ŁEM

0 comments

Udział w Festiwalu Przygody i Podróży "Bonawentura" w Starym Sączu kolejny raz pokazał nam, że nie jesteśmy "podróżnikami"... i mimo pełnej sali (co w tym miejscu zapewniał dotąd jedynie recital Piaska...) czuliśmy się troszkę nie na swoim miejscu. Bo te miejsca, które nas zachwycają robią z nami coś takiego, że możemy siedzieć i się spokojnie przyglądać czemukowliek... możemy opisać deszcz lub kępkę karłowatej brzozy... a tu trzeba "zdobywać" góry, "pokonywać" rzeki i obejmować w "posiadanie" dziewicze tereny... Jesteśmy możliwie daleko od takich podróży... ale Wojtek nas zaprosił, a Wojtkowi się nie odmawia, bo facet jest wporzo. Nęcił nas nocleg w Centrum Pielgrzymkowym, ale było to jednak trudne i zbędne dla nas doświadczenie. Oko świętej Faustyny było całą noc otwarte... a plakaty z schematami ubiorów liturgicznych trochę nas przygnębiały. Wynagrodziła nam to tzw. publiczność czyli entuzjaści, przyjaciele, znajomi i dalsi znajomi. W niedzielę rano, kiedy ekipa Nataszy i Głodnych Kawałków jeszcze spała pomknęliśmy do Kosarzysk i dalej w Małe Pieniny... Śnieg i wiatr dokonał rytualnego oczyszczenia i uwolnił nas od oka Faustyny. Była pewnie oki, ale oko po ludzku mogłaby zamknąć na chwilę...? Ze świętymi zawsze są kłopoty...

W ostatni piątek pojechaliśmy do Olkusza... Kiedy przychodzi jakieś zaproszenie czy propozycja dotycząca nowego projektu, nie myśli się zazwyczaj o trudnościach i tylko jest entuzjazm albo go nie ma. W przypadku zaproszenia jakie nadeszło od fotografika Adriana Spuły entuzjazm pojawił się od pierwszego momentu. Czym bliżej zrealizowania entuzjastycznie powitanego projektu, tym sprawy zaczynają się komplikować, piętrzyć, trochę uwierać i przychodzi moment lekkiego zwątpienia: no fajnie, ale tego się nie da zrobić tak jak się wydawało... itd. itd. Tym razem, nawet nasz ulubiony rekwizyt kulturalny czyli pianino w rogu sali (drugim jest choinka...) i minimalny zestaw sprzętowy nie zachwiał atmosferą. Może dlatego, że na ścianach wisiały znakomite i ciężkie w znaczenia fotogramy z prawie całego obszaru Łemkowszczyzny. Wobec śladów dawnych mieszkańców sporej części Karpat w granicach Polski i w kontekście okoliczności w jakiej Polska tych ludzi wyrzuciła, trudno jest o uniknięcie zadumy i trudnej refleksji. Ale poza politycznym i społecznym kontekstem Akcji Wisła jest też inny, zwyczajny upływ czasu, znikanie miejsc i przestrzeni w Karpatach, zanikanie pewnych form wrażliwości i duchowości, zubożenie i ironia... Moja znajoma odszukuje dawne nazwy miejscowości, wsi, gór i miejsc... coś jak moje "odkrycie", że tzw. Góra Krzyżowa w Krynicy nazywała się naprawdę Urdy Wierch... (i taki tytuł na naszej pierwszej płycie Ethnocore...polecam) i myśl, że może jako Krzyżowa łatwiejsza jest do oskalpowania, zabudowy, zniszczenia i wykorzystania? Daleki jestem (wbrew pozorom) od naiwnych interpretacji historii i przypisywania komukolwiek bezwzglednej "racji", ale...
W Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Olkuszu na dwie godziny objawił się inny, zapomniany świat, a skoro się objawił, to znaczy, że istnieje w nas i warto o tym pamiętać. Znakomici słuchacze, młodzi hardkorowcy i tzw. zwykli, starsi ludzie wyraźnie poruszeni obrazami i dźwiękami... to jest ta nagroda! To dla dotknięcia takich obszarów warto uprawiać ten dźwiękowy nomadyzm wbrew wszystkiemu.

Wczoraj, tzw. rzutem na taśmę (bo ostatnie godziny wystawy!) poszliśmy do MCK na pokaz pt. Współczesna Architektura Norweska 2005-2010... i zapłakałem już od pierwszych plansz i fot. Będziemy tu w budyniowie głędzić jeszcze sto lat o tym czy architektura ekologiczna (a może "zielona") jest modna czy nie jest... a w Norwegii ludzie sobie mieszkają tak, nie srają w każde dzikie miejsce, nie wrzucają umywalek i starych akumulatorów do potoków... pewnie dlatego, że jakby Boczek z Kiepskich powiedział: bo bogate są, panie, bogate są! A to nie bogate są tylko mają w głowie mózg a nie budyniowe zakisłe zwoje. I pochlipuję tak do teraz, bo to jest jedna ze spraw, której nigdy w budyniowie nie osiągniemy, bo tzw. rolnicy u nas zawsze będą rządzili i basta! Pozostaje tylko się postarać aby mojej emerytury nie dostawali...

Marzec z dryfem od Szczecina po Zieloną Górę i Olkusz zamknęliśmy, teraz nadchodzą kwietniowe jazdy: Kawiarnia Naukowa i "ethnoise" plus ważny z wielu powodów czas wizyty
i pracy z gośćmi z Sapmi! No i powoli buduje się trasa promocyjna dla Zielnika Podróżnego... będzie Śląsk, z czego bardzo się cieszymy.
Fota z Olkusza, fotogramy i my... prawdziwe wrażenia płynące z fotogramów i dźwięków nie są widoczne... kto był ten wie.

MOSSGRAFFITI

0 comments

Walenie olejem po ścianie zaczyna być troche już staromodnym obyczajem... czasem usprawiedliwionym, ale najczęściej jest to XXXX (zobacz napis na graffiti ze Szczecina z poprzeniego wpisu...). Niestety, jak wszędzie jest kłopot z tym co w streetarcie było największą siłą: z ironią, celnym opisem i skrótem, zaangażowaniem... Zaczyna to być taki sobie biznesik jak robienie reklam i malowanie szyldów. Miałem w szkole kolegę, którego ojciec uważany był powszechnie za artystę, bo potrafił pięknie narysować myszkę Miki, albo stajenkę z Jezuskiem (w zależności od sytuacji i zapotrzebowania szkolnego)... Wstydziłem się pokazać kolegom albumy rusunków mojego ojca i Hasiora... do Miki Mause było im daleko! Ta wizja estetycznego i miłego artysty prześladuje mnie od tamtych lat... a mylenie łatwości w malowaniu / graniu / rysowaniu ze sztuką jest dalej powszechne. Trudno uciec przed tym nieporozumienim i sam pomogłem w zamalowaniu ściany kamienicy w stylu "ogólno - ładno - promocyjnym" i mam czkawkę do dzisiaj. Czuje się nabrany przez malarzy i tzw. kierownictwo... kara jest jednak sroga, bo muszę to oglądać dość regularnie...
A tu się dzieją interesujące akcje pod kryptonimem mossgraffiti czyli graffiti mchowym albo może graffmchiti?
Wszystko co nowe po zbadaniu okazuje się mieć bardzo stare korzenie... nawet techniki z bezkorzeniowymi mchami. W Japonii znane są z ogrodów przy buddyjskich świątyniach kompozycje złożone ze 100. gatunków mchów (Sa iho-ji w pobliżu Kioto: świątynia mchu). Ale graffmchiti to technika nowa, łącząca stare zadziwienie mchem, odpowiedzialne ekotrendy ze sztuką ulicy. Mchy są roślinami beznaczyniowymi, czyli nie mają tych wszystkich rurek i muszą sobie radzić inaczej z poborem pokarmu i wody. Nie mają liści ale mikrofile (tzw. listki) oraz łodyżki i chwytniki. Mchy są organizmami pierwotnymi, pionierskimi i mimo, że potrzebują wody to jednak mają zdolność powracania do życia nawet po całkowitym przesuszeniu. Niektóre gatunki mchów dostosowały się do warunków miejskich tak bardzo, że poza miastami nie mogą żyć!
Kilka z tych zdolności wykorzystuje się przy akcjach zakładania żywego graffmchiti . Pierwszy krok, to przygotowanie żywej farby z mieszaniny mchu, piwa i cukru. Najpierw należy pozyskać trochę żywego mchu porastającego stare mury, jakieś ruiny i mosty... pamiętajcie, że chodzi nam o mech miejski, a nie płonnik z lasu lub torfowiec z podmokłych łąk. Nie skrobcie też wszystkiego zielonego co na starym tynku rośnie, bo ma być mech - nie porosty, glony i stary napis z łuszczącej się farby olejnej w odcieniu "morska zieleń". Mech troszkę oczyszczamy z liści, petów, zapałek itp. i po dolaniu piwa miksujemy blenederem. Warto dodać trochę cukru do masy, która powinna przypominać farbę olejną. Wszystko to umieszczamy w jakimś pojemniku zamykanym i po dobie ruszamy z żywą farbą i kilkoma pędzlami w teren. Masę można nakładać też ręcznie, malować palcami i wymyślać wiele innych sposobów nakładania mchu.
Napisy, obrazy, wszelkie wypukłości pokryte naszą żywą farbą za jakiś czas zaczynają się pięknie zielenić. Jak szybko to nastąpi zależy trochę od pogody (deszcz!) i miejsca akcji. Na nasłonecznionej, suchej ścianie raczej będzie kiepsko...
Przy akcjach łączących napisy lub/i obrazki z płaskorzeźbą warto miejsca wypukłe pociągnąć zwykłym jogurtem!
Na świecie żyje kilkanaście gatunków mchów, w Polsce około 700 gatunków, w miastach spotkacie kilkadziesiąt, a miejskich mchów jest może kilka, kilkanaście? To technika dla rezydentów, dla ludzi, którzy lubią zaskakiwać i są cierpliwi. Dla artystów, dla tych co smarują w stylu "pizda nie graffiti" jest to technika poza zasięgiem. Mam nadzieję, że graffmchiti się u nas pojawi i będzie świetnym uzupełnieniem technik guerrilla gardening i bioartu?
Na focie podstawowe akcesoria i składniki, a mech jest wiekowy z muru starego klasztoru!

PÓŁNOC, PÓŁNOCNY ZACHÓD

0 comments

Wpis będzie krótki, bo pisze się dość niewygodnie na stojąco, a siedzieć dłużej nie mogę po ostatnich logistycznych dokonaniach: Kraków - Szczecin - Zielona Góra - Kraków. Wygląda to dość niewinnie, ale pierwszy etap (by pkp) trwał 12 godzin, drugi 5 godziny, a ostatni ponad 8 godzin... Jeżeli dodamy do tego godzinę dzisiejszego wyjazdu z Zielonej Góry: 4.00 ! to wyjaśnia chyba niechęć do siedzenia przy klawiaturze?!
Ale, ale... warto było! Szczecin to tym razem Nordic Cross Point i Teatr KANA, ale też swobodny dryf po mieście, który przynosi nam zawsze wiele odkryć. Warto przypomnieć sobie doskonałą graficznie starą flagę Szczecina. Hanzeatycka flaga przypomina budową powszechnie znany symbol yin-yang, tyle, że rozwiązanie graficzne bazuje na kwadratach i barwach narodowych. Ciekawostką wartą uwagi jest "powrót do pogaństwa" po 1005 roku. Ten "powrót do pogaństwa" jest właściwie odzyskaniem na ponad 100 lat rdzennych praktyk religijnych opartych o kult Trygłowa. Jest interesujące, że aby kultywować własne wierzenia musiało nastąpić oddzielenie się Szczecina od Polski. Ten fakt wiele mówi o tym co nazywamy Polską, tradycją i tożsamością. Ci co najgłośniej dzisiaj pyszczą o tradycyji stoją w długim pochodzie tych, którym zawdzięczamy utracenie swojej rdzennej duchowości? Ośrodek kultu Tryglawa na Wzgórzu Zamkowym dotrwał do 1121 roku, w którym Boleslaw Krzywousty zdobył Sczecin. Najbardziej z tego cieszył się Rzym co potwierdzono tzw. bullą papieską wydaną dwadzieścia lat później. Można się dowmyślać, że te dwadzieścia lat zeszło na wybijanie z głów miejscowym Tryglawa na rzecz Trójcy Przenajświętszej? Miejsce starego kultu szybko zostało zabudowane kościołem (taka praktyka była stosowana powszechnie i dla mnie jest to architektoniczna forma gwałtu wojennego), a miejsce to sąsiaduje z siedzibą Teatru KANA. W mieście jest wiele dobrego streetartu i widać też samoświadomość obecnej fali malarzy, co dobrze ilustruje zamieszczony obrazek ze ściany. Jestem wdzięczny autorowi tematu: Pizda - nie street art za zwięzłe ujęcie moich uczuć kiedy oglądam niektóre dzieła... Gdybym sam to napisał, to zaraz byłoby, że to hejterstwo itd. a tak to dzieło Anonymus. W Szczecinie jedliśmy niezły, tani i stylowy makaron z zieleniną i sosami, ale była też niezła kawa i bardzo dobra pizza.
Nordic Cross Point to spora impreza, z udanym plakatem i logo, ale także ekscytującą zawartością: przejścia przez Grenlandię, bazy arktyczne, psy, niedźwiedzie i tylko troszeczkę zbyt dużo męskiej przygody jak dla mnie. Impreza była wielowątkowa i nie sposób było zobaczyć wszystko co się działo. W pierwszą wiosenną, ciepłą sobotę zaskoczyło na sporo ludzi, którzy przyszli zobaczyć foty z zimnej tundry i posłuchać o Samach.
Wieczorem w Kanie nie było tłumów, ale w tym samym czasie grał także KAT... więc pewnie nasi fani poszli tam, na mniej skomplikowany przekaz w bardziej konwencjonalnej oprawie muzycznej? Przyjęcie w Teatrze i nocne rozmowy po koncercie przypomniały nam wiele wcześniejszych akcji i potwierdziły, że wyjazd miał sens.
Podczas miłej kawy przeglądałem z ciekawością Przekrój (11/2012 z 12 marca) z wywiadem z Kodymeme z Apteki pod romantycznym tytułem: Nie będę szmatą. Kodym ocenił: Vox i Rysiek Rynkowski to absolutne buraki, które powinne świnie paść. A tu moje wyważone i miłe w swej głębi wywody są oskarżane o hejterstwo? Ciekwaszy jest jednak dalszy ciąg rozmowy z Kodymem (który nie będzie szmatą) gdzie na pytanie o Męskie Granie, finansowanie przez piwowartswo i Waglewskiego, już leader Apteki nie był taki ostry. Zręcznie wyminął zjawisko MG, złego słowa na kombatanta wszechstylów offowych nie powiedział i tylko złożył ledwie zawoalowany akces do kaski z obrotu alkoholem. I wszystko byłoby o.k. - jest wolność wypowiedzi - gdyby nie to, że Vox i p. Rynkowski nie udają, że są offowi i ambitni. Kopać Rynkowskiego i Vox to jednak - jak na miłośników Witkacego - słabieńko i układownie. Mimo wszystko Apteka warta jest uwagi (za pomysł na projekt z Witkacym - Witkacy Express szacunek, podziwiam odwagę, bo ja jej wobec Witkacego nie mam) i byłoby całkiem pięknie gdyby nie sam Przekrój z kwiatkami typu felieton Hanny Gill-Piątek, w którym bezlitośnie wali w Euro 2012 z pozycji koordynatorki świetlicy Krytyki Politycznej w Łodzi... To trochę tak jak kopać p. Rynkowskiego, jakiś aktualnie słuszny ideolo styl warszawskiej mutacji Przekroju: wraca nowe?
W Zielonej Górze poza zamkniętymi kasami biletowymi pks wszystko się nam bardzo podobało! Świetne miasto, knajpki, galerie i zjawisko pod nazwą Palmiarnia! To wielka oranżeria z palmami i roślinnością tropików plus troszkę ryb i żółwi, którymi najbardziej cieszą się dzieci. Budynek ma kilka poziomów, kawarnię, restaurację i taras widowkowy. Zazdroszczę Zielonej Górze Palmiarni, szczególnie zimą! Dla zainteresowanych informacja: poza daktylowymi jest kilka innych gatunków palm (także piękne figowce i inne drzewa), a pośród nich karłatka, jedyna prawdziwie europejska palma oraz cenna palma z Meksyku przypominająca troszkę bambus.
Pierwszy dryf zawsze jest najważniejszy i już w jego trakcie miasto zostało wpisane na naszą tajną listę MKP: miejsc (do) koniecznych powrotów. Galeria BWA, w której mieliśmy grać zaskoczyła nas poziomem i tym co nazwałbym zwykłym uczestnictwem w sztuce. Takie miejsca nie da się ot tak powołać do życia, to efekt kultury, kontaktów, odwagi, cierpliwości, otwartości, kompetencji. Obserwujemy dzieje podobnych miejsc, których istnienie zostało zadekretowane - jest wicie, rozumicie trynd na te sztuke współczesną, te dyrdymały i goliznę, wicie rozumicie ... kupimy sobie uznanych kuratorów i nam zrobią tak, że panie dziejku w Warszawie nawet się zadziwią... no i wychodzi jak zwykle klub tańca towarzyskiego.
Nasz koncert sąsiadował z koncertem Dezertera... więc nie liczyliśmy na wiele, a tu zaskoczenie! Pełna sala i dostawianie krzeseł? No i delegacja z Nowej Soli - sam Edward Gramont z Terminusa ze swymi bliskimi! A to tyle wspomnień, a teraz znowu i plany! Po zjedzeniu doskonałej sałatki i makaronu po 22-giej nasza sympatia dla Zielonej Góry szczytowała i tak już pozostanie. Nie wypada mi się podlizywać szefowi BWA, ale może wystarczy mocne: dziękujemy!!!
Pobudka o 3 rano (a wiele tego snu nie było) i wyjazd o 4.00 autobusem ZG - Zakopane i... stoję przy pisaniu. Na dworcu spotkaliśmy starszego pana, który czekał na otwarcie poczekalni od północy i po blisko czterech godzinach zimna i ciemności był bardzo rozmowny. Opowiedział nam wiele ciekawych historii i twierdził, że jest z Gubina. Powiedział nam, że Niemcy mają lepiej... No nie wiem, z naszej perspektywy nawet jak mają lepiej to cieszymy się i pozdrawiamy, tylko tyle. Jeszcze tylko paru budynioczyńców lekko uspokoić i ... gitara! jak mawia Kiepski...
O naszych spotkaniach z wielkimi obiektami na trasie Szczecin - Zielona Góra... nie mam siły już pisać/stać. Wspomnę tylko, że były to: wielki krokodyl, wielki Chrystus Betonowy świebodziński i wielka budowa autostrady, wielki żart w postaci sklepu: wędkarski i elektryczny w jednym... i kilku mocnych elementów erotyki wiejskiej...

NATURE DEFICIT DISORDER

0 comments

Wszyscy znamy dość powszechną przypadłość ADHD ( skrót od: Attention Deficit Hyperactivity Disorder), która dotyka wiele dzieci, a tu pojawiła się nowa: NDD (Nature Deficit...). Pierwszy raz tego określenia użył Richard Lour w 2005 roku... Te i wiele innych bardzo inspirujących informacji pojawiało się przy każdym kolejnym wystąpieniu na świetnej konferencji: Hortiterapia - stan obecny i perspektywy rozwoju terapii ogrodniczych. To pierwsza w Polsce tego typu konferencja i została zorganizowana na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie. Słuchałem, słuchałem i nie mogłem się nadziwić, że "jednak się kręci"... Kiedy robiłem redakcję mojej książki nt. etnobotaniki Karpat i Bałkanów zastanawiałem się czy nie wywalić małego rozdzialiku, który zatytułowałem: "rośliny wspierające"?! Na szczęście nie uległem i rozdział ( i idea bardzo mi bliska) pozostał. Dzisiaj dostałem informację, że książka już na maszynach... więc gdzieś tam ten rozdzialik się drukuje i na konferencji mogłem być spokojny: jestem na czasie. Byłbym może nawet przed czasem gdyby nie rok stracony przez bardzo miłych panów z Warszawy, którzy wystawili mnie do wiatru. Kiedy na konferencji usłyszałem, że poza hortiterapią zaczyna się rozwijać także silvoterapia (leczenie lasem) i hortikulturoterapia (czyli leczenie samym przebywaniem pośród roślin w ogrodzie) poczułem się tak jakbym po wielu latach gadania dowiedział się, że "mówiłem prozą"...
No, teraz zaczną się certyfikaty i kursy... ale tak czy siak moja idea bliskich związków ludzi i roślin staje się wiedzą akademicką. To krzepi i dodaje otuchy, chyba?
Jutro ruszamy do Szczecina w celach dość niejasnych. Niby mamy opowiadać o trekkingach w tundrze na Arctic Circle Point i grać koncert w Teatrze Kana w sobotę, a w BWA w Zielonej Górze w niedziele... ale to tylko część prawdy. Istotne jest to, że mimo stu tysięcy obowiązków, skończenia dwóch książek (i rozpoczęcia pracy nad następną: napisałem taki prolog do książki o Sapmi / Laponii, że sam się nie mogę doczekać dalszego ciągu...) i prowadzenia poważnych działań zawodowych... ciągle udaje się obronić przestrzeń nie do końca jasną, lekko opalizującą, zaskakującą refleksami i dodającą energii samą swą bliskością. To wszystko ma wiele wspólnego z dźwiękami, ale nie tylko, jest plastyczne i znika przy chęci rozłożenia na czynniki pierwsze. Może dlatego, że to czysty czynnik pierwszy (CCP)?
Do Szczecina jedziemy pociągiem i mam kilka niepokojów związanych z pkp... przy kasie znalazłem ulotkę TLK i PKP INTERCITY pt. Podróże we śnie. Niby jest to reklama kuszetek, ale zrobiło mi się jakoś tak dziwnie... Podróże we śnie... trochę makabryczne, trochę obiecujące, trochę ostrzegające: takie podróże to tylko we śnie? Inna obserwacja, to zaskakująco akuratna polityka PKP, jakby to ludzie p. Palikota zarządzali koleją? Chodzi o wyraźne preferowanie par gejów i lesbijek w kuszetkach. Małżeństwo normalsów kuszetki razem nie dostanie, a dwóch gejów czy dwie lesbijki - tak! Tory z czasów KC PZPR i NRD, a polityka w kuszetkach jaka doprzodowa! Wow!
W czasie każdego pobytu w Nowym Sączu i okolicach zaskakuje mnie kreatywność tej krainy "na odcinku kultury"... Na FB pokazałem parę dni temu zapowiedź rekolekcji filmowych prowadzonych przez wokalistę Armii... a tematem miała być Podróż na wschód. Rekolekcje finansuje miejscowe Centrum Kultury Sokół i rozumiem, że w ramach działalności kulturalnej (albo może być to już sztuka, raczej? no bo p. Budzyński, to artysta czy duchowny ?). Wiele lat temu moja córka, w tamtym czasie w wieku wczesno - szkolnym, zapytała mnie czy Pink Floyd to muzyka szatana, bo tak klecha bajał podczas rekolekcji? Klecha, to klecha... ale jak muzyk opowiada, że XXX to muzyka szatana, a jego tworczość to samo Niebo... ej boy, to jest zwykła siara i upadek. Ciekawe, że na FB jakoś ten Budzyński tak przemknął sobie cichutko, ale Ci sami ludzie dowalają aktywiście ideolo panu Bosa stopa Pusto w Głowie czyli wielkiej osobistości telewizji i podróżnikowi po misjach polskich?
Nie tylko PKP, Budzyński z Sokołem i p. Cejrowski nas dziwnie traktują... W Gołąbkowicach (dzielnica Nowego Sącza) otwarto Kino Extreme 5D. Jeżeli się tam kupi bilet na dowolny seans to w nagrodę otrzymuje się bezpłatne wejście na projekcję Animowanej Historii Polski... Jak mawia Tomek Rolnik Cz.: Jezusie słodki!!! Ale takie jaja (idzie Wielkanoc?) fundują nam nie tylko w N. Sączu... ze stołecznej Gazety Wyb. (10-11 marca, weekendowa) wpatrują się we mnie rezolutnie gwiazdy Fisz i Emade (czyli jedna z mutacji i emanacji - dosłownie p. Waglewskiego... vel Męska Muzyka itd. itd.)... i pociskają taki oto kit: na koncertach wciąż wracamy do kompozycji z pierwszych płyt. Bo tak naprawdę to był fantastyczny okres, taki naturszczykowy - mowi Fisz... Bardziej to bym się ubawił tylko jakby p. Bono Ze Wsi Warszawa zaczął wymachiwać flagą Kuby... na szczęście bezrefleksyjnie pociska kit o world music (mamy 2012 rok, a nie 1995?) w jakimś radiu. Było miło słyszeć, jak na autentyczne podniecenie tegoż p.prezentera tzw. nagrodą przyznaną ekipie Chłopcy Kontra Basia - najwyraźniej mniej zakręcona wokalistka tej ekipy powiedziała: tak, tak spodziewamy się wiele... może dostanę goździki! Super, już nie wszyscy łapią się na te Światowe Unie i Radiowe Nagrody dla Kolegów z Radiowych Nagród? Ale może te kity to sprawa wiosny? Najwyraźniej wiosna nadchodzi, a z nią także osłabienie fizyczne... może także intelektualne jest usprawiedliwione? A co mi tam kiciarze, bez Was byłoby mniej kolorowo, wysilajcie się dalej.
Wiosna to też czas, w którym mocno odczuwa się NDD, ja to mam, a Wy? Trzy dni temu widziałem pierwsze kwitnące kępy przebiśniegów!
Na obrazku logotyp pierwszego motophonu jaki wg. mojej delikatnej sugestii objawionej zbudował w całkowicie rewelacyjny sposób Mirek B. Zobaczymy/usłyszymy jak się w Szczecinie i Zielonej Górze sprawdzi?

HOLY BIODIVERSITY

0 comments

Kulturalne dinozaury wymierają... nadchodzi era świętej bioróżnorodności, ekotopów, nisz ekologicznych i slow artu. Przez jakiś czas będą nas prześladować jeszcze jakieś hordy Męskich Muzyk (troszkę czasem ukrytych w przebraniu Emade i polskiego Fisza) albo formacji: tata, córka, i syn taty w rodzaju rodziny Peszków, ubogacających nas przemocą mediów (i znajomych w mediach) swoją hipergestykulacją i emocjonalnym nadmiarem przypominającym nieustanne rzyganie połączone z przewracaniem oczami. Do tego, Marynia czasem też zaśpiewa o penisie! Wow! Hasło "wyraź siebie" okazało się nieszczęściem.
Bioróżnorodność, a szczególnie ta "holy" wskazuje nam rejony slow artu i slow foodu (wiadomo, artysta też musi jeść) i warto zrobić co się da aby ujść dinozurom przebrzydłym. Podstawą i w jakimś sensie zapleczem bioróżnorodności jest klimat i pory roku. Wiosna dzieli się na wczesną (poznaje się ją w Krakowie po plakatach Emade... czyli Męskiej Muzyki w przebraniu), późną (zwiastuje ją od 30 lat nagromadzenie plakatów Manaam i Kult itp. bo święto młodości czyli Juwenalia)... wczesne lato, lato i późne lato to inne żniwa i pobrania, zazwyczaj pod egidą Piwa marki Piwo i innych zlotów gwiaździstych anonsowanych do zakładanej przesady przez dobudowane do browarów radia, telewizje i ulotki reklamowe nazywane u nas prasą. A niech tam, jak muszą i nie stać ich na nic mądrzejszego? Dla nas ważna jest od zawsze bioróżnorodność: pośmiejemy się z cienkich kampanii reklamowych, a słuchamy na nowo stare vinyle Czesława Niemena z Helmutem Nadolskim na kontrabasie i Przybielskim na trąbce. Swoją drogą to Przybielski zawsze umiał grać, a Stańko zawsze tylko sprawiał wrażenie, że gdyby zechciał... no i kto w mono świecie dinozaurów tak łasych na wrażenie jest bardziej szacowny?
W ramach naszej małej pełzającej strefy autonomicznej (mpsa) opracowujemy drugą już kasetę magnetofonową w tym roku (ale tym razem dla zaprzyjaźnionej labeli) i czekamy kiedy jakiś Rojek albo inny Piasek, wynajdzie kasetę i ogłosi to światu!
Stale i konsekwentnie dokonujemy wyborów co do miejsc gdzie zagramy, co do angażowania własnej muzyki i energii: jak pisać to dla prawdziwych wydawców i pism, które stworzyli prawdziwi ludzie (z troską przyglądam się stoiskom z tzw. prasą kolorową w marketach - zamknięte, sieciowe pisma sterowane przez znerwicowanych plastikowych redaktorów i creative directorów - zgroza na przemiał), jak jeść to w mikroskopijnym miejscu "u Sycylijczyka" albo w "Głodnych kawałkach" (to w Krakowie, ale macie u siebie takie same miejsca) albo z przyjemnością ugotować samemu. Cukinia jest od tego samego hurtownika? O.K. ale ja kupuję ją od miłych ludzi, którzy otwarli sklepik w części swojego domu o 200 metrów od naszej Wieży. Jak udostępniać muzykę to poprzez entuzjastów muzyki, a nie manipulatorów i "managerów" od ruchów powietrza. Nawet drobne wybory wspierają bioróżnorodność - holy biodiveristy!
W Chinach jest miejsce (pewnie nie jedno, ale jedno jest już symboliczne), w którym wszystko co nowe z Zachodu jest piratowane i przerabiane według miejscowych wzorów i pozbawionych barier pomysłów. Telefon i odtwarzacz w kształcie krzyża, ale coś jakby gadżet młodej Madonny - bioróżnorodność. Oczywiście do tego potrzebny jest Zachód aby wymyślił (będzie wymyślał o ile na tym zarobi i to jest o.k. więc stop Acta to nie jest tak prosta sprawa) aby można było piratować (często w tej samej wynajętej, bo taniej fabryce) i muszą być tacy co kupią z radością (albo ze smutkiem) tzw. podróbki. Czy poza zyskiem jest jakiś inny powód wprowadzania innowacji? A może zmienić pogląd na to co jest zyskiem? Dobrze pojętym zyskiem może być uczestniczenie w czymś interesującym, sprawdzenie swojej koncepcji w konfrontacji z innymi, zmiana otoczenia... jest wiele zysków.
Na naszej mapie mpsa w duchu holy biodiversity jest w marcu: Szczecin (17. marca) i tam dwie całkiem inne (?) aktywności tj. udział w Nordic Cross Point oraz koncert w Teatrze KANA. Potem mamy w planie Zieloną Górę (18.03) i koncert w miejscowym BWA (www.bwazg.pl)... 24 marca będziemy w Starym Sączu opowiadać podczas Festiwalu Podróży i Przygody Bonawentura o trekkingu w Sapmi / Laponii, a 30. marca zagramy w Olkuszu na wernisażu wystawy fotografii Adriana Spuły - ŁEM - Ukryta kraina (www.Donkliszot.com) Na kwiecień zapowiada się równie bioróżnorodnie...
Holy biodiversity!

EXTREME GREEN GUERRILLAS

0 comments

Stosy materiałów na moim stole powoli zaczynają układać się w rozpoznane mniejsze stosiki, które za kilka dni zostaną zarchiwizowane czyli zamknięte w osobnym pudle z napisem "Berlin, luty 2012".
Jeden ze stosików zasili pudło pod moim ulubionym tytułem Green Guerrilla, gdzie dotąd trzymałem wszystko co dotyczy guerrilla gardening. Tym razem powaliły mnie dwa wizjonerskie pomysły czyli coś co nazywa się Extreme Green Guerrillas: Animal Messaging Services (AMS). Michiko Nitta we wstępie oświadcza, że E.G.G jest przeciwna używaniu Internetu i telefonii komórkowej dla utrzymywania łączności i przesyłania informacji. Proponuje w zamian Animal Messaging Services (A.M.S), który to system wykorzystuje migracje zwierząt (ptaków, ssaków, ssaków morskich itd.) do przesyłania informacji bez zbędnego produkowania CO2...
W tym samym środowisku powstał projekt zaprezentowany na International Design Festival Berlin w 2011 roku, którego przesłanie bardzo mi się spodobało: mushroom cultivation as a wey to make the world a better place! (hodowanie grzybów jako droga do uczynienia świata lepszym). Poza instalacją (czyli zestawieniem prostych sposobów na domową hodowlę różnych gatunków grzybów jadalnych: np. boczniaków) były też warsztaty i nawet pokazy wykorzystania tak wyhodowanych grzybów we własnej kuchni. Całość działań i przesłanie zostało określenie jako fungutopia. Jak tak dalej będzie, to wydziały ogrodnicze splajtują na akademiach i uniwersytetach rolniczych, a rozkwitną przy akademiach sztuk pięknych...?
W 2005 we Włoszech, w 2010 w Niemczech (ale w dwóch wersjach językowych: niemieckiej i angielskiej) ukazała się rewelacyjna książka Gianny Mari Gatti - The Technological Herbarium czyli Vegetable Nature and New Technologies in Art Between the Second and Third Millenia i jest to dzieło niezwykle inspirujące. To jedna z tych książek, które gdy znajdą się w rękach jakiegoś sprytnego warszawiaczka to natychmiast wyrośnie nam nowa dziedzina sztuki, filozofii i wiedzy najwyższej na wymiar paszportu Polityki. Swoją drogą, to już najwyższy czas aby nasi zieloni czerwoni odkryli, że można - bez dawania politycznej d... - pozostać zielonymi i jednocześnie wbić się na lewackie ścieżki czynienia świata lepszym za małe pieniądze i na swoim podwórku. Dyskusje i krytyki, które zmierzają do tego aby jednych cymbałów wywalić i ozłocić innych cymbałów (wynik tzw. walki politycznej) aby proces ten powtarzać za sprawą dużych ilości sił, środków i emocji aż do czasu odkrycia, że wielu tych samych dziadów załapuje się po kilka razy na posadki za naszą kaskę.
Najbardziej polityczna jest zawsze niezależność, nawet kurs na ten stan już kole w oczy ideologów i polityków. Extreme Green Guerrillas to niezły kierunek, dla tych którym trudno jest uwierzyć w mądrych, sprawnych i odważnych polityków i to, że jest "wyższa kultura bankowości"... Kiedy oglądam polemiki naszych ugrupowań politycznych (fantastyczne są grupy post-PiSowskie plus pospolite ruszenie p. Palikota) to widzę jak dziadostwo odnalazło wspaniały rezerwat. Będziemy musieli pracować pewnie ze sto lat aby utrzymać taką ilość dziadoskich kolesi. Bo nowi się już czają za ich plecami, tylko jeszcze nie wiedzą czy kapitalizm upadł, czy socjalizm się przyjmie, a może ksiądz Natanek wskaże trzecią drogę? Tak czy siak z kaski trzeba będzie wyskoczyć, bo mamy na utrzymaniu wielką ilość zdrowych chorych: tzw. rolników, tzw. polityków, tzw. duchownych, tzw. lekarzy oraz tzw. klasę robotniczą (na którą z ideologicznego musu już się załapują drobni wykonawcy kładący flizy na czarno... co spędza sen z oczu komisarzy ludowych Krytyki Politycznej, bo nie wiedzą bidusie jak im liczyć emeryturę? czy od tego ile lat pracują czy od tego ile udało się im nieopodatkować?).
Idzie wiosna (czuję to mimo, że za oknem jest minus ileś...) i czas zaplanować naszą zieloną partyzantkę na wielu poziomach. Każda cukinia i pomidor wyhodowany na balkonie, każdy obieg wartościowego jedzenia i każda godzina spędzona w kontakcie z naszym pozaludzkim otoczeniem jest sto razy bardziej rewolucyjna niż studiowanie Marksa. Z Marksa zróbcie podstawki pod skrzynki z kompostem, to już najwyższy czas.
Na focie Joshua Light Show i Ash Ra Tempel w Berlinie, fota Jacka E Zero ze wspólnej celebracji archeologii mediów na Transmediale 2012. Sztuka was wyzwoli!

Ryoji IKEDA i takie tam...

0 comments

Po ostatnim wypadzie do Berlina zostało mi kilka mocnych wrażeń i stos materiałów, które powoli przeglądamy. Instalacja Ryoji Ikedy " db " jakoś mi nie daje spokoju i chyba tak już pozostanie. Częścią instalacji był wielki prostokąt wypełniony 48. parami słów zaczynających się od "d" i "b", pierwsza dziesiątka wygląda tak:
dark - bright
deaf - blind
depth - breadth
decimal - binary
dimension - boundary
domain - border
density - blank
digital - bug
data - bit
dot - bracket
.... itd. do 48. pary.
Pary ułożone były w dwie kolumny a pomiędzy nimi artysta umieścił literki db wielokrotnie większe niż fonty użyte w parach.
Całość jest dobrym wstępem do podwójnej instalacji czyli white room / black room.
W instalacji są dwa wielkie elementy techniczne: specjalny głośnik i reflektor przypominający wojskowe przeciwlotnicze. Na głośniku zobaczyłem małą tabliczkę producenta: Meyer Sound, który wytwarza specjalistyczny sprzęt nagłaśniający m.innymi dla kin i reklamuje się zdaniem: thinking sound.
Instalację Ikedy w Hamburger Bahnhof można oglądać do 9. kwietnia 2012 roku. Warto tam być!

Dzisiaj miałem bardzo interesującą rozmowę na temat propozycji wydania naszej książki o tundrze za kręgiem polarnym. Oczywiście będzie to rzecz o Samach i Ich kulturze, ale mam nadzieję potraktować przestrzeń tundry jako coś większego od wszelkich ludzkich wpływów i konotacji. O książce myślałem już w zeszłym roku, ale konkretna propozycja przyszła kiedy jesteśmy w miłym kontakcie ze znakomitymi Samami i możemy wiele spraw konsultować z nimi! To będzie bardzo ważna praca i po jej ukończeniu otworzy się wielka nowa przestrzeń, o której nic jeszcze nie wiemy. Mam na myśli to, że Zielnik Podróżny (pojawi się w marcu) jest sporym podsumowaniem etnobotanicznych doświadczeń z wielu lat, A. pracuje nad książką, która da podsumowanie sporej części wiedzy o strategiach traktowania tradycyjnej wiedzy w kulturze popularnej wraz z pewnym poglądem na te procesy, jaki wypracowaliśmy sobie jako czynni uczestnicy kontrkultury. Tak więc nowa książka o doświadczaniu marszu, o obcowaniu z tzw. pustkowiem tundry (w Bułgarii mówi się na taki sam mityczny obszar: balkan i nie jest to określenie konkretnych gór, chociaż w takim znaczeniu także występuje Bałkan = Stara Planina) jest dobrym dopełnieniem opisu bogatych doświadczeń z jakimi przychodzi się nam mocować. Bo te wszystkie wędrówki, projekty, nowe spotkania, zachwyty i doświadczenia, to co nagle spływa na nas falą fantastycznego poczucia spełnienia lub obcowania z czymś niezwykle ważnym to wielka próba sił, pracy z emocjami i gdyby nie praktyka jaką staramy się kierować, to albo zostalibyśmy wielkimi warszawskimi guru (od dowolnych spraw, najlepiej wszystkich...), albo skończylibyśmy w szpitalu. Z perspektywy czasu to ta praktyka i konstruktywne opanowywanie emocji wydają się znacznie ważniejsze niż jakieś konkretne dokonania.
Pomiędzy przestrzenią wykreowaną przez Ikedę, a dziką, poza-ludzką
sferą Ziemii nie ma istotnej różnicy i mają wiele wspólnego. W każdym razie uczucia jakie się pojawiają podczas obcowania z każdą z nich są identyczne. Oznacza to, że doświadczenie pustki jest możliwe do osiągnięcia dzięki intensywnej praktyce duchowej / sztuce / obcowaniu z dzikością.

Powoli nadchodzi połowa lutego i plakaty już wysłane w kilka miejsc gdzie w marcu zagramy naszą muzykę. Planujemy trzy ujawnienia: w Szczecinie (18 marca, sobota, podwójna aktywność: pokaz fotografii i relacja z trekkingu w tundrze (Zamek KP) oraz wieczorny koncert w Teatrze Kana), w Zielonej Górze (19 marca, BWA i pierwszy raz w tym mieście!) oraz 30.stego marca w Olkuszu pod Krakowem, gdzie zagramy na specjalnym wernisażu wystawy bardzo interesującej fotografii... Jeszcze będzie czas aby to dokładniej opisać, ale plan aby koncerty zaczynać dopiero od drugiej połowy marca udaje się realizować. Cieszę się, bo poza arcyciekawym programem na koniec kwietnia z dwójką artystów samskich (Częstochowa i Kraków ! naprawdę jak mawiają górale: wow!) kroi się coś na Śląsku i w Cieszynie (czyli też na Śląsku...)jeszcze w pierwszej połowie roku.
Kiedy przyglądam się mapce miejsc z jakich zainteresowani naszą działalnością "wchodzą" na naszą stronę na myspace, to widać jak rozkłada się pewien rodzaj kultury. I w "naszej" strefie nie ma jakoś wielkiego mocarstwa, jakim podobno są Chiny, słabo coś z wielką Rosją (poza częścią europejską) itd. itd. Gdyby taką mapę zestawić po 12 latach koncertowania Karpat Magicznych w odniesieniu do Polski... ? Są wielkie obszary jakby poza wszelkim zainteresowaniem... Może to przypadek, może zbyt gruba skorupa na budyniu, kto to wie?

Bogdan z Mirkiem kończą pracę nad jubileuszowym 40. ! wydawnictwem w naszej dokumentacyjnej serii World Flag Records. I będzie to kaseta magnetofonowa! Kaseta 60.siątka (piękne nowe tzw. "slimy") z materiałem z Acid Stasi House z Berlina. Na kasetę wydawała się nam najodpowiedniejsza. Będzie jedynie 50 kaset ręcznie numerowanych plus kilka zerowych dla naszej ekipy jako pewnego rodzaju szalone "akcje" dla udziałowców naszego przedsięwziecia. Przez te 8. lat istnienia serii (pierwsza płyta wyszła w 2004 roku) wydawaliśmy głównie CDR (ostatnie lata to zawodowe CDR z maszyn), ale było też DVD i różne okładki i wkładki (książeczki, mini albumiki)...
FLAGA ŚWIATA to jedno z tych działań, które są całkiem szalone, pozornie niepotrzebne, rozmyślnie niedostrzegane i pomijane w niezależnych rankingach, a nawet opisach sceny tzw. offowej czy eksperymentalnej. Tak jakby tych wydawnictw nigdy nie było...ale z drugie strony wiemy dobrze jak krążą, jak docierają, inspirują, a niektórych doprowadzają do łez. Dzięki Krzyśkowi z Serpent.pl można nie kontaktować się z nami, a wydawnictwa dostać w kilku formatach.
Szkoda, że ta nasza scena taka mała, ograniczona i głupio pooddzielana zasiekami mentalnymi. Będziemy odkrywali jeszcze sto lat dawno odkryte i ulegali prostym pomysłom kilku (zawsze!) Anglików. Jak nie world music, to ambient, a jak nie ambient to dark ambient i tak ulegamy czarom-marom z katalogów i ofert biznesowych, myląc je z muzyką. Jak ćmy do ognia w zakopconej lampie?!

Na focie naszej przyjaciółki Moniki - stoimy obok głośnika w białej wersji instalacji Ikedy, Berlin, ostatnia niedziela. Jak widać, stoimy bez butów, bo do wnętrza instalacji Ikedy wchodziło się bez butów... ja to rozumiem, bo większość ważnych swoich koncertów (i zawsze w stusiu) gram bez butów...
Fota nie jest podrasowywana i tak ta biel naprawdę wyglądała!
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội