Koncert na 2 statki i 100 syren

0 comments


Koncert na 2 statki i 100 syren - pod takim tytułem ( nie wiem czy to uznać za tłumaczenie autorskiego tytułu instalacji Gegen der Strom?!) ma odbyć się jutro w Krakowie akcja artystyczna Christofa Schlagera z pomocą Marjon Smit. Wszystko byłoby wspaniale i cieszyłbym się z ewolucji tego co jeszcze nie tak dawno nazywało się imprezą typu światło - dźwięk i odbywało się dokładnie w tym samym miejscu - pod Wawelem, gdyby nie nadmierna skromność autora lub/i organizatorów tego interesującego w zamyśle przedsięwzięcia. Skromność ta nie pozwoliła usytuować Kn2si100s we właściwym miejscu historii tego typu imprez. Warto przecież wiedzieć, że w 1922 roku, niejaki Avraamov przeprowadził mega imprezkę pt. Symphony of Sirens na syreny okrętów wojennych, syreny fabryczne, dwie baterie artylerii, oddział karabinów maszynowych, hydroplany i regiment wojska! Wszystko odbyło się z okazji 5-lecia wybuchu rewolucji bolszewickiej, na akwenie portowym miasta Baku. Dyrygent do okiełznania takiej rozbudowanej orkiestry musiał wykorzystać strzały z pistoletu i wymachiwanie chorągiewkami sygnalizacyjnymi. Całość została powtórzona w Moskwie w 1923 roku i jak łatwo się domyślić odbyła się z okazji 6-tej rocznicy wybuchu rewolucji! Całość stworzono z inspiracji poezją niejakiego Alexeia Gasteva, ale wykorzystano także znane i lubiane melodie m.innymi Marsylianki i Międzynarodówki. Gdyby jedynie te akcje z dawnych czasów legły u podstaw jutrzejszej "oryginalnej" instalacji dźwiękowej Christofa Schlagera to pół biedy... Niemcy znani są z zauroczenia Rosją i mogli się tym zbytnio nie chwalić, ale sterowanie syrenami (oczywiście w Krakowie będzie to zestaw komputerów... a nie pistolety) bywało już realizowane w wielu wydaniach: np. znakomicie prezentuje się to w odmianie skrojonej na miarę estetyki miejskiej przez Wendy Mae. Ta miła pani już od wczesnych lat 80. ubiegłego wieku prezentowała swoje instalacje dźwiękowe m.innymi na klaksony samochodowe. Jeżeli nie wiecie (a z naszych ubogich mediów się nie dowiecie... pewnie też z nadmiernej skromności dziennikarzy) to zobaczcie sami - Wendy Mae Chambers and the Car Horn Organ. Przyszło mi do głowy, że Gegen der Strom (Pod prąd) miałby super przyjęcie i historycznie właściwe usytuowanie podczas otwarcia Nordstreamu!?
Nie ma nic zdrożnego w kontynuacjach, kopiach, rozwinięciach i dialogach z tym co już było kiedyś zrobione. Co więcej, jesteśmy właściwie na to skazani i kryje się w tej materii wiele interesujących wątków, ale podstawowa zasada jest taka, że należy o tym informować. Pan Christof S., który od 20 lat podobno trudni się instalacjami dźwiękowymi musi przecież znać swych poprzedników. Cała akcja na Wiśle jawiła by się inaczej i całkiem nie mniej ciekawie gdyby przywołać ducha Avraamova i wielkich dzieł komunistycznej sztuki masowej. Sztuka ta miała miejsce i nie warto udawać, że nie robiła/robi wrażenia. To jak z masową sztuką innego totalitaryzmu w Niemczech lat trzydziestych... Warto sobie zdawać sprawę, że masowe imprezy mają takie źródła i może będziemy lepiej rozumieli wtedy fenomen tolerowania bandytyzmu stadionowego i liczenia się z wielkimi, prywatnymi organizacjami "piłkarskimi", które zdają się czasami być ponad państwową grupą (skutecznego) nacisku?! Nie sądzę aby te sto syren sterowane komputerowo (jak piszą dziennikarze z prowincjonalnym podziwem, zapominając, że czytają to ludzie nie pamiętający czasów bez komputerów) i dwie barki na Wiśle dały rewolucyjny impuls krakowskim masom bo nikt nie wygra tu z jamnikami. Pewnie nie będzie to także zabawną "small music" Wendy Mae... ale o.k. wola organizatorów! Ale: gdzie jesteście znawcy muzyki, dziennikarze kształtujący masy, historycy sztuki, znajomi królika? Ogłuszyły Was syreny czy p. Christof syrenim śpiewem?

Skoro już jestem przy stare vs nowe w muzyce, to muszę odnotować wywiad Piotra Koleckiego, mojego niegdysiejszego przyjaciela i współtwórcę brzmienia Atmana. Wywiad ukazał się w najnowszym piśmie Glissando. Jest też tam archiwalna fota! Czas wspominek nadchodzi? Na całe szczęście nie; wszyscy "atmanowcy" grają i tym samym rozmowa z Piotrem jest tylko etapem w tej praktyce! To mnie cieszy.

W ostatnim wpisie chwaliłem pismo Gościniec Sztuki za całokształt, ale też i opublikowanie recenzji płyt Karpat Magicznych i Cybertotem Project. Muszę odnieść się jeszcze do zdania tam zawartego: ...Karpaty Magiczne...to na polskiej scenie muzyki alternatywnej zjawisko osobne i nieznajdujące następców /.../ Nie bardzo mogę się zgodzić z taką tezą! Rozumiem, że to był komplement, ale chętnych na następców pojawia się całkiem sporo... Mamy tylko problem z ich wstydliwością. Nie przyznają się do czerpania wzorów, zestawów instrumentów, podejścia do komponowania i nawet naszej poetyki tekstów promujących kolejne programy KM. Jest podobnie jak w przypadku skromnego, estetycznego i pozbawionego jasnego celu widowiska Kn2si100s na Wiśle, które w niczym nie dorówna szalonej wizji Symphony of Sirens. Z drugiej strony nie smuci mnie, że to dalekie echo rewolucyjnej sztuki wita jedynie nadejście jesieni i chyba nie jest nawet częścią kampanii wyborczej Lewicy? Na to p. Napieralski jest zbyt... powiedzmy; zajęty rozdawnictwem jedzenia. Z czego to się bierze - jak nie jabłuszka, to kanapki, jak nie kanapki to grzybki i jak nie grzybki to szyneczka w Londku!? Nie dojadał czy co?
Już raz tę wizję zdelegalizowania ziela odpwowiedzialnego za ociężałość umysłową publikowałem, ale tym razem pomyślałem, że może duże ilości kapusty sprawiają, że dziennikarze stają się leniwi, a artyści nadzwyczaj wstydliwi? Chwalmy się! Nie wstdźmy się czytania książek, katalogów, odwiedzania wystaw i szperania w Internecie!

NOISE to SILENCE

0 comments

Po udanej akcji plenerowej z ważną częścią Long Wave Installation czyli wiązką 18-metrowych strun (19.08.2011) udało się dzięki naszemu niezrównanemu teamowi: Mirek Badura i Bogdan Kiwak zorganizować nocne manewry w industrialnych przestrzeniach starego budynku pks-u, chyba? W ostatnią środę (14.09.2011) zmontowaliśmy specjalne zaczepy na struny i z pomocą stolika i wielkiego biurka (nieźle rezonowało, ale byłoby trudne do transportu na koncerty...) rozstawiliśmy instalację. Tym razem było dobre oświetlenie i dwa zestawy rejestrujące dźwięk i dlatego sesję poprowadziliśmy w kierunku melodycznego grania i szukania interesujących współbrzmień plus dokumentowanie audio/foto/video. Rezultaty są już w sieci (Mirek B. zamieścił roboczy zapis video na YouTube, znajdziecie bez trudu na naszym FB), a część musi być jeszcze technicznie opracowana. Jesteśmy gotowi na ujawnienie LWI w kontekście innych dźwięków i stanie się to... w Elblągu! W świetnej Galerii EL (przestronny dawny obiekt sakralny) - w piątek 30 września uruchomimy ulepszoną wersję Instalacji w otoczeniu dźwięków i środowisk brzmieniowych "morskich" z wielu miejsc nad Bałtykiem. Bardzo mi się podoba powrót do prac, które mają już ponad 10 lat (trzy płyty 2000-2002, muzyka do filmu o Bałtyku, praca w studiu nagraniowym Radia Gdańsk... prezentacja naszej pracy w Bonn) i które nie zostały chyba w tamtych latach odpowiednio docenione i przyjęte. Na tamtych akcjach wzorowało się kilkoro muzyków i byłem pewny, że wszystko co zrobiliśmy przepadnie w wielkiej, brunatno-czarnej budyniowej dziurze... a tu nie? Koniec świata bliski?! Albo początek nowego projektu Noise to Silence, który pojawi się pierwszy raz publicznie w Elblągu! Nic więcej nie chcę na ten temat pisać, ale ciąg dalszy - i to ekscytujący - nastąpi!
A. tłumaczy inspirujący tekst Victorii Vesna i Jamesa Gimzewski pt. BLUE MORPH: uwagi o działaniu samoorganizującej się zmiany krytycznej Już sam tytuł robi wrażenie, ale to jedynie "uwagi" do wielowątkowej instalacji zaprezentowanej w Gdańsku ( w ramach pracy zaprezentowanej w kościele św. Jana). Nie mogę zdradzać całości tekstu, bo ukaże się w Przeglądzie Kulturoznawczym... kiedyś. James Gimzewski jest fizykiem specjalizującym się w nanotechnologii i autorem metody badania komórek poprzez odczytywanie dźwięków jakie wydają... już sama metoda rejestracji tych dźwięków, w której istotną rolę odgrywa laser i rejestrowanie drgań i przystosowywanie (coś jakby "tłumaczenie") ich do możliwości naszego, ludzkiego słuchu, jest rewelacją samą w sobie. James G. swoją metodę opisał w 2004 roku w Science i od tamtej pory jest nazywana - sonocytologią! Badania te są wykorzystywane w onkologii, ale w Gdańsku zaprezentowano instalację artystyczną zbudowaną na zrębach sonocytologii. Rzecz dotyczyła przemiany do jakiej dochodzi w momencie przekształcania się poczwarki w motyla (stąd ten Blue Morph... czyli wielki i piękny motyl). Interesujące jest, że przemiana ta jest błyskawiczna i skokowa i wiąże się z nagłym pojawieniem się wielkiej dawki energii. Towarzyszy temu dźwięk... Towarzyszy albo sam jest tą energią? W wypadku opisywanej instalacji i tekstu o jej backgroundzie dodatkowym walorem jest wskazanie nie tylko na to, że nauka wspólpracować może ze sztuką (co bywa strasznie spłycane do rozwiązań technicznych), ale co ważniejsze, że metody pracy artystów stanowią cenne podejście do uprawiania nauki. Szkoda, że wielcy alchemicy tego nie widzą?! W naszych porannych dyskusjach o stanie wszechświata sonocytologia zagościła na dobre!
Swoją drogą pojawia się problem zdolności do pełnego odbioru tego typu prac artystycznych, ale instalacja Blue Morph była poza wszystkim także interesująca wizualnie i dźwiękowo plus dawała szansę na interakcję i doznania wykraczające poza konwencjonalne "oglądanie" dzieła i pozycjonowanie jej w kategoriach estetycznych.Można by wiele powiedzieć w związku z z pracą Blue Morph, ale wiele też już zostało odnotowane...
John Cage powiedział o sobie: nie mam pojęcia, co to znaczy być artystą. Myślę, że... Mam problem z przyjmowaniem ról. Ja nie chcę żadnej z nich odgrywać. Chcę być tym, kim jestem. , a także w tej samej rozmowie z Mortonem Feldmanem: ...staliśmy się dużo bardziej wrażliwi na dźwięk, i to nie tylko w naszych głowach, ale całym naszym istnieniem, i że ten dźwięk nie musi koniecznie przekazywać jakiejś głębokiej myśli. To może być po prostu dźwięk i może wchodzić jednym uchem i wychodzić drugim, albo wchodzić jednym, przenikać i przemieniać nasze istnienie i wychodzić, być może wpuszczając następny...
Dodatek literacki wzbogacić muszę jeszcze o dwie obszerne recenzje naszej muzyki opublikowane w intrygującym - w pełni oldschoolowym - piśmie pt. Gościniec Sztuki. Pismo ma podtytuł: Magazyn Artystyczno-Literacki i nie ma swej wersji internetowej, lepiej: nie ma nawet śladu w Internecie... Gościniec wydawany jest od 15 lat w Płocku (Wydawca to Płocki Ośrodek Kultury i Sztuki) i przynosi całkowicie oryginalne teksty, myśli i relacje! Poza intrygującymi tekstami, znakomitymi autorami i tematyką, która drwi sobie z salonów artystycznych i tzw. trendów (szacunek!!!) zauważyć trzeba koniecznie warstwę wizualną: kolorowe reprodukcje prac z kolekcji Leszka Macaka (Maria Wnęk,Władysław Wałęga!), ale także foty archiwalne typu: koncert Zgniatacza Dźwięku w Radomiu... albo Karol Wojciak zwany Heródkiem... Jeszcze raz szacun! Tym bardziej miło, że Andrzej Robak pokusił się na dwie obszerne recenzje, a Gościniec je opublikował: The Magic Carpathians - Acousmatic Psychogeography/Enjoy Trees! oraz Marek Styczyński - Cyber Totem/Cybertotem Remix Project. W powodzi nowości i braku wiedzy o rzeczach, które działy się przed wejściem na scenę kolejnych "odkrywców prochu" ciężka robota Andrzeja Robaka zdaje się być nieoceniona. Tak trzymać... Andrzej masz stałą wejściówkę!
Wiele się dzieje..więc można by tak blgować bez końca, ale A. właśnie sięgnęła po ciekawe wydawnictwo płytowe (ale opis jest grubą książeczką!) - Sound art @ Het Apollohuis. Pod książeczką są dwa CD: Body Extensions i Sampling Techniques. Na płytach m.innymi: Paul Panhuysen (fr. koncertu z 1990 r.), Phil Niblock (z 1991 r.) i 22 innych artystów sound art'u.
Na focie Bogdana K. - scena z ostatniej akcji z długimi strunami! Było około północy...

SŁOWA na WIATR

0 comments


Spakowałem się już na jutrzejszy warsztat terenowy w Beskidzie Niskim. Wieś Radocyna leży na dawnej Łemkowszczyźnie Środkowej i ma barwną przeszłość, ale ja nie będę się musiał nią zajmować... na szczęście! Od strony przyrodniczej to obszar bardzo interesujący, bo to źródliska Wisłoki, jeszcze Karpaty Zachodnie (ale blisko do granicy z Karpatami Wschodnimi), a wokół jak nie Wilcza Jama albo Łysa Góra ... to Uherec! Beskid Niski jest faktycznie najniższą częścią polskiej części Karpat. Od strony komunikacyjnej to jest załamka pełna... wszystko obliczone na indywidulny dojazd własnym samochodem. Z Radocyny jest blisko do granicy ze Słowacją, ale przyrodniczo to dwa regiony oddzielone ważnym wododziałem karpackim - po jednej stronie wszystko płynie do Bałtyku, a po drugiej - do Morza Czarnego. Po dawnych mieszkańcach Radocyny i okolic nie pozostało zbyt wiele i zobaczymy czy etnobotanika pozwoli na odkrywanie tu czegoś z przeszłości. Rośliny jakie chciałbym tam omówić (a może też odnaleźć) to: szałwia, kłokoczka, dziurawiec, bzy: czarny, hebd, koralowy, może arcydzięgiel litwor?

Jak już przy Karpatach jestem, to warto odnotować kolejne świetne opracowania wydane na Słowacji: Cultural Heritage of Slovakia - Folk Culture (Vydavatel'stvo DAJAMA, 2010) i całkowicie powalające dzieło Oskara Elschek'a pt. Fujara ako vytvarne dielo - wydane w 2009 roku przez ULUV (Ustredie umeleckej vyroby) w Bratysławie. Książka - album ma 210 stron i jest naprawdę niezwykle interesująca. To już inny poziom badania tradycyjnej twórczości. Po znakomitym i niewiarygodnie bogatym opracowaniu MAJSTRI - Mariana Plavec'a z 2003 roku (fakt, ma grubo ponad 400 stron i setki ilustracji) to Fujara... wydaje się japełniejszym opracowaniem fenomenu pasterskiego fletu pionowego i jego kultowego wręcz znaczenia. Nie tylko melodie warto by ze Słowacji zapożyczyć... i już widzę jak się nasze (pożal się boże...) tzw. wydawnictwa pukają po głowie na takie pomysły.

Kilka dni temu rozpocząłem trochę inżynierskich działań na niwie konstruowania nowych instrumentów i instalacji muzycznych. Po udanym eksperymencie z 18. metrowymi strunami, zbudowaliśmy stały system zaczepów do strun, który pozwoli na szybkie i precyzyjne rozstawienie całej instalacji. Wkrótce wypróbujemy całość i nagramy pierwszą sesję - Long Wave Installation i z pewnością okaże się, że wielu naszych kochanych muzyków robiło to od dawna po domach i tylko się nie przyznawali. Bardzo szybko udało się przystosować moją starą harfę (jest to twórczo opracowany model archaicznej harfy azjatyckiej, wykonany z drewna orzecha, grochodrzewu i śliwy gdzieś około 1984 roku) do funkcji instrumentu wiatrowego. Mam nadzieje, że wiatr halny okaże się muzykalny... Pracujemy nad całkiem niezwykłym instrumentem z grupy akustycznych, ale nie tradycyjnych oraz nad analogowym, elektrycznym zestawem: Motofon+Badoog I+ Badoog II Light System.

To wszystko pcha nas w rejony, które pozostają już całkowicie poza wyobraźnią klubów i poza sitwą tzw. kuratorów czyli oficerów politycznych sztuki współczesnej. Dlatego musimy się przyzwyczaić, że garstka zainteresowanych zdana jest wyłącznie na ten blog i od początku nowego roku, także na realizacje video, których będzie sukcesywnie przybywać na YouTube i płytach dvd.

Ciągle czuję niesmak po dyskusji z Rafałem (Hati) na temat tego czy zespoły muzyczne mają prawo do własnych postaw i poglądów (nawet skrajnych) czy nie, a jak nie, to kto ma zadecydować o odmówieniu im prawa do grania... i co w praktyce z tego może wynikać? Nienawidzę szczerze kiedy ktoś wymaga opowiadania się po jakiejś stronie i przymus taki uważam za arogancki, nieuprawniony i pozbawiony sensu. Na szczęście dla Rafała, znamy się tak długo, że nie mogę się obrażać i tylko czuję się naprawdę źle zmuszany do oświadczania, że nie jestem neofaszystą. Nie jestem też żyrafą, nie jestem z ludu pisowskiego kiedy krytykuję Gazetę i nie napadam na ekologię gdy rozśmiesza mnie jedynie słuszny Adam W., albo smuci przymierze zielonych z tzw. lewicą. Nie zgadzam się udawać prostaka tylko dlatego, że inni by się od tego lepiej poczuli. Ideolo działa jak jakaś piana, która pojawia się nieuchronnie i wycieka nam z dziurek w nosie... jak ten budyń siedmiodniowy, który nie utrzyma w nas nawet stary, dobry Aviomarin. W chwili kiedy zaczniemy żądać jedności poglądów od artystów, stawiamy się w miejscu dawnego Komitetu Powiatowego, Cenzora, Inkwizycji itd. Niech publiczność oceni czy poza ideolo jest coś jeszcze, czy nie? Jak jedynie ideolo to porażka i do domu, ale jak sztuka? To kłopot. A co Rafale zrobisz w sytuacji gdy ktoś nie ogłasza swego ideologicznego programu, to co: wykrywacz kłamstw czy oświadczenie? Np.: oświadczam, że nie jestem ludożercą... nie molestuję dzieci... nie jestem terrorystą ( i tu problem, bo wiele mieszczańskich lewaków jest za terroryzmem, ale w tzw. słusznej sprawie, bo wiadomo: komunizm Stalina był lepszy niż narodowy socjalizm Hitlera? czy tak?) i ostatni raz byłem na spowiedzi / grałem na festiwalu w zeszłym tygodniu... Naprawdę rozsierdzają mnie też tajemnicze "środowiska" i rezydenci z różnych krajów ( oczywiście na wyższym poziomie rozwoju społecznego)... jak oni się o nas troszczą i jak chcą pomóc! Ciśnie się na usta: lekarzu, ulecz się sam.

Swoją drogą, to A. napisała z Austrii i najważniejszej wystawy sztuki elektronicznej: sztuka umarła i dobrze jej tak! Pozostaje więc marketing i ideolo jako jego część? No to ja spadam i udaję się na emigrację wewnętrzną, nowe wraca?

Kilka dni temu byłem służbowo na spotkaniu, na którym omawia się i wnosi poprawki, postulaty i protesty dotyczące planu pracy leśników na najbliższe 10 lat! Dotyczyło to obszaru Natura 2000 i sporej części cennych górskich terenów chronionych. Prawo mowi, że wszelkie uwagi do tego planu muszą być zaprotokołowane i przeanalizowane w celu udzielenia odpowiedzi jak zostały uwzględnione. O dacie i miejscu spotkania informuje się w ustawowo uregulowany sposób, tak , że wszyscy zainteresowani mogą się o tym dowiedzieć. No i poza przedstawicielami mojej instytucji i ALP nie pojawił się nikt z NGO, nikt z Samorządu i nie przybył Adam Wajrak, który ma tak wiele do zarzucenia dowolnemu nadleśniczemu... ale raczej na fejsie lub za wierszówkę. Zauważyłem, że ideolo przenika wszystko i zawsze to milej, taniej, łatwiej i bardziej cool być fejsfajterem niż zalatwić coś poza klaką swoich znajomych i setkami lajków za ziewnięcie rano i przywalenie nie-naszym.

Bogdan K. jak zwykle cierpliwie dokumentował moje poczynania w warsztacie Wieśka B. (nie mniej cierpliwego wobec moich pomysłów) i nad wpisem jest fota harfy (już) wiatrowej. Dla tych, którym - jak Wojtkowi - moja harfa przypomina: narzędzie rolnicze wyjaśniam, że ze względów technicznych harfa leży uchwycona w imadle poziomo, a grając na niej trzyma się instrument pionowo.

GENESIS of a MUSIC

0 comments


Temperatura gwałtownie opadła do naszej ulubionej: 16 stopni C i da się czytać i normalnie funkcjonować. Przy porannej, rytualnej kawie czytam Nową muzykę amerykańską - zbiór tekstów na ekscytujące tematy pod redakcją Daniela Cichego (redaktor serii) i Jana Topolskiego (redaktor tomu). Szczególnie dobrze czyta się tekst Kyle Ganna'a pt. Kompozytorzy poza historią. To prosta, ale kompetentnie napisana opowieść o muzykach, którzy czuli fałsz europejskiej muzyki klasycznej i nie bali się szukać innych rozwiązań. Odkrycie tego fałszu skłoniło niejakiego Harrego Partcha do tego by: spalił wszystko co dotąd napisał i postanowił zacząć od nowa.. Konsekwencją tej przemiany było wymyślenie: kilku innych instrumentów. jednym znich był chromelodeon, staromodne organy piszczałkowe, tak nastrojone, by gra półtorej oktawy na 43 dźwiękach klawiatury.../.../gitary wzorowane na starożytnych greckich harfach.../.../... diamentowa marimba.../.../...instrument zwany "cloud-chamber bowls" ...!

Bardzo bliską mi ideą Partcha jest idea korporalności: fizycznej i teatralnej obecności wykonawców i ich instrumentów.

Niezwykłe i czasem dość trudne życie Harrego Partcha tłumaczy obietnica jaką złożył sobie w młodości: nikt nie uzna mnie za wariata. Będę całkowicie wolny. Partch przewrócił do góry nogami napuszoną muzykę akademicką z Europy i był (i jest) inspiracją dla całej rzeszy ambitnych muzyków i badaczy dźwięku. Jego książka pt. Genesis of a Music stała się dziełem prawdziwie wywrotowym. Dla mnie bardzo ważne są dwa zdania - podejścia do pracy z dźwiękiem i muzyką: do natury dźwięku podchodzi się bez uprzednich założeń (Behrman 1998, Sonic Arts Union), oraz: trzeba mieć spostrzeżenia, nie opinie. Każdy ma opinie. Ale spostrzeżenia? (Alvin Lucier, 2001)

Książka jest jedną z kilku wydanych w ramach serii wydawniczej i Linii Muzycznej festiwalu Sacrum Profanum. Oczywiście można by utyskiwać, że bardziej interesujące byłoby przełożenie książek Harrego Partcha, albo np. Talking Music - rozmowy Williama Duckwortha z Johnem Cage, Philipem Glassem, Laurie Anderson, La Monte Youngiem, Stevem Raichem, Pauline Oliveros... i innymi! (Da Capo Press, New York, 1999). Może byłby już czas na coś z pierwszej ręki, a nie opowieści i legendy z drugie i trzeciej ręki - nawet jeżeli są tak miłe?! Ale to może nie pasować, bo w budyniowie zaczyna się też lekko fałszować ten obszar historii muzyki Zachodu. Ludzie z korporacji akademickich nauczyli się stać okrakiem: jedną nogą miło tkwią w ciepłych akademickich piernatach etatów i uczą jak czysto zagrać to czy tamto, a drugą nogę starają się tak wyeksponować aby być uchodzić za ekspertów od muzyki stworzonej z niezgody na tę pierwszy, piernatowy i arogancki obszar. Do tego dochodzą szkoły zawodowe gdzie uczą na muzyka rozrywkowego i jazzowego... I dziwimy się potem, że pojawiają się omnibusy pustosłowia muzycznego: wszystko zagrają! Piszę o pozaakademickich eksperymentach z całą świadomością tego, że wielu kompozytorów nowej muzyki amerykańskiej działało w ośrodkach akademickich... tyle, że te ośrodki były zbudowane całkiem inaczej niż nasze. Np. w Oakland znajduje się Mills College, w którym studiuje się: kompozycję, improwizację, muzykę elektroniczną, zespoły laptopowe, niekonwencjonalne systemy strojenia instrumentów, budowę instrumentów elektroakustycznych, instalacje dźwiękowe, wykonawstwo multimedialne i wiele innych... Wiem, wiem jest u nas kilku profesorów starających się coś zmienić, ale wielu z nich praktykowało w awangardowych i eksperymentalnych zespołach, które stały się ich prawdziwymi szkołami i są dzisiaj jak rodzynki w zakalcowatym cieście.

Cały ten budyniowy wypiek jest zakalcem i tworzy bariery jak w carskiej Rosji. To trochę jak moja rozmowa z Żelazną Damą krakowskiej sztuki współczesnej: nasza fotografia organiczna była zbyt mało nowatorska, ale nowatorska okazała się nagle Jej wystawa fotografii S.I. Witkiewicza na szkolnym poziomie. Nic nowego się nie pojawi, nikt nie namaszczony nie zaistnieje, a artystyczne bitwy rozbijają się o wielkości plakatów i ilość kasy jaką można wydać na promocje. Do tego dochodzi jeszcze ideologizacja wszelkich działań w kulturze... ale Harry Partch działał w okresie wielkiego kryzysu w USA... chyba więc nie będziemy się tak łatwo płoszyć!



Od pażdziernika postaramy się ujawnić wyjątkowy skład naszego projektu - dołączył do nas Tomek Hołuj! Tylko kombatanci pamiętają wczesny skład (trio) Ossiana z udziałem Tomasza, ale ja osobiście nie mogę sobie przypomnieć jakoś innego!? Transowe, perkusyjne granie Tomka było jedyną rzeczą, która mnie w O. naprawdę kręciła. Inne czasy, inne konteksty i jak mawiają Czesi: to se ne vrati! Po wyemigrowaniu Tomka do Szwecji, słuchałem raczej Codony, Oregonu i Micusa z tej przestrzenii muzycznej. No i stało się - kilka miesięcy temu, trochę z marszu (co lubię najbardziej) rozpoczęliśmy pracę nad wspólnym ujawnieniem. Pamiętam jak utyskiwałem, że od lat nie możemy spotkać odpowiedniego perkusisty (Janek K. jest ciągle zajęty z innymi składami), który dałby radę naszym specyficznym potrzebom co rytmów, brzmienia, wyobraźni i twórczej niezależności. Już nie utyskuję. Tabla, gongi, drewno i żelastwo Tomka ... już się cieszę!



Na focie wykonanej pod Krakowem w lipcu 2011 i twórczo spreparowanej przez Tomka Czermińskiego z naszego Teamu, od lewej: Marek Styczyński, Anna Nacher, Tomasz Hołuj. CDN...

TUNDRA DRONE

0 comments


Z wielką przyjemnością pracujemy nadal nad obiecującym projektem Long Wave Installations i można już zobaczyć na YouTube część dokumentacji z eventu Long Strings / Długie struny z 19 sierpnia 2011. W związku z projektem, w przyszłym tygodniu mam umówioną sesję... stolarską! Z pomocą mojego dobrego znajomego zbudujemy stałe elementy zaczepowe i układ strojenia strun do 20 m długości.

Trochę szperam po literaturze i mam ciekawe obserwacje dotyczące długich strun. W dwóch książkach: SOUND ART - Beyond Music, Between Categories (Alan Licht,Rizzoli IP, New York 2007) i KULTURA DŹWIĘKU - teksty o muzyce nowoczesnej (redakcja Ch. Cox, Daniel Warner, przekład: słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010, a pierwsze wydanie oryginału 2004) nie znalazłem nic o pracy Ellen Fullman i Jej: Long String Instrument! Jest stosunkowo sporo na temat holenderskiego artysty Paula Panhuysena (rocznik 1934), który wydaje się naszym zamierzeniom znacznie bliższy niż Fullman. Jego prace zdefiniowano w krótkim, ale bardzo trafnym stwierdzeniu, że to: site specific works creating drones. To jest bliskie mi podejście, które jest bardziej elastyczne, bardziej współgra z otoczeniem i zakłada swobodne modyfikacje. Fullman ogłosiła w 1981 roku swój projekt pt. Long String Instrument, a Panhuysen pracował nad niezwykłymi instrumentami już z Maciunas Ensemble, a w latach 1982 - 1985 realizował własny projekt pt. Long String Installations... Budował też nowe instrumenty: duochords, tubular aluminum monochords, spring strings, musical bows, guitar with tails... Szczególnie interesujące dla mnie są - poza nowymi instrumentami i instalacjami dźwiękowymi - dwie prace: Projection - prezentowana na Echo Festival 2 w Holandii w 1987 roku, oraz (!) Sznurki, Linky, Knoty (znana też jako: Singing the World into Existence) zaprezentowana w... Łodzi w 1990 roku (Work in Progress). Nasz projekt o ustalonej już nazwie: Long Wave Installation będzie znacznie bliżej doświadczeń Paula Pabhuysena, ale zakłada budowę innych źródeł dźwięku, także elektrycznych (generatory i pochodne), bo to co nas interesuje to długie fale, drony, mikrotony i współbrzmienia w związku/kontekście konkretnego otoczenia. Jeszcze we wrześniu planujemy premierowy test całej instalacji w hali fabrycznej wraz ze staranną rejestracją brzmienia.



Niezwykle cieszy mnie inny nasz projekt o roboczej nazwie: Soundscapes/tundra drone. Po pierwsze projekt objawił mi się w tundrze Sapmi w najwyższym rejonie Padjelanta z bliskim sąsiedztwem gór Sarek. Geomorfologia tego miejsca była całkiem niezwykła i patrząc na płyty skalne wystające z jeziora... zobaczyłem graficzny obraz dźwięku jaki pokazuje monitor komputera w studiu nagraniowym. No i nagle pojawił się pomysł aby ten obraz potraktować jako graficzny kod skrywający dron, brzmienie, dźwięk tego właśnie miejsca. Tundra drone? Utwory skalne odbijające się w jeziorze zarejestrowałem w postaci fotografii i dzięki pomocy filozofa i programisty w jednej osobie - Janka A. udało się obraz przetworzyć na wykres dźwiękowy. Teraz ruch po mojej stronie i w studiu postaramy się z naszym realizatorem Piotrem P. uzyskać brzmienie skał za kręgiem polarnym. Ostatnim etapem będzie próba stworzenia sekwencji dźwiękowych i dalej - muzyki?! Tego typu twórcze ćwiczenia nie są nowe, ale dotąd więcej było akcji pod hasłem: zobacz dźwięki niż usłysz kształty. Program komputerowy i doświadczenie w przetwarzaniu krajobrazu w dźwięki i muzykę może być ekscytującym i inspirującym narzędziem i doświadczeniem!?



Na obrazku - kolejne fazy przetwarzania obrazu skał z Padjelanty na graficzny obraz pliku/sekwencji dźwiękowej w opracowaniu Janka Argasińskiego.











LONG STRINGS vel Long Wave Instalation

0 comments


Jeszcze nie wszystko po wypadzie w tundrę rozpakowane... a tu zaraz robota i robota! W ostatni piątek tj. 19.08.2011 rozpoczęliśmy drugi nowy projekt w tym roku. Pierwszy to współpraca z Tomkiem Hołujem, która powoli przyobleka się w kształty koncertowe... Bardzo interesująco wypadło robocze, warsztatowe działanie pt. Long Strings / Długie struny i wobec tego eksperyment przeprowadzony w zeszły piątek to wstęp do drugiego naszego nowego projektu w 2011 roku.

Punktami wyjścia do pracy z długimi strunami stały się doświadczenia Ellen Fullman z USA, która od 1981 roku realizuje świetny projekt o nazwie: Long String Instrument oraz nasze doświadczenia z monochordami tradycyjnymi (moje są tak samo datowane - od końca lat 70. ubiegłego wieku!) i ostatnie fascynacje harfami eolskimi (wiatrowymi). Fullman stosuje struny od 16 do 60 m długości i dąży konsekwentnie do stworzenia wielkiego instrumentu, który mógłby być wykorzystywany do grania samodzielnie, ale i w zestawie z instrumentami tradycyjnymi. Pomyślne doświadczenia z saksofonem, kwartetem smyczkowym i innymi zestawami pozwalają myśleć o idei Long String Instrument jako o dziele spełnionym. W wielu kulturach brzmienia pojedynczych strun były wykorzystywane w konstrukcjach interesujących instrumentów: monochordów z Wietnamu, trąby maryny używanej w XVII i XVIII wieku w Europie, gusli z byłej Jugosławii, łuków muzycznych, harf poziomych itd. Te fantastyczne czasem konstrukcje, które opierały się na czasem bardzo poważnych założeniach teoretycznych, to nasze drugie źródło inspiracji i doświadczeń. Zbudowaliśmy instrument złożony z trzech strun o długości po 18 m każda, rozwieszonych pomiędzy dwoma prostokątnymi stolikami roboczymi przywiązanymi do drzew. W przeciągu czterech godzin z kwadransem na silny wiatr, deszcz i początki burzy, udało się struny zestroić i rozpocząć pierwsze udane eksperymenty z graniem dłuższych sekwencji muzycznych. Kiedy już zaczęły pojawiać się interesujące fragmenty większych kompozycji, a my wciąż mieliśmy siłę by biegać wzdłuż strun 18 m razy dziesiąt, a może sto... przyjechał samochód organizatorów aby zabrać stoliki i posprzątać miejsce akcji.

Nasz projekt wstępnie nazwaliśmy: Long strings, ale po prapremierze w ramach poboczy Festiwalu Karpaty Offer (to najprawdopodobniej nasze rozstanie z tym Fest.) skłonny jestem raczej do myślenia w kategoriach: Long Waves Instalation. Od doSwiadczeń i celów Fullman wiele nas dzieli: nie dążymy do stworzenia jednej, sprawdzonej konstrukcji o stałych parametrach, możemy działać w plenerze (Fullman realizuje swój projekt jedynie w zamkniętych pomieszczeniach i traktuje to jako warunek realizacji projektu), stosujemy techniki i konstrukcje brane z muzyki tradycyjnej, wydaje się, że doskonale sprawdza się muzycznie nasz duet na LWI. Po tym pierwszym doświadczeniu, zrealizowanym w warunkach prawie doskonałej dyskrecji i braku przeszkadzających obserwatorów (co zapewnia eksperymentowanie w Nowym Sączu) mamy w planie premierę w pomieszczeniu i konstrukcję elementów stałych do szybkiego montowania całości. Właściwą premierę planujemy na X Industrial Festiwal w listopadzie? No bo nie spodziewam się wielu zaproszeń z ośrodków sztuki współczesnej, a w klubach i przy barach nasz 20 metrowy LWI się nie zmieści ... i dobrze. W projekcie uczestniczył Bogdan Kiwak, który - jak sam twierdził - odkrył instrument dla siebie! i dzięki Bogdanowi mamy niezłą dokumentację i kilka filmików, które pod koniec tygodnia trafią do YouTube. Aż mnie korci aby naszą instalację dźwiękową nazwać; Duże instrumenty... ale dam spokój. Podobno wielkość nie ma znaczenia?





Na własną prośbę na szerokie wody Nowej (Lewackiej) Ewangelizacji wypłynęła niejaka R.U.T.A. Za czasów Kory gdy zainteresowanie mediów opadało i bezinteresowny lans Marka N. z "radiowej Trójki" nie dawał rady... to pojawiało się ogłoszenie nagrane przez Korę o zgubieniu Jej pieska czy kotka... i znowu było coś w radiu. Zawsze coś... R.U.T.A. już nie ma takiego wdzięku i lekkości i straszy nasz poważnymi sankcjami ze strony agitki pt. Gość Niedzielny! Wow! A z tego całego: bo R.U.T.A. to, bo R.U.T.A. tamto to tylko boruta wychodzi i tyle. Nikt i tak nie pobije Męskiej Muzyki w kategorii kabotyństwa, ale muszę przyznać, że w tym zestawie p. Waglewski z rodziną i kolegami nie udają lewaków i nie ukrywają, że chodzi jedynie o kase z piwa. Serce mi tylko krwawi, że Lech Janerka to piwowarskie granie także firmuje... pewnie się bardzo cieszy, z tych chwilowych wskrzeszeń?



Na froncie walki lewackich mądralińskich pojawił się w Krakowie (Bunkier sztuki, oczywiście...) artysta Oliver Ressler z tytułem swego wielowątkowego dzieła: Socjalizm Zawiódł Kapitalizm Zbankrutował CO DALEJ? Dramatyczne pytanie zadaje artysta przekupniom na bazarze w Erewaniu i czerpie z tego wiele ważkich przemyśleń. Facio z Austrii majstruje coś przy naszej przyszłości i wie pewnie jak mamy żyć, co nas zawiodło i co zbankrutowało! Dowiedział się tego w Erewaniu?

Czy nie przypomina Wam to innego artystę z Austrii (malarz to był?), który też miał wizję nowych i ostatecznych rozwiązań kwestii społecznych. Ja bym nie pytał; Co dalej? ja bym zapytał jaki to socjalizm tak artystę zawiódł: może narodowy? Niech się artysta Ressler zajmie problemami artystycznymi lub jak musi już koniecznie - bo taki jest trYnd - to może pomajstruje z problemami Austrii. A chyba ich nie brakuje...

Na focie Bogdana prapremiera Long Wave Instalation... z jednej strony 20 metrowej instalacji... może filmy pokażą całość?

FORSOWNE WYJŚCIE Z ODURZENIA

0 comments


Pod takim tytułem znajdziecie nasz wspólny tekst o trekkingu przez góry i tundrę Padjelanta z wizytacją Sarek. Jeszcze przed wyjazdem przyjęliśmy zaproszenie od Redakcji Krakowskiego pisma kulturalnego Fragile aby napisać "coś" do numeru pod hasłem - "odurzenie". Właśnie go skończyliśmy w wersji roboczej i jest dla nas bardzo specjalny. Tym samym czuję się troszkę zwolniony z opisywania naszego trekkingu na blogu... ale temat jest mocny i będzie powracał. Napiszę tylko, że przeszliśmy te 150 km po górskiej tundrze za kręgiem polarnym, ale nie sądziliśmy, że będą odcinki, których przebycie będzie nasz kosztowało tempo jeden kilometr na godzinę, kilka w tempie dwa kilometry na godzinę i zaledwie ułamek trasy mieścił się w trzech kilometrach na godzinę! Daje to przejścia od 5 do 9 godzin w trudnym terenie i w kilku wypadkach ulewnym deszczu. Mimo wszystko i tego na co by ta statystyka wskazywała, nasz właśnie skończony trek zaliczamy do najmocniejszych i wpisujemy na listę mocnych doświadczeń, tuż obok spacerów w rejonie Panda Khola w Mustangu, przejścia w burzy przez grań Alp Julijskich i ucieczek przed burzami w Rile i Pirynie.

Na treku przez Padjelanta jest kilka interesujących punktów. Jeden z nich to miejsce gdzie spotykają się granice trzech parków narodowych: Padjelanta - Sarek - Stora Sjoffalet, które razem tworzą największy obszar dzikiej przyrody w Europie, inne z takich miejsc to intrygująca i rozległa przełęcz ze schroniskiem Duottar na jej początku i schroniskiem Darreluoppal, leżącym na terenie Sarek, u jej stóp. Taką przełęcz pamiętam jedynie z Himalajów (Torong La w masywie Annapurny) i mimo, że tamta miała grubo ponad 5000 m n.p.m. i otoczona jest 6 i 7 tysięcznikami, a Duottar ma tysiąc metrów i góruje nad nią Gierggevarre (1639 m) to chętniej powrócę do niej właśnie.

Sprawdził się znakomicie kierunek naszej wędrowki, za którym optowała A. jeszcze w fazie planów. Większość trekkerów wychodzi z Kvikkjokk i wędruje do Ritsem, my odwrotnie; wędrówkę rozpoczęliśmy od Ritsem i przeprawy pod Ahkkę i dalej do Staloluokta, Duottar...aż po schroniska w dolinie Rappadalen z zaskakującym górskością schroniskiem Njunjes. Z tego ostatniego już tylko 4 godziny marszu dzielą nas od przystani, z której łodzią można się dostać do Kvikkjokk. Ten kierunek jest zdecydowanie dogodniejszy niż start z Kvikkjokk, a połączenie autobusowe z Gaellivare tak samo dostępne.

Pojawiają się też nowe opcje oparte o regularne i nie tak drogie loty helikopterami z Kvikkjokk i Ritsem do Stalolukta nad jeziorem Virihaure, które można traktować jako środkowy obszar tego szlaku. Koszt takiego ominięcia dolinowych odcinków nie przekracza kosztu korzystania z serwisu schronisk i nocowania w namiocie jaki zsumujemy z ominiętych 3-4 przystanków. Jak to w Laponii; opcji jest wiele i są także zupełnie dzikie i nie oznaczone na mapie. Warto jednak zachować rozsądek i nie biegać jak owce w Sarek... gdzie spotykają się gromady tych, którzy słyszeli, że w Sarek jest pusto... O Sarek krążą już dowcipy i opowieści, które pokazują, że i Laponia nie oparła się modzie.

Dotychczasowe trekkingi w Laponii odbywaliśmy o kilka tygodni wcześniej i przełom lipca i sierpnia ma inny koloryt i swe dobre strony. Najsmaczniejszą odmianą jest duża ilość owoców maliny moroszki, której kwiaty (i tylko kwiaty) mogliśmy podziwiać w 2009 i 2010 roku.

Spotkania z kulturowym obszarem Sapmi i Saamami mają totalny charakter i główne schroniska na szlaku Padjelanta są własnością samską (zarządza nimi Badjelannda Laponia Turism z siedzibą w Jokkmokk) i nie obsługuje je STF (szwedzka organizacja turystyczna) co ma swe reperkusje w postaci braku możliowści płacenia kartą (STF mają tzw. maszynki do odbijania kart wypukłych) i nie otrzymywania zniżek z tytułu bycia STF members. Na mapach STF kiepsko z informacją o innych schroniskach i vice versa... Polecam stronę www.padjelanta.com o której dowiedzieliśmy się dopiero na szlaku... Warte odnotowania jest spotkanie sprawnych trekkerów w Jokkmokk, którzy zeszli tam z Kebnekaise ! Także w Jokkmokk wpadliśmy na badacza ważek ... z Krakowa. No, nie jest źle i mam nadzieje, że nie wyprą nas rozkrzyczane grupy rednecków z okrzykami kurwa, kurwa, kurwa ... radośnie wznoszonymi po dwóch piwach. Jakoś nie jest to: alleluja, alleluja... a wszyscy tacy u nas pobożni. Niestety w samolocie ze Sztokholmu już nas częstowano bydyniowym zagajeniem z włoskimi wtrętami.

W Kraku jak to w Kraku, super i na targu zakupiliśmy malin, śliw, jabłek, gruszek, ogórków, cukinii, moreli i brzoskwiń... nie było dużo taniej niż w Szwecji! Za to dużo taniej niż u nas kupiliśmy w Sztokholmie kilkanaście płyt... od albumu Jana Garbarka i Marilyn Mazur (Elixir, ECM) po box pt. Parental Avisory Horrible Punk, z dziesięcioma płytami w środku. Dodaliśmy też Briana Eno i nieomal wszystko co było Patti Smith, The Peel Session P J Harvey ... i Chemical Brothers... Obiecaliśmy sobie, że wrócimy do Sztokholmu jesienią po następny worek płyt. Empik niech się goni... W Sztokholmie oglądaliśmy intrygującą wystawę artefaktów Vodou (to pisownia oryginalna), której część była specjalnie zaaranżowana dla pokazywania obiektów magicznych. Wystawa jest czynna tylko do 21 sierpnia... Kolekcja robi silne wrażenie i nie jestem pewny, czy chciałbym ją widzieć raz jeszcze!

Po powrocie, dziwi nas trochę zachodzące szybko słońce i ciemność przez wiele godzin... tego na szlaku nie mieliśmy wcale.

Fotografii narobiliśmy z półtora tysiąca i wiele z pomocą obiektywu 10-20 mm... co dało dobre efekty, następnym razem zabierzemy jednak chyba tylko kamery otworkowe, nic chyba innego nie da rady tundrze w Laponii. Na naszej wspólnej focie jesteśmy w tradycyjnych okularach na zadymki i śnieg, które zrobiłem z kory brzozy.



Odpoczywając kilka dni w Jokkmokk i Sztokholmie podsumowywaliśmy nasze wrażenia ze szlaku i fascynacja przestrzenią tundry umocniła się nam na stałe. Inaczej też widzimy kulturę Saamów i ich sytuacja wydaje się dużo trudniejsza niż się nam dotąd wydawało. Jak zwykle, dotarliśmy do cennych książek - o joiku i o szamaniźmie pasterzy reniferów. Kupiłem też świetny materiał dvd na temat etnobotaniki Laponii... szkoda, że to zainteresuje w budyniowie tak mało osób. Aby wyjść z budyniowego odurzenia należy podjąć długi, forsowny marsz...
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội