ART of SOUND

0 comments

W sobotę otwarliśmy drugi dzień X Industrial Fest. we Wrocławiu i jak zwykle na dużych imprezach z wieloma wykonawcami, było trochę nerwowo. Godzinne opóźnienie w próbach, z którym nie mieliśmy nic wspólnego, zaowocowało tym, że zostaliśmy bez próby, a podpinanie sprzętu kończyliśmy pod uważnym i krytycznym okiem publiczności, która stawiła się o czasie. Do nikogo pretensji nie mamy i bawiliśmy się świetnie, ale dzisiaj przeczytaliśmy, że jeden ze słuchaczy poczuł się rozczarowany bo było zbyt mało magicznie... No jasne, to święte prawo odbiorcy mieć oczekiwania, ale troszkę luzu też by się przydało... bo jak jednym zbyt mało magii i dużo noisu to innym odwrotnie... Gdybym był upierdliwy to bym mamrotał, że magii się nie dało wyemitować bo ludzie głośno gadali i ją płoszyli... Ale nie, dalej twierdzę, że było tak jak chcieliśmy i basta. Po serii "przypadkowych" ataków na organizatorów i na nas przed Festiwalem i pewnym konstatacjom jakie poczyniliśmy podczas kupowania płyt (tak, tak my kupujemy płyty! a Wy?) to już sam nie wiem co myśleć o takiej wielkiej wrażliwości na naszym punkcie; karpatomania?! Po koncercie na Cocart Fest. w Toruniu przysrywano A. i starano się zniechęcić do nas... a robił to gość, który wpadł na pomysł, że będzie w Krakowie nagrywał płyty z kopiami naszych pomysłów z okresu Sonic Suicide i Mirrors i dlatego koniecznie musi nam dokopać... To miło, ze nie wszyscy przylatują do Krakowa paradować po pijaku i bez majtek ale mam taki apel: facet! Z takim wokalem to się nie porywaj na A. bo Cię jednym joikiem zmiecie ze sceny, a te ogólno artystyczne mamroty wbiją ci się w mind na amen. Przed jubileuszowym Industrialem pojawiła się wielka dyskusja o neofaszyźmie, jak nie pomogło to wyskoczył jakiś bidula, który szuka zwarcia z nami już jakiś czas z utyskiwaniem, że to my a nie lepsi (czyli, rzecz jasna on z kolegami)... No ja nie wiem, czy to jest dobry sposób na zaistnienie w środowisku? Nie czujemy się wcale pieszczoszkami festiwalowymi i jest kilka takich imprez, na których grają ci doskonali wykonawcy, a boją się grać z nami bo my ich zasłaniamy naszą niekompetencją? A to jest jakiś mecz i sparing chuliganów? Nie pomieszało się coś komuś? Chyba tak bo znam taki festiwal, na którym z polskich wykonawcow występuje stale jeden artysta (jest nim oczywiście organizator), a aby zdusić w zarodku wszelkie zakusy innych zrównał był z ziemią wszystkich innych z Polski na forum międzynarodowym. Znam też gościa, który handluje naszymi płytami od 15 lat, ale podczas udzielania wywiadu o swojej działalności i wydawnictwach dostaje nagle amnezji wybiórczej, która mu mija nagle jak jest szansa wpuścić jakiś budyniowy smród w towarzystwo. Taki to ma być nasz budyniowy art od sound?
Jestem zdecydowanym wrogiem organizowania imprez z założenia eliminujących pewnych wykonawców, na takie imprezy nie powinno się dawać naszej wspólnej kasy i nie powinno się też udawać rozliczać łatwo dotacji z UE na tak pojętą kolesiowską kulturę, a właściwie brak kultury. Dla zakończenia tej kwestii podaję, że na Industrial Fest. zagraliśmy poza ostatnią sobotą tylko jeden raz w 2004 roku... to o jakie oklepanie chodzi? Dwa razy na dziesięć... wystarczy na palcach policzyć.
Na Festiwalu było naprawdę o.k. i publiczność bywa intrygująca, świąteczna i celebrująca. No te stoiska z płytami... na naszym stole leży więc kupka płyt do przesłuchania... a obok druga i trzecia... bo ciężko jest z tym spokojnym słuchaniem przy tak wielu zajęciach i wyjazdach.
Pierwsza kupka to całkowicie rewelacyjne wydawnictwo z muzyką Eugeniusza Rudnika w serii Studio Eksperymentalne Polskiego Radia (5) ... wiem, wiem, że stare, bo ma już (wydawnictwo) rok, ale jak wydane i jaka dokumentacja! Rudnik, urodzony w 1933 roku nagrywał takie rzeczy, że słucham i dziwię się dlaczego tu jest takie budyniowo?! Dlaczego jakieś szczyle z pecetem noszą się tak dumnie i mają tak mało pokory i samowiedzy? Nie potrafią czytać, słuchać czy nie chcą, bo tak się sami podziwiają? Druga kupka to doskonałe płyty wydawane przez wydawnictwo Falami prowadzone przez Marcina Babko... z którym znamy się od wielu lat i jakby z innego wcielenia. To inne wcielenie dotyczy tak samo Marcina jak i mnie... Marcin nie należy do specjalnie pokornych i sprzedanych szołbiznesowi, ale jakoś znalazł siłę aby coś naprawdę robić, a nie tylko krytykować i szlochać w kącie. Płyty Falami są raczej dobrze znane, ale te dodatki do nich, typu okulary, albo jak w wypadku The Blue Nun naszych przyjaciół z BOEN - mydełko? to wprawia mnie w doskonały nastrój. Kochani czytelnicy (a szczególnie Ci co nas tak nie znoszą...) to o to chodzi... to o taką pracę chodzi! To jest art of sound, kultura... mydełko, woda, myjemy rączki (niktórzy także móżdżki!) i dopiero słuchamy. Takie płyty chce się kupować, chce się je mieć obok książek... a nie stosy mp3, starych cdr z piratami i całe to dziadostwo. Jasne, można napisać, że chciałem mydełko nie z takim zapachem, albo dlaczego to nie jest ciasteczko? A właściwie to nie wiem czy nie ciasteczko... bo nie śmiałem rozerwać pięknej naklejki. Więc jak nie mydełko to móżdżków tym nie szorować! Nasza płyta ma numer 0258 i przypomina mi się to inne życie w jakim znałem innego Marcina Babko...w którym ręcznie wpisywaliśmy numery na kasetach wydawnych w naszej serii FLY Music, a Marcin biegał do liceum i po plantach...
Albo inna płyta Falami - Rymszary - Mirka Rzepy! Książeczka jest doskonałym przykładem na coś małego, co nas powala od pierwszego otwarcia i tak łączy się sztuka wydawania książek ze sztuką udostępniania muzyki i sztuki dźwięku. A książeczka - cacko jest schowana w okładce z sukna z ciekawym sitodrukiem. Marcin i ekipy muzyków, plastyków i te świetne osoby, które wieczorami siedzą przy lampce z herbatą i cierpliwie kleją te cudeńka... dziękuje im za mój 258 sklejony i zaopatrzony we wszystko... Najważniejsza jest w tym jednak muzyka... niechętnie recenzuje i tym bardziej mam kłopot, że najchętniej z Falami zrecenzowałbym BOEN... bo mi chyba nie wypada? Rymszary doskonałe, składanka Sealesia jak ze skladankami bywa; nie jest równa, ale trudno przecenić takie wydawnictwa dla budowy sceny i dobrych kontaktów.
Trzecia kupka płyt to dobrze nam znane, ale dotąd nie kupione w oryginale i całkiem zagadkowe, a niektóre także pouczające: Muslimgauze (taka miła płytka remixowa: species of fishes), Tabata Mitsuru (Mankind Spree), Sion Orgon (the zsigmondy experience),KK Null/John Wiese (Mondo Paradoxa)... i dowodowy ...Theme (Valentine /lost/ Forever). Do tego jeszcze pięknie wydany zestaw dwóch CD - Wrocław Industrial Festiwal - 10th Anniversary Compilation wydany przez Bleak Netlabel! Nie mowiąc o winylu Cam Deasa, który po naszym wspólnym koncercie rozszedł się błyskawicznie, bo jest niezwykły.
Bardzo szanujemy publiczność i proponuję zawiedzionemu słuchaczowi z soboty udział w darmowych warsztatach na Słowacji i dwóch koncertach w tydzień po nich - powinno być wystarczająco magicznie! Zapraszam bez złośliwości i ciepło! Zaczynamy w piątek wczesnym popołudniem i kończymy w niedzielę wieczorem! To będzie: 18-19-20 listopada czyli za kilka dni, a koncerty 27 i 28 listopada (Nowy Sącz i Preszów) - udział jest bezpłatny.
Na focie Kasi Gierszewskiej-Widota A. i ja w sobotę podczas produkowania noisu... przypominam zapominalskim, że od płyty Sonic Suicide nagranej w 2004, a wydanej przez VIVO Rec. w 2005 roku realizujemy już nie ethnocore (3 CD) ale ethnoise jak do tej pory też 3 CD. Obydwie płyty będą dostępne jako reedycje w naszej ekonomicznej serii World Flag Records w pięknej designerskiej robocie Tomka Rolnika Czermińskiego i z oryginalnymi fotami Bogdana Kiwaka.

OLD SCHOOL TATOO

0 comments

Piątkowy koncert z Ericem i Camem był dobrym doświadczeniem i mam satysfakcję z tego, że udało się zrobić coś tak pozytywnego. I nie chodzi mi wcale o muzykę, która jednych zachwyciła, a innych nie, ale o organizację koncertu, świetną atmosferę, doskonałą publiczność i satysfakcjonujące spotkanie z mądrymi i utalentowanymi ludźmi. Na chwilę mogłem zapomnieć o tym naszym dziwacznym budyniowym piekiełku. To takie właśnie koncerty - spotkania, na których dominuje skupienie i szacunek dla tego co ma do powiedzenia człowiek, który jest na scenie, budują obieg muzyki niezależnej czyli scenę. A scena to także producenci, projektanci, drukarze i goście od plakatowania, kolekcjonerzy i dziennikarze, fotograficy ... To jest scena, a nie jazgot i skamlenie chorych na popularność i wyłączność na jakąś wydumaną "przewodnią rolę"... To zawsze się kończy wytaczaniem ideologicznych armat, salwą... i kulą w płot. Tak się rodzą nawiedzeni kolesie w rodzaju Bono polskiego folku, guru chłopomanów albo etatowi pieśniarze (i pieśniarki) patriotyczni od ministerialnej dotacji do dotacji kościelnej. Bardzo interesujące jest, że to nie oni wzbudzają sprzeciw, ale my, podobno już nazbyt znani... widocznie nie staramy się giglać prostaczków i to jest tak trudne do zniesienia? Jak mówią Słowacy: kaszlem na to!
A propo Słowacji to za tydzień z okładem ruszamy na wyjątkowe spotkanie w Małym Lipniku (18-19-20 listopada)... i planujemy trzy dni pełne muzyki, eksperymentów i rozmów. Zgłoszeń mamy już na tyle, aby te wszystkie sprawy miały sens i najważniejsze, że wszystko odbędzie się w jesiennych Karpatach. Teraz czekam na tych, co dzień przed wyjazdem zapytają czy są jeszcze miejsca i tych, którzy pod koniec listopada napiszą: to już było? No trudno, będę się trzymał stylu old school... chce to znajdzie!
Połowa poprawek do książki już za mną, ale ciągle znajduję perełki do wykorzystania teraz albo w przyszłości. W relacji z Podróży do Bośni i Hercegowiny księdza Marcina Czermińskiego (piękna książka z 1899 roku!) znalazłem opis katolickiego tatuażu stosowanego w Bośni: /.../ rzecz dziwna, że tatuowania dostrzegłem tylko u katolików /.../ tatuowanie u niewiast jest obfitsze niż u mężczyzn. Odbywa się zaś w następujący sposób. W uroczystość Św. Józefa, Zwiastowania Matki Boskiej, Niedzielę palmową albo w jednym z dni Wielkiego Tygodnia, zbiera się o rannej porze młodzież w kółku rodzinnem. Po większej części są to chłopcy i dziewczęta w wieku 13 do 16 lat. Jeżeli sami nie mają odwagi ostrem narzędziem wycinać sobie znaków na skórze, wykonuje to jedna z poważniejszych niewiast, wprawna w tem zajęciu, albo wzajemnie sobie młodzi przyjaciele i przyjaciółki. Złamaną igłą wpierw kreśli się deseń czarną umyślnie na to przyrządzoną farbą, następnie ostrą igłą kłuje to naznaczone miejsce, dopokąd ręka nie zaleje się krwią i ból dozwala. Miejsce zranione zalepia się cygaretową bibułką lub innym papierem, bandażuje, a na drugi dzień ciepłą wodą zmywa najczęściej już zagojoną ranę. /.../ w ciągu dalszej podróży parę razy zdarzyło mi się spotkać Bośniaków lub Hercegowińców, którzy na zapytanie czy są katolikami, jako dowód pokazywali tatuowane krzyże na piersiach i rękach. Jest coś mocnego w tym old schoolowym podpisie i determinacji. A jak się pomyśli kiedy i gdzie się to działo...
Ciekawym też przyczynkiem do etnobotanicznych dziejów Karpat jest opowieść o pojmaniu rozbójnika pienińskiego Józefa Baczyńskiego, który w XVIII wieku grasował pomiędzy Rusią Szlachtowską a Litmanową. Chłopi (jak zawsze łasi na nagrodę) namówili kobietę, u której zbójnik spędzał noce, aby kiedy zaśnie rozsypała po podłodze groch... Zaskoczony rozbójnik nie mógł się bronić, bo kierpce się mu kiełzały po grochu... i został powieszony w 1735 roku w Krakowie. O chłopach nic nie wiadomo... jak też o tych, którzy męczyli i zabijali drobną szlachtę i ziemiaństwo za parę nowych butów od obcego wojska i dopiero RUTA zrozumiała ich niedolę i sławi internacjonalistyczne przesłanie bezmyślnych rzezi, które nazwano buntami chłopskimi. Pamiętam, że jak w latach 70. XX wieku chłopi przywiezieni do Krakowa i uzbrojeni w kawałki kabli wielożyłowych (bo nie było tylu pałek na stanie MO) lali studentów, to się nazywało - daniem nauczki elementom anarchistycznym i rewizjonistycznym sterowanym przez Zachód. Może i oni nucili po bramach na Karmelickiej i Szewskiej jakieś pieśni buntu? A teraz pan Janusz Palikot z koleżeństwem postuluje aby humanistyczne studia były płatne. A mydli nam oczy politologiem z Pułtuska i panią Anią?!
Jak ciśnienie będzie zbyt wielkie, to od biedy na nogach zajdziemy w tundrę... i tu też ciekawa obserwacja; mieliśmy we czwartek komplet na sali przy skromnie promowanym pokazie fotografii z letniego trekkingu za kręgiem polarnym. Jak będziemy chcieli mieć nadkomplety i być pieszczoszkami publiczności spragnionej mistycznych uniesień za tzw. freeko, w cieple i niezbyt daleko od domu... to damy ogłoszenie: mistyczne wtajemniczenia w świętych miejscach Laponii i spotkania z szamanami w trzecim kręgu mocy z błyskawicznym leczeniem przez oglądanie obrazków! Poczęstunek gratis...
A pomyśleć, że były czasy gdy za naukę dawano sobie rękę odciąć albo w wersji soft chociaż krzyż wydziargać na dowód szczerych intencji... taki to jest ten old school!?
W sobotę mamy grać na X Industrial Fest. we Wrocławiu i już skarżą się jacyś nieboracy, że ich prześladujemy naszą muzyką i pewnie samą obecnością. Biedaczyska... a wystarczy iść wieczorem do kina. Bo są nowe, wspaniałe, niedościgłe i śmiałe projekty i tylko my przeszkadzamy im rozwinąć skrzydła i zabłysnąć pełnią geniuszu scenicznego. Wyrywamy im mikrofony i rysujemy fantastyczne płyty, na które świat tak czeka!? Scenie muzycznej budyniowa zaczynają się udzielać chuligańskie stadionowe obyczaje, no niby dlaczego ma być tam lepiej niż w parlamencie?

PLASTIC MEDICINE MEN

0 comments

A. przygotowując jeden ze swych autorskich wykładów, jakie od roku wygłasza raz w miesiącu w Poznaniu (będzie z nich kiedyś książka, która zapowiada się smakowicie), korzystała z bardzo inspirującej pracy Roberta J. Wallis'a - Shamans/Neo-Shamans Ecstasy, alternative archeologies and contemporary and Pagans z 2003 roku. Krytyczne teksty autora dotykają wielu spraw z jakimi i my się często spotykamy i o czym wiele razy dyskutowaliśmy. Na FB od czasu do czasu także widzę wpisy - nazwijmy to - neo-szamańskie. Kilka rozdziałów tej sporej książki bardzo mnie zainteresowało, tym bardziej, że kończę kolejne poprawki i uzupełnienia do mojej książki o roślinach w tradycji Karpat i Bałkanów.
Robert J. Wallis omówił zjawisko, które nazwał - Plastic Medicine Men, kluczową figurę określoną jako White Shamans oraz bardzo ciekawie potraktował Carlosa Castanedę, uznając, że opowiadał on prawdę ukrytą w fałszywych relacjach ze swych wtajemniczeń na pustyni Sonora. Trochę też powątpiewa w istnienie "sacred" sites co dziwi mnie niepomiernie!
Generalnie jest to tekst bardzo krytyczny wobec przejawów neo-szamanizmu, w którym głównym oskarżeniem wobec białych szamanów jest to, że za nie swoją wiedzę biorą kasę. Jak zwykle w takim podejściu pojawia się oskarżenie o brak kompetencji kulturowych. My, jako Karpaty Magiczne czyli pewna idea wcielana w życie od kilkunastu lat, także byliśmy atakowani o brak kompetencji kulturowych... Atakował nas gość z Poznania, który chciał mieć wyłączność na tradycje karpackie... i to było bardzo śmieszne. Nie tylko dlatego, że my naprawdę pochodzimy z Karpat i mamy Je w każdej komórce ciała, ale dlatego, że on te tradycje wyobrażał sobie jako uporczywe fiukanie na fujarce. No więc sprawa tych kompetencji nie jest całkiem prosta. Co ma oznaczać podział na białych i tych prawdziwych (bo nie białych) szamanów? To jak z modą na tzw. japanese czyli ekipy szalonych muzyków z Japonii (często via USA)
- co by nie robili to zawsze byli the best bo za nimi stał filmowy mit Siedmiu samurajów i stu innych produkcji kreujących azjatyckość w stylu zaprezentowanym w Kill Bilu...i która tak wszyscy kochamy!
Albo ktoś jest szamanem albo nie jest, szaman czesto zostaje nim wbrew swej woli. Szamani nie-biali czyli prawdziwi chyba nie przetrwali do naszych czasów od prehistorii i nie mają po 5000 lat? Zarzut wobec białych szamanów jest taki, że są biali (więc nie mogą być prawdziwi) oraz taki, że use spiritual ceremonies with non-Indian people for profit.
Jak Czerwony Brat wciska kit w makiecie puebla w Nowym Meksyku i bierze kasę, to jest uprawniony, a jak gość, który połączył w swych warsztatach wiedzę i praktykę kilku dróg i praktykuje od 50 lat, zechce się urwać z biura i utrzymywać z tego co potrafi i chce robić, to jest bardzo be! No, jakoś tego nie kupuję. W Indiach i Nepalu spotykałem lamów, świętych i joginów, ale nie było ich zbyt wielu, a przeciętna wiedza o własnej kulturze i religii nie jest tam jakoś specjalnie imponująca.
Początkowo więc intencje autora nie są jasne i trudno się zorientować o co naprawdę chodzi. Pokazywanie skanów ulotek zapraszających na zajęcia szamańskie jak na prywatkę lub naukę tańca brzucha, to chwyt poniżej pasa ( w budyniowie widziałem zaproszenie na majówkę szamańską... szkoda, że nie na Wielkanoc z wtajemniczeniem orła...?!) bo można też podsumować kuchnię w Krakowie pokazując zapiekanki... co nie jest jednak prawdziwym obrazem. Ulgę przynosi dopiero zauważenie trzech grup zainteresowanych tematem: naukowców akademickich, neo-szamanów i społeczności autochtonów. Naukowcy mają inne podejście i inne interesy niż obiekt ich badań czyli neo-szamani i autochtoni, a sami indigenous people widzą wszystko jeszcze inaczej. A widzą to bardzo konkretnie i fragment zamieszczonej w książce rezolucji z piątego zgromadzenia Tradition Elders Circle z 1980 roku, dyktuje cztery pytania jakie należy zadać non-Indian brothers and sisters gdyby chcieli nauczać szamanizmu (? dla mnie uczenie kogoś szamanizmu na kursach to nieporozumienie): 1/ Jaką nację reprezentuje delikwent, 2/ Jaki jest delikwenta ród i pochodzenie? 3/Kto delikwenta poinstruował i gdzie się szkolił? 4/ Jaki jest ich adres domowy? No i odpowiedzcie sobie neo-szamani na te pytania i wyjdzie szydło z worka!? To ja się zaczynam Carlosowi Castanedzie nie dziwić, że opakowywał prawdziwe doświadczenie i wiedzę w opakowanie falszywych, ale jakże poczytnych relacji, które rozeszły się (i rozchodzą) w milionowych nakładach.
Wybór jest jasny: albo się jest naukowcem, albo neo-szamanem, albo rodzi się z patentem na wiedzę? To dość słaba koncepcja Starszyzny, chociaż da się zrozumieć ich racje. No więc co z tym neo-szamanizmem...?!
Na focie kamienny krąg z Jokkmokk za kręgiem polarnym, a właściwie to środek kamiennego labiryntu. Nie stara budowla, nie nowa koncepcja, pewnie jacyś neo-szamani?

1000 LAT NOWOCZESNOŚCI

0 comments

Kilka ostatnich dni nie mogłem nawet pomyśleć o pisaniu bloga... siedząc cały czas przy czarnej klawiaturze mojego nowego MAC Pro... Tak wygląda intensywna praca nad książką (te cholerne przypisy... na stu stronach było ich 50.), a jeszcze pozostaje 200. stron i dobór ilustracji. Równolegle konsultowałem powstający film o blisko rocznym projekcie ratowania pierwiosnki omączonej jaki pięknie zmontowała Kasia Gierszewska! Mimo dużej roboty i moich bezlitosnych poprawek Kasia zmontowała także krótki zwiastun... Pewnie umieścimy go na YouTube? Film jest zawodowy, więc pewnie nudny dla wszystkich rzeczników prostych i efektownych akcji typu STOP to czy tamto. Nasza muzyka, podarowana na rzecz interesów Primuli całkiem nieźle brzmi w filmie i okazuje się, że można mieć niezłe brzmienie w przyrodniczym dokumencie i ominąć tzw. muzykę z metra czyli tapetę bez wyrazu.
Ostatnio umknęło mi odnotowanie świetnego koncertu na jakim byliśmy kilka dni temu. Morton Subotnick w wielkiej sali kina Kijów to było bardzo interesujące doświadczenie. O muzyce nie będę pisał, bo Subotnick jest tak doświadczonym artystą, że przychodzi mi na myśl tylko jedna definicja sztuki; to jest wszystko to co robi artysta. Niskie dźwięki wiały nad podłogą po nogawkach całkiem miło i obrazy generowane przez towarzyszącego Subotnickowi artystę nie usypiały nijakością. Niestety, organizatorzy postawili nam ubogacić wieczór i zestawili Mortona Subotnicka z dwoma dziełami innych artystów. Niestety dlatego, że pierwszy był rozgadanym piewcą balang i old schoolowych kolaży filmowych (czekaliśmy na obraz wybuchu bomby atomowej... i B52 nad Wietnamem), a drugi to cofnięcie filmu do czasu układania obok siebie fotografii... Zabieg przez pierwszą minutę interesujący, w miarę upływu czasu uświadomił nam dlaczego wolimy film niż oglądanie albumu. Inna konstatacja to taka, że wielu ciągle się wydaje, że dźwięk musi być zawsze tylko echem obrazu... stary Subotnick w to nie wpadł, a młody lew jak najbardziej... Słuchałem siwego Subotnicka i uśmiechałem się na myśl o tym jak jeszcze długo mogą się ze mną męczyć niektórzy muzycy z naszej "sceny"... a to panowie trochę jeszcze potrwa... Subotnick w latach 60. ubiegłego wieku był już współtwórcą słynnego San Francisco Tape Music Center! Jest więc ze 20.lat starszy, a trzyma się doskonale i wymiata. Pośród wielu wydawnictw Subotnicka natrafiłem na ładny tytuł: The Double Life od Amphibians z 1984 roku.
A. skończyła właśnie czytać całkowicie rewelacyjną książkę Tarnów. 1000 Lat Nowoczesności pod redakcją Ewy Łęczyńskiej-Widz i Dawida Radziszewskiego. Wydawcą jest Stowarzyszenie 40 000 Malarzy, dzieło ma 500. stron i powala całkowicie. Już samo przywołanie w dedykacji postaci Jana Gałuszka Dagaramy powoduje, że ma się ostry apetyt na tę cegłę. Niestety... a może na szczęście jest jeszcze wiele stron, do których dopiero dobrnę jutro. A jak dobrnę to opiszę! Kto by pomyślał: Tarnów i 1000 lat nowoczesności...a jednak!
Dzisiaj podglądaliśmy obraz z kamer umieszczonych w Porjus za kręgiem polarnym i w lokalnej prognozie pogody okazało się, że nad Sitasjaure w środku Laponii nie jest jeszcze dużo zimniej niż w Krakowie... Za tydzień mamy pokazać foty z trekkingu z sierpnia... dlatego ta fota... Tęsknimy!

GABINET ODNOWY DŹWIĘKOWEJ

0 comments

Tytuł wpisu i w pewnej mierze hasło przewodnie ostatnich tygodni, pochodzi od A., która szykuje bardzo interesujące przedsięwzięcie. To długofalowa akcja i w stosownej chwili pewnie sama to opisze i zaanonsuje.
Roboty ani trochę mniej i pisanie bloga jest aktem lekko nie na miejscu... Trzymam się jednak zasady, że wpisy nie mogą powstawać z braku innej roboty lub wylewu emocji. Blog to jednak jakaś dokumentacja, kalendarz i pamiętnik ?
Dzisiaj, po kilku dniach pracy i ok. 6 godzinach technicznego opanowywania przez komputer naszego filmu, Kasia Gierszewska wysłała mi roboczą wersję dokumentu na temat projektu ratowania ostatniego miejsca występowania w Polsce niejakiej Primuli farinosy (jej fota o dwa wpisy niżej) czyli pierwiosnki omączonej. Jeszcze troche drobnych poprawek i uzupełnień plus dopasowanie muzyki i będzie gotowy dość niezwykły film. Ostatnią godzinę spędziłem na poszukiwaniu odpowiedniej muzyki i prżez ten czas wpadałem w nerwy... tyle płyt nagraliśmy, a pod Primule muzyki nie znajdowałem. Na koniec jednak udało się i zanotowałem w pamięci aby jeszcze coś nagrać... bo najwidoczniej mało. Co do starych nowości, to na You Tube można szukać filmiku Karpaty Magiczne w Galerii EL - ma ok. 5 minut i bardzo udanie pokazuje (nawet niezły dźwięk) fragment naszego działania z 30 września! Jutro będę montował cztery wybrane fragmenty z tego koncertu jakie zarejestrowaliśmy sami. Z tymi nagraniami jeszcze popracujemy i mamy pewne plany.
Całkiem inna robota to ponowne opanowywanie mojej książki Zielnik podróżny... , bo jak już pisałem znalazł się wydawca i jest czas aby jeszcze nad tekstem i ilustracjami popracować. Książka ma być na luty lub marzec i cieszę się z tego, mimo, że te 300 stron kryje pewnie jeszcze wiele pracy i problemów technicznych. Chciałbym aby książka była jednocześnie nowatorska i klasyczna... To chyba ostatni wpis na ten temat i następny to będzie już zapowiedź jej wydania... mam nadzieję!
W ostatnim tygodniu mieliśmy wejścia w Radiu Kraków i Radiofonii, co wydaje się być bardzo ważne w sytuacji rozpanoszenia stylu RSO (radiowych-słupów-ogłoszeniowych)... zdecydowanie preferujemy i wspieramy styl FFR (free-form-radio), które najwidoczniej i nas lubi? W Radiofonii ogłosiliśmy nabór na warsztaty 18-19-20 listopada na Słowacji, ale jakiegoś wielkiego ścisku w zgłoszeniach nie ma...?!
Poza tymi zajęciami jest jeszcze kilka na wczoraj... ale daruje sobie tej wyliczanki. MoZe dlatego złości mnie i śmieszy na przemian to skarżenie się młodych ludzi na brak dobrej pracy i perspektyw na przyszłość oraz wysokich cen mieszkań... Mają coś do zaoferowania w zamian? To, że chodzą (od czasu do czasu) do szkoły ma te drobiazgi zapewnić? Kochani, popracujcie po 10 -12 godzin dziennie w trzech zawodach i udowowdnijcie, że macie coś do powiedzenia i wszystko się "samo" ułoży. Tylko tyle trzeba...
Czasem udaje się otworzyć tivi i nie zobaczyć biskupa albo p. Palikota (ostatnio był przekładaniec: Palikot/JP2/biskup Michalik/biskup od krypty/Palikot itd. - i Palikot raz budował krzyż, a innym razem opowiadał jak zdejmie krzyż... Jezusie słodki! Nawet redaktor Kraśko już nie wie kogo popierać... To samo u lewaków: pryszczaci z liceów prywatnych, za których rodzice płacą miesięcznie tyle ile wielu ludzi zarabia przez miesiąc (co jest skandalem i zgoda na to! ale fakt jest faktem) maszerują jako nowy ruch Oburzonych, bo poczuli zew solidarności z ubogimi i zgłaszają się na kierowanie nimi w słusznej sprawie, która z pewnością nakreśli dokładniej komitet partyjny. Kontestacja ośmieszona do spodu. Nawet w tłumie widziałem transparet: Władza dla wyobraźni... ja nie mogę, goście przepisują hasła z publikacji na temat maja 68 w Paryżu. Szkoda, że nie chce się im jakoś poczytać o tym maju dokładniej... bo jakby się do sytuacjonistów dogrzebali to aż strach. Pewnie teraz się przebiorą za krasnale i będą udawać, że sami to wymyślili. Tak rodzi się tzw. nowa lewica, którą zawiaduje kilku marksistowskich wodzów z bogatych domów...przy czym określenie rodzi się jest mocno umowne. Ta lewica jest pompowana kasą i układami, a reszta moich myśli biegnie już tylko w kierunku zjawiska zwanego zatwardzeniem.
Na moment jednak udało się umknąć palikotodziwiszowi ( a straszyli nas w tivi palikototuskiem i kaczorydzykiem) i oglądaliśmy zadziwiający film z serii ponurych historii o skorumpowanych i szlachetnych glinach, ale w wydaniu francuzkim! No i proszę bardzo... aż wynotowałem kilka cytatów wartych zapamiętania: nie jada się z diabłem nawet długą łyżką albo inny cytacik: książę z bajki nie pije calvadosu o 6 rano... i mocna wymiana zdań: ma pan niewyparzoną gębę jak każdy wyautowany gość i odpowiedź wyautowanego gościa: z boku lepiej widać grę...! Rewela i dlaczego mi się to tak podoba?
Na obrazku owoc dwukolczaka...ilustracja do mojej książki.

ZIARNA ZMIAN

0 comments

Roboty tyle, że znowu nie wiadomo od czego zaczynać i jak ustalić tzw. priorytety. To trudne gdyż żyjemy światami równoległymi i realizujemy bardzo różne porządki - jako muzycy, fachowcy w swoich dziedzinach, troche nomadyczni i troche zakopani w liściach naszego mieszkania w Wieży. Troche bez słów, ale i z wieloma słowami, które czasem przelewają się przez nas i lądują czarnymi zaklęciami na stronach książek, pism i kodach 0-1 gdzieś tam? Nagryzione jabłko smutno przygasa w kilku naszych pupilach od Jobsa i czeka na zdecydowane dotknięcie aby rozbłysnąć. Wczoraj w audycji Antka Krupy w Radiu Kraków A. powiedziała, że nasza muzyka jest gdzieś pomiędzy światem Jobsa, a dotknięciem tundry. I guzik mnie obchodzi czy to jest cool. Mam od dawna inny plan: /.../ Prawda, mogłem przecież stawić bardziej zdecydowany opór z większym czy mniejszym skutkiem, mogłem wpaść w szał i przeciwstawić się społeczeństwu, lecz wolałem, aby to ono wpadło w szał z mojego powodu, jako, że to jego sytuacja była beznadziejna /.../ H.D.Thoreau ... to cytat jaki zamieściłem na kasecie z nagraniami Atmana z koncertów w klubie Riviera-Remont (1989r.) i OKA Kino/Teatr/Tęcza w Warszawie (1990r.). Jest tam podziękowanie dla Sławka Gołaszewskiego (grał na klarnecie i był) i Roberta Brylewskiego (miks nagrań).
Ten cytat to moja, ciągle aktualna, odpowiedź na zadymę wyborczą i dla tych co nagle stali się tacy upierdliwi co do autostrad, a sami nie są wielkim przykładem skuteczności i punktualności.

Mamy już kilka elementów, z których warto złożyć sound artowy artefakt Long Strings Installations... to zaczyna być z każdym dniem ciekawszy projekt. Jeszcze w listopadzie chcemy rozciągnąć struny przynajmniej dwa razy i zarejestrować nowe środowiska brzmieniowe jakie tworzą się w interesujący sposób na styku dowolnego i technicznie określonego. Ten swoisty ekoton przynosi nowe brzmienia, inną niż znana nam dynamikę i nade wszystko jakieś intrygujące doświadczenie czasu.

Pracujemy z Tomkiem -Rolnikiem- Cz. nad składem mojej książki i pięknie wyłania się nam z rozmów, myśli, błysków intuicji, setek fotografii wykonanych kiedyś "nie wiadomo po co?" i całkiem realnej biegłości, która daje do myślenia. Zielnik podróżny - rośliny w tradycji Karpat i Bałakanów (troche) przewodnik alternatywny i (trochę) wprowadzenie do etnobotaniki... może się wreszcie objawi? Jeszcze wiele pracy przed nami...
Henry Hobhouse napisał kiedyś książkę Ziarna zmian - sześć roślin, które zmieniły oblicze świata
(spokojnie znajdziecie ją w kryształowej kuli...) i opisuje tam wiele bardzo ciekawych spraw, a pośród nich historię młodego Sigmunda Freuda, który pod wpływem kokainy napisał w 1884 roku rozprawkę wychwalającą narkotyki. Mamy rok 2011, Ziarna zmian i autorzy tysiąca innych książek dawno temu temat euforii narkotykowej rozpracowali, rośliny zawierające halucynogeny zmodyfikowano genetycznie do monstrualnych przypadków, rozpracowano także wątki służb specjalnych, które pewne narkotyki rozpowszechniały, testowały i modyfikowały dla celów wojskowych - a tu niejaki Kamil Sipowicz odkrywa koło przy poklasku klaki dziennikarskiej. Odgrzebał otóż wspomniany KS stare indyjskie księgi (zapewne zdeponowane pod Warszawą) i światu był ogłosił dobrą nowinę. No, to jakaś jest porażka totalna.
4 listopada ukaże się nowa, koncertowa płyta z nagraniami z Festiwalu Herbaty. Jest zawartość czyli TEA Events, jest okładka i będzie też jej edycja w UK!
Jest też cała nasza relacja z trekkingu w tundrze i górach Laponii z lipca 2011 do przeczytania w Internecie w czytelni Fragile.
,
A dzisiaj Światowy Dzień Drzewa, ale na fejsie znalazłem także i z tego niezadowolonych...no cóż?!

Obrazek to znakomity logotyp zaprojektowany przez Tomka Rolnika CzermiNskiego - naszego nowego: ziarna zmian...

Na żywo!

0 comments

Nasza Long Wave Installation przerodziła się na kilka dni w Long Journey Installation czyli męczącą, ale kształcącą podróż po kraju. Od biedy można by przyjąć, że to był happening albo kilka eventów, które A. realizuje w tej chwili w Lublinie, a od czwartku w Poznaniu. Do Elbląga ruszyliśmy koleją i oszczędzę wszystkim kwękania na PKP... bo było czysto, smacznie, punktualnie i nie śmierdziało. Punktualność nas słabo cieszyła, bo podróż obliczona wstępnie na ok. 15 godzin, nie skłaniała do triumfalizmu... Dla nas od zawsze liczą się wszelkie ekotony więc w relacji pominę jednorodne stepy Mazowsza i zaczne od Tczewa. Ta malownicza miejscowość powitała nas napisem: Rozrząd z Górki Oraz Odrzut Wzbroniony ! Nawet nie chcę się domyślać co autor miał na myśli... Gdańsk Główny powitał nas podobnie czyli powiewem starego dobrego surrealizmu: na peronie 2 znajduje się sklep (punkt handlowy?!) pt. akcesoria erotyczne! Rozumiem, że pomocne było stoisko z nożami i maczetami na starym Dworcu Centralnym w Wa-wie, bo za plecami Wa-wa Zachodnia, a przed nami Wa-wa Wschodnia i pomoc jakaś się zawsze przydawała, ale co proponuje Gdańsk, że już na peronie ważne jest dobre zaopatrzenie w akcesoria erotyczne?! Nawet zakładając, że niezbędne zakupy robić należy przy wyjeździe...to co tam się wyrabia? Może chodzi jednak bardziej o długi czas w podróży jako element kreatywności, no bo raczej nie wzmacniający libido?! Bardzo sprawnie, ale już z udziałem ZKA (zastępcza komunikacja autobusowa) kolej dowiozła nas do Elbląga na około 11.00 Jeżeli podzielimy te ok. 700 km przez 17 godzin podróży to nasza średnia prędkość wyniesie ok. 40 km na godzinę... to nie jest oszałamiający pęd? Muszę przyznać, że warunki jazdy były całkiem o.k. i widok za oknem potwierdzał tezę o jednej wielkiej budowie jaka rozgrywa się właściwie wszędzie. Nie śnię o szybkości 200 km na godzinę, ale gdyby osiągnąć kiedyś te realne 100...!?

W Elblągu zauważyliśmy drogowskaz: Sucha Beskidzka - 642 km ... i poczuliśmy, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego te wszystkie całkowicie różne kultury/przestrzenie jakie widzieliśmy za oknem wagonu w ostatnich 17 godzinach są zespolone w jeden organizm państwowy? Nasze obserwacje polityczne pokazują, że ten twór zamieszkują całkowicie obcy sobie ludzie, którzy przemawiają w różnych językach i mają zasadniczo różną mentalność, a spojeni są jedynie starym budyniem!
W Galerii EL zastaliśmy totalny remont wokoło i ducha warsztatowego wewnątrz. To nas bardzo ucieszyło, bo tzw. koncert zaczyna się jawić wyłącznie jako akcja szołbiznesowa i trudno nam obronić koncepcje, że to coś jak wystawa dzieł malarstwa lub rzeźby (albo instalacja ...), a i innych broniących tej tezy ubywa z każdym programem tivi, który robi gwiazdy z małoletnich dotkniętych nieuleczalną zarazą chciejstwa natychmiastowego.
Struny zostały więc naciągnięte do długości 20 m! To nasze trzecie doświadczenie przyniosło nam wiele praktycznych obserwacji i kolejną rejestrację. Wieczór był naprawdę interesujący i byłoby naprawdę o.k. gdyby częściej organizowano tego typu przedsięwzięcia. Nie ukrywam, że mocno różniliśmy się w naszych wizjach Bałtyku, ale to chyba ma sens o ile jest miejsce gdzie te wizje mają szansę być zaprezentowane obok siebie. Mam nadzieje, że stare taktyki wykluczania z projektów, festiwali, prezentacji i wydawnictw, których doświadczaliśmy dawniej i doświadczamy stale zaczną być w opinii środowiska tym czym są czyli smrodem egocentryków. A. z Lublina przekazuje, że może jest szansa na zmianę, bo widać, że interesujące projekty wymagają szerokiej współpracy. Mam nadzieje, że jeden z muzyków grających w Galerii EL pytając mnie o techniczne parametry długich strun miał na myśli taką właśnie współpracę? Byłoby miło, bo płacimy za jakieś pipcenie po Wiśle (zobacz poprzedni wpis) znajomym królika, ale jakoś trudno sięgnąć po to co robi się na miejscu? Ale może to sprawa dorośnięcia, bo : nie ma innej drogi niż osobiste doświadczenie! I jeszcze jedno z A. Gaupa (dziennikarza, pisarza i szamana Samów): /.../ nie możemy być tak poważni jak księża. Praktykujemy rytuały, ale jesteśmy równocześnie artystami, gawędziarzami i klownami./.../ Może więcej luzu i mniej tej nadętej powagi i zachłyśnięcia dorwania się do sterownika...to jeden z wielu i czasy najważniejszych dawno się skończyły. Przed wyjazdem z Ełku (a wybraliśmy się też do Fromborka poczuć klimat pracowni Kopernika...) w hotelu gdzie nocowaliśmy zobaczyliśmy plakat: Kazik na żywo - koncert w hotelu po 160 zł od łebka zainteresowanego buntowniczym przekazem...! Wow - jak mawiają górale z Zakopanego! Na żywo ...to i cena musi być! Zaciekawiło mnie tylko czy koncert odbędzie się na żywo w restauracji hotelowej czy w jadalni, tam gdzie wciągaliśmy serek i kawkę? Kryzys w Hiszpanii czy twórczy? Juwenalia w Krakowie dopiero w maju i jest jeszcze kawał czasu...
Zupełnie nie kleją się nasze koncerty z Tomkiem Hołujem - wszystkie propozycje lub odpwowiedzi na nasze propozycje są trudne do zaakceptowania, szczególnie dla kogoś, kto na koncert ma przybyć ze Sztokholmu. Szkoda wielka, bo zaiskrzyło muzycznie świetnie.
Dobre wieści napłynęły ze Słowacji i mogę już ogłosić, że zaplanowaliśmy trzy dni warsztatów opartych o trzy obszary wiedzy i doświadczenia: tradycyjne instrumenty pasterskie Karpat (budowa, sposoby gry, znaczenie w kulturze tradycyjnej itd.), głos i tradycyjne techniki wokalne: karpackie travnice, nytu, joik, kamłanie, głos dla zdrowia i równowagi oraz trzeci obszar - etnobotaniczne aspekty muzyki tradycyjnej i magiczne rośliny Karpat i Bałkanów. Zajęcia poprowadzi Michal Smetanka, Anna Nacher i ja... w Małym Lipniku nad Popradem (okolice Muszyny, ale po słowackiej stronie). Wszystko zaplanowane jest na 18-20 listopada 2011 roku. Chętni mogą się przyłączyć do zakończenia warsztatów w formie roboczych koncertów w Nowym Sączu (kościół ewangelicki, tam gdzie organizowaliśmy dotąd koncerty Naturton, Matouska, mnichów tybetańskich...) - 27 listopada oraz w Preszowie na Uniwersytecie - 28 listopada! Dodatkowa dobra wiadomość to to, że wszystkie zajęcia poprowadzimy bezpłatnie i chętni muszą ponieść jedynie koszty bytowe czyli: dojazdu, wiktu i noclegu, które nie są zbyt wysokie. Postaram się za kilka dni opublikować oficjalne zaproszenie, ale wiem, że najwytrwalsi i tak śledzą nasze blogi więc zawiadamiam już dzisiaj! Zachęcam do kontaktu w sprawach dotyczących warsztatu na adres mailowy: marek.styczynski@gmail.com
Inna bardzo dobra wiadomość to drugie podejście do wydania mojej książki o zapomnianych roślinach magicznych Karpat i Bałkanów... może tym razem się uda się to zrobić?!
Krakowskie pismo kulturalne FRAGILE z naszą bardzo osobistą relacją z lipcowo/sierpniowej wędrowki po tundrze (w drukowanej wersji jest skrót, a w wersji internetowej całość tekstu) jest już w dystrybucji! Wszystkich, których interesuje nieco inne wędrowanie i/albo szamańska tradycja Samów zapraszam - Padjelanta trek - forsowne wyjście z odurzenia we Fragile, którego leadem jest - Odurzenie!
Na focie Primula farinosa, roślina występująca w jednym jedynym miejscu w Polsce, ale tu na stanowisku w górach Bułgarii i to wysoko, bo na ok. 2,5 tys. m n.p.m. Fota mojego kolegi (jeszcze z liceum) Romka G. która podarował do materiałów jakie opracowuję w zawodowym projekcie dot. ochrony tego gatunku.
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội