JOSHUA LIGHT SHOW Ash Ra Tempel RYOJI IKEDA

0 comments

Cały mój stół zasłany jest fantami z wyjazdu do Berlina, z którego wróciliśmy dzisiaj, lekko po północy. Po grudniowej eskapadzie nie sądziłem, że będzie tak intrygująco, przyjemnie i inspirująco. Pewnie będę jeszcze o tym pisał, bo to co widzę obok laptopa i kubka z hernatą (Libanon Tee, pakowana po kilo i pół kg... i żałuję już, że byłem ostrożny i mamy mniejsze opakowanie!) to kilka całkiem różnych wątków i opowieści. W tej pierwszej relacji ogarnę jedynie to co na stole, aby poukładać te kolorowe klocki doświadczenia.
Cała wyprawa urodziła się z zawodowego musu A. aby brać udział w Transmediale czyli festiwalu sztuki mediów organizowanym w dobrze nam znanymi Haus der Kulturen der Welt (HKW), który na naszej psychogeograficznej mapie Berlina jest mocnym i znaczącym punktem. Mnie, poza księgarnią, wystawą sztuki mediów i kilkoma inspirującymi akcjami (np. lekkie "artystyczne" porażanie prądem... z którym ja bym się w Berlinie raczej tak nie afiszował...) wabiła szansa na oglądanie legendarnego Joshua Light Show do koncertu także legendarnego Manuela Gottschinga z krautrockowej formacji Ash Ra Tempel (później Ashra). Manuel G. powracał tym koncertem po 5. latach przerwy i mimo, że nie jestem największym fanem krautrocka to doceniam jego osiągnięcia i odrębność. Joshua Light Show to legendarny Joshua White, który "oprawiał" wizualnie koncerty Janis Joplin, Hendrixa, The Doors, Franka Zappy, Santany i kilku innych ekip z Tamtych Czasów... Slaydy Joshua traktuje kolorowymi pigmentami wpuszczanymi pipetą na olejowe podkłady i wszyscy, którzy nie mieli czasu i szkoda im było kasy na The Doors, Joplin i Hendrixa... pamiętają mocną scenę z tymi analogowymi wizualizacjami z filmu Nocny Kowboj. Jeżeli ktoś nie wie kto to Janis Joplin, The Doors... i nie oglądał też Nocnego Kowboja jest proszony o zakończenie czytania moich blogów i przystąpienie do matury.
No i tak: wpadamy do HKW, a tam bilety wyprzedane na Joshua / Ashra... W HKW jest sala na kilkaset osób (może 1000?) i dwa dni przed zero biletów, a Joshua Light Show miał trzy pokazy z trzema różnymi zespołami (niestety nie mogliśmy iść na mojego faworyta: Super Silent! w czwartek). Inna rzecz, że Joshua White stacjonuje w NYC i w Berlinie był pierwszy raz!!! Dzięki wspaniałej akcji Jacka E Zero ... bilet dotarł do mnie przed koncertem i mogłem zagłębić się w fotelu na godzinkę całkowitego wizualnego odjazdu! Manuel Gottsching okazał się skromnym facetem i już jego minimalny zestaw na scenie zjednał mu wiele sympatii. Analogowe syntezatory plus dwa laptopy (muzyk wykorzystywał do muzyki tylko jeden z nich) plus gitara elektryczna, to było wszystko i wystarczyło. Ashra jest ciepło wspominane i traktowane z atencją ze względu na to, że Manuel Gottsching popełnił kiedyś utwór E2-E4, który przez wielu uważany jest za pre-techno. Ashra było więc łącznikiem pomiędzy starym (krautrock), a nowym (techno, rave), teraz jedno i drugie jest stare, ale fani się wymieszali i celebrują! Ważny jest kontekst krautrocka (jako niemieckiej szkoły i silnej sceny nie ulegającej amerykańskiej supremacji muzycznej), który jest jakoś ciągle obecny i raz po raz powraca. Po naszych kontaktach z Embryo i Damo Suzuki (CAN) i nieco mniej znanymi muzykami, widzimy, że część tej sceny już tylko odcina kupony, ale niektórzy robią całkiem interesujące rzeczy. Manuel G. nagrał wiele wersji E2-E4, ale wersja live z Zeitkratzer ensemble (koncert odbył się na Rosa-Luxemburg-Platz 25 marca 2005 roku) wydaje się całkiem interesujący i słucham go z przyjemnością.
To tak tylko kilka słów na temat, który wydaje się warty podjęcia na różne sposoby!
Berlin to oczywiście także mój ulubiony sklep z instrumentami perkusyjnymi... tym razem kupiliśmy kilka drumli z Syberii i Indii. Drumla dla Bogdana jest pięknym okazem drumli morsing i mam nadzieje, że B. nie pozbędzie się zębów, bo jest bardzo twarda i doskonale brzmi! Drumle pasterzy reniferów gadają undertonami i jest to z mojej strony lekki ukłon w stronę pop...
O tym co działo się w HKW można by wiele napisać bo spędziłem tam kilkanaście godzin, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Poza Transmediale musieliśmy też odwiedzić następny (a mój ulubiony) budynek muzeum sztuki nowoczesnej - Hamburger Banhof. Jest tam coś całkowicie niezwykłego, totalnie przejmującego i genialnego! Emanacja estetyki Zen na 2012 rok! To praca kompozytora i visual artist Ryoji Ikedy składająca się z dwóch wielkich przestrzeni (białej i czarnej) i zatytułowana "db" (od decybel). Tego właściwie się nie da opisać i tylko można podać kilka haseł: smugi światła, ekrany zapełnione kodem cyfrowym, dźwięki i sekwencje, oślepiająca biel i czerń bez dna, swobodna przestrzeń i prostota. To jakby wejść do gigantycznego komputera do środka i znaleźć tam kamienny ogród Zen... Sygnały / dźwięki oscylowały wokół rejestrów głosów wydawanych przez nietoperze, echolokacji, czasem bardziej wyczuwało się zmianę napięcia prądu / fali niż wysokość tonu. Do tego swietne materiały i całkiem biały winyl w kopercie ze sztywnej folii (z innymi pracami)... Ikeda jest też faworytem A., która miała możliwość obcowania z Jego sztuką na innych festiwalach. Po wyjściu z tej ekspozycji (?) coś zacząłem plątać o budynku dworcowym w Krakowie i MOCAKu, ale sam uznałem, że było to jak puszczanie baniek nosem przez grubą warstwę budyniu.
Muszę kończyć bo zginiemy z głodu oparci o klawiatury laptopów... a jeszcze np. taka spora książka / katalog - In Girum Imus Nocte et Consumimur Igni - The Situationist International (1957 - 1972)...
Na focie Jacka E Zero Manuel Gottsching i Joshua Light Show na Intermediale... czyli hipisowski klasyk z Filmore East NY i legenda krautrocka za analogowymi klawiszami i z nudnymi solówkami na gitarze podczas ultranowym Transmediale 2012...

SZTOKHOLM

0 comments

Z krótkiej wyprawy do Sztokholmu wróciliśmy w niedziele wieczorem, ale postanowiłem dać sobie kilka dni na ochronę przed skutkami wiatru słonecznego... w postaci wyłaniania się z odchłani dawnych przyjaciół, złośliwości zamiast współpracy, zaległych rachunków i trudności komunikacyjnych. Kto by pomyślał, że słońce ma wiatry i wpływają na mózgi Homo sapiens! Styczniowe bluzgi plazmy słonecznej wpływają na wielu ludzi w sposób trudny do pojęcia. Pierdnięcie solarne zrobiło coś złego z bardzo cenionym dotąd u mnie p. Bonim i kilkoma innymi tzw. znaczącymi urzędnikami i politykami. Smród poszedł po liceach i wyskoczyli z niego młodzi "intelektualni niewolnicy" (tak siebie określali), którzy palą flagi UE w imię oporu wobec interesów USA, które same chyba niezbyt chcą ograniczeń w internecie. Po kilku wpisach i małych dyskusjach na FB okazało się, że bohaterami dnia nie są tacy jak my, którzy od lat popularyzują CC i nie zabraniają ściągania własnej muzyki, a nawet sukcesywnie udostępniają ją w sieci darmowo... Nie, to nie my, bohaterem jest p. Cejrowski bo ma jaja, co się wg. internautów uwidacznia w postaci wyśmiewania p. premiera... Faktycznie, jest to odwaga niezwykła!
Ale głupieją nie tylko młodzi, głupieją także i starzy. Facet od filmu polskiego zwierzył się, że nie wieszają ich w sieci, bo to ułatwia pirackie ich ściągnięcie. Powieszenie tych gniotów nawet po np. 5 złotych nie gwarantuje sukcesu? To, że w kupie są te filmy kiepskie nie wskazuje wcale, że ludzie nie zechcą ich oglądać... zwłaszcza w okresach wzmożonych erupcji na słońcu. Dzisiaj słyszę, że kierowcy samochodów zablokują drogi aby zmusić rząd do obniżenia cen benzyny?! Jakie to proste! Na biednych wsiach Małopolski dotowani rolnicy mają już po trzy auta i dwa traktory więc przyda się obniżka cen paliwa, dokupią sobie jeszcze dwa.
W tym całym słonecznym bąku, którego zapach i wirowanie wcale mi się nie podoba (za wyjątkiem zorzy polarnej) pielęgnuję trzy miłe dni spędzone w Sztokholmie.
Pierwszy był jak sen i niech tak pozostanie. Skrócę go do sytuacji przy stole w małym mieszkanku w mieście: A. i ja z jednej strony, a z drugiej fantastyczni Samowie. Dwoje to artyści rzemieślnicy kultywujący duodji czyli tradycyjne rzemiosło i joik, dwie pozostałe to reżyserka filmowa i dziennikarka. Syn naszego nauczyciela joiku szybko się wycofuje do swojego pokoju i otwiera laptop. Wiele razy pytano nas czy spotykaliśmy "prawdziwych" Samów. Spotykaliśmy wielu Samów, ale to byli Ci najprawdziwsi! Dwójkę artystów będziemy gościli w Polsce pod koniec kwietnia! Jeszcze jest czas na szczegóły.
Ze spotkania wróciliśmy do hostelu (urządzonym w dawnym więzieniu!podobnie jak ten, w którym spaliśmy w Lubljanie) z rodzajem talizmanów dla wędrowców. Talizmany bardzo się nam przydały jeszcze w tym samym dniu, w którym przewędrowaliśmy po Sztokholmie blisko 30 km... I nic więcej na temat tego dnia!
Drugi dzień to powalająca wystawa fotografii w Moderna Museet (muzeum sztuki nowoczesnej) i fantastyczny wieczór u Ewy i Tomka Hołuja. Od czasu do czasu żartujemy sobie z kiepskich wystaw i nieporadnych kuratorów w budyniowie i jak już pisałem wcale nie daje to satysfakcji... Bardzo cieszyłbym się gdyby krakowski Mocak powalił mnie czymkolwiek, bo przecież może! Granice otwarte, kasa jest, hipstersi sączą kawę, kuratorzy modnie ubrani i oblatani jak stare radzieckie samoloty TU... (grubo...?), a jednak?! I tym razem już pierwsza sala i wielkie odbitki na doskonałym papierze fotograficznym przyszpilone do ściany (bez ramek i szkła) zrobiły mi tak jak powinny. Wielka autofotografia Cecylii Edelfalk - Self-Portrait, na której artystka mierzy do widza z rewolweru ... no nie może być pokazywana w ramce za szkłem! To by wyglądało tak jak relacja z obcinania sobie penisa przez happenera z grupy Akcjonistów Wiedeńskich pokazywane w zrebrnych ramkach za szkłem i uspokajającą notką: nie uciął sobie!
Wystawa Another Story pomyślana była jako trzy osobne całości zatytułowane: Possessed by the Camera (1970-2010), See the World! (1920-1980) i Written in Light (1840-1930). W środku każdej z tych osobnych ekspozycji można było siedzieć bez końca i oglądać albumy, stare pisma, katalogi... i nikt, ale to nikt nie stał nad nami i zwracał uwagi co robimy. A. fotografowała bez ograniczeń, skrępowania i poczucia winy, podobnie do wielu innych zwiedzających. Wiem, wiem: kamery itd. ale u nas ich brakuje? Wiem u nas boją się pewnego aktora z szablą.
Po trzech godzinach oglądania najstarszych zachowanych fotografii we wszystkich technikach, oryginalnych fotografii legendarnych twórców i całkiem nowych dla mnie, ale znakomitych serii fotografii w świetnie zaaranżowanych salach (np. jest tam możliwe siedzenie i kontemplowanie, siedzenie i odpoczywanie, siedzenie i robienie zapisków) tylko widok czekającego w drzwiach Muzeum Tomka Hołuja mógł nas wyrwać z tego wspaniałego miejsca. Jeżeli się wybierzecie do Moderna Museet to pamiętajcie, że jest tam też barek, kawiarnia i restauracja oraz znakomita księgarnia... i kilka innych wystaw.
Tomek H. obok tego, że jest znakomitym muzykiem i malarzem (a dla mnie grafikiem, co On sam jakoś nie docenia?!) jest także autorem doskonałego wegetariańskiego jedzenia. Od czasu gdy biegał z ksylofonem po Krakowie minęło ... (!) tyle lat i jest coś zastanawiającego w doskonałej kolacji u Niego w Sztokholmie. Wizyta w pracowni Tomka i fotki z jednymi z pierwszych bębnów od Słomy przyniosło nieco nostalgii. W tym dniu przeszliśmy pieszo tylko kilkanaście kilometrów. I tyle o dniu drugim.
Trzeci dzień to wspaniały dryf po Sztokholmie, czyli to co oboje z A. lubimy najbardziej i co nas nigdy nie zawodzi. Opis (opis właściwie nie jest możliwy, może to kiedyś zagramy?) ograniczę do miłej herbaty w kawiarni gdzie przesiadywał sam Stieg Larsson, autor Trylogii Millenium ( a może będzie i czwarta część, bo jej zarys i część tekstu tkwi ciągle w laptopie zmarłego w 2004 roku autora). Kawiarnia jest także częścią fabuły Millenium i już z daleka zobaczyliśmy tłumek fotografujący szyld i siebie pod nim. Kawiarnia jak kawiarnia i to jest właśnie takie skandynawskie! Herbata dobra, a na ścianach zastanawiające malarstwo pary artystów: Johanny Birkeland i Ossiana Theseliusa. Hipisowskie malarstwo w jaskini lewaków? Kilka prac całkiem ciekawych. I tyle o tym dniu. Bo co tam pisać o sklepie z gitarami (niby mamy takie same...), co tam pisać o hostelu-więzieniu (mamy i hostele i więzienia...), z którego wcale nie chciało się wychodzić... itd. itd.
O wszystkim pisać nie będę. To skutek tego całego zamieszania pt. ACTA i tego co widziałem i czytałem na FB. Moja intuicja podpowiada mi, że coś się zmieniło, coś tąpnęło w sprawie pt. internet, chyba czas na przypomnienie sobie innych obiegów i miejsc niedostępnych. Tak mi mówi intuicja (nazywana kiedyś żartobliwie: intuicją wodza), ale może to tylko kolejne pierdnięcie słońca.
Na focie A. kawiarnia - artefakt Stiega Larssona.

ACID STASI HOUSE

0 comments

Acid Stasi House to sesja jaką zrealizowaliśmy w grudniu 2011 w Berlinie. Stasi to potoczna nazwa dawnej bezpieki w NRD: Ministerium fur Staatssicherheit (MfS). Sesja została zorganizowana w jednym z budynków Stasi, w którym Jacek Slaski wynajmuje salę prób dla swej artystycznej formacji The Curators. Sesję zagraliśmy po kilku dniach intensywnego biegania po Berlinie i uczestniczenia w kilku interesujących akcjach, wystawach i sytuacjach. Garść wrażeń z tego czasu znajdziecie na wpisie z grudnia 2011 pt. Berlin.
Nagrywanie w czasie podróży i odniesienie się w ten sposób do smaku czasu i naszej dyspozycji plus roboczy charakter, który gwarantuje autentyczność i entuzjazm, stosowaliśmy już niejednokrotnie (zobaczcie Mirrors, naszą płytę nagraną dużej części w USA) i piszę tu o nagraniach muzyki, a nie field recordings - to zupełnie inna działka. Sesja Acid... jest ważna z kilku powodów - rozpoczyna oficjalnie nowy nasz projekt Noise to Silence o radykalnym charakterze (skupimy w nim nasze doświadczenia z praktyką real time, z muzyką intuicyjną, z nowymi instrumentami i archeologią mediów) i poza udostępnioną za free sesją z Berlina szykujemy już od blisko roku wydawnictwo z nagraniami w ramach Long Strings Installation. Pierwsze mixy już wybrane i zapowiada się naprawdę interesująca przestrzeń.

Najważniejsze jest jednak to, że po tych wszystkich latach naszej naprawdę wytrwałej i ciężkiej pracy zaczynamy dostrzegać co w świecie dźwięków nas naprawdę interesuje. To daje wiele radości i satysfakcji. Jesteśmy chyba już gotowi... na konfrontację z dźwiękiem. Nasze charaktery są takie, że nie możemy się zgodzić na traktowanie muzyki i substancji dźwięku jak jakiś przymulonych ciasteczek z budyniem na wierzchu. To co słyszymy (i o czym czytamy pochwalne peany dziwnych znawców wszystkiego) mnie osobiście przeraża i powoduje silne nudności. Przypomina to proces lepienia klusek z możliwie marnej mąki i wpychania ich w gardło gęsi... przy czym gęsi mi naprawdę żal, a dużej części budyniowa: nie!
Bo jak rzygać to z prawdziwej emocji, a nie cierpieć na wymuskane, estetyczne, wypichcone nudno - ści.
Granie w jednym z pomieszczeń NRD-dowskiej Stasi w 2011 roku, w którym kawa w Krakowie jest droższa od tej w Berlinie, a stos instrumentów nas cieszy, ale nie rusza jak dawniej plus to, że nie musimy właściwie nigdzie się szlajać aby udowodnić, że nie jesteśmy żyrafą... to wszystko jest na Acid Stasi House.
Jak nie pasi to zawsze jest kilka innych płyt naszych koncesjonowanych budyniowych off-coś tam!

FALCO PEREGRINUS

0 comments

Sokół wędrowny w latach 50. XX wieku właściwie został w Polsce wytruty przez radosne stosowanie DDT w rolnictwie. Po kilkunastu latach odnotowywano kilka par gniazdujących, a obecnie mówi się o kilkunastu parach? Szybkość z jaką ten ptak potrafi latać przekracza 300 km/godzinę i pewnie ma kwalifikacje znacznie większe niż znakomici piloci F16?! Niestety, trucie jest w dalszym ciągu stosowane, już nie DDT, ale arszenikiem tak! Zatruty gołąb łatwiej niż inne ptaki wpada w szpony ( a szpony sokół ma naprawdę imponujące) sokoła i jest kłopot. Sokół wędrowny jest ściśle chronionym gatunkiem i każda jego obserwacja jest cenna, nie mówiąc o żywym (nawet jak kedwie...) dorosłym ptaku... więc wczoraj i dzisiaj trwała akcja poszukiwania ratunku i szybkiego dostarczenia ptaka do szpitalika dla ptaków drapieżnych przy UR w Krakowie. Szansa na odratowanie chorego sokoła jest niezbyt duża, ale jakaś jest i koniecznie trzeba próbować. Foty jakie udało mi się zrobić podczas oględzin znalezionego (w mieście!) ptaka są gratką dla każdego ornitologa. Na fejsie kilka bardzo różnych osób z dużym zainteresowaniem lajkowało fotę ratowanej sokolicy (bo okazało się, że to sokolica mająca ok. 3 lata) i to bardzo jakoś krzepi. Widać, że nie jesteśmy całkiem obojętni na takie ultra dzikie istności? To nic, że lajkowało znacznie mniej osób niż w przypadku doniesienia Adama Wajraka, że osrał go gołąb, bo tu raczej chodziło o sokoła wędrownego niż o inne względy.

Dość długo nie pisałem, bo pierwsze dni stycznia były dość napięte i pracowite... jeszcze szlifowałem książkę. Redakcja i korekta w wydaniu A. jest zawodowa, a więc bezlitosna i odzierająca autora ze złudzeń o geniuszu... to proces bolesny, ale jakże niezbędny w sytuacji kiedy książka zaczyna jawić się jako coś zupełnie innego niż prosty zbiór informacji o roślinach.
Z tej ciężkiej pracy nad ego udawało mi się uciec na chwilę z pomocą czytania trzech książek równolegle. To świetna praktyka i idzie mi to już całkiem nieźle, w czym spory udział mają oczywiście te konkretne książki:Steve Jobs (Waltera Isaacsona, kiepsko tłumaczona... ale Jobs załatwia wszystko),Szaleństwo marszu (Jacquesa Lanzmanna) i rewela w postaci rozprawki Etniczność sp. z o.o. (Johna L. Comaroffa i Jean Comroff).
Jobs to Jobs... ja bym to kazał czytać i uczyć się na pamięć studentom, którzy stękają do kamery lub wylanych ze studiów kolegów redaktorów gazet, że nie mają pracy i perspektyw. Nigdy nam nie zdradzają czy coś potrafią i tylko chwalą się tym, że studiują, lub że mają dyplom albo dwa. Z takim nastawieniem pozostaje dzisiaj jako pewna perspektywa dobrej roboty już chyba tylko seminarium duchowne...
Szaleństwo marszu to klasyka gatunku czyli samo sedno ekstremalnych doznań związanych z trekkingiem, marszem, wędrowką. Lanzmann jest błyskotliwy, old schoolowy i do bólu prawdziwy, więc raczej w Budyniowie się nie przyjmie.
Prawdziwą perełką jest Etniczność zp. z o.o. Generalnie jest o tym, że różne nacje, plemiona, małe narody, First Nations, ludy tubylcze i pozostałości po nich zaczynają się odkrywać i organizować jak firmy, spółki, korporacje. Polega to na uzyskiwaniu osobowości prawnej (dla np. rady wodzów albo starszyzny zjednoczonych plemion), zastrzeganiu logotypów i dochodzenia tak zwanych praw do tradycyjnej wiedzy nazywanej m. innymi prawem do dziedzictwa intelektualnego w zakresie miejscowej flory i fauny! Zaczyna się też kształtowanie etno inwestycji, przemysłów etnicznych, biopolityk itd. Moja etnobotanika Karpat i Bałkanów będzie jak znalazł i jakby niektórzy mieli olej w głowie (a nie budyń) to by zamiast beznadziejnie głupich i prostackich wyciągów narciarskich zajęli się biopolityką... Do smakowitych kąsków w tej książce należy świetne studium etnobotaniczne dotyczące kaktusa Sanów (buszmenów) czyli xhoba (Hoodia gordonii),ID-OLOGII, testów genetycznych (za niespełna 200 dolców robisz sobie test i dowiadujesz się, że masz przodków w Gruzji, albo wśród Irokezów (to lepiej bo może mają swoje kasyno i spore zyski?) i należy ci się pióropusz?
Bardzo mi się podobała historyjka szamanki Moon Owl... która szamaniła (za kaskę rzecz jasna) i legitymowała się kursami u Indian, którzy okazali się po pewnym czasie nie być Indianami... Rewela... mania wiary w dyplomy dotyka najwyraźniej nawet szamanów...

Kiedy będziecie pili coś w Hard Rock to miejcie świadomość, że sieć ta należy do plemienia Indian Seminolów, którzy kupili ją za pieniądze z własnych kasyn wybudowanych w rezerwatach... i to teraz Indianie są właścicielami Flaying V - gitary Hendrixa i gorsetu Madonny... czyli relikwii amerykańskiej pop kultury. Jednocześnie Indianie zabiegają o zwrot przedmiotów należących do ich własnego dziedzictwa, rozsianych po muzeach w całym kraju. Jak się tak zastanowić to tzw. etnokapitał od dawna czuli twórcy góralszczyzny, teraz organizują się tak także Ślązacy i jak ruszą Kaszeby...
Nasi lewacy cieszą się z końca kapitalizmu, a tu wyrasta całkiem nowy, kapitalizm etniczny, który trudno będzie nie popierać?!

Wstęp do nowego roku (bo ja jednak czekam na luty...) w warstwie muzycznej jest niezwykle ekscytujący. Po pierwsze to sesja z Berlina, która jeszcze troche musi poczekać, ale za to będzie dostępna za free dla wszystkich.
Fantastyczna jest płyta Inuit - fifty-five historical recordings czyli zestaw najstarszych rejestracji śpiewów i bębnienia z Grenlandii. Część nagrań wykonano w 1905- 1906 roku! Znakomity jest opis nagrań, który świadczy, że field recordings jest już mocno pogłębioną praktyką i wielowątkową wiedzą. Do tej samej rodziny płyt bardzo cennych należy Tibetan and Bhutanese Instrumental folk music.
Ile z przepisywania takich wydawnictw powstanie w Polsce prac dyplomowych... tych znawców, którzy po tak ciężkiej robocie pirackiej czekają już tylko na znakomite oferty pracy?
Szkoda, że w tym popapranym budyniowie dalej wszystko usmarowane ciągnącą się masą wygładzającą wszelkie zagłębienia w korze mózgowej.
Na focie sokolica i niech się uratuje i odleci daleko!!! Bo tylko wędrowcy mają szansę na ratunek.

BERLIN

0 comments

Wybierając się na weekend do Berlina nie sądziłem, że będzie to druga (po wakacyjnej wyprawie w tundrę) co do ważności wyprawa 2011 roku! Berlin znamy z wielu wypadów i nie liczyłem, że powróci to dobre poczucie obcowania z żywą kulturą wielkiego miasta znane mi z Berlina lat 90. XX wieku. Uwielbiam dzikie przestrzenie, ale także naprawdę wielkie miasta: NYC, Berlin, Londyn, Pragę, San Francisco... i kilka innych.
Oczywiście, tak udany czas zawdzięczamy nie tylko sobie, ale głównie Jackowi S. , który zna nasze upodobania i nie popuścił nam nawet w pierwszy wieczór po 10. godzinach jazdy pociągiem z Krakowa. Pierwsza wizyta to był powalający strzał: koncert Silesian Quartet grający utwory Knapika, Szalonka i Pendereckiego i po nim koncert kontrabasisty, wokalisty i performera Ryszarda Gabrysia. Wszystko to w otoczeniu interesujących prac zebranych na wystawie pt. Recycling the Iron Curtain Na zakończenie uczty muzycznej pomknęliśmy aby przyłączyć się do akcji rozbijania wielkiego bloku czekolady w ramach akcji kuratora wystawy Piotra Szmitke. Wszystko to działo się w znakomitym, industrialnym budynku Kuhlhaus. Co można byłoby po takim wieczorze zrobić jeszcze bardziej odlotowego... okazało się, że można i wylądowaliśmy na prywatnym przyjęciu ze sporą grupą Gruzinów. Było to podsumowanie pewnego projektu i podczas gdy raczyliśmy się znakomitą kuchnią gruzińską, zebrani czytali niemieckie wersje kwiecistych toastów z Kaukazu. Ot, Berlin...
Sobota rozpoczęła się równie barwnie od szukania specjalistycznego sklepu muzycznego, do którego musiałem wpaść po kołki do strun jakich używa się w harfach wiatrowych. Po pewnym czasie i sporym spacerze w dzielnicy, która jest niezwykle malownicza udało się do sklepu trafić, kołki zamówić (dzisiaj przyszła wiadomość, że idą już do nas pocztą) i całkiem nieoczekiwanie kupić bardzo interesujący bęben z Alaski. To ten moment, gdy bierzesz instrument do ręki, słyszysz jego brzmienie i już wiesz; on jest mój! To spotkało A. i resztę dnia maszerowaliśmy z rytualnym bębnem ogniowym! Tak uzbrojeni mogliśmy śmiało wpaść na wystawę prac plastycznych dedykowaną legendarnemu zespołowi CAN. Z wokalistą CAN - Damo Suzuki, graliśmy we Wrocławiu, więc na wystawę musowo iść musieliśmy. Na obiad wpadliśmy do znanej nam dobrze knajpki z kuchnią perską... ot Berlin.
Celem naszej wyprawy były dwie wystawy i w sobotę pognaliśmy do Hamburger Bahnhof czyli wielkiej galerii sztuki nowoczesnej urządzonej w starym dworcu kolejowym. Tam wpadliśmy na niesamowutą instalację Cloud Cites Tomasa Saraceno! To było coś; wielkie kule z kombinacji folii i lin plus zieleń wisiały zakotwiczone zbiornikami z wodą. Do wielkich sfer można było wejść i oglądać świat z innej perspektywy. Wystawa jest czynna do 15 stycznia, a HB zawsze warto odwiedzić.
Na piętrze oglądaliśmy wystawę prac z kręgu Land Artu i mimo, że nie była zbyt duża, to kilka rzeczy zainspirowało mnie bardzo. Land Art jest z natury dość trudny do pokazania w salach muzealnych, ale i tak udało się nieźle. Największa niespodzianka czekała nas jednak w sali gdzie wystawiana jest niesamowita praca Dietera Rotha i przygotowywano się do czytania jego tekstów. Istotnym elementem tego eventu była muzyka: elektroniczny noise plus akustyczne wjazdy na alphornie (!) i tubie. To było coś! Siedzieć prawie w środku graciarni Rotha i słuchać tak swobodnych rzeczy, to było dla mnie jak deszcz na wiosnę... po tym co serwuje nam Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Krakowie. Sztuka tam może i nowoczesna, ale kuratorzy jak z mentalnej naftaliny.
Co tu pisać, może to, że muzyka, którą 30 lat temu udawało się czasem zagrać i tylko czasem/czasem usłyszeć; jest już kanonem i tyle. Nie chce mi się znęcać nad MOCAKiem (bo to smutne jest i mam jednak nadzieje, że może coś się tam zmieni?) ani też nad naszą niby sceną... szkoda słów, a do Berlina nie jest tak daleko.
Mała herbata w domu Jacka i wieczór zastał nas w klubie Helmut Khol... gdzie przenieśliśmy się w czasie za sprawą dwojga ludzi z USA. Facet ubierał i zdejmował różowe, okrągle okulary i razem śpiewali wariacje Hotelu Kalifornia na gitarę, flety i harmonijkę. Gitara jak należy była dość nietypowa, a całość była tak niewiarygodnie słodka, że aż nas wcisnęło w krzesła. Bez szemrania daliśmy 15 EUR do słoika i przypomnieliśmy sobie znowu za co tak kochamy alternatywną scenę w USA. Po dawce hippie not dead ruszyliśmy do do klubu West Germany na izraelski punk pod szyldem TV Buddha. Klub okazał się stylową czyli maksymalnie obskurną norą przystosowaną do grania ostrych rzeczy, ale TV Buddha zaserwował nam tak samo pretensjonalną muzykę jak nazwę. Umówienie się w tym miejscu i czasie na rozmowy o planowanym koncercie to nie był chyba zbyt dobry pomysł, ale co tam. W gruncie rzeczy to lubimy takie kluby, ale wymagają pewnej gry, która nam się chyba już nieco nudzi.

Niedziela to dwie niezapomniane akcje. Pierwsza z nich to wystawa Tracing Mobility: Cartography and Migration in Networked Space This Incorporeal Space Has Diffrent Rules pod prawdziwym hasłem: The conventional map is useless! Faktycznie, ani raz nie rozkładaliśmy papierowej mapy, bo A. korzystała z iPhona i iPada... Wystawa to bardzo myląca nazwa w przypadku tej instalacji: filmy, schody, konstrukcje, mapy, modele, dźwięki... zaryzykuje twierdzenie, że tego typu "wystaw" nie da się zwiedzać czy oglądać. Albo się w to wchodzi, albo szkoda czasu. Całość miała miejsce w Haus der Kulturen der Welt, gdzie kiedyś, w innym wcieleniu słuchaliśmy koncertu Shiv Kumara Sharmy!
Przed HKW natknęliśmy się na bardzo ciekawą instalacje Pia Lindman - kostkę z odpadowych materiałów i posadzonych tam roślin, która pięknie filtruje powietrze! Finka zrobiła tę konstrukcję o nazwie: Oxid Bungalow w ramach Labor Berlin 6 tego roku i akcji o nazwie Poison and Play. Oj jak mi tego brakuje w Krakowie... zamiast tych serwet i papierochów w Bunkrze Sztuki?
Wracając z HKW pod Reichstagiem fotografowaliśmy Parliament of Trees - Bena Wargina, po drugiej stronie rzeki. Zupa w restauracji tajskiej przyprawiona była bazylią o smaku bazylii z nutką kolendry. To była tajska odmiana indyjskiej tulsi, świętej bazylii.

Ale to nie był koniec berlińskiej ekapady... Muzycy grają i późnym wieczorem zamknęliśmy się z Jackiem w dawnym budynku służby bezpieczeństwa NRD... w salce prób ekipy The Curators i zagraliśmy te wszystkie emocje z trzech ostatnich dni... Kilka nowych instrumentów, kilka znanych instalacji i bardzo dobra akcja real time.

No i od rana znowu: Błota czyli Lubnau, Chosebuz czyli Cottbus, Glinka czyli Klinge... a potem stary mostek i miejscowość Zasieki... dalej już Wrocław aż do domu, do KRK. Dzięki temu mogłem przeczytać pół biografii Steve Jobsa...
Na mojej focie A. i Jacek podczas akcji w Berlinie, może uda się kiedyś opublikować kilka fragmentów rejestracji z tamtej sytuacji, bo są intrygujące.

REMIKS

0 comments

W kilku ostatnich dniach udało się zyskać coś do czytania i przeglądania plus parę ciekawych doświadczeń frontowych. Remiks - teorie i praktyki to dziełko powstałe po konferencji pt. Ars Electronica: Remixed & Remastered, która odbyła się w Krakowie w tym roku. Redaktorzy; Michał Gulik, Paulina Kaucz, Leszek Onak wypichcili z konferencyjnych tekstów całkiem potrzebną książkę (w wersji papierowej i internetowej) i to całkiem już ladnie na licencji Creative Commons... Opiekunka naukowa konferencji, p. dr Anna Nacher najwyraźniej miała dobrych studentów! Z okazji wydania książki z nadrukiem; Hub Wydawniczy Rozdzielczość Chleba odbyło się w dawnym Lokatorze na Krakowskiej bardzo interesujące spotkanie promocyjne. Był manisfest, remiksowane dźwięki i poezja plus sporo zabawy. Był też wieszyk; na śmierć Herberta: odszedleś w lipcu / w śrdoku lata / srata tata / starat tata. To interesująca niechęć... bo Broniewski jest podobno o.k. i hip hop patriotyczny jest o.k. nawet Miłosz fajny jest, a tu srata tata / srata tata...?! Ja bym poleciał po całości: sratatata, sratata.
Generalnie wszystko o.k. (łącznie z naiwnie insiderskim zacięciem zebranych) i tylko jako kombatant tego typu frontowych akcji gderam lekko: lewackość językowa jest strasznie upierdliwa i krytyczność oznacza zobaczenie także siebie tym przenikliwym okiem i smaganie także po swojej dupie biczami jedynie słusznej wiedzy. Ale to (może) przyjdzie z wiekiem?! Impreza była bardzo oki i tylko zdziwił mnie totalny tytoniowy zaduch w dawnym Lokatorze?! Tam jest jakaś strefa śmierdzieli papierosowych i wyjęta z czasu teraźniejszego? To takie budyniowe, ma się czegoś nie robić, ale się robi i jeszcze biadoli w mediach. Nie wybiorę się tam już więcej.
Wspomniana opiekunka naukowa, wykłada czasem o sztuce Akcjonistów Wiedeskich... i wykrakała wystawę w MOCAKu czyli wielkiej, pustawej wydmuszce borykającej się z jakimiś mentalnymi kłopotami. No bo tak niezbędne było Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie, a jak już jest to albo się tam trafia na skrzeczącego komisarza ludowego Sierakowskiego, a jak wyjątkowo jest ulga i nie, to na jakiś opad sił kuratorskich w postaci oprawienia Akcjonistów w ramki i upchnięcie dokumentacji po boxach. A MOCAK jest przecież super miejscem i dobrze, że dostał nagrodę za udogodnienia (czy też otwartość) dla niepełnosprawnych, ale jeszcze by coś może pokazał? Poza Akcjonistami zapędziliśmy się na inną jeszcze wystawę, ale kilka szmat z rewolucyjnymi wezwaniami, jak z jakiejś izby pamięci komunizmu wiejskiego odebrało mi entuzjazm. Szkoda, że pokazuje się w takiej oprawie kilka całkiem niezłych prac.
Wracając do Akcjonistów Wiedeńskich to sztuka Guntera Brusa jest tak poruszająca, że warto byłoby pokazać ją jakoś inaczej niż oprawioną w srebrne ramki za szkłem. Przy przejściu do fotogramów z akcji Otto Muehla pomyślałem, że jak już w tych ramkach to może powiesić kilka czerwonych młotków jak przy szybach w oknach ewakuacyjnych: w razie konieczności zbić szybę. Konieczność była, szyby by się sypały i sztuka odzyskała by swoje miejsce! Wielkie pastele Brusa zrobiły na mnie wielkie wrażenie, nieco Witkacowsko ezoteryczne i dające ten cenny rodzaj satysfakcji obcowania z formami, które nie muszą żebrać o miano sztuki poprzez kontekst i sytuację towarzyską. Bo tak mi się jawi wiele "dzieł" tzw. sztuki krytycznej; bez umówionego kontekstu: znika.
Nie wiem, czy pisać o filmowej dokumentacji prac Hermanna Nitsch... dobrze, że to była relacja z akcji w galerii, a nie dionizja poza boxami... bo byłoby już niezwykle denerwująco. Halo, halo, a co z muzyką tego pana z dużą brodą? No wiem, tak popularny jak Bunio czy BudyN to nie jest, ale może by jednak coś więcej. I tylko proszę; nie piszcie o muzyce tylko ją, psia mać, wyemitujcie, wyrzygajcie i wsmarujcie w mózgi, a nie takie pitu, pitu za rogiem.
W dyskusji na FB miła pani z MOCAK-u broniła sprawy/firmy zapewniając, że są podpisy i katalogi... to trochę nieporozumienie, bo sądzę, że Ci co odwiedzają tę wystawę potrafią czytać, mają dostęp do komputerów i znają sztukę Akcjonistów ...np. z wykładu w szkole. Do MOCAKA nie idzie się odkrywać (w Tate Gallery w Londynie ludzie nie odkrywają pisuaru Duchampa ani dzieł Picassa tylko idą zobaczyć je w oryginale i bez pośrednictwa ekranów), ale zobaczyć i doświadczyć sztuki. Bo jak się tego tam nie da robić to szkoda fatygi i może to dobre miejsce na targi książki? Nomen omen...dobrym punktem MOCAKA jest księgarnia i nawet te artystowskie drobiazgi (jest ich 1/10 z tego co oferuje Tate i Muzeum Sztuki Współczesnej w Sztokholmie...ale zawsze coś) plus kompetentny gość, który wie co mówi i nie pyta "w czym mógłbym pomóc". Nie chcę się pastwić nad podpisami/opisami pod pracami, ale wzruszył mnie tekst, który informował, że Rudolf Schwarzkogler nie obciął sobie fiuta i tylko tak to na fotach wygląda. Ten kto prace AW tak pokazał musi nie czuć tej sztuki, a jak jej nie czuje to niech się zajmie zabawami tak wielkich postaci jak p. Janek Simon, to mój guru wydmuszek artystycznych. Krytyczność nie zapewnia dobrej, odważnej i świadomej roboty, a płacący za bilet do MOCAKA mają gdzieś ideologię kuratorów. Tak działa Korporacja Ziemia, halo, halo? Tylko gułag na Marsie nas uratuje?!
Taki mi się więc remiks objawił; Hermann Nitsch srający karteczkami z cytatem z Kuby Szredera: funkcjonowanie autonomicznych pól twórczości kulturowej jest oparte na swoistej ekonomii na opak... Oj na opak, na opak... i jeszcze jedna karteczka z cytacikiem: cieplarniana atmosfera artystycznych salonów utrzymywana jest poprzez ciągłe pompowanie zasobów... gość chyba wie co mówi, zasoby nieprzerwanie wpompowuje się w (niektóre) artystyczne salony!
No, ale generalnie to największy zarzut mam do strategii promocyjnej... śmielej wyjść do ludzi z Radia M. oni zrobią klakę na cały Kraków! A tak, to nasz MOCAK z kraja...
Poważnie, to katalog jest o.k. i tylko te mądrości pociąć, dać zjeść i filmować wydalanie i będzie gites.
I aby było jasne: jestem za MOCAKiem i obchodzi mnie co robi!

Czas grudniowy to czas bardzo ciemnych nocy pełnych snów. Akcjoniści to doskonała propozycja na taki czas, coś w nas porusza, coś się mgliście pojawia i nawet nie obcinając sobie tego czy owego stajemy się czujniejsi, uważniejsi, obserwujemy to co jest. A takie tam wojenki o baraki wystawiennicze nie traktujmy zbyt poważnie. Gdyby p. Hermann z ekipą pojawił się w starym ogródku rudery obok MOCAKA to nic nie ubyłoby z tego co dotykamy za sprawą jego otwartej praktyki. Nawet MOCAK tego nie jest w stanie opanować.
Ostatnio pojawiły się z/remiksowane filmiki z naszej pracy na X Industrial Fest. we Wrocławiu, polecam... no jasne, że nie jesteśmy zadowoleni... ale było tak i tyle. Na blogu Flagi Świata opisałem dwie reedycje naszych ważnych (dla nas) płyt; Sonic Suicide i Mirrors. Na FB (the magic carpathians) jest filmowa relacja z grania w kościele ewangelickim (Nacher/Marczuk/Smetanka/Styczynski)... też nie są to szczyty, ale kilka chwil i krzywych dźwiękow zapada w pamięć i pojawi się za jakiś czas w innej wersji.
Na obrazku okładka reedycji Sonic Suicide w z/remiksowanej oprawie Tomka Rolnika Czermińskiego i fotą z sesji Queen of Snow Bogdana Kiwaka.

WORK

0 comments

Nie chcę kolejny raz zaczynać wpisu od tego, że dzieje się tak wiele... więc oddam głos poecie: ... mnie podróżowanie już tak nie pociąga. Za to podróż odwiedza mnie. Teraz gdy coraz głębiej wciskany jestem w kąt, gdy przybywa słoi, gdy potrzebuję okularów do czytania. Dzieje się zawsze dużo więcej niż potrafimy unieść! Nie ma czemu się dziwić. Te myśli niosą mnie równie wiernie, jak Susi i Chuma nieśli trumnę Livingstone'a przez Afrykę. To fragment tekstu Kukułka z tomiku Tomasa Transtromera pt. Gondola Żałobna.
Dla ciągłości relacji z ostatnich tygodni warto wspomnieć, że za nami dwa "koncerty" akustyczne w kościele ewangelickim w Nowym Sączu (gdzie zebraliśmy mniej więcej tylu zwolenników co kilka dni wcześniej Zbigniew Ziobro z kolegami...) i na Uniwersytecie w Preszowie na Słowacji. W kościele udało się zestawić tradycyjne instrumenty karpackie z saksofonem i mini harmonium plus osobno spróbować instalacji dźwiękowej w postaci trzech 16-metrowych strun. Po tych dość chwiejnych doświadczeniach pojechaliśmy z Michalem S. do domu w Górach Lewockich i to był magiczny przejazd. W ciemnościach i mgle wjechaliśmy w te cudownie swobodne przestrzenie Słowacji. Oczy i umysły odpoczywały od naszego budynioweho nadmiaru, od gęby Kręciny i upiornego Prezesa... od tej budyniowej, banalnej papki reklamowej (BBPR), którą bez umiaru wydala tak wielu kolegów. Czym grubiej tym lepiej. Każde świadome ograniczenie, refleksja, skromność i przestrzeń dla wyboru staje się oznaką słabości. Wszystko musi być: turbo, pagan, drone, drumming, szok i paranoja! Zawody w byciu największym freakiem są takie już oklepane i nudne. Chyba, że chodzi o to aby żyć w ułudzie bo Rzeczywiste jest trudne do zniesienia? Już mój idol z lat licealnych (a i teraz czasem do Niego sięgam) Stanisław Ignacy Witkiewicz pisał: ...żyjemy w stanie masowego i indywidualnego zakłamania. Żeby nagle, znienacka odkłamać całą Polskę, społeczeństwo by tego nie wytrzymało - wstrząs ten mógłby zabić je, zjonizować, rozłożyć na elementy. Trzeba z tym postępować powoli i systematycznie jak z odzwyczajaniem się od narkotyków. Sfajtane (t, tajfun, taniec) klapsdrygle - oto nasza główna narodowa wada. To cytat z niegdysiejszej lektury szkolnej; narkotyki - niemyte dusze.
Wiem, wiem, mało kto wie coś o Witkacym i czasem widzę na FB wpisy młodych i starych idiotów, których świat zbudowany jest z mądrości zaczerpniętych z Onet.pl i wpisów innych niedouczonych. Liczą na to, nie bez racji, że jak się takich zbierze kupa to obowiązującą normą będą sfajtane klapsdrygle...
Kilka dni temu natrafiłem na, gdzieś dawno zapodzianą, malutką książeczkę z 1905 roku o zbieraniu roślin i zestawianiu zielnika. Część tego tekstu opracowałem jako suplement do mojej książki o etnobotanice Karpat i Bałkanów. Tekst z 1905 roku (książeczka jest z pieczątką: cenzura dopuściła do druku, oczywiście po rosyjsku, bo dziełko wyszło w Warszawie)jest napisany dość technicznym językiem i zawiera bardzo konkretne wskazówki jak zbierać rośliny i jak je suszyć oraz w jaki sposób zestawiać zielniki. Mimo to i po stu latach od druku, ten tekst wprawia w dobry nastrój i czytając go zaczyna się znowu czuć ten powiew ciepłego wiatru jaki wita nas przy wyjściu w góry. Wszystkie wskazówki techniczne są ciągle aktualne i zaryzykuję twierdzenie, że obecnie nic podobnego nie dostaje się w ręce amatorów, studentów i fanów botanizowania. Co pozostanie z tych hiper buńczucznych drone-big-bang-trance-daj-mi-stówkę-pagan-ciąg-na-piwo ?

Po miłym i pracowitym wieczorze u Michala smacznie zasnęliśmy (tlen i blisko 900 m n.p.m.) aby obudzić się wraz ze słońcem. Otoczenie domu Michala powoduje, że powracają pomysły na spokojniesze życie w prawdziwym miejscu i pośród prawdziwych problemów. Na Uniwersytecie w Preszowie zagraliśmy dla kadry i całkiem sporej grupy studentów. Mieliśmy wielką przyjemność muzykować w trójkę: Ania, Michał i ja; cicho i spokojnie, czasem bardzo głośno, ale bez histerii... Takie granie trafia się raz na kilka akcji i nigdy nie będę tego nazywał koncertem. Dlatego słowo koncert na początku wpisu było w wzięte w cudzusłów. Nie był to folk i nie był to całkowity, dowolny eksperyment, ale było to jednak bardzo nasze, magicznie karpackie. I co, mam napisać, że było to najlepsze trio od czasow Hendrixa?! Zaczynamy znowu nie być słyszani/rozumiani przez publiczność, tak jak kiedyś, gdy startowaliśmy z KM. Tym co skopiowali kilka naszych "patentów" udało się je rozmienić i dobrze sprzedać, ale my dużo pracujemy. Więc to zjawisko "nie słyszenia" mnie cieszy, to znak, że proces jest żywy.
Po graniu była bardzo miła rozmowa i tylko ci, którzy znają realia Słowacji mogą docenić tego rodzaju zajście. Dostaliśmy interesujące płyty i "cegły" w postaci: Acta Facultatis Philosophicae Universitatis Presoviensis... A wieczorem byliśmy już w Krakowie i tylko niezwykły smak makovych szulańcow z chaty u Franka pozostał...

Jeszcze ciekawostka z frontu etnobotanicznego! Szperając za informacjami na temat flory Tatr napotkałem na interesujący materiał o tzw. Goralenvolk czyli niemieckiej akcji wynalezienia narodu góralskiego. Oczywiście były dowody na wywodzenie się Goralenfolk wprost od Gotów... no i te wszystkie znane czary-mary. Ale to ogólnie znane fakty (?) i tylko zafrapował mnie tzw. hołd wawelski Wacława Krzeptowskiego z ekipą. 7 listopada 1939 roku miał miejsce hołd wawelski Wacława Krzeptowskiego, występującego w imieniu górali podhalańskich. W skład pięcioosobowej delegacji weszli: Karolina Gąsienica Roj, stryjeczna siostra Wacława, Maria Siuty Szwab, Stefan Krzeptowski, Józef Cukier i Wacław Krzeptowski - wszyscy ubrani w odświętne stroje góralskie.../.../ zadowolony Krzeptowski ściska dłoń Franka /.../ tak zaczęła się największej w skali naszego kraju kolaboracji z hitlerowcami. Historia, która do dzisiaj budzi emocje i ból.. ( magazyn Tatry TPN,nr1/2011, s. 77).

Zaczyna się czas pomelo! Mamy swe małe domowe rytuały (srutu-put-ritual-majtki-z-drutu-mapping-pomelo-shaman-eat-good) mieszczańskie i tyle. Jest więc czas pomelo i jabłek. Bo nie jestem za wybieraniem albo pomelo, albo jabłka! Może będzie około połowy grudnia trochę czasu na spokojne przypomnienie sobie co było ważne w tym roku? Ale jeszcze muszę dokończyć kilka projektów, zamknąć ciągnące się poprawki do książki (bo zawsze jeszcze coś można dopisać, zmienić... ale musi się to także kiedyś skończyć!) i zrobić wreszcie odkładane prace domowe...

Kasia Gierszewska zrobiła piękne foty podczas naszego koncertu na X Industrial Festiwal we Wrocławiu! Będzie też troche materiału filmowego.
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội