HOLY BIODIVERSITY

0 comments

Kulturalne dinozaury wymierają... nadchodzi era świętej bioróżnorodności, ekotopów, nisz ekologicznych i slow artu. Przez jakiś czas będą nas prześladować jeszcze jakieś hordy Męskich Muzyk (troszkę czasem ukrytych w przebraniu Emade i polskiego Fisza) albo formacji: tata, córka, i syn taty w rodzaju rodziny Peszków, ubogacających nas przemocą mediów (i znajomych w mediach) swoją hipergestykulacją i emocjonalnym nadmiarem przypominającym nieustanne rzyganie połączone z przewracaniem oczami. Do tego, Marynia czasem też zaśpiewa o penisie! Wow! Hasło "wyraź siebie" okazało się nieszczęściem.
Bioróżnorodność, a szczególnie ta "holy" wskazuje nam rejony slow artu i slow foodu (wiadomo, artysta też musi jeść) i warto zrobić co się da aby ujść dinozurom przebrzydłym. Podstawą i w jakimś sensie zapleczem bioróżnorodności jest klimat i pory roku. Wiosna dzieli się na wczesną (poznaje się ją w Krakowie po plakatach Emade... czyli Męskiej Muzyki w przebraniu), późną (zwiastuje ją od 30 lat nagromadzenie plakatów Manaam i Kult itp. bo święto młodości czyli Juwenalia)... wczesne lato, lato i późne lato to inne żniwa i pobrania, zazwyczaj pod egidą Piwa marki Piwo i innych zlotów gwiaździstych anonsowanych do zakładanej przesady przez dobudowane do browarów radia, telewizje i ulotki reklamowe nazywane u nas prasą. A niech tam, jak muszą i nie stać ich na nic mądrzejszego? Dla nas ważna jest od zawsze bioróżnorodność: pośmiejemy się z cienkich kampanii reklamowych, a słuchamy na nowo stare vinyle Czesława Niemena z Helmutem Nadolskim na kontrabasie i Przybielskim na trąbce. Swoją drogą to Przybielski zawsze umiał grać, a Stańko zawsze tylko sprawiał wrażenie, że gdyby zechciał... no i kto w mono świecie dinozaurów tak łasych na wrażenie jest bardziej szacowny?
W ramach naszej małej pełzającej strefy autonomicznej (mpsa) opracowujemy drugą już kasetę magnetofonową w tym roku (ale tym razem dla zaprzyjaźnionej labeli) i czekamy kiedy jakiś Rojek albo inny Piasek, wynajdzie kasetę i ogłosi to światu!
Stale i konsekwentnie dokonujemy wyborów co do miejsc gdzie zagramy, co do angażowania własnej muzyki i energii: jak pisać to dla prawdziwych wydawców i pism, które stworzyli prawdziwi ludzie (z troską przyglądam się stoiskom z tzw. prasą kolorową w marketach - zamknięte, sieciowe pisma sterowane przez znerwicowanych plastikowych redaktorów i creative directorów - zgroza na przemiał), jak jeść to w mikroskopijnym miejscu "u Sycylijczyka" albo w "Głodnych kawałkach" (to w Krakowie, ale macie u siebie takie same miejsca) albo z przyjemnością ugotować samemu. Cukinia jest od tego samego hurtownika? O.K. ale ja kupuję ją od miłych ludzi, którzy otwarli sklepik w części swojego domu o 200 metrów od naszej Wieży. Jak udostępniać muzykę to poprzez entuzjastów muzyki, a nie manipulatorów i "managerów" od ruchów powietrza. Nawet drobne wybory wspierają bioróżnorodność - holy biodiveristy!
W Chinach jest miejsce (pewnie nie jedno, ale jedno jest już symboliczne), w którym wszystko co nowe z Zachodu jest piratowane i przerabiane według miejscowych wzorów i pozbawionych barier pomysłów. Telefon i odtwarzacz w kształcie krzyża, ale coś jakby gadżet młodej Madonny - bioróżnorodność. Oczywiście do tego potrzebny jest Zachód aby wymyślił (będzie wymyślał o ile na tym zarobi i to jest o.k. więc stop Acta to nie jest tak prosta sprawa) aby można było piratować (często w tej samej wynajętej, bo taniej fabryce) i muszą być tacy co kupią z radością (albo ze smutkiem) tzw. podróbki. Czy poza zyskiem jest jakiś inny powód wprowadzania innowacji? A może zmienić pogląd na to co jest zyskiem? Dobrze pojętym zyskiem może być uczestniczenie w czymś interesującym, sprawdzenie swojej koncepcji w konfrontacji z innymi, zmiana otoczenia... jest wiele zysków.
Na naszej mapie mpsa w duchu holy biodiversity jest w marcu: Szczecin (17. marca) i tam dwie całkiem inne (?) aktywności tj. udział w Nordic Cross Point oraz koncert w Teatrze KANA. Potem mamy w planie Zieloną Górę (18.03) i koncert w miejscowym BWA (www.bwazg.pl)... 24 marca będziemy w Starym Sączu opowiadać podczas Festiwalu Podróży i Przygody Bonawentura o trekkingu w Sapmi / Laponii, a 30. marca zagramy w Olkuszu na wernisażu wystawy fotografii Adriana Spuły - ŁEM - Ukryta kraina (www.Donkliszot.com) Na kwiecień zapowiada się równie bioróżnorodnie...
Holy biodiversity!

EXTREME GREEN GUERRILLAS

0 comments

Stosy materiałów na moim stole powoli zaczynają układać się w rozpoznane mniejsze stosiki, które za kilka dni zostaną zarchiwizowane czyli zamknięte w osobnym pudle z napisem "Berlin, luty 2012".
Jeden ze stosików zasili pudło pod moim ulubionym tytułem Green Guerrilla, gdzie dotąd trzymałem wszystko co dotyczy guerrilla gardening. Tym razem powaliły mnie dwa wizjonerskie pomysły czyli coś co nazywa się Extreme Green Guerrillas: Animal Messaging Services (AMS). Michiko Nitta we wstępie oświadcza, że E.G.G jest przeciwna używaniu Internetu i telefonii komórkowej dla utrzymywania łączności i przesyłania informacji. Proponuje w zamian Animal Messaging Services (A.M.S), który to system wykorzystuje migracje zwierząt (ptaków, ssaków, ssaków morskich itd.) do przesyłania informacji bez zbędnego produkowania CO2...
W tym samym środowisku powstał projekt zaprezentowany na International Design Festival Berlin w 2011 roku, którego przesłanie bardzo mi się spodobało: mushroom cultivation as a wey to make the world a better place! (hodowanie grzybów jako droga do uczynienia świata lepszym). Poza instalacją (czyli zestawieniem prostych sposobów na domową hodowlę różnych gatunków grzybów jadalnych: np. boczniaków) były też warsztaty i nawet pokazy wykorzystania tak wyhodowanych grzybów we własnej kuchni. Całość działań i przesłanie zostało określenie jako fungutopia. Jak tak dalej będzie, to wydziały ogrodnicze splajtują na akademiach i uniwersytetach rolniczych, a rozkwitną przy akademiach sztuk pięknych...?
W 2005 we Włoszech, w 2010 w Niemczech (ale w dwóch wersjach językowych: niemieckiej i angielskiej) ukazała się rewelacyjna książka Gianny Mari Gatti - The Technological Herbarium czyli Vegetable Nature and New Technologies in Art Between the Second and Third Millenia i jest to dzieło niezwykle inspirujące. To jedna z tych książek, które gdy znajdą się w rękach jakiegoś sprytnego warszawiaczka to natychmiast wyrośnie nam nowa dziedzina sztuki, filozofii i wiedzy najwyższej na wymiar paszportu Polityki. Swoją drogą, to już najwyższy czas aby nasi zieloni czerwoni odkryli, że można - bez dawania politycznej d... - pozostać zielonymi i jednocześnie wbić się na lewackie ścieżki czynienia świata lepszym za małe pieniądze i na swoim podwórku. Dyskusje i krytyki, które zmierzają do tego aby jednych cymbałów wywalić i ozłocić innych cymbałów (wynik tzw. walki politycznej) aby proces ten powtarzać za sprawą dużych ilości sił, środków i emocji aż do czasu odkrycia, że wielu tych samych dziadów załapuje się po kilka razy na posadki za naszą kaskę.
Najbardziej polityczna jest zawsze niezależność, nawet kurs na ten stan już kole w oczy ideologów i polityków. Extreme Green Guerrillas to niezły kierunek, dla tych którym trudno jest uwierzyć w mądrych, sprawnych i odważnych polityków i to, że jest "wyższa kultura bankowości"... Kiedy oglądam polemiki naszych ugrupowań politycznych (fantastyczne są grupy post-PiSowskie plus pospolite ruszenie p. Palikota) to widzę jak dziadostwo odnalazło wspaniały rezerwat. Będziemy musieli pracować pewnie ze sto lat aby utrzymać taką ilość dziadoskich kolesi. Bo nowi się już czają za ich plecami, tylko jeszcze nie wiedzą czy kapitalizm upadł, czy socjalizm się przyjmie, a może ksiądz Natanek wskaże trzecią drogę? Tak czy siak z kaski trzeba będzie wyskoczyć, bo mamy na utrzymaniu wielką ilość zdrowych chorych: tzw. rolników, tzw. polityków, tzw. duchownych, tzw. lekarzy oraz tzw. klasę robotniczą (na którą z ideologicznego musu już się załapują drobni wykonawcy kładący flizy na czarno... co spędza sen z oczu komisarzy ludowych Krytyki Politycznej, bo nie wiedzą bidusie jak im liczyć emeryturę? czy od tego ile lat pracują czy od tego ile udało się im nieopodatkować?).
Idzie wiosna (czuję to mimo, że za oknem jest minus ileś...) i czas zaplanować naszą zieloną partyzantkę na wielu poziomach. Każda cukinia i pomidor wyhodowany na balkonie, każdy obieg wartościowego jedzenia i każda godzina spędzona w kontakcie z naszym pozaludzkim otoczeniem jest sto razy bardziej rewolucyjna niż studiowanie Marksa. Z Marksa zróbcie podstawki pod skrzynki z kompostem, to już najwyższy czas.
Na focie Joshua Light Show i Ash Ra Tempel w Berlinie, fota Jacka E Zero ze wspólnej celebracji archeologii mediów na Transmediale 2012. Sztuka was wyzwoli!

Ryoji IKEDA i takie tam...

0 comments

Po ostatnim wypadzie do Berlina zostało mi kilka mocnych wrażeń i stos materiałów, które powoli przeglądamy. Instalacja Ryoji Ikedy " db " jakoś mi nie daje spokoju i chyba tak już pozostanie. Częścią instalacji był wielki prostokąt wypełniony 48. parami słów zaczynających się od "d" i "b", pierwsza dziesiątka wygląda tak:
dark - bright
deaf - blind
depth - breadth
decimal - binary
dimension - boundary
domain - border
density - blank
digital - bug
data - bit
dot - bracket
.... itd. do 48. pary.
Pary ułożone były w dwie kolumny a pomiędzy nimi artysta umieścił literki db wielokrotnie większe niż fonty użyte w parach.
Całość jest dobrym wstępem do podwójnej instalacji czyli white room / black room.
W instalacji są dwa wielkie elementy techniczne: specjalny głośnik i reflektor przypominający wojskowe przeciwlotnicze. Na głośniku zobaczyłem małą tabliczkę producenta: Meyer Sound, który wytwarza specjalistyczny sprzęt nagłaśniający m.innymi dla kin i reklamuje się zdaniem: thinking sound.
Instalację Ikedy w Hamburger Bahnhof można oglądać do 9. kwietnia 2012 roku. Warto tam być!

Dzisiaj miałem bardzo interesującą rozmowę na temat propozycji wydania naszej książki o tundrze za kręgiem polarnym. Oczywiście będzie to rzecz o Samach i Ich kulturze, ale mam nadzieję potraktować przestrzeń tundry jako coś większego od wszelkich ludzkich wpływów i konotacji. O książce myślałem już w zeszłym roku, ale konkretna propozycja przyszła kiedy jesteśmy w miłym kontakcie ze znakomitymi Samami i możemy wiele spraw konsultować z nimi! To będzie bardzo ważna praca i po jej ukończeniu otworzy się wielka nowa przestrzeń, o której nic jeszcze nie wiemy. Mam na myśli to, że Zielnik Podróżny (pojawi się w marcu) jest sporym podsumowaniem etnobotanicznych doświadczeń z wielu lat, A. pracuje nad książką, która da podsumowanie sporej części wiedzy o strategiach traktowania tradycyjnej wiedzy w kulturze popularnej wraz z pewnym poglądem na te procesy, jaki wypracowaliśmy sobie jako czynni uczestnicy kontrkultury. Tak więc nowa książka o doświadczaniu marszu, o obcowaniu z tzw. pustkowiem tundry (w Bułgarii mówi się na taki sam mityczny obszar: balkan i nie jest to określenie konkretnych gór, chociaż w takim znaczeniu także występuje Bałkan = Stara Planina) jest dobrym dopełnieniem opisu bogatych doświadczeń z jakimi przychodzi się nam mocować. Bo te wszystkie wędrówki, projekty, nowe spotkania, zachwyty i doświadczenia, to co nagle spływa na nas falą fantastycznego poczucia spełnienia lub obcowania z czymś niezwykle ważnym to wielka próba sił, pracy z emocjami i gdyby nie praktyka jaką staramy się kierować, to albo zostalibyśmy wielkimi warszawskimi guru (od dowolnych spraw, najlepiej wszystkich...), albo skończylibyśmy w szpitalu. Z perspektywy czasu to ta praktyka i konstruktywne opanowywanie emocji wydają się znacznie ważniejsze niż jakieś konkretne dokonania.
Pomiędzy przestrzenią wykreowaną przez Ikedę, a dziką, poza-ludzką
sferą Ziemii nie ma istotnej różnicy i mają wiele wspólnego. W każdym razie uczucia jakie się pojawiają podczas obcowania z każdą z nich są identyczne. Oznacza to, że doświadczenie pustki jest możliwe do osiągnięcia dzięki intensywnej praktyce duchowej / sztuce / obcowaniu z dzikością.

Powoli nadchodzi połowa lutego i plakaty już wysłane w kilka miejsc gdzie w marcu zagramy naszą muzykę. Planujemy trzy ujawnienia: w Szczecinie (18 marca, sobota, podwójna aktywność: pokaz fotografii i relacja z trekkingu w tundrze (Zamek KP) oraz wieczorny koncert w Teatrze Kana), w Zielonej Górze (19 marca, BWA i pierwszy raz w tym mieście!) oraz 30.stego marca w Olkuszu pod Krakowem, gdzie zagramy na specjalnym wernisażu wystawy bardzo interesującej fotografii... Jeszcze będzie czas aby to dokładniej opisać, ale plan aby koncerty zaczynać dopiero od drugiej połowy marca udaje się realizować. Cieszę się, bo poza arcyciekawym programem na koniec kwietnia z dwójką artystów samskich (Częstochowa i Kraków ! naprawdę jak mawiają górale: wow!) kroi się coś na Śląsku i w Cieszynie (czyli też na Śląsku...)jeszcze w pierwszej połowie roku.
Kiedy przyglądam się mapce miejsc z jakich zainteresowani naszą działalnością "wchodzą" na naszą stronę na myspace, to widać jak rozkłada się pewien rodzaj kultury. I w "naszej" strefie nie ma jakoś wielkiego mocarstwa, jakim podobno są Chiny, słabo coś z wielką Rosją (poza częścią europejską) itd. itd. Gdyby taką mapę zestawić po 12 latach koncertowania Karpat Magicznych w odniesieniu do Polski... ? Są wielkie obszary jakby poza wszelkim zainteresowaniem... Może to przypadek, może zbyt gruba skorupa na budyniu, kto to wie?

Bogdan z Mirkiem kończą pracę nad jubileuszowym 40. ! wydawnictwem w naszej dokumentacyjnej serii World Flag Records. I będzie to kaseta magnetofonowa! Kaseta 60.siątka (piękne nowe tzw. "slimy") z materiałem z Acid Stasi House z Berlina. Na kasetę wydawała się nam najodpowiedniejsza. Będzie jedynie 50 kaset ręcznie numerowanych plus kilka zerowych dla naszej ekipy jako pewnego rodzaju szalone "akcje" dla udziałowców naszego przedsięwziecia. Przez te 8. lat istnienia serii (pierwsza płyta wyszła w 2004 roku) wydawaliśmy głównie CDR (ostatnie lata to zawodowe CDR z maszyn), ale było też DVD i różne okładki i wkładki (książeczki, mini albumiki)...
FLAGA ŚWIATA to jedno z tych działań, które są całkiem szalone, pozornie niepotrzebne, rozmyślnie niedostrzegane i pomijane w niezależnych rankingach, a nawet opisach sceny tzw. offowej czy eksperymentalnej. Tak jakby tych wydawnictw nigdy nie było...ale z drugie strony wiemy dobrze jak krążą, jak docierają, inspirują, a niektórych doprowadzają do łez. Dzięki Krzyśkowi z Serpent.pl można nie kontaktować się z nami, a wydawnictwa dostać w kilku formatach.
Szkoda, że ta nasza scena taka mała, ograniczona i głupio pooddzielana zasiekami mentalnymi. Będziemy odkrywali jeszcze sto lat dawno odkryte i ulegali prostym pomysłom kilku (zawsze!) Anglików. Jak nie world music, to ambient, a jak nie ambient to dark ambient i tak ulegamy czarom-marom z katalogów i ofert biznesowych, myląc je z muzyką. Jak ćmy do ognia w zakopconej lampie?!

Na focie naszej przyjaciółki Moniki - stoimy obok głośnika w białej wersji instalacji Ikedy, Berlin, ostatnia niedziela. Jak widać, stoimy bez butów, bo do wnętrza instalacji Ikedy wchodziło się bez butów... ja to rozumiem, bo większość ważnych swoich koncertów (i zawsze w stusiu) gram bez butów...
Fota nie jest podrasowywana i tak ta biel naprawdę wyglądała!

JOSHUA LIGHT SHOW Ash Ra Tempel RYOJI IKEDA

0 comments

Cały mój stół zasłany jest fantami z wyjazdu do Berlina, z którego wróciliśmy dzisiaj, lekko po północy. Po grudniowej eskapadzie nie sądziłem, że będzie tak intrygująco, przyjemnie i inspirująco. Pewnie będę jeszcze o tym pisał, bo to co widzę obok laptopa i kubka z hernatą (Libanon Tee, pakowana po kilo i pół kg... i żałuję już, że byłem ostrożny i mamy mniejsze opakowanie!) to kilka całkiem różnych wątków i opowieści. W tej pierwszej relacji ogarnę jedynie to co na stole, aby poukładać te kolorowe klocki doświadczenia.
Cała wyprawa urodziła się z zawodowego musu A. aby brać udział w Transmediale czyli festiwalu sztuki mediów organizowanym w dobrze nam znanymi Haus der Kulturen der Welt (HKW), który na naszej psychogeograficznej mapie Berlina jest mocnym i znaczącym punktem. Mnie, poza księgarnią, wystawą sztuki mediów i kilkoma inspirującymi akcjami (np. lekkie "artystyczne" porażanie prądem... z którym ja bym się w Berlinie raczej tak nie afiszował...) wabiła szansa na oglądanie legendarnego Joshua Light Show do koncertu także legendarnego Manuela Gottschinga z krautrockowej formacji Ash Ra Tempel (później Ashra). Manuel G. powracał tym koncertem po 5. latach przerwy i mimo, że nie jestem największym fanem krautrocka to doceniam jego osiągnięcia i odrębność. Joshua Light Show to legendarny Joshua White, który "oprawiał" wizualnie koncerty Janis Joplin, Hendrixa, The Doors, Franka Zappy, Santany i kilku innych ekip z Tamtych Czasów... Slaydy Joshua traktuje kolorowymi pigmentami wpuszczanymi pipetą na olejowe podkłady i wszyscy, którzy nie mieli czasu i szkoda im było kasy na The Doors, Joplin i Hendrixa... pamiętają mocną scenę z tymi analogowymi wizualizacjami z filmu Nocny Kowboj. Jeżeli ktoś nie wie kto to Janis Joplin, The Doors... i nie oglądał też Nocnego Kowboja jest proszony o zakończenie czytania moich blogów i przystąpienie do matury.
No i tak: wpadamy do HKW, a tam bilety wyprzedane na Joshua / Ashra... W HKW jest sala na kilkaset osób (może 1000?) i dwa dni przed zero biletów, a Joshua Light Show miał trzy pokazy z trzema różnymi zespołami (niestety nie mogliśmy iść na mojego faworyta: Super Silent! w czwartek). Inna rzecz, że Joshua White stacjonuje w NYC i w Berlinie był pierwszy raz!!! Dzięki wspaniałej akcji Jacka E Zero ... bilet dotarł do mnie przed koncertem i mogłem zagłębić się w fotelu na godzinkę całkowitego wizualnego odjazdu! Manuel Gottsching okazał się skromnym facetem i już jego minimalny zestaw na scenie zjednał mu wiele sympatii. Analogowe syntezatory plus dwa laptopy (muzyk wykorzystywał do muzyki tylko jeden z nich) plus gitara elektryczna, to było wszystko i wystarczyło. Ashra jest ciepło wspominane i traktowane z atencją ze względu na to, że Manuel Gottsching popełnił kiedyś utwór E2-E4, który przez wielu uważany jest za pre-techno. Ashra było więc łącznikiem pomiędzy starym (krautrock), a nowym (techno, rave), teraz jedno i drugie jest stare, ale fani się wymieszali i celebrują! Ważny jest kontekst krautrocka (jako niemieckiej szkoły i silnej sceny nie ulegającej amerykańskiej supremacji muzycznej), który jest jakoś ciągle obecny i raz po raz powraca. Po naszych kontaktach z Embryo i Damo Suzuki (CAN) i nieco mniej znanymi muzykami, widzimy, że część tej sceny już tylko odcina kupony, ale niektórzy robią całkiem interesujące rzeczy. Manuel G. nagrał wiele wersji E2-E4, ale wersja live z Zeitkratzer ensemble (koncert odbył się na Rosa-Luxemburg-Platz 25 marca 2005 roku) wydaje się całkiem interesujący i słucham go z przyjemnością.
To tak tylko kilka słów na temat, który wydaje się warty podjęcia na różne sposoby!
Berlin to oczywiście także mój ulubiony sklep z instrumentami perkusyjnymi... tym razem kupiliśmy kilka drumli z Syberii i Indii. Drumla dla Bogdana jest pięknym okazem drumli morsing i mam nadzieje, że B. nie pozbędzie się zębów, bo jest bardzo twarda i doskonale brzmi! Drumle pasterzy reniferów gadają undertonami i jest to z mojej strony lekki ukłon w stronę pop...
O tym co działo się w HKW można by wiele napisać bo spędziłem tam kilkanaście godzin, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Poza Transmediale musieliśmy też odwiedzić następny (a mój ulubiony) budynek muzeum sztuki nowoczesnej - Hamburger Banhof. Jest tam coś całkowicie niezwykłego, totalnie przejmującego i genialnego! Emanacja estetyki Zen na 2012 rok! To praca kompozytora i visual artist Ryoji Ikedy składająca się z dwóch wielkich przestrzeni (białej i czarnej) i zatytułowana "db" (od decybel). Tego właściwie się nie da opisać i tylko można podać kilka haseł: smugi światła, ekrany zapełnione kodem cyfrowym, dźwięki i sekwencje, oślepiająca biel i czerń bez dna, swobodna przestrzeń i prostota. To jakby wejść do gigantycznego komputera do środka i znaleźć tam kamienny ogród Zen... Sygnały / dźwięki oscylowały wokół rejestrów głosów wydawanych przez nietoperze, echolokacji, czasem bardziej wyczuwało się zmianę napięcia prądu / fali niż wysokość tonu. Do tego swietne materiały i całkiem biały winyl w kopercie ze sztywnej folii (z innymi pracami)... Ikeda jest też faworytem A., która miała możliwość obcowania z Jego sztuką na innych festiwalach. Po wyjściu z tej ekspozycji (?) coś zacząłem plątać o budynku dworcowym w Krakowie i MOCAKu, ale sam uznałem, że było to jak puszczanie baniek nosem przez grubą warstwę budyniu.
Muszę kończyć bo zginiemy z głodu oparci o klawiatury laptopów... a jeszcze np. taka spora książka / katalog - In Girum Imus Nocte et Consumimur Igni - The Situationist International (1957 - 1972)...
Na focie Jacka E Zero Manuel Gottsching i Joshua Light Show na Intermediale... czyli hipisowski klasyk z Filmore East NY i legenda krautrocka za analogowymi klawiszami i z nudnymi solówkami na gitarze podczas ultranowym Transmediale 2012...

SZTOKHOLM

0 comments

Z krótkiej wyprawy do Sztokholmu wróciliśmy w niedziele wieczorem, ale postanowiłem dać sobie kilka dni na ochronę przed skutkami wiatru słonecznego... w postaci wyłaniania się z odchłani dawnych przyjaciół, złośliwości zamiast współpracy, zaległych rachunków i trudności komunikacyjnych. Kto by pomyślał, że słońce ma wiatry i wpływają na mózgi Homo sapiens! Styczniowe bluzgi plazmy słonecznej wpływają na wielu ludzi w sposób trudny do pojęcia. Pierdnięcie solarne zrobiło coś złego z bardzo cenionym dotąd u mnie p. Bonim i kilkoma innymi tzw. znaczącymi urzędnikami i politykami. Smród poszedł po liceach i wyskoczyli z niego młodzi "intelektualni niewolnicy" (tak siebie określali), którzy palą flagi UE w imię oporu wobec interesów USA, które same chyba niezbyt chcą ograniczeń w internecie. Po kilku wpisach i małych dyskusjach na FB okazało się, że bohaterami dnia nie są tacy jak my, którzy od lat popularyzują CC i nie zabraniają ściągania własnej muzyki, a nawet sukcesywnie udostępniają ją w sieci darmowo... Nie, to nie my, bohaterem jest p. Cejrowski bo ma jaja, co się wg. internautów uwidacznia w postaci wyśmiewania p. premiera... Faktycznie, jest to odwaga niezwykła!
Ale głupieją nie tylko młodzi, głupieją także i starzy. Facet od filmu polskiego zwierzył się, że nie wieszają ich w sieci, bo to ułatwia pirackie ich ściągnięcie. Powieszenie tych gniotów nawet po np. 5 złotych nie gwarantuje sukcesu? To, że w kupie są te filmy kiepskie nie wskazuje wcale, że ludzie nie zechcą ich oglądać... zwłaszcza w okresach wzmożonych erupcji na słońcu. Dzisiaj słyszę, że kierowcy samochodów zablokują drogi aby zmusić rząd do obniżenia cen benzyny?! Jakie to proste! Na biednych wsiach Małopolski dotowani rolnicy mają już po trzy auta i dwa traktory więc przyda się obniżka cen paliwa, dokupią sobie jeszcze dwa.
W tym całym słonecznym bąku, którego zapach i wirowanie wcale mi się nie podoba (za wyjątkiem zorzy polarnej) pielęgnuję trzy miłe dni spędzone w Sztokholmie.
Pierwszy był jak sen i niech tak pozostanie. Skrócę go do sytuacji przy stole w małym mieszkanku w mieście: A. i ja z jednej strony, a z drugiej fantastyczni Samowie. Dwoje to artyści rzemieślnicy kultywujący duodji czyli tradycyjne rzemiosło i joik, dwie pozostałe to reżyserka filmowa i dziennikarka. Syn naszego nauczyciela joiku szybko się wycofuje do swojego pokoju i otwiera laptop. Wiele razy pytano nas czy spotykaliśmy "prawdziwych" Samów. Spotykaliśmy wielu Samów, ale to byli Ci najprawdziwsi! Dwójkę artystów będziemy gościli w Polsce pod koniec kwietnia! Jeszcze jest czas na szczegóły.
Ze spotkania wróciliśmy do hostelu (urządzonym w dawnym więzieniu!podobnie jak ten, w którym spaliśmy w Lubljanie) z rodzajem talizmanów dla wędrowców. Talizmany bardzo się nam przydały jeszcze w tym samym dniu, w którym przewędrowaliśmy po Sztokholmie blisko 30 km... I nic więcej na temat tego dnia!
Drugi dzień to powalająca wystawa fotografii w Moderna Museet (muzeum sztuki nowoczesnej) i fantastyczny wieczór u Ewy i Tomka Hołuja. Od czasu do czasu żartujemy sobie z kiepskich wystaw i nieporadnych kuratorów w budyniowie i jak już pisałem wcale nie daje to satysfakcji... Bardzo cieszyłbym się gdyby krakowski Mocak powalił mnie czymkolwiek, bo przecież może! Granice otwarte, kasa jest, hipstersi sączą kawę, kuratorzy modnie ubrani i oblatani jak stare radzieckie samoloty TU... (grubo...?), a jednak?! I tym razem już pierwsza sala i wielkie odbitki na doskonałym papierze fotograficznym przyszpilone do ściany (bez ramek i szkła) zrobiły mi tak jak powinny. Wielka autofotografia Cecylii Edelfalk - Self-Portrait, na której artystka mierzy do widza z rewolweru ... no nie może być pokazywana w ramce za szkłem! To by wyglądało tak jak relacja z obcinania sobie penisa przez happenera z grupy Akcjonistów Wiedeńskich pokazywane w zrebrnych ramkach za szkłem i uspokajającą notką: nie uciął sobie!
Wystawa Another Story pomyślana była jako trzy osobne całości zatytułowane: Possessed by the Camera (1970-2010), See the World! (1920-1980) i Written in Light (1840-1930). W środku każdej z tych osobnych ekspozycji można było siedzieć bez końca i oglądać albumy, stare pisma, katalogi... i nikt, ale to nikt nie stał nad nami i zwracał uwagi co robimy. A. fotografowała bez ograniczeń, skrępowania i poczucia winy, podobnie do wielu innych zwiedzających. Wiem, wiem: kamery itd. ale u nas ich brakuje? Wiem u nas boją się pewnego aktora z szablą.
Po trzech godzinach oglądania najstarszych zachowanych fotografii we wszystkich technikach, oryginalnych fotografii legendarnych twórców i całkiem nowych dla mnie, ale znakomitych serii fotografii w świetnie zaaranżowanych salach (np. jest tam możliwe siedzenie i kontemplowanie, siedzenie i odpoczywanie, siedzenie i robienie zapisków) tylko widok czekającego w drzwiach Muzeum Tomka Hołuja mógł nas wyrwać z tego wspaniałego miejsca. Jeżeli się wybierzecie do Moderna Museet to pamiętajcie, że jest tam też barek, kawiarnia i restauracja oraz znakomita księgarnia... i kilka innych wystaw.
Tomek H. obok tego, że jest znakomitym muzykiem i malarzem (a dla mnie grafikiem, co On sam jakoś nie docenia?!) jest także autorem doskonałego wegetariańskiego jedzenia. Od czasu gdy biegał z ksylofonem po Krakowie minęło ... (!) tyle lat i jest coś zastanawiającego w doskonałej kolacji u Niego w Sztokholmie. Wizyta w pracowni Tomka i fotki z jednymi z pierwszych bębnów od Słomy przyniosło nieco nostalgii. W tym dniu przeszliśmy pieszo tylko kilkanaście kilometrów. I tyle o dniu drugim.
Trzeci dzień to wspaniały dryf po Sztokholmie, czyli to co oboje z A. lubimy najbardziej i co nas nigdy nie zawodzi. Opis (opis właściwie nie jest możliwy, może to kiedyś zagramy?) ograniczę do miłej herbaty w kawiarni gdzie przesiadywał sam Stieg Larsson, autor Trylogii Millenium ( a może będzie i czwarta część, bo jej zarys i część tekstu tkwi ciągle w laptopie zmarłego w 2004 roku autora). Kawiarnia jest także częścią fabuły Millenium i już z daleka zobaczyliśmy tłumek fotografujący szyld i siebie pod nim. Kawiarnia jak kawiarnia i to jest właśnie takie skandynawskie! Herbata dobra, a na ścianach zastanawiające malarstwo pary artystów: Johanny Birkeland i Ossiana Theseliusa. Hipisowskie malarstwo w jaskini lewaków? Kilka prac całkiem ciekawych. I tyle o tym dniu. Bo co tam pisać o sklepie z gitarami (niby mamy takie same...), co tam pisać o hostelu-więzieniu (mamy i hostele i więzienia...), z którego wcale nie chciało się wychodzić... itd. itd.
O wszystkim pisać nie będę. To skutek tego całego zamieszania pt. ACTA i tego co widziałem i czytałem na FB. Moja intuicja podpowiada mi, że coś się zmieniło, coś tąpnęło w sprawie pt. internet, chyba czas na przypomnienie sobie innych obiegów i miejsc niedostępnych. Tak mi mówi intuicja (nazywana kiedyś żartobliwie: intuicją wodza), ale może to tylko kolejne pierdnięcie słońca.
Na focie A. kawiarnia - artefakt Stiega Larssona.

ACID STASI HOUSE

0 comments

Acid Stasi House to sesja jaką zrealizowaliśmy w grudniu 2011 w Berlinie. Stasi to potoczna nazwa dawnej bezpieki w NRD: Ministerium fur Staatssicherheit (MfS). Sesja została zorganizowana w jednym z budynków Stasi, w którym Jacek Slaski wynajmuje salę prób dla swej artystycznej formacji The Curators. Sesję zagraliśmy po kilku dniach intensywnego biegania po Berlinie i uczestniczenia w kilku interesujących akcjach, wystawach i sytuacjach. Garść wrażeń z tego czasu znajdziecie na wpisie z grudnia 2011 pt. Berlin.
Nagrywanie w czasie podróży i odniesienie się w ten sposób do smaku czasu i naszej dyspozycji plus roboczy charakter, który gwarantuje autentyczność i entuzjazm, stosowaliśmy już niejednokrotnie (zobaczcie Mirrors, naszą płytę nagraną dużej części w USA) i piszę tu o nagraniach muzyki, a nie field recordings - to zupełnie inna działka. Sesja Acid... jest ważna z kilku powodów - rozpoczyna oficjalnie nowy nasz projekt Noise to Silence o radykalnym charakterze (skupimy w nim nasze doświadczenia z praktyką real time, z muzyką intuicyjną, z nowymi instrumentami i archeologią mediów) i poza udostępnioną za free sesją z Berlina szykujemy już od blisko roku wydawnictwo z nagraniami w ramach Long Strings Installation. Pierwsze mixy już wybrane i zapowiada się naprawdę interesująca przestrzeń.

Najważniejsze jest jednak to, że po tych wszystkich latach naszej naprawdę wytrwałej i ciężkiej pracy zaczynamy dostrzegać co w świecie dźwięków nas naprawdę interesuje. To daje wiele radości i satysfakcji. Jesteśmy chyba już gotowi... na konfrontację z dźwiękiem. Nasze charaktery są takie, że nie możemy się zgodzić na traktowanie muzyki i substancji dźwięku jak jakiś przymulonych ciasteczek z budyniem na wierzchu. To co słyszymy (i o czym czytamy pochwalne peany dziwnych znawców wszystkiego) mnie osobiście przeraża i powoduje silne nudności. Przypomina to proces lepienia klusek z możliwie marnej mąki i wpychania ich w gardło gęsi... przy czym gęsi mi naprawdę żal, a dużej części budyniowa: nie!
Bo jak rzygać to z prawdziwej emocji, a nie cierpieć na wymuskane, estetyczne, wypichcone nudno - ści.
Granie w jednym z pomieszczeń NRD-dowskiej Stasi w 2011 roku, w którym kawa w Krakowie jest droższa od tej w Berlinie, a stos instrumentów nas cieszy, ale nie rusza jak dawniej plus to, że nie musimy właściwie nigdzie się szlajać aby udowodnić, że nie jesteśmy żyrafą... to wszystko jest na Acid Stasi House.
Jak nie pasi to zawsze jest kilka innych płyt naszych koncesjonowanych budyniowych off-coś tam!

FALCO PEREGRINUS

0 comments

Sokół wędrowny w latach 50. XX wieku właściwie został w Polsce wytruty przez radosne stosowanie DDT w rolnictwie. Po kilkunastu latach odnotowywano kilka par gniazdujących, a obecnie mówi się o kilkunastu parach? Szybkość z jaką ten ptak potrafi latać przekracza 300 km/godzinę i pewnie ma kwalifikacje znacznie większe niż znakomici piloci F16?! Niestety, trucie jest w dalszym ciągu stosowane, już nie DDT, ale arszenikiem tak! Zatruty gołąb łatwiej niż inne ptaki wpada w szpony ( a szpony sokół ma naprawdę imponujące) sokoła i jest kłopot. Sokół wędrowny jest ściśle chronionym gatunkiem i każda jego obserwacja jest cenna, nie mówiąc o żywym (nawet jak kedwie...) dorosłym ptaku... więc wczoraj i dzisiaj trwała akcja poszukiwania ratunku i szybkiego dostarczenia ptaka do szpitalika dla ptaków drapieżnych przy UR w Krakowie. Szansa na odratowanie chorego sokoła jest niezbyt duża, ale jakaś jest i koniecznie trzeba próbować. Foty jakie udało mi się zrobić podczas oględzin znalezionego (w mieście!) ptaka są gratką dla każdego ornitologa. Na fejsie kilka bardzo różnych osób z dużym zainteresowaniem lajkowało fotę ratowanej sokolicy (bo okazało się, że to sokolica mająca ok. 3 lata) i to bardzo jakoś krzepi. Widać, że nie jesteśmy całkiem obojętni na takie ultra dzikie istności? To nic, że lajkowało znacznie mniej osób niż w przypadku doniesienia Adama Wajraka, że osrał go gołąb, bo tu raczej chodziło o sokoła wędrownego niż o inne względy.

Dość długo nie pisałem, bo pierwsze dni stycznia były dość napięte i pracowite... jeszcze szlifowałem książkę. Redakcja i korekta w wydaniu A. jest zawodowa, a więc bezlitosna i odzierająca autora ze złudzeń o geniuszu... to proces bolesny, ale jakże niezbędny w sytuacji kiedy książka zaczyna jawić się jako coś zupełnie innego niż prosty zbiór informacji o roślinach.
Z tej ciężkiej pracy nad ego udawało mi się uciec na chwilę z pomocą czytania trzech książek równolegle. To świetna praktyka i idzie mi to już całkiem nieźle, w czym spory udział mają oczywiście te konkretne książki:Steve Jobs (Waltera Isaacsona, kiepsko tłumaczona... ale Jobs załatwia wszystko),Szaleństwo marszu (Jacquesa Lanzmanna) i rewela w postaci rozprawki Etniczność sp. z o.o. (Johna L. Comaroffa i Jean Comroff).
Jobs to Jobs... ja bym to kazał czytać i uczyć się na pamięć studentom, którzy stękają do kamery lub wylanych ze studiów kolegów redaktorów gazet, że nie mają pracy i perspektyw. Nigdy nam nie zdradzają czy coś potrafią i tylko chwalą się tym, że studiują, lub że mają dyplom albo dwa. Z takim nastawieniem pozostaje dzisiaj jako pewna perspektywa dobrej roboty już chyba tylko seminarium duchowne...
Szaleństwo marszu to klasyka gatunku czyli samo sedno ekstremalnych doznań związanych z trekkingiem, marszem, wędrowką. Lanzmann jest błyskotliwy, old schoolowy i do bólu prawdziwy, więc raczej w Budyniowie się nie przyjmie.
Prawdziwą perełką jest Etniczność zp. z o.o. Generalnie jest o tym, że różne nacje, plemiona, małe narody, First Nations, ludy tubylcze i pozostałości po nich zaczynają się odkrywać i organizować jak firmy, spółki, korporacje. Polega to na uzyskiwaniu osobowości prawnej (dla np. rady wodzów albo starszyzny zjednoczonych plemion), zastrzeganiu logotypów i dochodzenia tak zwanych praw do tradycyjnej wiedzy nazywanej m. innymi prawem do dziedzictwa intelektualnego w zakresie miejscowej flory i fauny! Zaczyna się też kształtowanie etno inwestycji, przemysłów etnicznych, biopolityk itd. Moja etnobotanika Karpat i Bałkanów będzie jak znalazł i jakby niektórzy mieli olej w głowie (a nie budyń) to by zamiast beznadziejnie głupich i prostackich wyciągów narciarskich zajęli się biopolityką... Do smakowitych kąsków w tej książce należy świetne studium etnobotaniczne dotyczące kaktusa Sanów (buszmenów) czyli xhoba (Hoodia gordonii),ID-OLOGII, testów genetycznych (za niespełna 200 dolców robisz sobie test i dowiadujesz się, że masz przodków w Gruzji, albo wśród Irokezów (to lepiej bo może mają swoje kasyno i spore zyski?) i należy ci się pióropusz?
Bardzo mi się podobała historyjka szamanki Moon Owl... która szamaniła (za kaskę rzecz jasna) i legitymowała się kursami u Indian, którzy okazali się po pewnym czasie nie być Indianami... Rewela... mania wiary w dyplomy dotyka najwyraźniej nawet szamanów...

Kiedy będziecie pili coś w Hard Rock to miejcie świadomość, że sieć ta należy do plemienia Indian Seminolów, którzy kupili ją za pieniądze z własnych kasyn wybudowanych w rezerwatach... i to teraz Indianie są właścicielami Flaying V - gitary Hendrixa i gorsetu Madonny... czyli relikwii amerykańskiej pop kultury. Jednocześnie Indianie zabiegają o zwrot przedmiotów należących do ich własnego dziedzictwa, rozsianych po muzeach w całym kraju. Jak się tak zastanowić to tzw. etnokapitał od dawna czuli twórcy góralszczyzny, teraz organizują się tak także Ślązacy i jak ruszą Kaszeby...
Nasi lewacy cieszą się z końca kapitalizmu, a tu wyrasta całkiem nowy, kapitalizm etniczny, który trudno będzie nie popierać?!

Wstęp do nowego roku (bo ja jednak czekam na luty...) w warstwie muzycznej jest niezwykle ekscytujący. Po pierwsze to sesja z Berlina, która jeszcze troche musi poczekać, ale za to będzie dostępna za free dla wszystkich.
Fantastyczna jest płyta Inuit - fifty-five historical recordings czyli zestaw najstarszych rejestracji śpiewów i bębnienia z Grenlandii. Część nagrań wykonano w 1905- 1906 roku! Znakomity jest opis nagrań, który świadczy, że field recordings jest już mocno pogłębioną praktyką i wielowątkową wiedzą. Do tej samej rodziny płyt bardzo cennych należy Tibetan and Bhutanese Instrumental folk music.
Ile z przepisywania takich wydawnictw powstanie w Polsce prac dyplomowych... tych znawców, którzy po tak ciężkiej robocie pirackiej czekają już tylko na znakomite oferty pracy?
Szkoda, że w tym popapranym budyniowie dalej wszystko usmarowane ciągnącą się masą wygładzającą wszelkie zagłębienia w korze mózgowej.
Na focie sokolica i niech się uratuje i odleci daleko!!! Bo tylko wędrowcy mają szansę na ratunek.
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội