HYPERKOTO

0 comments

Nasze uprawy balkonowe rozwijają się niezwykle bujnie: pomidory karłowate kwitną bogato i są już dwa małe pomidorki - owoce, ogórki rosną jak oszalałe i jest jeden do zbioru (ok. 10 cm) i ze 6 malutkich, bazylia rozrasta się fantastycznie, kolendra kwitnie, szałwia pachnie... itd. itd. i to wszystko w ekstremalnie trudnych dla roślin warunkach. Uprawy roślin jadalnych, leczniczych i ozdobnych to autentyczna praktyka alternatywnego stylu życia. Te wszystkie (albo prawie wszystkie) miejskie zabawy i podchody pod szyldem pseudo rewolucyjnej sztuki nowoczesnej to jedynie lans bardzo konkretnych osób. Zaczyna być strasznie nudne obserwowanie kolejnych i powielanych strategii zawłaszczania segmentów tzw. rynku sztuki, medialnych tematów, klubów/scen, galerii itd. Ogrodnictwo alternatywne (czyli takie na jakie pozwalają nam warunki: chociażby w dwóch doniczkach) daje dystans i uczy cierpliwości. No i domowy ogórek lepiej smakuje niż tekst pochwalny kolegii z Bardzo Kulturalnej Redakcji. Obserwuje sobie (i w pewnych granicach popieram) cały ten błękitny zgiełk modraszkowy w Krakowie. To jak w filmie wg. klasycznych prawideł: jest fermencik, pojawia się lider, ma niezbyt eksponowane (no bo spontan) wsparcie mediów/kolegów, lepi się pracowicie kolejny lans, kolejny szum... i tylko zastanawiam się czy coś dobrego wyniknie z tego dla modraszka i jego siedliska. Jak tak, to o.k. : coś za coś, ale jeżeli tylko nowy albumik tzw. "świetnych fotek", lans na fejsie, ugruntowanie w tzw. społeczeństwie przekonania o wyższości dobrze wyreżyserowanego spontanu nad każdym innym podejściem do sprawy... to głupio jakoś. Ale zobaczymy... niech tam, co mi zależy i tak wszyscy wiedzą, że ochrona przyrody w Polsce spoczywa na barkach jednego dziennikarza i jednej działaczki z pomysłami na media...
W czasie, kiedy sprawy ochrony całej przyrody rozgrywają się w redakcjach wrażliwej społecznie (i popierającej młodą, zaangażowaną sztukę) gazety, ja sobie prowadzę w najlepsze (jako zgorzkniały kombatant mam prawo) research po Internecie w poszukiwaniu harf wiatrowych, interesujących instrumentów strunowych i nowych technologii muzycznych/dźwiękowych. Stało się jasne, że w budyniowie nie ma miejsc do grania muzyki, która nie ma innego celu i kształtu niż sama muzyka... Zaczynam się więc poważnie rozglądać za sposobami na performans poza miejscami, w których muzyka jest tylko dodatkiem do piwa lub dragów. Chodzi mi o miejsca w mieście bo kocham stodoły i alternatywne domki na wsi, ale to już zbyt silna konwencja i nie moje miejsce do życia. Dla zszokowanych wyjaśnienie: cholernie nie lubię wsi, a wsi budyniowej szczególnie i to nie ma nic wspólnego z moimi totalnymi / organicznymi związkami z Naturą. Mieszkać na wsi, to nie to samo co mieszkać pośród przyrody. No chyba, że się to lubi, ale o zjawisku kulturowym zwanym chłopomanią, napiszę za kilka dni w kontekście naszych wrocławskich koncertów.
A więc na tapecie są po raz kolejny: ogrody dźwiękowe, mobilne zestawy głośnikowe, orkiestry na aplikacje do telefonów... muzyka w postaci aplikacji do iPoda... instrumenty nowej generacji, ale o najstarszych korzeniach... czyli to czym zajmę się na tzw. emeryturze - nuRave! No i okazuje się, że trafiam w środek spraw jakie dzieją się poza zasięgiem kultu Patrycji M., lansu Marii - co miała awarię, ale chyba się zepsuła już i czerstwych (ale sympatycznych i zasłużonych) gwiazd typu Gienek L. oraz czegoś niewiarygodnie koszmarnego o adekwatnej nazwie - trendy festiwal (dawniej nazywano takie rzeczy: kiłą) : a to Bjork zapowiada nowe utwory na iPad'a (dostępne od 30 czerwca)... i dopiero w jesieni płyta CD, a to niejaka Ellen Fullman rozciąga długie struny i nawiązuje do fascynującej teorii strun - na temat budowy wszechświata ? a to Miya Masaoka rewelacyjnie katuje ( a może kotuje?!) swoje tradycyjne japońskie harfy poziome - koto! Dobrze Ją rozumiem, bo kilka lat temu też nie mogłem już znieść tych pitu-pitu ( Ej sokoły...) na cymbałach, które sam rozpocząłem gdzieś w późnych latach 70-siątych XX wieku i które za sprawą Marka Leszczyńskiego i Atmana zaraziły wielu ludzi. Zamówiłem cymbały santoor z modyfikacjami w Indiach, zelektryfikowałem w dość przemyślny sposób i tak powstał nowy, hybrydyczny instrument z serii digital archeo. Słuchając muzyki Miya Masaoka natrafiłem na inną wirtuozkę modyfikowanego koto - Michiyo Yagi... a potem okazało się, że grają czasem razem! Polecam: "Michyo Yagi & Miya Masaoke @ Shinjuku Pit Inn" na YouTube... Albo taki kawał doskonałej muzyki (w rozumieniu jakie zaproponowałem wyżej) - Erebus, Terror (w /AA@Darknorse) zagrany/ujawniony przez M.Yagi - jest też na YT. Nawet nie linkuje bo Internet zaraz Wam to pokaże, a jest szansa, że jeszcze inne rejestracje, jakich ja nie widziałem. Polecam też www.myspace.com/hyperkoto i tylko dla hyperkoto bo sam myspace to dwód jak można zgnoić doskonałe pomysły... to jakby nim zajął się Onet...nie jestem chyba daleki od prawdy?
Mamy wiele radości z nowej tampury. Przyjechała do nas z Kalkuty i jest to wersja koncertowo-nomadyczna. Mamy wielką, piękną i doskonale brzmiącą tampurę, którą przywiozłem z jednego z pierwszych wyjadów do Indii. Nowa jest znacznie mniejsza, ma metr długości i co ważne posiada płaskie pudło rezonansowe! Brzmi doskonale i chyba się polubiły, bo razem dają dron jakich mało i jaki jest całkiem niedostępny z urządzeń elektronicznych, które także i my używamy. Dawno nie "oswajałem" swoją starą metodą nowego instrumentu, chyba kilka lat temu kaval z Bułgarii.
Kilka filmików z FESTIWALU HERBATY w Cieszynie udało się opublikować na YouTube, ale ważniejsza jest robocza i dlatego całkiem udana rejestracja koncertu. W jesieni bedzie dostępna u nas czyli we Fladze Świata - World Flag Records i jednocześnie w UK, w tamtejszej małej dystrybucji artystycznych wydawnictw muzycznych. To będzie już trzecia płyta podwójnie udostępniana w ten sposób.
Lipiec wygląda na bardzo interesujący. Najpierw blisko tydzień we Wrocławiu i warsztaty, granie z Damo Suzuki (wokalisty i muzyka legendarnego CAN !!!), nasz koncert... a potem wolność w tundrze Samów aż do sierpnia.
Śledzę też kolejne meldunki z trasy załogi Balkan4x4, która przeciera drogi gdzieś na pograniczu Serbii i Bułgarii! Może w przyszłym roku etnobotanika w górach Bułgarii! Zainteresowani - powoli się ujawniajcie, bo szykuje się ekscytująca etnobotaniczna podróż na 2012 rok... aby póniej nie kwękać, że się nie wiedziało...
Jutro biegnę poprowadzić wykład nt. etnobotaniki dla studentów AGH... z którymi mam we wrześniu praktykować metodę etnobotaniczną w antropologii kulturowej w ...Bieszczadach!
Na obrazku jest piękny, mroczny baner zaprojektowany przez Tomka -Rolnika- Czermińskiego, który właśnie pakuje blisko setkę wyjątkowych, kolorowych zaproszeń dla zainteresowanych kultywowaniem zwyczajów niezależnej sceny psychedelicznej, jacy, mam nadzieję, pojawią się we WRO w połowie lipca!?

SRACZKA

0 comments

Wczesnym rankiem ruszyłem do Szczawnicy i Jaworek aby zobaczyć co dzieje się ze stanowiskiem Primula farinosa. Niewielka, podmokła łączka była tym razem biała od wełnianki. Na cieniutkiej, zielonej łodydze zwisają białe kłaczki jak wyrwane z luźnego kłębka waty. Takich wacikowych łodyżek jest ze dwa tysiące obok siebie... Zaraz przypomniałem sobie kilka fantastycznych wełniankowych łączek w tundrze. Troche inne gatunki wełnianek i całkiem inne góry... już chciałbym pakować plecak! Praca, polegająca na wyszukiwaniu przekwitłych kwiatostanów Primuli i wyborze innych tematów do wykonania zawodowej dokumentacji przez Bogdana K. troszkę się nam przeciągnęła i z żalem musieliśmy pozostawić całe zbocza poziomek...aby złapać autobus do Krakowa.
Ciągle jeszcze myślę o Festiwalu Herbaty w Cieszynie i tym cichym rugowaniu wszystkiego co posługuje się nieco inną logiką. Wystarczy, że na festiwalu nie ma piwa i już jest to poważna przeszkoda w słuchaniu muzyki? A po takiej sobie ilości słuchaczy i uczestników warsztatów można sądzić, że to jest jednak poważna przeszkoda!

Za tydzień mam poprowadzić wykład dla studentów AGH na temat etnobotaniki. Nie mam z tym wielkiego kłopotu, ale zaczynam widzieć, że wraz z doświadczeniem pojawia się wątpliwość co do możliwości nauczenia kogokolwiek ...czegokolwiek. Pewnie należy z tym walczyć dla dobra przyszłych pokoleń, czy coś w tym rodzaju, ale z drugiej strony bardzo zaczyna mnie pociągać inne wyjście: nie przejmować się sprawami innych ludzi. Jedyne co mnie jeszcze trzyma przy misji edukacyjnej (poza ślubowaniami bodhisattwy) to żal wielkich, starych drzew. No bo jak się nie nauczy małego Jasia... A małe Jasie i małe Małgosie zabawiają się pod naszą Wieżą... obrywając rozkwitające pąki posadzonych przez nas kilku odmian lilii. Nie mam żalu do dzieci, ale rodzice zachowują się skandalicznie nie reagując na tego typu zabawy. Mały Jaś urywa bezkarnie i bezmyślnie pączki kwiatów, które posadził pan z brodą (dziwny jakiś bo nie musiał a posadził), później urwie motylkowi skrzydełka dla zabawy, następnie kopnie koleżankę w głowe aby zabawy było jeszcze więcej, a zakończy maltretując mniejszego Jasia i zdejmując koleżance majtki aby zrobić stosowną dokumentację i wysłać filmik z komórki innym rozbawionym dzieciaczkom. Rodzice tych małych Jasiów i Małgoś zorganizują później jakiś marsz milczenia przeciw przemocy, a wystarczyłoby zareagować kilka lat wcześniej na poznawczo-niszczące praktyki na podwórku. No więc brnijmy w tę dydaktykę, może ktoś ocaleje i kilka drzew postoi jeszcze parę lat?

W Cieszynie, po naszym koncercie usłyszeliśmy od Vlastislava Matouska, że jest nam wdzięczny za nasze bezkompromisowe poszukiwanie muzyki/energii, a nie granie - jak to pięknie i trafnie ujął Vlasto - "tej sraczki"... Niestety, nie granie "sraczki" zawęża możliwości grania koncertów, ale z drugiej strony wyautowuje nas automatycznie i skutecznie poza te wszystkie obiegi i koterie, które właśnie z opychania "sraczki" żyją. Ale mam wrażenie, że tych innych, "bezsraczkowych" obiegów jest z roku na rok mniej?! A może mi się tylko tak zdaje? Kilka dni temu słyszałem wypowiedź młodego muzyka, że powinno się jego zespołowi udać zyskać popularność; bo grają covery i potrafią zrobić salto na scenie. Jak słyszę takie wypowiedzi to rozumiem decyzję Witkacego, że nie chciał oglądać świata równych szans... bo ta równość jakoś zawsze kończy się równaniem w dół. Z drugiej strony jednak spotykają nas czasem bardzo miłe niespodzianki...
Specjalnie zaprojektowane i wydrukowane przez Tomka -Rolnika- Cz. na dobrym papierze zaproszenia na nasz koncert w ramach Festiwalu Herbaty powiesiliśmy na wotywnej gałęzi przywiązanej do masztu oświetlenia, w ramach realizacji dość intuicyjnych moich wizji zaznaczonej na plakatach Karpat jako: event - concert - image. Byłem pewny, że nikt moich niejasnych intencji nie zrozumie i bilety pozostaną na miejscu... a tu gałąź po koncercie była pusta! Może nasza wojna ze "sraczkami" muzycznymi i przymusem wykonywania salta na scenie nie jest całkiem beznadziejna?
Na obrazku stara ilustracja do mojego tekstu o syntezatorach i pytanie: co jest zabawniejsze; kiedy "dzicy" grają na klawiszach, czy kiedy my gramy dzikich?
Niestety nasi mistrzowie fotografii: Kasia i Bogdan nie zalali mnie fotografiami z koncertu, koncertów... ale będę miał co w zimie pokazywać. W medialnym świecie działać należy natychmiast, albo wcale?!

DRAGON'S FLIGHT

0 comments

Kilka godzin temu wróciliśmy do Krakowa i kolejna edycja Festiwalu Herbaty w Cieszynie za nami! Jedno popołudnie i jeden dzień to stanowczo zbyt krótko jak na tego rodzaju świętowanie. Sam Cieszyn wymaga wielu godzin spacerów tematycznych i to wyprawy bardzo przyjemne. Takiej ilości pięknych starych drzew nie widziałem dawno w miastach na naszych szlakach. Wszystkie większe okazy są wytropione, obcięte lub wycięte i na ich miejsce sadzi się patykowane atrapy z systemem korzeniowym wielkości pięści z nadzieją, że szybko uschnie i będzie spokój?! Dość często też sadzi się ulubione przez lud nasz tuje wg. reguły: wszystkie wujki sadzą tujki! A w Cieszynie 20-30 metrowe olbrzymy stoją sobie spokojnie? Może dlatego to na Festiwalu spotkałem legendarnego w pewnych kręgach Jana Szimika z broszurką Jego autorstwa pt. Domowe herbaty ziołowe, Czeski Cieszyn 2007, nakład własny...
Pierwszą płytą jaką odpaliliśmy po powrocie z Cieszyna jest CD Vladimira Vaclavka - Pisne Nepisne,
wydana w 2003 roku przez Indies Records. Blisko godzinna płyta nagrana w studiu doskonale oddaje klimat i poziom koncertów solowych Vaclavka. Koncert w ubiegłym roku i koncert z wczoraj to wielkie przyjemności jakie nas w Cieszynie spotkały. Koncert klasycznej muzyki Indii na sitar, esraj i tabla był więcej niż poprawny, ale proste zamienianie skrzypiec na esraj i uczenie gry na tabli w sposób przyjęty dla "opanowywania" podstaw gry na pianinie ... niezbyt się sprawdza. Niby wszystko gra i odpowiada teorii, ale gdzieś gubi się muzyka i jej duch. Duch się nie gubił duo didjeridu z Warszawy. Ruffi Libner i Luka Hołuj utrzymali szlachetny minimal i "pompowali" jak należy. Jeżeli szukać jakiegoś "ale" to także nie w doskonałej formie i technice gry; to było bez uwag. Jedyne co przychodzi mi na myśl to tradycyjny termin z muzycznej praktyki indyjskiej: rasa. Rasa to stan emocjonalny słuchacza wyzwalany przez doświadczonego muzyka, który to stan jest niezbędny do wytworzenia subtelnego powiązania wykonawcy i słuchającego. Bez mocnej wymiany rasa nie ma istotnej, zapadającej głęboko muzyki. Gdy jest rasa, technika staje się tłem, a nie istotą. Rasa pojawia się z wiekiem i doświadczeniem, ale także dzięki bezkompromisowości i oddaniu istotnym elementom muzyki traktowanej jako wyraz praktyki duchowej. Duo z Warszawy powinno jedynie grać i starzeć się, natomiast czeski tablista, który w obecności starego mistrza sitaru ziewał, popijał herbatkę i podpierał ciążącą mu głowę pełną teorii - do rasa ma tak daleko jak z Cieszyna na księżyc. Gość ten odpalił wieczorem jakiś cyrk w rodzaju "barwnego korowodu dookoła świata" i zaprezentował wszystkie techniki muzyczne jakie poznano... A wszystko sprawnie i bardzo wesoło... Taka nauka zajmuje pewnie tak zdolnemu muzykowi ledwo ze dwa semestry?!
Vladimir Vaclavek na swojej płycie, która gra właśnie w naszej Wieży, umieścił nagranie Dragon Flight... i tak to jest; prawdziwa rasa jest jak lot smoków - oszałamia.
Na focie - detal z zaułków Lewoczy.

ANTI-THEORY

0 comments

Na dobre przesiadłem się do "maka" i właśnie włączyło się automatycznie podświetlanie klawiszy... bo już po zachodzie słońca, a na lampę jeszcze zbyt wcześnie. Ostatnie dni zainspirowały mnie do pracy nad instrumentami, które "pobierają" muzykę wprost z otoczenia. Jest wiele takich konstrukcji, które współdziałają z wiatrem, słońcem, wodą i prądem elektrycznym w czystej postaci. Mam plan, aby tegoroczny dość długi i ekscytujący trekking w tundrze Saamów (na terenie Laponia - World Haritage Area, wyznaczonym przez UNESCO) wykorzystać do eksperymentów z harfami wiatrowymi. W tego rodzaju eksperymentach pociągająca jest ich nieprzewidywalność i niezwykła inspirująca siła. Myślałem o tym dzisiaj w południe, podczas interesującego wykładu o "walorach terapeutycznych roślin ozdobnych", jaki wygłosiła dr inż. Bożena Szewczyk-Taranek podczas Swięta Ogrodów 2011 w Krakowie. Ogród jest strefą bliską natury i bywa, że stanowi jej jedyny dostępny substytut. Istnieje terapia ogrodnicza i ogrodnictwo terapeutyczne... Ogrodnictwo to określenie, którego istota sprowadza się do - kultury opiekowania się roślinami, przy czym; kultura, wydaje się w tym określeniu nie całkiem doceniana i rozumiana. Bardzo ciekawą informacją z wykładu było przytoczenie badań z których wynika, że na długowieczność w dobrym zdrowiu i zachowanie sprawności intelektualnej największy i dobroczynny wpływ ma ogrodnictwo i przebywanie wśród roślin, a nie sport! Powinno się apelować i lobbować nie o budowę boisk, ale o zakładanie ogrodów! Mam wrażenie, że z tym nadęciem spraw tzw. sportu to jakaś gigantyczna ściema, a już organizacje piłkarskie to jawne ekipy działające jak mafia. Szkoda, że aktywiści ekologiczni lekceważą okazje do uczenia się i nie widziałem nikogo na bardzo interesujących wykładach ... a np. teoria psychologiczno-ewolucyjna Rogera Urlicha byłaby chyba bardzo interesująca dla wyznaczania celów i strategii działania. Nie wystarczy zlikwidowanie sklepików z dopalaczami w pobliżu szkoły, przydał by się szkolny ogród i codzienna swobodna aktywność w nim. Za kilka lat to posiadanie ogrodu, tarasu, a może nawet balkonu z uprawami ziół i roślin ozdobnych i pokarmowych będzie pewnie wyrazem wielkiej niezależności. I tu muszę się pochwalić; na naszym balkonie od wschodu mamy już trzy maleńkie ogórki w hodowli donicowej... A ogórki były ostatnio przebojem medialnym większym niż krypta, wrak samolotu i największy kiczowaty Król Polski.
Co to ma wszystko wspólnego z muzyką? Dla mnie osobiście bardzo wiele i nie wszystko umiałbym jeszcze dobrze wytłumaczyć. Jest w roślinach jakiś element bliskiej mi organiczności i tego fascynującego elementu, który stanowi o życiu. Kiedy dawno temu uczestniczyłem w niezwykłym wydarzeniu jakim było działanie Living Theatre to słowo "living" zawsze czyłem jako roślinne, organicznie roślinne, a nie zwierzęce, które jest zawsze bardziej indywidualistyczne i przez to skazane na śmierć. ®ośliny wydają się być długowieczne i obliczone na znacznie dłuższy dystans? Ot takie tam intuicje. Ogrody, dzikie obszary o silnym oddziaływaniu, muzyka i dźwięki z anrchicznych i osobliwych instrumentów, oto smak tego co genialny Reed Ghazala nazwał - anti-theory. Boginiom niech będą dzięki za uchronienie mnie od przymusu bycia muzykantem, którego nauczono wszystkiego co najdalsze od swobody, kreatywności i wielkiej przyjemności eksperymentowania.
W piątek rano mkniemy do Cieszyna i Festiwal Herbaty. To znakomity przykład, że można zrobić coś po swojemy i nie ulegając ciśnieniu niby-szołbiznesu, bez browarów i wyszczekanej do kuriozalnych rozmiarów dziadowizji. Oby tylko pogoda dopisała!
W niedziele zamieszałem się w tłum modraszków na Zakrzówku w Krakowie i mimo tego, że widzę też te zakulisowe ruchy - poparłem czynem słuszną sprawę powstrzymania chętnych do zrobienia interesu kosztem świetnego terenu zieleni, skał, drzew i modraszków. Nie wszystko musi być w takich sprawach łatwe i jestem za zasadą ostrożności w dysponowaniu wspólnymi terenami w mieście. Jest takiego dobra czyli tej wyeksploatowanej do spodu - przestrzeni publicznej bardzo już mało... zawsze jakieś płoty, święte pomniki, kaplice, krzyże, zamknięte ogrody księżych posiadłości w środku Krakowa...
Da się wiele zagadać, ale przychodzi taki cenny moment, w którym budzi się w nas intuicja, to coś... anti-theory i wiemy co mamy robić, wiemy co mamy grać, wiemy z kim mamy być. I ma to silny związek z muzyką.
Na obrazku: dołącz do najlepszych w anti-theory! Fota ze starszych zasobów dokumentacji gier i zabaw miejskich.

PERFORMANS

0 comments

Słowo "performance" pojawiło się po raz pierwszy około 1494 roku... i oznaczała: powodzenie, wyczyn, wykonanie, występ, przedstawienie. Do tych znaczeń dodano współcześnie także: seans, koncert, osiągnięcie (celu), a nawet wydajność! Richard Schechner wyróżnił osiem rodzajów performansów: performans w życiu codziennym, w sztuce, w sporcie i innych popularnych rozrywkach, w biznesie, w technologii, w seksie, w rytuałach świętych i świeckich, w zabawie. Bardzo interesująco wygląda performans technologiczny. Widzę tu wyjaśnienie pewnego stylu wypowiedzi wielu obserwatorów i samych performerów. Pokaz świateł, obrazów itd. czyli to co często mylone jest z np. koncertem (a to performans artystyczny, muzyczny) jest performansem technologicznym, w którym ważna jest technologia i jej poziom, to ona jest tematem performansu. Dlatego, kiedy przedstawiamy nagrania muzyczne fanom performansu technologicznego usłyszymy raczej, że mają zbyt mało basu, zbyt dużo basu, są źle skompresowane i mają słaby mastering... niż cokolwiek na temat samej muzyki. Performans technologiczny wprowadził zjawisko nazywane parametryzacją performansu. Performans technologiczny jest dość arogancki i pretenduje do wiodącego. Pomaga w tym zjawisku wsparcie koncernów i sprzedawców nowych technologii, którzy świetnie wygrywają te snobistyczne zagrywki. Do tego dochodzi jeszcze wstydliwy problem tego, że łatwiej jest porównać parametry głośnika niż artystyczne strategie. No i mamy rzesze wielkich znawców jak malowane. No i wszystko w obrębie performansu technologicznego jest nowe... niczego (poza instrukcją techniczną) czytać się nie musi. A to nowe wygląda m.innymi tak:

W 1913 roku niejaki Luigi Russolo pokazał swoją pracę pt. Sztuka hałasu: zestaw skrzyń z ukrytymi emitorami hałasu. Pan Luigi wraz ze swym asystentem Hugo Piattim potrafili wytworzyć około 30 tysięcy różnych dźwięków. Orkiestra Russolo i Piattego wystąpiła z koncertem Sztuka hałasu po raz pierwszy 11 sierpnia 1913 roku. Może tę datę przyjąć jako początek grania noise music...?! Niejaki J. Cage skomponował (?) w 1951 roku
utwór pt. Imaginary Landscape No.4 na dźwięki wydobywane z dwunastu radioodbiorników obsługiwanych przez dwadzieścia cztery osoby, które nieustannie zmieniały stacje i natężenie dźwięku...
To wszystko i więcej: Herman Nitsch, Kurt Kren, object art, liminalność vs liminoidalność, interowalność .... wyczytacie w świetnej książce Jacka Wachowskiego - Performans, wydanej przez słowo/obraz terytoria. Jest to także podręcznik akademicki i daje to nadzieje nie odkrywania odkrytego i świadomego odbioru sztuki w miejsce popadania w dwuletnie cykle lansowania gwiazd budyniowa?! No wiem; naiwny, naiwny...
Ale wczoraj znalazłem się w dużym zgromadzeniu ludzi z przyczepionymi skrzydłami o barwie niebieskiej. Nie były to jedynie dzieci, oj nie... widziałem bardzo dorosłe już okazy motylo-ludzi... a nawet motylo psa! Modraszkowy performans polegał na byciu przez chwilę motylem i człowiekiem razem z innymi, w obronie miejsca gdzie żyją modraszki i gdzie ludzie przychodzą aby je oglądać i generalnie nie oglądać przez jakiś czas rzeki samochodów, mas ludzkich, reklam i ścian domów... Te błękitne motylki, które symbolicznie są tematem performansu to zlepek dwóch gatunków modraszków: telejusa (Maculinea teleius) i neusitous (Maculinea nausithos), które żyją sobie na trawiastych i nieco podmokłych terenach na Zakrzówku w Krakowie. Obydwa gatunki są u nas prawnie chronione, wpisano je na listy ginących gatunków, ale są także wymienione w II i IV załączniku Dyrektywy Habitatowej, którą ratyfikowaliśmy przystępując do Unii Europejskiej. Załącznik II mówi, że nasze modraszki to: gatunki będące przedmiotem zainteresowania Wspólnoty, których ochrona wymaga wyznaczenia specjalnych obszarów ochrony, załącznik nr IV mówi, że: to gatunki, które wymagają ścisłej ochrony. Ale w modraszkowym performansie chodziło o coś innego; coś bardzo podstawowego dla mieszkańców miasta. To tereny swobodnego bycia, tereny gdzie można odpocząć i gdzie dzieci mogą zobaczyć, że istnieje także świat drzew, motyli, traw i skał. Chodziło też o to gdzie kończy się władza kilku osób i ekonomii, a gdzie zaczyna się władza mieszkańców miasta. Chodzi o to, że nie wszystko można kupić i nie wszystko warto sprzedwać. A modraszki to interesujące motyle i w ich cyklu życiowym jest wiele tajemniczych zjawisk; adopcja larw motyla przez...mrówki, specjalne rośliny żywicielskie i silny tzw. dyformizm płciowy. Oznacza to, że samiczki i samce różnią się znacznie ubarwieniem. Podczas performansu na Zakrzówku widziałem tylko błękitne samczyki modraszków... może samiczki dołączą następnym razem?

DIGITAL ARCHAIC

0 comments

Do naszego dość specyficznego instrumentarium dołączył kilka dni temu MOTOPHON 1... To trzecia analogowa konstrukcja, która włączona do systemu paneli efektów i wzmacniacza lampowego daje mi wiele radości. Dość często rozmawiamy na temat elektryczności jako naturalnym, przyrodniczym i zadziwiająco mało znanym zjawisku/środowisku.
Obok grupy najstarszych instrumentów tradycyjnych i cyfrowych technologii przetwarzania dźwięku i tych stosowanych w studiu (ale także tzw. sampli / próbek dźwiękowych) od lat cieszy nas bardzo sfera operowania prądem elektrycznym. To może być dla części młodych adeptów "elektroniki" załamujące, ale jest to dość stara ścieżka, bo już w XVIII wieku (!!!) próbowano konstruować nowe instrumenty oparte o elektryczność. Pionierem był niejaki Prokop Divis, czeski wynalazca ..piorunochronu. Zbudował orchestrion mutacyjny , ale niestety do naszych czasów nie zachował się nawet jeden. W latach 20-stych XX wieku pojawiły się dwa ciekawe instrumenty: tiermienvox i dinaphon. Wynalazcą tiermienvoxa był Lew Siergiejewicz Tiermien, który swój niezwykły instrument opatentował w 1924 roku. W.I. Lenin realizował w tamtych czasach plan opisany prostym równaniem: władza w ręce rad + kolektywizacja rolnictwa + elektryfikacja = komunizm ! W ramach elektryfikacji znalazło się miejsce na elektryczny instrument bez historii, dźwiękowy wyraz nowych czasów... tyle, że wynalazca dał nogę za Wielką Wodę i jego instrument (i inne prace z dziedziny zaawansowanej fizyki!) wsparły zgniły kapitalizm. Rozumiem, że Krytyka Polityczna ma go na swej czarnej liście?! W komunistycznym raju ideologii szalonych, Lew dostałby strzał w tył głowy i jako doskonały fizyk i mądry człowiek nie czekał w imię równości z najgłupszymi i najbardziej leniwymi i dał dyla! W USA Lew zamienił się w Leo, a Tiermien w Theremin... wobec czego także jego elektryczne dziecko nazywano thereminovoxem , a po jakimś czasie w skrócie thereminem. W Polsce "obowiązuje" "spolszczona" nazwa teremin , jest jakimś miejscowym fetyszem i nigdy się nie przyjęła prawidłowa nazwa uparcie stosowana przez samego konstruktora. Nasi "swoje" wiedzą i w budyniowie musi być zawsze jakieś "didziuridziu" albo inne "efy szesnaste".
Thereminovox nie był końcem poszukiwań nowych instrumentów elektrycznych i dopiero w latach 30-stych XX wieku wysypało się kilka konstrukcji: fale Martenota (instrument zbudowany przez Maurice Martenot'a)czy całkowicie dla mnie powalająca konstrukcja Friedricha Trautweina - trautonium! Kiedy pojawiły się (a jak widać nie pojawiły się z niczego i nagle...) tzw. obwody scalone posypały się pomysły na instrumenty elektroniczne. W 1972 roku rozpoczęła się era organów elektrycznych (phoenix Hammonda!)i konstrukcji Roberta Mooga, opracowano setki nowych instrumentów. To firma utworzona przez pana Roberta M. czyli rozpalający zmysły polskich fanów i "wtajemniczonych" MOOG przejął oryginalną konstrukcję thereminovoxa Leona Theremina i produkuje te instrumenty w kilku odmianach do dzisiaj. Thereminovox od blisko 100 lat pozostaje kultowym instrumentem i opisy muzyki granej na nim rozpalały wyobraźnię wielu ludzi. W łodzi podwodnej kapitana Nemo słuchano koncertów na tym, jak go nazywano, instrumencie sferycznym! Zważywszy na to, że w pierwotnym zamiarze autora Stu tysięcy mil podwodnej podróży kapitan Nemo nie był indyjskim renegatem, ale polskim szlachcicem walczącym z Rosjanami wszędzie gdzie się dało... obecność thereminovoxa była pewnym smaczkiem.
Instrumenty tradycyjne, odkryte i zbudowane dawno temu (chociaż niektóre z nich wcale nie mają tak archaicznych początków jak się zwykło uważać) miały dla mnie zawsze walor zagadkowych źródeł dźwięku, które w miarę ich oswajania ( mam wiele własnych technik na ten proces) prowadziły mnie w rejony zakodowanych w ich konstrukcji i możliwościach dźwiękowych, znaczeń i istności. Nigdy się nie zgodzę z tezą, że cała muzyka jest w głowie muzyka i wiem, że tylko delikatna gra pomiędzy umysłem i ciałem dać może interesujący efekt. Dlaczego więc nie cofnąć się do czasów gdy fantastycznie twórczy ludzie, kierując się intuicją i wyobraźnią, odważnie tworzyli niepowtarzalne instrumenty na prąd elektryczny. Nie musi nas przecież obchodzić cała ta masowa produkcja "klawiatur" ("parapetów', "kibordów"...) z taniego plastiku i z czipami produkowanymi na tony. Możemy podejść do rzeczy raz jeszcze i nie musi to być koniecznie syntezator Moog, którym dzisiaj kupuje się go jako etykietkę: "awangarda" albo "elektronika". Nie krytykuję tu niezwykłej konstrukcji Roberta Mooga, a nawet jego dzisiejszych, mocno już zdygitalizowanych wersji, ale jestem przekonany, że praca nad muzyką nie powinna się opierać o gotowe, nawet dobrze brzmiące moduły.
Wyjściem z tego ambarasu, które praktykujemy jest włączenie pracy z prądem elektrycznym w większe systemy, których częścią są - w przypadku naszych generatorów: Badoog 1 i Badoog 2 zbudowanych przez Mirka Badurę - rozmaite inne urządzenia, w tym nawet fotoogniwa. No i teraz, tuż obok mojego laptopa leżą dwie czarne skrzyneczki połączone kablem, które konstruktor M. Badura nazwał: MOTOPHONEM odchodząc tym samym od serii Badoogów, których nazwa była moim pomysłem na połączenie nazwiska konstruktora i ojca legendarnego walizkowego syntezatora Mooga. Mirek ze swoim (ale firmowanym przez firmę Moog) thereminovoxem plus Badoog 2 i MOTOPHON to istotny element załogi naszego projektu o nazwie: Thereminovox Interactive Instalation Project (TIIP), który zaczyna się rozwijać na tyle dobrze aby zacząć myśleć o jakimś nagraniowym podsumowaniu wiosną przyszłego roku? Ślady tej aktywności znajdziecie na YouTube i na płytce 7. Collective Improvisation wydanej przez WFR pod numerem 033/2010.
Warto może dodać, że nasze kontakty z interesującą elektroniką zaczęły się jeszcze przed powstaniem Projektu Karpaty Magiczne i rosyjskie podróbki (doskonale brzmiące) syntezatorów i organów amerykańskich usłyszeć można już na pierwszej naszej płycie Ethnocore ! Sporo brzmień syntezatora Mooga (tym razem starego dobrego analogowego i oryginalnego) jest na płycie Euscorpius Carpathicus i w kilku innych miejscach. Dość zabawną jest historia odbioru utworu zagranego w całości na generatorze Badoog 2 opublikowanego na naszym całkowicie niedocenionym w Polsce albumie - MIRRORS - (VIVO Records,2007)! Polegli nawet najbardziej radykalni z radykalnych! Ubaw po pachy! Jakby były obowiązujące na radykalnej scenie cichutkie szumy z darmowych programów komputerowych, artystowskie zgrzytnięcia (ale takie niezbyt długie: zgrzytnie i przestanie) i dupnięcia (od czasu do czasu, rzecz jasna)... oj, to tak, tak, ale chropowaty, mocny i arogancki generator sterowany mną i światłem, to nie. A ja miałem obraz metalowych konstrukcji kolejki krzesełkowej z naoliwionymi kołami odlanymi w ogniowo-czarnych hutach, stalowe liny przecinające wykarczowane stoki bukowego lasu, arogancję budowniczych, lizusostwo naukowców, sprzedajność tzw. społeczności lokalnej, kłamstwo i obłudę, której jest na kopy i tę polską nienawiść do drzew, którą musieliśmy nabyć przecież nie tak dawno? Eleganckie szumy i dupnięcia nie wystarczają aby to zagrać, wierzcie mi. Uparłem się i do tego zrobiłem video z tym całym dziadostwem, ale tak jak muzyka obraz był także zbyt radykalny.
Podczas pamiętnego Festiwalu Terrastock w USA (2006) zaintrygowała nas wielka, "pajęcza" konstrukcja otaczająca od góry i boków ekipę Ghost. To był rodzaj thereminovoxa, ale zamiast jednego masztu / anteny pionowej i poziomego zagiętego panelu, rozwieszono sieć przewodów i nieekranizowanego drutu-anten. Wejście w niektóre obszary sceny generowało dodatkowe dźwięki i idea Leona T. "instrumentu sferycznego", na którym gra się bez jego dotykania poszerzyła się do grania całym ciałem i obecnością lub brakiem obecności w określonym miejscu. Jak blisko jest z tej sfery do najnowszych intuicji związanych z geo-mediami, mapowaniem pól elektromagnetycznych (czyli mapowaniem technologii w mieście, ale także do archaicznych technik szamańskich mapowania naturalnych pól elektromagnetycznych wytwarzanych przez Ziemię, które mogą mieć więcej wspólnego z pojęciem tzw. land mark niż się nam teraz wydaje)! Być może stara myśl o nowych instrumentach muzycznych na prąd elektryczny miała coś wspólnego u źródeł procesu, który dał nam komputery i Internet? Zadziwiające jest jak muzykę rozumie się jednowymiarowo, a muzyków postrzega jako odtwórców tyrających po programach X Factor lub w dobrze naoliwionych archaicznych maszynach nazywanych orkiestrami symfonicznymi. To jakieś muzyczne galery starej daty, a nie orkiestry?
Może dlatego Digital Archaic - tak przekornie pisany tytuł, czego tytuł? Tego jeszcze nie wiemy. I to jest to, co nas cieszy na poziomie naszej własnej ludzkiej elektryczności. Bo sami jesteśmy na prąd?! To jest dopiero wyprawa w najstarsze tradycje i do źródeł naszej kultury.
Na koniec tej natchnionej opowieści jeszcze jeden obraz z Karpat: jest w tych przedziwnych górach takie źródło, z którego przez wodę wydobywa się gaz ziemny. Odnotowano, że kilkadziesiąt lat temu, na skutek uderzenia piorunu, źródło zapaliło się i "woda" płonęła żywym ogniem. Takie samo płonące źródło oglądałem w Himalajach i jest to ośrodek starego kultu w Muktinath, który ściąga do świątyni zbudowanej nad źródłem płonącej wody tysiące pielgrzymów.
Kiedyś w Gdańsku (jaka ulga, że nie muszę pisać o Warszawie...) po naszym koncercie podszedł do mnie młody facet i rzucił: a ja mam w domu 15 generatorów! Tyle, że najwidoczniej piorun nie zapalił tego źródła? A "gazu" jak pamiętam posiadaczowi wielkiej ilości generatorów (w domu, rzecz jasna) nie brakowało? Bo najwidoczniej, nawet do generatorów niezbędna jest "iskra boża"...

MY REINCARNATION

0 comments

Po czwartkowym święcie w postaci oglądania filmu Larsa von Triera - Melancholia, wybraliśmy się wczoraj na film Jennifer Fox - My Reincarnation. Pokaz filmu w Kijowie (ale w Krakowie...) był polską premierą i to celebrowaną w obecności samej reżyserki! To miłe, zobaczyć u siebie kogoś takiego jak p. Jennifer Fox. Praca nad filmem trwała blisko 20 lat, które były dla Fox i tak bardzo bogate w nagrody (Sundance, Berlinaria),bogatą pracę dydaktyczną i pisanie scenariuszy. Film dla wielu ludzi (także w Polsce) ma charakter kultowy, ze względu na bardzo prywatne filmowe obrazy z życia jednego z najważniejszych nauczycieli buddyjskich Ch. Namkhai Norbu, jego niezwykłej-zwykłej żony i syna Yeshi. Fox pokazuje jak Yeshi, niezależny, młody i zdolny człowiek, pracownik IBM - początkowo dość daleki od wiary w reinkarnacyjne powroty i figurę tulku (wcielenia dawnego mistrza w dziecko pojawiające się na świecie po jego śmierci)- bardzo powoli ewoluuje w stronę przyjęcia pełnej odpowiedzialności za swoje dziedzictwo. Mistrzostwo w strategii wychowawczej!
Filmu nie da się właściwie opowiedzieć (i nie ma takiej potrzeby...), ale osobiste zapisy filmowe zrealizowane we Włoszech, USA i Tybecie pokazują coś bardzo wartościowego i prawdziwego. Jennifer Fox przez jakiś czas była sekretarzem Ch. N. Norbu i ten czas, który sama określa jako "przerwa w karierze filmowej", stał się źródłem filmu My Reincarnation... Takimi to drogami wędrują: przyczyna i skutek, skutek jako przyczyna... ale to już inna historia nazywana w filozofii buddyjskiej ścieżką współzależnego powstawania (Pattika Sammupada). Dla tych, którzy kurczowo trzymają się dziwacznego przekonania, że istnieje jakaś jedyna prawda to jest ciężka sprawa! Film, poza tematem i opisywanymi osobami, ma także walor doskonałego filmu dokumentalnego. Niestety, koszt produkcji filmu pogrążył Fox i współpracowników w długach (można wpłacać dowolne sumy jako wsparcie plus można też wpłacić 25 dolarów wspierających wersje DVD, który pojawi się w przyszłym roku!). Mamy więc do czynienia z filmem - akcją i mądrym wsparciem kultury Tybetu. Wielki Nauczyciel Ch.N. Norbu jest kolejnym tulku w ważnej dla obecnego Jego Świątobliwości Dalajlamy XIV - linii tzw. inkarnacji Dzogczen Tulku. Pokaz tego filmu w Polsce może spełnić dobrą rolę wobec dziwnego sekciarstwa i oczekiwania cudownych przekazów wiedzy i szczęścia, wprost przez małą dziurkę w głowie. Jak mówi jednak stara mądrość: z pustego w próżne nawet Salomon nie przeleje...
Na FB w wymianie kuksańców z Maciejem Góralskim - artystą znanym niegdyś jako Magura, powróciła opozycja Centrum vs Prowincja. Bardzo mnie dziwi, że jako tzw. centrum występować ma Warszawa?! Miasto utkane w całości; fizycznie i metaforycznie z prowincjonalnych nici, a to z wielu powodów, głównie z tego tragicznego powodu, że została odbudowana ze zgliszczy przez Prowincję i liczy 60 lat! Ale O.K. niech będzie Centrum, co mi tam! Zwłaszcza, że poszło o Festiwal Herbaty w Cieszynie, który Maciej zechciał skomplementować jako - lokalny. Do tego dorzuciłem jeszcze "lokalną" premierę filmu My Reincarnation i także "lokalny" koncert Damo Suzuki we Wrocławiu ... i o to chodzi! Pogranicza zawsze są bogatsze niż tereny jednorodne i wydaje mi się, że mamy całkiem pozytywne zjawisko w naszym Budyniowie: poza obligatoryjnym Centrum (Warszawa da się lubić...) występuje życie w całkiem niezłym wydaniu! Więc: PEACE & LOVE! dla Centrum! A co mi tam!
Od wczoraj testuje nowe urządzenie z serii analogowych generatorów (mocnego) dźwieku, tym razem nie jest to modyfikacja linii Badoog (mam dwa: analogowy basowy i z systemem na fotoogniwo), ale nowa konstrukcja o nazwie MOTOPHON ! Urodziła się z mojego poszukiwania modyfikacji dźwięku specjalnej gitary (linia Steinberger), na której gra A. Po zabawach kilkoma mechanicznymi zabawkami dla dzieci okazało się, że można zrobić to jeszcze inaczej niż dotąd. Moja idea objawiona przy kawie Mirkowi B. (gra obecnie z nami na thereminovoxie) bardzo szybko zaowocowała prototypem, który mam tuż obok laptopa i "na oku". Premiera tego brzmienia odbędzie się w Cieszynie podczas koncertu zatytułowanego DIGITAL ARCHAIC w serii Thereminovox Interactive Instalation Project. TIIP ma na swym koncie 4-godzinne granie w sierpniu 2010 roku na plantach - udokumentowane na YouTube, 2-godzinną odsłonę w zaimprowizowanym studiu (której efektem jest recenzowana i zauważona płytka: 7 Collective Improvisation wydana przez WFR) oraz koncert w Muzeum Etnograficznym w Krakowie z 20 maja 2011 roku.
W Cieszynie podamy też dwa wykłady - Renifery z Oulauvolie i efekt fonografu oraz: Mapy dźwiekowe. Inna topografia. Obydwa wykłady oparte będą o publikowane teksty A. Polecam: www.scribd.com/anna_nacher
Na mojej focie: strażnik dharmy z klasztoru w Manangu... ?!
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội