CMC

0 comments
Odebrałem kilka grubszych przesyłek i stosik płyt rośnie szybciej niż moje wolne chwile na słuchanie nowej muzyki. Od lat apeluję do kolegów od tej mniej chcianej muzyki, "o której świat nie słyszy" (jak to określał Wojcek z legendarnego Obuha) aby zamiast udawadniania sobie, że możemy być jeszcze bardziej radykalni niż inni, pomyśleć o jakimś mechaniźmie dystrybucji i uważniejszego słuchania naszych produkcji. Najbardziej tajemniczo jest grać koncerty i udawać, że wszystko pojawia się w naszych głowach samoczynnie dzięki geniuszowi i zoterycznym rytuałom.
Brak dyskusji, refleksji i wymiany myśli ( a nie ciosów) zsyła naszą wątłą scenę w nicość.

Do stosiku płyt na stole dołączył wczoraj Koji Asano ze swą nową produkcją (już drugą w 2012 r.!) pt. Mileage Reimbursement, świetnie wydaną (fotografie!) przez Asano Production w serii Solistice (numer 048!). Wszystkie płyty Asano słucham zawsze z wielką uwagą, ale ostatnia dołączyła do dwóch innych, które szczególnie cenię: Galaxies (Solistice 044) i Polar Parliament (S 046). Trzy płyty jednego wykonawcy, ale też trzy światy muzyczne i za tę konsekwencję w realizowaniu wolności twórczej bardzo Asano cenię.
Jest też na stole płyta DEMO (ale nie od DEMOnstracji, ale trzecia w serii: ODEM, DOME...) naszych przyjaciół ze Szwajcarii - Naturtonmusik - czyli Willi Grimma i Gerarda Widmera, którzy zaprosili do tej realizacji kilku nietuzinkowych artystów. Jest więc stary znajomy - Res Margot, który w sierpniu słuchał nas na koncercie w Bernie ( a podobno uważnie słuchał trembity huculskiej...), jest Gilbert Paeffgen, Mich Gerber, Martin Hagler, Hank Shizzoe, Bardo Bernard Jager, Pudi Lehmann, gigant Paul Giger i Ania Losinger... O niektórych z tych muzyków pisałem w ostatnim numerze Glissando przy okazji omawiania nowych kontekstów szwajcarskiej muzyki tradycyjnej, ale o innych w Polsce nie wiadomo zbyt wiele. Różnica pomiędzy tamtymi nieznanymi w Polsce, a nami, nieznanymi w Szwajcarii jest taka, że Oni spotykają się, grają koncerty, robią filmy i nagrywają wspólne płyty, co w naszym środodowisku jest - jak dotąd - trudne do pomyślenia.  Od lat tego próbuję, ale widzę słaby entuzjazm. Czym mniej doświadczony muzyk, tym więcej kłopotu; bo to nie tak zmiksowane, tamto by inaczej zrobił, a ogólnie to zazwyczaj bardzo oszczędzają swój geniusz na jakąś inną, ważniejszą okazję?!
Jakiś czas temu A. zwróciła uwagę na dobrze brzmiący zespół Fifidroki i staraliśmy się włączyć go w działania Festiwalu Karpaty Offer. Nie udało się to, a od roku już nie wspieram tego przedsięwzięcia i byłem pewny, że nasze drogi się nie skrzyżują. A tymczasem przy okazji koncertu Karpat Magicznych w Chorzowie dwa tygodnie temu, spotkaliśmy się z kompetentnym i tryskającym entuzjazmem Norbertem Jasłowskim - gitarzystą tego projektu. No i pięknie wydany albumik Fifidroków pt. Hercklekoty leży na moim stole... Nie wiem, czy Fifidroki grają jeszcze w tamtym składzie (bo 7 osób w zespole uważam za piękną ideę, ale nie do utrzymania na dłuższą metę), ale w doskonale zagranej i zaaranżowanej muzyce kryje się wielka dawka radości i siły.

Poza tymi wybranymi i zgoda, że bardzo różnymi co do inspiracji i filozofii uprawiania muzyki i pracy z dźwiękiem, artystami i kolektywami artystów, na moim stole leżą także powoli pojawiające się filmy i obrazy z naszą muzyką. Jest piękna impresja na temat kultury Karpat do naszego starego utworu Góry nad Chmurami zrealizowana przez fotografika Adriana Spółę i polecam jego świetną stronę ( za nazwę dodatkowy plus!) www.Donkliszot.com i czeka na techniczną oprawę i umieszczenie w sieci. Jest też już możliwy do oglądania na YT - Fat Moon! W drodze są moje własne obrazy filmowe z tundry, ale chyba jeszcze trochę poleżą na stole...

Przed godziną skończyłem oglądać relację na żywo z konferencji Zwrot cyfrowy w humanistyce - internet - nowe media - kultura 2.0 (są dostępne podkasty) odbywającej się w Lublinie, na której miała wystąpienie A. i m. innymi Maciek Ożóg... znany także z eksperymentów dźwiękowych i własnych projektów muzycznych. Dyskusja o CMC ( Computer - mediated communication) i AR (Augmented Reality) plus bardzo interesująca i miała też wątki budyniowe. Ogólnie rzecz ujmując uczestnicy potwierdzili obecny ministerialny "trynd": wszyscy chcą innowacyjności, ścigania się z Harvardem i Nobla minimum raz na dwa lata, ale powinno się to zrealizować bez pieniędzy, w czasie wolnym od dydaktyki i dorabiania (tj. około drugiej w nocy) i poza uniwersytetami, bo te mają od jakiegoś czasu produkować sprawnych rzemieślników i to tylko w zawodach gdzie są niedobory kadrowe. Widać z tego, że poza wypie... ministra kultury wraz z jego świtą i całym ministerstwem, trzeba też pogonić mistra/ministerstwo szkolnictwa wyższego. Uniwersytety dadzą sobie radę same, a szkoły zawodowe zakładane przez chłopków roztropków w terenie są mi obojętne.

Japonia, Szwajcaria, Śląsk, Kraków, Lublin ... czy to jest już CMC? Pewnie tak, ale czy AR - ulepszona rzeczywistość (a nie poszerzona jak się często u nas tłumaczy) jest taka znowu dobra?
Czy CMC daje AR bez analogowych kontaktów? Chyba jest tylko znakomitym uzupełnieniem lub kontynuwacją albo wstępem. Ale z drugiej strony, kto z Was by o tym pogadał ze mną około siódmej wieczorem w piątek? Przysłuchując się wystąpieniom i dyskusji doszedłem do wniosku, że Carlos Castaneda powinien mieć przywrócony tytuł doktorski, pospiesznie odebrany mu za książkę
A Separate Reality (Odrębna rzeczywistość) gdyż opisał tam AR w wersji nie Zachodniej i znacznie bardziej wnikliwiej niż to się robi teraz.

Jutro przekonam się około 15-stej ile osób zechce analogowo spotkać się i pogadać o etnobotanice.

Na mojej focie piękny okaz muchomora (Amanita muscaria) z Kvikkjokk za kręgiem polarnym plus informacja, że nawet korzystania z jego psychoaktywnych właściwości nauczyły nas zwierzęta, a konkretnie renifery i początkowo ludzie pili ich mocz utrzymujący łagodniejsze dawki aktywnych substancji. Ludzie potrafią jednak wszystko doskonale zepsuć i obecnie macerują grzyby w wódce...

CULTURA ANIMI

0 comments
Za dwie godziny ruszamy na małą, ale dobrze się zapowiadającą trasę promocyjną, podczas której będziemy starali się przekonać do naszych książek solowych, a głównie do dzieła A. pt. Rubieże kultury popularnej. Określam je jako "solowe", dla odróżnienia od najnowszej książki pt. Vaggi Varri - w tundrze Samów, którą napisaliśmy razem. Trasa wiedzie przez: Rebel Garden, Dobrą Karmę, Tajne Komplety i Meskalinę... Prawda, że ładne nazwy? Bez fałszywej skromności cieszymy się, że jakoś dziwnym trafem nie są to miejsca dotowane przez pana ministra, tzw. "wpływowe koła" albo kruchtę.
Kiedy tak układałem sobie w głowie te wszystkie sytuacje, w których mimo morderczej pracy, zyskiwanego doświadczenia i ewidentnych sukcesów, wszystko co robimy jest w mediach komercyjnych całkowicie niewidoczne (albo spychane na margines zręcznymi gierkami słownymi, w rodzaju "niszowość"), znaleźliśmy się na otwarciu Krakowskich Reminiscencji Tetaralnych. Pośród błachych prac i amatorskich pomysłów na bioart (na którym nagle wszyscy się już "znają") powaliła mnie miła pani Jae Rhim Lee, m. innymi "infinity burial project". Poza wszystkim co pokazała JRL, padło w czasie prezentacji bardzo ważne zdanie o kulturach i kontr-kulturach, rozumianych jako pojęcia biologiczne.
Kiedy pada słowo kultura, to tytani intelektu, albo starzy dzisiaj, a kiedyś pilni uczniowie szkół ponadpodstawowych, myślą o łacińskim colere lub cultus agri - pojęciach sugerujących uprawę. Uprawiać można rośliny, bakterie, grzyby, ale także naukę i sztukę. W tym kontekście pojęcie uprawy jest bliskie pojęciu praktykowania religii.
Kultury bakterii można zwalczać z pomocą kontr-kultury innych bakterii lub wirusów. Kultury rolne zmieniają się i upadają gdy pojawiają się sprawniejsze, bardziej przydatne i interesujące kontr-kultury innych roślin.
Z kulturą w rozumieniu biologicznym (ale czy tylko?) związane jest też pojęcie monokultury.
W nauce o dynamicznych powiązaniach pomiędzy gatunkami a środodowiskiem (nazwa tej nauki: ekologia) pojęcie monokultury jest bardzo ważne. Kiedy jakiś gatunek i jego kultura zaczyna budować monokulturę jest to początek jego (i jego kultury) końca. Trwa to dłużej lub krócej i monokultura broni się zaciekle, ale tak czy siak zginie. Jedną z taktyk obronnych monokultur ( oczywiście w sensie biologicznym...) jest modyfikowanie się z pomocą zaszczepiania małych ilości kontr-kultur. Inną strategią przedłużania twania monokultur jest wytwarzanie substancji niszczących lub tylko neutralizujących kontr-kultury, w rodzaju mentalnych budyniów :-)), albo przejmowania  wypracowanych przez kontr-kultury, ale nazbyt sztywnych wzorców). Rozciąga to w czasie upadek monokultury, która staje się z czasem hybrydą nafaszerowaną dziwnymi (bo sprzecznymi ze sobą) tworami / komunikatami, niby ser dziurami.
Warto zastanowić się nad tym czy warto być szczepionką dla monokultury, która nas latami zlewa, marginalizuje i babrze budyniem Czasem pewnie nie będziemy mieli wyjścia, ale czuję mocno, że czas na szczepienia ochronne tych wszystkich aroganckich dziennikarzy, gremiów wpływowych i telewizyjnych i radiowych kurwiszonów minął. Jak będziemy chcieli (i bedziemy żyli), to napiszemy następny stos dobrych książek i nagramy jeszcze kilka płyt bez wpadania w medialne bóle od leżenia na hamaku w Bangkoku. Bo ani te książki, ani też płyty, ani kulturalne paszporty rozdawane przez prowincjonalne sitwy i samonagradzanie się warszawskich muzycznych perpetum mobile nie są naszym celem. Kontr-kultura na tą rozkładającą się monokulturę to klasyka gatunku... he, he, he....  i pozwolę sobie zacytować Cycerona (!) - dostępnym nam celem i środkiem zarazem jest cultura animi - uprawa umysłu. Rzecz jasna nie tylko w biologicznym sensie...
Na focie A. : trąba jerychońska :-)) w Szwajcarii.

KLANGFESTIVAL: TO i OVO !

0 comments
Wróciliśmy dzisiaj wczesnym  rankiem z kolejnego tego lata, bardzo udanego wyjazdu do Europy Środka. Katowice około 6. rano przywitały nas drobnym kapuśniaczkiem i widokiem zamroczonych alkoholem młodych ludzi... Sonosfera była równie przygnębiająca, po słońcu, kulturze, doskonałej organizacji festiwalu i znakomitej muzyce oraz zjawiskowej biofarmie pod Linzem w Austrii.

Klangfestival #5 to lokalny, mały festiwal organizowany przez załogę świetnych ludzi w okolicy małego miasteczka i w oparciu o bio farmę. Jest to żywa antyteza obecnego "tryndu" festiwalowego w Polsce, który mieści się gdzieś pomiędzy Przystankiem Woodstock, gdzie podobno w przyszłym roku ma wystąpić sam Pan Bóg (bo już inni wszyscy święci byli...), a OFF Fest. gdzie już w tym roku wystąpił sam Pan Bóg w duecie z Jimi Hendrixem. Ten prowincjonalny "trynd" dawno temu wyznaczył wieszcz: a teatr mój widzę ogromny! Oczywiście rozumiem potrzebę edukowania szerokich mas i znalezienia zajęcia dla absolwentów szkół zawodowych i innych młodych, którzy jak się im nie pokaże Pana Boga palcem, to nigdy Go nie zobaczą... ale tak by się chciało coś dla dorosłych?!

Na szczęście dla nas, niezbyt daleko od tej krainy budowania (budyniowania?) marki i tanich chwytów wydziału promocji miasta i gminy, organizuje się całkiem inne festiwale i muzyczne spotkania. Klangfestival był doskonałym przykładem na odmienny punkt widzenia i trwałe korzenie kontrkultury. Po pierwsze; nie miał być wielki i nie miał gromadzić tysięcy ludzi, którzy mieli by się obligatoryjnie bawić. Po drugie był zdecydowanie autorski, co oznacza, że nie kupujemy Pana Boga, bo jest już wylansowany i ma blisko z wakacyjnej trasy, ale zapraszamy te ekipy, które cenimy, które są intrygujące muzycznie i realizują swoje własne programy od lat. Do tego potrzebne jest jednak rozeznanie, osłuchanie, dobre środowisko i odwaga. Nie wystarczy notesik pt. koncertowe lato 2012 - Europa. No i inna jest sama organizacja festiwalu, który jest nastawiony na kontakt, na wspólne muzykowanie, na obieg, a nie na dobrą zabawę dla mas. Od lat staramy się tłumaczyć wielu organizatorom, o co w tym chodzi, ale zawsze wiedzą lepiej i rodzą nieznośne megafabryki z setką zespołów w jeden wieczór, grających po 20 minut każdy, albo dokładają mszę. Wszystko po to, aby zadowolić publiczność, tak jakby nie wiedzieli, że naszą publiczność zadowolić się nie uda nigdy i niczym właściwie. 

Festiwal rozpoczął się nieoficjalnym, ale doskonale zorganizowanym wieczorem we czwartek 6. września w lokalnym klubie i pod wezwaniem: klangfestival warm up / open impro / bring your klangwerkzeuge and join.... Przyjechaliśmy tam późnym wieczorem, już po piewszym secie jamu, ale i tak Ania wsparła ekipę muzyków z USA / Finlandii / Austrii, aż było miło słuchać i być tam! To pierwszy ruch jaki należy wykonać: dać muzykom pograć i spotkać się, wymienić uwagi i obserwacje, wypić razem piwo, wino i colę. To od tych pierwszych spotkań i miłych odkryć wspólnych znajomych, tras, klubów i poglądu na niezależny obieg kultury, zaczyna się dobra atmosfera i prawdziwy festiwal.

Na drugi dzień (piątek 7. września) nieco pospaliśmy w miejscu, które powinno stać się tematem innej opowieści i zostaliśmy przetransportowani na farmę położoną o jakieś 5 km od miasteczka, klubu i noclegu. Farma okazała się ekologicznym gospodarstwem rolnym. I tu jest ważne aby zaznaczyć, że wszystkie słowa typu: ekologiczna (jak tłumaczę biofarm), farma i gospodarstwo rolne oznaczają trochę co innego niż u nas. Ekologiczna (bio...) oznacza, że krowy są szczęśliwe i mają nawet mechaniczne szczotki do czochrania się po przyjściu z pastwisk, farma oznacza to, że produkuje się tu mleko, owoce i inne produkty rolne, a rolnictwo nie oznacza, że właścicle są na lipnej rencie, nie płacą podatków i siedzą w Norwegii, gdzie kładą flizy i podłogi... Właściciel biofarmy, ani na moment nie zaprzestał czynności jakie wykonuje każdego dnia i było to całkiem rewelacyjne! Krowy były tak aktywne, że nawet na chwilę ukradły show grupie teatralnej, a też nikt nie zalepiał im pysków kiedy miały ochotę porykiwać.  Drugi krok ku alternatywnej imprezie: nie udajemy, że jesteśmy w centrum Nowego Jorku, a z Iggy Popem, to my ze szwagrem nie takie... akceptujemy, że jesteśmy na biofarmie, a krowy mają swe prawa nie tylko na wpisach aktywistów na FB. Pojadaliśmy doskonałe śliwki i jabłka z drzewek na farmie i obserwowaliśmy jak z kolejnych samochodów wysiadają znajomi organizatorów i każdy taszczy ciasta, chleby, konfitury i ciepłe dania... Stół ustawiony przy scenie plenerowej uginał się po godzinie od darmowego jedzenia, a barek zaimprowizowany pod starą jabłonią serwował piwo, colę i lemoniadę.
No i meritum ważne dla każdego, kto sporo koncertuje: dwie sceny plus cała farma jako scena dla teatru i naprawdę dobry sprzęt nagłośnieniowy, oświetlenie itd. itd. , a nie stare wzmacniacze wygrzebywane raz do roku z kanciapy elektryka gminnego...
Najbardziej zazdroszczę sprawnych, cierpliwych i życzliwych ludzi, którzy wszystko przygotowują i na wszystkie komunikaty ze sceny odpowiadają: zaraz zobaczymy co da się zrobić... A tym razem mieliśmy duży kłopot... bo po kilku ostatnich przepakowaniach i koncertach w Austrii i Szwajcarii... zapomniałem istotnej części naszego dość mało typowego sprzętu. Ale zobaczyli co da się zrobić i jednak udało się nam wszystko, czy prawie wszystko uruchomić.
Dwie sceny dlatego, że jedna z nich, plenerowa była właściwie uruchomiona tylko dla nas, a wszystkie pozostałe zespoły, które używają perkusji, grały w dużej sali koncertowej urządzonej w budynku gospodarskim.
Klangfestival #5 otwarł znakomity spektakl teatralny, potem był set czystej muzyki elektrownicznej i po dziewiątej wieczór - my z Ericem Arnem firmowani starym: The Magic Carpathians Project. Granie z Ericem zawsze jest sporym i mocnym doświadczeniem. Tym razem było jeszcze lepiej niż dotąd, a Eric wyraźnie zrelaksowany i rozegrany czwartkowym jamem był w znakomitej formie.

Zrobiła się noc i wszyscy przeszli do sali koncertowej na koncerty i sety ekip, które zadziwiały doskonałym brzmieniem, ale także pomysłem na kreację sceniczną. Do tego wszystkiego doszło stanowisko niezależnego radia (free form radio) urządzone w przyczepie kampingowej, z której koncerty były transmitowane. Reporterka tego Radia nie pytała Ani ulubionym, polskim pytaniem: jak się to wszystko zaczęło, bo to by znaczyło, że się nie przygotowała do programu... ale pytała o wiele innych spraw. I tu dochodzimy do konkluzji, że u nas brakuje prawdziwych dziennikarzy, a Ci co walczą o cokolwiek interesującego, to jakimś dziwnym trafem są wolnymi strzelcami i nie potrafią się zorganizować w nurt niezależnych mediów, poza jakimś sektorem internetowym, w którym jest jednak wielu przebierańców.
Podczas Klangfest. zagraly ekipy: OVO, Jarse, Dirt Deflector, Die Prasidentinnen Besuchen eine Kunstausstellung. Family Institute i The Magic Carpathians Project. Czystą radość z obcowania z energią samą w sobie dawało słuchanie i oglądanie duetu OVO z Włoch. Po koncercie pogadaliśmy trochę ze Stefanią Pedretti, znakomitą wokalistką i gitarzystką OVO (także solowy projekt), która jakoś nie mogła sobie przypomnieć koncertu w Warszawie, ale pamiętała znakomity koncert w Brnie (jest dostępny w sieci na You Tube). Kiedyś wylądowaliśmy na jednej składance z OVO i pamiętaliśmy tę formację, ale spotkanie oko w oko z Nimi to była czysta przyjemność. Stefania gra coś, co nazywane jest noisem, ale moim zdaniem jest to ten rodzaj noiseu, który nas interesuje najbardziej czyli noise zagrany i nie mierzony decybelami, a energią. Sceniczny image OVO był na Klangfestival znacznie mocniejszy niż ten z Brna, a przyjęcie publiczności (w tym muzyków innych grup) znakomite.
Nie chcę się rozpisywać o zespołach, bo wszystkie grały interesujące, niezależne od mody sprawy (Finowie!), ale przecież przy tego typu spotkaniu najważniejsze nie jest ilu ludzi oczarujesz w ten wieczór, ale to, czy Twoja droga jest oryginalna i własna i czy potrafisz to udowodnić przy podobnych sobie. Wbrew pozorom, muzycy w tego typu miejscach są bardzo wyczuleni na pustosłowie, gwiazdorstwo i brak oryginalności. Mamy tylko własną muzykę, takie miejsca jak opisywany Festiwal i delikatny obieg informacji. Nawet Pan Bóg jest chyba po stronie masowych, socjotechnicznych akcji?
Poza koncertami festiwalowymi moją uwagę zwróciło duo, grające jedynie podczas jamu w klubie (pre-festival jam), o nazwie Bird People, od których dostaliśmy bardzo ciekawe wydawnictwa. Słuchając tej muzyki na moment przenieśliśmy się do San Francisco...
Festiwal skończył się późno w nocy, a właściwie nad ranem. Rankiem wszystko było posprzątane, a krowy nucąc kilka riffów OVO i The Magic Carpathians Project poszły na pastwisko...

Około południa w sobotę, siedzieliśmy jeszcze na trawniku przed budynkiem gdzie nocowaliśmy i raczyliśmy się kawą i lemoniadą (typu hipsterskiej bionade) rozmawiając leniwie o tym i Ovym.
Eric Arn wkrótce przyjedzie na koncert ze swą formacją Primordial Undermind do Bydgoszczy... i nam to bardzo pasuje: razem bedziemy grali "tylko" w Krakowie, Austrii i USA, bo polskie piekiełko czuwa nad dobrym rozwojem budyniu mentalnego. No to: na zdrowie!
Na focie Ani: 2/3 TMCP, Klangfestival #5!

Wiedeń, Bern i źródła Renu

0 comments
Po tundrze każdy wyjazd wydaje mi się nie do końca konieczny, albo wręcz zbędny. Tym razem jednak mieliśmy wielką ochotę na spotkanie ze starymi znajomymi, którzy żyją w uciążliwym i nudnym dobrobycie starej Europy. Wiemy, że kapitalizm się załamał, demokracja nie zdała egzaminu itd. itd. i tym bardziej chcieliśmy się utytłać w tym zgniłym systemie zanim lewacy zaprowadzą nowy ład i zamkną nas w łagrach. Poza tym były jeszcze wakacje, a nikt nas nigdzie nie zaprosił poza Wiedniem, Bernem i tajemniczym kolektywem z jakim mieliśmy działać w Alpach. W podstawowym i logistycznie najsprawniejszym składzie, ruszyliśmy zatem na południowy zachód.
W Wiedniu odebrali nas z dworca Eric i Vanessa. Jeszcze tego samego dnia, a raczej nocy, słuchaliśmy koncertu muzyki elektronicznej w zasłużonym dla tego gatunku klubie słusznie urządzonym pod wiaduktem i torami kolejki miejskiej. Solowy koncert zrobił na nas dobre wrażenie i tylko papierosy jako dekadencki dodatek do hipsterskiej aż do bólu postawy artysty cofnęły nas o kilka lat wstecz... Nic nie sprzęgało, nic się nie kłębiło, a grało... pewnie dlatego, że nie było pana Rysia z panem Witkiem, co się znają na kablach i mają lutownicę zawsze gotową do lutnięcia. W naszym postępowym budyniowie panowie Rysiu i Witek są nieodzowni i to oni dają zawsze pierwszy artystyczny dreszczyk w kategorii teatru absurdu. O, jak mi brakowało tych fachowych nawoływań: idzie / nie idzie / nie mam sygnału oraz pytań o to czy męski czy żeński? Ot, zachodnia zgnilizna i zgubny perfekcjonizm, który odbiera pracę małorolnym chłopom po zasadniczej elektrycznej.
Po wypiciu lemoniady przed klubem pełnym hipsterstwa zaschnięty budyń z moich butów odpadał płatami. Rankiem poszliśmy w miasto... a miasto Wiedeń jest dość interesujące do momentu gdy nie trafimy na główny plac i te wszystkie inne place z wykwitami megalomanii i przyciężkich idei. Kraków wydał się nam koronkowym cackiem i uciekliśmy do mieszkania. Na kilka godzin przed koncertem zainstalowaliśmy się w jednym z najmodniejszych, niezależnych miejsc w Wiedniu. Surowe i zrujnowane wnętrza trochę nas zaskoczyły, ale nie takie kluby widzieliśmy w Bay Area i podłączyliśmy wszystko co niezbędne z pomocą minimalnej ilości sprzętu. Eric i Vanessa obiecali nas wesprzeć więc nagle przeistoczyliśmy się w interesujący kwartet. Przed nami zagrała miejscowa ekipa ze świetnym muzykiem z Afryki Południowej, z którym od pierwszych chwil nawiązaliśmy miły kontakt. Słuchając tej ekipy żartowaliśmy, że gdyby ktoś tak grał w Polsce to miałby już w nosie muchy przeogromne, a może nawet ze dwie tse-tse. Chociaż nie, bo w budyniowie wszystko zależy od tego czy ma się kolegów w poczytnej (jak sama twierdzi...) gazecie, tygodniku i tivi... i czy zna się dobrze oblatanych w budowaniu marki (budowanie marki jest jakąś obsesją kuratorów, kuratorek i innych bardzo artystycznie i światowo zorientowanych młodych wspaniałych), w ostateczności pozostaje jakiś browar i jego dyrektorzy kreatywni, kreatywni czasem do bólu, który pojawia się gdy oglądamy ich wymysły. No więc goście zagrali tak, że zrobiło się całkiem miło. Przyszła kolej na nas i okazało się, że na znany nielicznym bo niszowy w Polsce zespół, wspomagany przez dwójkę Amerykanów, przyszło całkiem sporo ludzi w wieku od około dwudziestu do około sześćdziesięciu lat plus znany nam dotąd jedynie z wymiany korespondencji i tekstów redaktor magazynu Skug. Mimo tego, że brakowało mikrofonu, a my dysponowaliśmy małą częścią własnego sprzętu, udało się w kilku momentach osiągnąć przyzwoitą klarowność naszej muzyki i mam poczucie, że to wystarczyło.Słuchacze zdawali się rozumieć prostą zasadę, że dostają muzykę w technicznym opakowaniu klubu.
Świetny wieczór, dobra muzyka przy pakowaniu gratów i mała, nocna kolacyjka w mieszkaniu naszych przyjaciół utwierdziła mnie w przekonaniu, że ten wyjazd ma jakiś sens.
A później było już tylko lepiej. Spotkanie z Willym Grimmem i jego żoną, później z Gerardem Widmerem i sam koncert w sali prawdziwego ośrodka muzyki, powstałego dzięki pracy i doświadczeniu kilku mądrych ludzi, a nie z łaskawej dotacji wujka ministra, było jak udrożnienie tchawicy zatkanej budyniem. W Bernie także wiele spacerowaliśmy i do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że rzeka przepływająca przez miasto jest krystalicznie czysta, a ludzie spływają nią do centrum... bo podczas upałów jest szybko i miło. A u nas Wisła - Królowa Rzek gęsta jak gnojowica, a kasa idzie na Sacrum Profanum. To tak jakby w gumiakach wybrać się do opery i mieć do tego rozporek z urwanymi guzikami. Szkoda słów i tylko żal, że te gumiaki przyrosły nam na stałe...a guziki gdzieś przepadły. Prawie cztery dni w Bernie dały nam wiele przyjemności i inspiracji, ale także zwykłego wytchnienia. 
Ostatnim i najbardziej tajemniczym etapem naszej podróży na zgniły zachód była wyprawa na wezwanie człowieka, który od dziewięciu lat opracowywał ramy znaczącego spotkania w niezwykłym miejscu w Alpach. Nie wchodząc w szczegóły była to wyprawa dość karkołomna, ale dotarliśmy w niezwykłą dolinkę leżącą na wysokości około 2 300 m i okoloną znacznie wyższymi szczytami Alp.  Pracowaliśmy tam przez dwa dni mieszkając w zaimprowizowanym obozie namiotowym. Coś jakby muzykować i medytować w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach. Droga do Zurichu wzdłuż Renu i jego arcyciekawych przełomów dał nam wiele do myślenia.
Powrót do budyniowa zaczął się już w Zurychu. Po pierwsze dworzec autobusowy z jakiego mieliśmy autobus wyglądał tak jak stary dworzec w Sofii jakieś 15 lat temu... A potem, już przy wsiadaniu budyń buchnął na nas szerokim strumieniem. Wystarczyło usłyszeć od pana (... i władcy autokaru) kierowcy, że osoby o różnych nazwiskach nie muszą siedzieć razem, bo przecież wiadomo, że nie mogą być mężem i żoną, a potem instrukcję jak mamy postępować aby wszystko w autobusie "pozostało w stanie nowości" i o tym, że powinniśmy powstrzymać się od wcierania czekolady w oparcia foteli... Przy barwnym opisie co możemy, a co raczej nie robić w ubikacji i że jeżeli już to mamy starać się trafić w dziurę... wymiękaliśmy ze śmiechu. Przestaliśmy się śmiać kiedy pan kierowca z wyraźną satysfakcją zarządał od nas po 15 euro za każdy duży bagaż ponad dwa dopuszczalne... Ile jeszcze będziemy męczyli się z głupimy ludźmi maskującymi słomę w butach białymi skarpetkami i odorem tzw. "przemysławki".
Ale koncerty, Alpy, jezioro smoka i energetyczne spotkania dały nam siłę aby przetrwać aż do Krakowa i przetrwaliśmy!
Na gorąco podsumuję nasz wyjazd tak: żyjemy w kraju namiastek, powierzchownych, a często tylko pozornych działań, w kraju gdzie jest zbyt dużo publicznych pieniędzy, gdzie młodzi wujkowie i ciocie od kreowania marki i sztuki współczesnej rozlewają się bezkarnie w naiwych akcjach i prostackim nie/rozumieniu sztuki, gdzie politycy zawłaszczyli całą przestrzeń publiczną i buduje się pomniki wojnie, gdzie liczy się wyłącznie władza podziału wyszarpanych tu i tam dóbr... w takich warunkach trudno jest zwyczajnie żyć i nie wyć!
No i zaraz po przyjeździe mamy prawdziwe problemy: Kora i jej Wielki Konopny Dziad plus piesek narkoman, prostak od jointów robiący marny happening w marnej tivi, jakieś sranie w banie Palikota...
Jedyne co można w tej sytuacji zrobić to pracować ponad siły i bez większych przerw i mieć w planie wyjazd gdziekolwiek.


 

SLOW TREK i Suszone Pomidory!

0 comments
Od 12 do 31 lipca zleciało nam na kolejnym trekkingu, którego treścią było swobodne wędrowanie po tundrze Samów w zimnej i wietrznej krainie za kręgiem polarnym. Zważywszy na upały jakie mieliśmy w Krakowie od czerwca, można by pomyśleć, że to szalenie sprytna akcja. A tu nie, wyjazd z upałami, wakacjami i sprytem nie miał nic wspólnego. Robota i tyle. Za miesiąc powinniśmy oddawać Wydawcy tekst książki o naszych wędrówkach po Sapmi i postanowiliśmy ambitnie wybrać się kolejny raz, aby kilka spraw dopiąć, doczytać, zobaczyć i zrozumieć. Sytuacja stała się nieco inna od momentu wizyty u naszych zaprzyjaźnionych Samów i ich pobycie w Polsce. Wiele spraw zobaczyliśmy inaczej i chcieliśmy to zweryfikować. Postanowiliśmy wejść w wyjazd jak w praktykę slow i nie zakładać bardzo konkretnej trasy, dat i celów poza zasadniczym kierunkiem. Nie uratowało nas to od dwóch ciężkich plecaków, namiotu i pełnej gotowości bojowej, co w drodze na lotnisko w Krakowie w środku 30. stopniowego upału wyglądało malowniczo. Z tego wszystkiego nie zabrałem części trekkingowej odzieży i zaliczałem później "pierwsze przejście Laponii w krótkim rękawku" w stylu dawnych opowieści z rodzaju: w ortalionie przez Patagonie... Slow to slow i histerii nie było i tylko troszkę wiało w pobliżu lodowca.
Dotarliśmy nad jezioro Sitas i także w stylu slow i odmianie zwanej w kung-fu stylem pijanego kręciliśmy się po okolicy, aż wyszliśmy na górę Alepoajvve na ponad 1500 metrów co za kręgiem polarnym znaczy minimum dwa razy tyle. Więc nie dość, że pierwsze przejście w krótkim rękawku i starej kurtce, którą wreszcie z radością wywaliłem bo zamiast chronić przed deszczem wytwarzała białą, zagadkową pianę z resztek membrany (firma Salewa najwidoczniej nie wie jak się robi membrany na prawdziwe trekkingi w prawdziwym deszczu, a nie spacery po muzeach...) to jeszcze pierwsze polskie wejście na Alepoajvve filarem południowo-wschodnim. Zaśmiewaliśmy się z treści depesz jakimi można by zalać nasz ulubiony portal OjNiet.pl, ale zamiast wykorzystać okazję dla odrobiny sławy w postaci np. takiego tekstu: niewielki polski zespół wspinaczy operuje w górach za kręgiem polarnym, weszli bez butli tlenowych na grań Alepoajvve tuż pod lodowiec zajmujący partie szczytowe wytyczając drogę filarem.... to jak zwykle przegapiliśmy kolejną szansę! Oczywiście o krótkim rękawku ani mrumru.
Po pierwszym udanym slow szturmie na szczyty i granie powędrowaliśmy do wyżej położonego rejonu jeziora Huke tuż przy granicy z Norwegią. Mieliśmy tak tajny plan, że nawet nie mówiliśmy o nim do siebie, ale udało się i dostaliśmy na kilka dni samski dom, którego wiek szacujemy na blisko sto lat. Z tego slow treku weszliśmy na górę, wytyczając pewnie pierwszą polską drogę filarem wscgodnim. Góra miała około 1200 m n.p.m. i nie miała dotąd nazwy. Miejscowi tam najwyraźniej wychodzą czasem, ale trekkerzy chyba nie i może uda się nadać jej nazwę Góra prof. Baltazara Gąbki, na cześć wiadomego słynnego profesora z grodu Kraka? Gród nasz może okazać się bardziej Kruka niż Kraka i taka wersja już krąży pośród wpływowej części samskich artystów. Po tych wyczynach i psychogeograficznych dryfach w temperaturze 3 stopni rano i padającym śniegu... wróciliśmy nad Sitas. Tam w schronisku STF spotkaliśmy samską rodzinę, która zmierzała po swoje stado reniferów i wymieniliśmy uprzejmości. Po chwili okazało się, że rozmawiamy z kuzynem naszego nauczyciela joiku Per Niila Stalka! Kiedy pochwaliliśmy się, że zorganizowaliśmy wizytę naszych znajomych Samów w Polsce, kuzyn rzucił: wiem, widziałem na fejsie. Musieliśmy wyjść na chwilę nad brzeg Sitas aby ochłonąć i zamierzamy zimą poznać wszystkich Samów jakich się da poczynając od pierwszych do ostatnich kuzynów. To co wynosi się z jednego takiego spotkania odpowiada wertowaniu wielu tekstów i książek, a jest znacznie zabawniejsze i inspirujące. mamy tylko wspólny kłopot: co odpowiemy na pytanie o to, czy spotkaliśmy "prawdziwych Samów". Pytanie nagle stało się palące, bo kuzyn Per Niila Stalki podbiegł do okna i za moment wypadł na brzeg jeziora, my oczywiście za nim. A tam akcja tego rodzaju: helikopter leci z podwieszonym na linie wielkim quadem, zawisa nad drogą tuż obok miejsca gdzie zazwyczaj mamy rozbity namiot i precyzyjnie opuszcza pojazd na lawetę podpiętą do terenowego Volvo... Grupka Samów pomaga, macha do pilota, helikopter siada przy drodze na skrawku poziomego terenu porośniętego brzozą karłowatą i wszyscy idą coś zjeść i napić się piwa? Gdzie są prawdziwi Samowie... kołacze nam w głowie pytanie, od którego zależy nasza książka, nasza wiarygodność, wyobrażenia tysięcy miłośników zaprzęgów reniferowych, które na niebie zmieniają się jak wiadomo w ciężarówki z coca-colą...
Najciekawiej jednak zakonczył się nasz badawczy slow trek do Sapmi ... wylądowaliśmy nad zatoką Botnicką w pięknym mieście Lulea, które jest stolicą Norrboten czyli północnego województwa i krainy będącej zsyłką dla Szwedów  - pewnie dlatego umieszczają tam Sikhow, ludzi z Tajlandii, a nawet Laosu... cóż chęć pomocy i eksperymentowanie z gatunkiem ludzkim Szwedzi mają we krwi? Nawet tam nie kupiliśmy nawet najmniejszego słoiczka z naszą ulubioną maliną moroszką i tylko oglądaliśmy w miejscowej tivi jak kilkuset Bułgarów radzi sobie po porzuceniu ich w tajdze... Mieli zbierać jagody (m.innymi moroszkę!), ale wobec słabego urodzaju ich promotorzy gdzieś przepadli i zbieracze musieli sobie radzić sami. Coś nam Ci Bułgarzy dziwnie przypominali Romów, ale jedno nie wyklucza drugiego, a moroszki i tak nie było! W Lulei z miejsca trafiliśmy na koncert eksperymentatora z Chile, później do jego mieszkania gdzie na gotowaniu wspaniałej zupy i gadaniu o scenach w Santiago i Krakowie zeszło nam ładne kilka godzin. Wszystko za sprawą nagromadzonej wcześniej karmy, ktorej wykonawcą był człowiek, który pokazał nam zimowy targ w Jokkmokk i to w Jego samochodzie po raz pierwszy przekroczyliśmy krąg polarny i pamiętne ubieranie kalesonów pod tablicą zaświadczającą, że go właśnie przekraczamy, w trakcie której to czynności z jedną nogą gołą a jedną zaplątaną w ciepłe gacie zaskoczyła nas cała, autokarowa wycieczka Japończyków...! Zajścia w Lulei i swietny koncert muzyki na jaką trudno trafić na naszych scenach uznaliśmy za doskonały omen i zwolniliśmy się całkowicie z szukania prawdziwych Samów, prawdziwej tundry i innych prawdziwych rzeczy. Nigdy bowiem nie uda się nam przebić wiedzy o świecie czerpanej wprost z klasycznych części o prawdziwych przygodach niejakiego Indiany J. albo z oryginalnych rytuałów szamańskich w stylu "szamańska majówka" u nas w chałupie.
Do domu wróciliśmy z otwartym umysłem i zielnikiem podróżnym (tym razem dosłownie!) roślin arktycznych...

Atrakcja goni atrakcję i w ostatnią sobotę zagraliśmy w ramach letnich imprez organizowanych przez CSW w Warszawie - Zielony Jazdów. Cały wyjazd i pobyt w Stolicy, który zaczęliśmy od nieomal rytualnego posiłku w Quchni Artystycznej w Zamku Ujazdowskim, organizację, publiczność itd. itd. aż po rozmowy z taksówkarzami... muszę zamknąć w jeden epitet: rewelacja! Wiem, wiem... i odszczekuję, kajam się i wyciągam wnioski! Warszawa zmieniła się tak, że aż chce się wracać ot tak, aby połazić i pobyć. Nie sądziłem, że kiedyś to napiszę! Dziękuję Andrzejowi Załęskiemu za zaproszenie i ekipie organizatorów z Natalią Starowieyską na czele! Do tego nasza i Tekli obecność sprowadziła taką ekipę przyjaciół, że głupio o tym pisać... a po tym jak Robert B. wdrapał się na scenę i zagrał z nami, bo miał ochotę, a i my mieliśmy to na myśli... trudno rozwijąć ten wątek. Tym samym po raz kolejny okazało się, że jak coś żyje i spokojnie / konsekwentnie celebruje niezależność, to nawet najbardziej przemyślane i zakontraktowane na setki sposobów imprezy nie mają startu. Kulturalny off tego wieczoru był w parku przy Zuju, jeżeli był też jeszcze gdzieś to bardzo dobrze, tylko się cieszyć... A do tego zamiast identyfikatorów, opasek na przeguby i innych wspaniałych wynalazków pod Zamek Ujazdowski wjechaliśmy po wyjawieniu hasła: "suszone pomidory"... poczucie humoru to miłe doświadczenie.

Media Ecology Workshop

0 comments
Dzisiaj świętujemy wydobycie z przepastnych maszynerii drukarni na świat pięknej książki A. - Rubieże kultury popularnej. Żartobliwie nazywaliśmy ją w domu - POPium dla mas, bo traktuje o meandrach pop-u w rodzaju neoszamnizmu, ruchu slow, nowym ogrodnictwie i innych strategiach kontrkulturowych przejmowanych kolejno przez popkulturę i... wzajemnie. To ważna książka, którą należy uważnie przeczytać nim się zacznie oceniać i zaliczać do tego czy owego ideologicznego stada. Może się znajdzie w Polsce tysiąc osób, które czytają książki - nie tylko dzieciom?

Ciekawym doświadczeniem ostatnich dni był krótki spacer etnobotaniczny - warsztat terenowy dla studentów AGH jaki poprowadziłem w Beskidzie Niskim w sobotę 30-stego czerwca.  Wiecej o nim na nowym blogu: etnobotanicznie.pl
Muszę tylko wspomnieć o silnym doznaniu gęstego od emocji powietrza na terenie pełnym kiedyś ludzi, wiosek i cerkwi... To nie jest doznanie pozytywne i nie wiem co należy tam zrobić aby w chociaż minimalny stopniu zmienić tę sytuację. Obozowanie na rozwalonych domach ludzi, którzy ich dobrowolnie nie opuszczali i przez pokolenia tęsknią za nimi nie jest dobrym pomysłem. Widziałem tam też przejmujący obrazek: symboliczne drzwi stojące na miejscu gdzie kiedyś była wioska... Drzwi są drewniane, mają klamkę i są zawieszone na zawiasach, wyglądają "normalnie", a po wewnętrznej stronie mają tablicę z nazwiskami osób/rodzin, które tu kiedyś mieszkały... W jadalni ośrodka w Radocynie serwetki były wetknięte w oprawki drewniane z wizerunkiem szarotki... etnobotaniczne przyznanie się do tego, że nikt z mieszkających tutaj teraz nic wspólnego z Beskidem Niskim nie miał... Trochę dziwne, trochę melancholijne przeczucie, że warto by z tym wszystkim jakoś pracować... może nawet wiem jak, ale to nie ja muszę do tego dorosnąć.

Jest taki wiersz Tomasa Transtromera - Powiązania: Spójrz na to szare drzewo. Niebo spłynęło w ziemię poprzez jego włókna - został tylko zmarszczony obłok gdy ziemia już wypiła. Skradziony kosmos skręcił się w plecionkę korzeni, przędą się w zieleń. / - Te krótkie chwile wolności wychodzą z nas, przetaczają się przez krew Parek, i dalej.
To doskonały, aluzyjny opis tego z czym chcemy pracować podczas naszej części terenowej Media Ecology Workshop  w najbliższą niedzielę, poniedziałek i część wtorku - 8-9-10.07.2012r.
Drzewem, który wybraliśmy do badania jest rodzima topola - osika (Populus tremula) zwana czasem topolą drżącą. Zadziwiające są preparaty z osiki: od naturalnej aspiryny... do mieszanki pobudzjącej do śmiechu. Dla Greków szelest liści, który pojawia się czasem bez wyczuwania wiatru lub innych zauważalnych przyczyn oznaczał, że topole są drzewami wieszczymi... Ale ślady specjalnego traktowania osiki znajdujemy około 5 tys. lat temu w Mezopotamii. W wielu miejscach osika jest drzewem słońca, jest tak u kilku rdzennych ludów zamieszkujących Amerykę Północną i np. Hopi rytualnie palą liście osiki! Drżenie liści zawieszonych na bardzo długich ogonkach powoduje przyspieszenie rozkładu wody we wnętrzu drzewa i być może ma swe odzwierciedlenie w fali dźwiękowej w gałęziach, pniu i korzeniach osiki?
Od połowy przyszłego tygodnia ruszamy na kolejny trekking w tundrę...  Część zaplanowanej trasy to znane nam miejsca i szlaki, ale kilka miejsc zobaczymy pierwszy raz. Mamy sporo czasu na siedzenie w centrum kultury i bibliotece Samów w Jokkmokk i dwa dni przeznaczamy na Zatokę Botnicką w okolicy Lulei gdzie byliśmy dotąd w zimie i nagrania skrzypiącego od mrozu śniegu z Zatoki Botnickiej są do odsłuchania na płycie Jokkmokk! Tym razem zbieramy i systematyzujemy informacje do książki jaką mamy oddać do Wydawnictwa do połowy września!  Jest ciekawym doświadczeniem jak wchodzi się głęboko w rzeczy, intuicję i obrazy (w tym dźwiękowe) przy takim intensywnym opracowywaniem obszaru/sfery, która nas zainteresowała. Stawanie się czymś nie polega na ubieraniu czapki z uszami niedźwiedzia... tak jak lot szamański nie polega na zafundowaniu sobie dolegliwości gastrycznych i zatrucia organizmu. Ale takie doświadczenia nie są do opisania i każda próba prowadzi (czytelnika / słuchacza) na manowce.

Studiuję świetne wydawnictwo z USA: (Sojourns - The Music of Place (pisownia z nawiasem oryginalna) o brzmieniu Wyżyny Colorado.  Jest tam kilka świetnych i inspirujących obserwacji, doświadczeń i podpowiedzi. Np.: "landscape is music", "hearing... is in direct contact with whatever vibrates in our world", " the songs... make us into one tribe", "we can learn these languages of the wild the same way we learn any foreign tongue...", ... itd. itd. Mam nieodparte wrażenie, że czytam swoje własne intuicje, które prowadzą mnie od kilkudzisięciu już lat... z tym, że poza kilkoma najbliższymi osobami nie bardzo jest z kim o tym rozmawiać. Młodzi kopiści boją się samych siebie i ciągle ukrywają się na wszelki wypadek za technologią, najważniejszym (aktualnie i dla nich) nurtem sztuki, albo wszystko załatwiają hipsterskim wzruszeniem ramion i szyderstwem, a od tego człowiek nie robi się mądrzejszy tylko garbaty i ma skrzywione i zaciśnięte usta. Ale miło, że gdzieś w Colorado... Aby i Wam było także miło posłuchajcie nagrań ze strony Cykadomaniaków i przyjaciół ropuch z Kaliforni...

ALUZJA

0 comments
Podobno nie ma już czegoś takiego jak powszechny zasób wiedzy i " każdy z nas jest zdumiony ignorancją reszty świata" (Felipe Fernandez-Armesto w "Cywilizacje") więc pisząc książkę nigdy nie wiemy jak zostanie przyjęta i co czytelnicy z niej wychwycą, a co pozostanie niezrozumianym życzeniem autora. Pierwsze kilkadziesiąt sztuk "Zielnika podróżnego" jest już "w czytaniu" i z uwagą, nadzieją i ciekawością zbieram pierwsze reakcje. Najpierw reakcje z sieci, głównie z FB, później trochę opowiedzianych, przekazanych wprost lub aluzyjnie. Jest raczej entuzjastycznie, pozytywnie i dobrze... więc zaczynam się niepokoić. Sam nie uważam "Zielnika..." za książkę botaniczną i liczę bardzo, że będzie uważnie czytana. To co chciałbym teraz napisać świetnie ujął już w słowa przywoływany autor "Cywilizacji" : "...Moja proza utyka na szczudłach aluzji. Namawiano mnie, bym pisał jaśniej, bo część czytelników ich nie wychwyci. Moim zdaniem jednak literatura bez drugiego dna nie daje radości czytania: prawdziwy smaczek potyczki z pisarzem polega na rozszyfrowaniu niektórych aluzji i przyznaniu się do porażki w przypadku innych. Celem aluzyjnego pisarstwa jest wywołanie skojarzeń i odczuć w głębi umysłu, a niekoniecznie komunikowanie ich otwartym tekstem."
Dla mnie smaczkiem jest obserwowanie do jakiej szuflady będzie pakowana moja książka? Bo mamy obecnie wielu mądralińskich, którzy znają się na wszystkim tym, co ma już od dawna swoje zaszeregowanie: książka o podróżach, okultystyczna, botanika tradycyjna, historyczna, esej filozoficzny, proza buntowników...
I tacy mądrale wiedzą co jest co, bo małpują oceny innych... Ilu z dzisiejszych czytelników samodzielnie uznała by książki Castanedy za fantastykę naukową... a prozę pisarzy z naklejkami na czołach: Beat Generation za zbuntowaną? Wiemy to co usłyszymy w mediach, a kto pierwszy usłyszy to bardziej mądraliński jest i uchodzi za proroka? No i będzie z "Zielnikiem..." problem, bo niczego w mediach nie usłyszymy i książka będzie krążyła pośród bardziej zorientowanych, bardziej ciekawych, bardziej uważnych. Nie wiem czy to źle czy dobrze, ale wiem, że pisanie książek to mocne doświadczenie i warto w to wejść.
Niezbyt lubię początek lata, a czerwiec jest jakiś zawsze męczący, egzaltowany, zbyt ciepły, pełny deszczu i błyskawic, duszny i zbyt jaskrawy, oślepiający. Tym razem (a właściwie: jak zawsze...) mamy wiele różnych zobowiązań: zawodowe, promocje książki (dobrze, że jeszcze tylko mojej, bo za miesiąc będzie jeszcze książka A. !), kameralne koncerty i warsztat etnobotaniczny. Warsztat cieszy mnie najbardziej, bo to trzy dni na Zamagurzu i w Pieninach czyli mojej ulubionej krainie. Zapach Dunajca, łąk i te chmury na tle Tatr i Trzech Koron... ej boy!
W nadchodzący czwartek (14.06.2012) mam spotkanie autorskie w gościnnym i samodzielnym Antykwariacie Abecadło i poza prezentacją książki mamy też trochę muzykować. Od małego, w pełni akustycznego grania w Katowicach powróciła mi ochota do takich mniejszych form, bardziej nakierowanych na osobne utwory i instrumenty niż na dramaturgię koncertu jako suity o imponującym napięciu nerwowym powodującym ekstazę jakiej najczęściej ulegają muzycy, a tylko czasem słuchacze... Chyba coś się zmienia muzycznie i czekam na to bez założeń wstępnych.
Na focie my w mitycznej (ale bardzo zarazem realnej) krainie położonej na prawym brzegu Dunajca.

W dodatku Kronika do Dziennika Polskiego (który od jakiegoś czasu sam jest dodatkiem do Gazety Krakowskiej... ) z 4 czerwca, znalazłem na pierwszej stronie i pisany wielką czcionką taki oto tytuł: Niebezpieczne drzewa muszą zniknąć z lasów. Myślalem już wielokrotnie, że poetyka tego typu gazet już sięgnęła dna i bardziej się ślinić do tzw. biznesu (czyli w tym rejonie grubego chama z workiem pieniędzy lub nieco smuklejszego, kulturalnego chama kościelnego* w okularach żerującego całe dziesięciolecia na lokalnej polityce i zasobach publicznych) nie uda, ale tym tytułem udowodniono mi, że nie ma takiego dna, które by się oparło ryjącym w nim lizusom. Podpowiadam dalszy ciąg tak ładnie rozpoczętego w Kronice rozumowania: aby bezpiecznie udać się do lasu należy las wcześniej wyciąć. Pozostaje tylko pytanie o to, po co ludzie chodzą do lasu, skoro drzewa są niebezpieczne? Chodzenie w góry jest męczące (bo chodzi się sporo pod górkę...) i niebezpieczne, bo szpilki się wbijają między skały, albo klapki ciągle zaczepiają o kosówkę! Proponuję beznadziejnym pismakom taki tytuł : Strome góry muszą zniknąć z naszych Tatr! Wizja lekko tylko pofalowanych Tatr bez drzew, bez kosodrzewiny nawet (bo te klapki i rajstopy szarpała) i wielu zastępów służb ratowniczych, które przylecą aby potrzymać kufel z piwem jak się zachce sikać... A najgorsze w tej wizji jest to, że wielu o niej marzy, wierzcie mi. Ale głównym wrogiem budyniowych aktywistów są drzewa. Jak nie mogą wyciąć, to chociaż utną w połowie, albo posadzą tuje, albo drzewko niby-drzewko czyli kilka gałęzi wetkniętych w ukorzeniony kij (to się potem nazywa "zieleń miejska") aby można było złamać jednym ruchem mocarnego, ludowego ramienia.
Już jakiś czas temu zauważyłem, że tzw. drogowcy wyznaczają do wycinki drzewa w pasie drogowym ze względu na bezpieczeństwo kierowców, ale nie usuwają jednocześnie z pasa drogowego stalowych latarni, słupków, przepustów betonowych... nigdy mi nie umieli odpowiedzieć czy kierowcy podczas tragicznego wypadania z jezdni trafiają jedynie na drzewa, a omijają z definicji inne przeszkody? Dzisiaj już wiem, że nie chodzi o bezpieczeństwo, chodzi o jakikolwiek pretekst do wyrąbania drzew. Ta zaciekłość dotyka także fachowców od rzek i potoków. Zbyt niski most, który jeszcze w czasie budowy zalewała woda powodzi nic im nie szkodzi, ale jak zobaczą kilka drzew w korycie rzeki, to wpadają w szał wyrywania z korzeniami i plantowania ciężkim sprzętem tego co jeszcze wystaje z ziemi. Niestety, oni mojej książki nie przeczytają.


ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội