izbę Bunkra Sztuki. Nie myślałem, że tak wielu ludzi interesuje się jeszcze zjawiskiem Beat Generation?! Rozumiem jeszcze tych kilku kombatantów i dociekliwych naukowców, ale młodzież? Przecież tych gości nie ma na Facebooku i nie biorą udziału w programach typu; mam (chyba) talent?! Na Onecie też ich raczej nie znajdziecie?! Nie prowadzą także nawet teleturnieju! To o co chodzi? Czyżby nie wszyscy zostali kupieni / omamieni przez Mordor? Impreza była znakomita i jej częścią była prezentacja książki dr Urszuli Tes pt. Kino Beat Generation Dzisiaj przeczytałem już kilkanaście stron i spokojnie warto książkę polecić! Film i spotkanie w piwnicznej izbie były częścią znakomitego Festiwalu Filmu Filozoficznego. Rynek w śniegu, beatnicy w Bunkrze Sztuki, Bodhidarma w Kinie Agrafka ... to lubię w Krakowie.
Jutro święto światła zamienione kiedyś na imieniny Łucji! Więc o.k. - niech będzie Łucji, byle by zapalić wiele świeczek i celebrować światło. Podobno już od dnia Łucji, nocy nieznacznie ubywa (nie zauważa się tego aż do pierwszych dni stycznia) i przybywa dnia i światła. Ale kto o tym pamięta? Pamiętają Skandynawowie i dlatego wybieramy się jutro do IKEA... tak, tak ! Można się pośmiać, ale tylko w IKEA mają smakołyki z maliny moroszki i pewnie będzie też światło na święto Światła / Lux / Łucji.
Na ulicach widzę wielkie plakaty Festiwalu Ole Nydahla z roześmianym szefem parabuddyjskiej sieci - Ole N., poetycko zatytułowane "Festiwal Kultury Buddyjskiej". Rozumiem, że ma to być twarda odpwowiedź na Tydzień (a czasem nawet ze dwa tygodnie) Kultury Chrześcijańskiej? Otoczonego (niegdyś) uczennicami Ole Nydahla, można by śmiało włączyć w imprezę nt. Beat Generation. To byłoby bliższe prawdy (i atrakcyjniejsze dla nowych, młodych adeptów) niż Jego Buddyzm? Po co mieszać do tego starą, trudną praktykę, która nic nie obiecuje? Ślepa uliczka Beat Generation lub Zaginiony Świat Ole N. z pretensjami do wszystkich; do J.Ś. Dalajlamy, do Islamu, do pomieszanych księży otocznych byłymi punkowcami i aktywistami rogatymi w dready. Nie dopatrzyłem się w programie Festiwalu Ole Nydahla (bo proporcja pomiędzy Buddyzmem a Guru jest jak na festiwalowym plakacie; szef jest prawdziwym olbrzymem! nic Go nie zdoła przyćmić) osobnej sesji na temat złego Dalajlamy, którego przejrzeli (polscy) uczniowie pana Olego. Ta wiedza spłynęła na nich podczas mistycznego zespolenia z Mistrzem? Podobno Sakjamunii też nie był taki dobry; książka na ten temat już niebawem! Prawdziwa Droga urodziła się w Danii! A może Światło Bodhidarmy nie dotarło jeszcze na Wschód?
Kasia znowu popełniła kilka świetnych fotek podczas koncertu w Eszewerii i jedna z nich pokazuje skład KM w grudniu 2010 roku; dziewczyny "szyją" na "wiosłach", a chłopacy coś tam manipulują przy "elektryce", jak to w folku bywa...
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội