Tak zwany okres świąteczny jest lekko tylko zakamuflowaną przemocą obcowania z fundamentami budyniowa, które obecnie ogniskują się w zawartości głównych stacji telewizyjnych. Prześcigają się one w wyszukiwaniu przeterminowanych (tanie... a może nawet za free w pakiecie z nowym takim samym gniotem) patriotyczno-rodzinnych filmów z USA i wszelkich innych sposobach aby wedrzeć do naszych głów i uświęcić kulturowe więzy, aby podtrzymać sprzedaż reklam w najlepszym czasie antenowym. Trzy nasze wielkie (od wielkiej pazerności) stacje na wyścigi pokazywały dyżurne wyciskacze łez, przypominają nam tragiczne historie, umierających i kalekich ludzi, tłustych biskupów-polityków apelujących o mniejszy materializm, a wszystko to pomiędzy blokami reklam, które zdają się już nie mieć końca. Ten piękny czas pokazuje też kto drapnął kaskę za świąteczne, rozśpiewane programy rozrywkowe, a kto musi się zabrać za podchody do wszelakich caryc telewizyjnych i innych szefów wszystkich szefów, bo wypadnie z gry. W tym roku mieliśmy festiwal schludnej i kulturalnej (prawie tak jak Piasek!) ekipy Enej (przepiękne życzenia i jakie wspaniałe głosy!) gotowego już do sprzedaży produktu budyniowego szołbiznesu, troszkę było mojego ulubionego Pektusa, który nie jest jeszcze taki gładki i plastyczny jak Enej... było też mocne wejście Afromentalu, który przedstawiał w skromnych słowach Wielki Juror w dupnej czapeczce. Kto wie, kto wie, co za rok w grudniu będziemy oglądali? Na tym tle dobrze wypada warszawska inicjatywa pod irytującym troszeczkę tytułem Kolęda Nova... świetny zestaw artystów i cudowne rozmnożenie fantastycznego kolektywu rodzinnego: Waglewski, osobno Waglewski Fisz, osobno Waglewski Emade, osobno rodzina Pospieszalskich czyli niezmordowany zestaw wspaniałych artystów. Przy takich tuzach Trebunie Tutki z Jamajką zostali skromnie zbici w jedno, a całość okrasił, niczym wisienka na torcie, sam pan Stańko. Bo to Kolęda Nova... taka nova jaka nova... ale koniecznie cały ten kram musiał się do Krakowa wybrać, aby dodać nieco święconej wody i tanich kadzideł kościelnych. Rozumiem tę staranność... Enej już czeka z Pektusem, a Afromental też ma ochotę. Nadchodzący rok będzie więc powrotem do alternatywy, bo obawiam się, że Enej podpisze większość umów z koncernami piwowarskimi na wielkie letnie koncerty.
Takie sprawy jak śmierć Ravi Shankara w budyniowych mediach właściwie nie została zauważona, a odejście w czasie tzw. świąt Jerzego Beresia nie pasowała widocznie do tzw. wiadomości/faktów czy informacji (jak mówi mój ojciec: starych czy nowych, ale zawsze nieprawdziwych...). Bereś jest przykładem na totalny budyniów, bo jeden z najbardziej interesujących i inspirujących artystów jest poza ścisłym środowiskiem właściwie nie znany. Bo w budyniowie zawsze będzie ważniejszy przedruk i małpie naśladownictwo. Aż mi się nie chce dalej pisać, Bereś i Hasior byli bohaterami mojej młodości i rodzinnych opowieści, a w dużej mierze mistrzami mojej muzyki. Niestety, doczekamy się raczej setnego przedruku bablaniny McKenny niż szerszego zainteresowania tymi artystami i sztuką jaką praktykowali. Widocznie budyniów lubi przy wódce pogadać o wizjach jakie dają "egzotyczne" rośliny. Trafia do masowego odbiorcy i musi się sprzedać, a przecież chodzi zawsze o kasę. Jak we wspaniałym kawale rysunkowym z dawnych czasów: z plątaniny nagich ciał resztką sił wysuwa się gość i woła: a miała być joga i zen?! Miało być święte ziele, a jest wynik destylacji ziemniaków... jak ze "świętami".
POGRANICZE
Od czasu do czasu natrafiam na uczone dysputy o muzyce eksperymentalnej, w których przewija się określenie: kompetencje. Niestety, autorzy nie definiują czy chodzi im o dyplom, umiejętności, doświadczenie ... z czego? jakie? w czym? Jako old schoolowiec mam z tym problem, bo zaraz słyszę zdanie z usłyszane w dzieciństwie w Polskim Radiu o niejakim Wydrzyckim vel Niemenie, że z takimi kompetencjami to powinien w kopalni pracować, a nie zajmować się muzyką i jeszcze na dodatek śpiewać... albo pobłażliwe umieszczanie takich jak ja przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego (socjalistycznego boga tzw. jazzu polskiego) w głębokich krakowskich piwnicach i garażach (było to jeszcze zanim JPW zakochał się - bo musiał - w jassowych dźwiękach) i trzymanie wszystkich w szachu tzw. "weryfikacjami" muzycznymi. Kilku ustosunkowanych dziadów egzaminowało "z muzyki" i do sztandarowych opowieści z tamtych lat zaliczam relację ze "zdawania na weryfikację" przez jedynego "dyplomowanego" później tablistę. Nieweryfikowany dotąd przyniósł na egzamin zestaw bębnów tabla i zagrał na nich Dha, Dha... :-) Bo komisja weryfikacyjna była otwarta na nowe... kiedy miała być otwarta. Ostatnio na kompetencje (jak zwykle bez wyjaśnienia o co właściwie chodzi) naciskał p. Michała Mendykę (m. innymi tłumacza książki Michaela Nymana pt. Muzyka eksperymentalna, Cage i po Cage'u) Paweł M. Krzaczkowski... a p. MM dzielnie lawirował i udało Mu się sprytnie uniknąć zdefiniowania kompetencji jako posiadania dyplomu wyższej (albo może wystarczy niższej?) szkoły muzycznej, a wszystko to w Notesie nr 80.
Gdyby bowiem kompetencje miały tak prosto wyglądać, to pewnie muzyka eksperymentalna nie pojawiła by się do dzisiaj? Ale nie chodzi mi o łatwe wyśmiewanie autorów wytrychu pt. "kompetencje" w sztuce, bo istotne jest raczej czym są kompetencje w sztuce i jak się je zdobywa? Dyplom jako papierową kompetencję można odrzucić bez dyskusji, bo byłoby kopaniem leżącego wymienianie setek ważnych artystów bez dyplomu... albo wymienianie setek tysięcy dyplomowanych osób, które niczego interesującego nigdy nie zrobiły. No to może cytacik oparty o stary (ale jary!) tekst Leszka Kolankiewicza traktujący o kulturze czynnej Grotowskiego : " Wszędobylski "profesjonalizm", wyzuty z tego, czym jest prawdziwe mistrzostwo, bezkomfliktowo, jego zdaniem, wpasowuje się w funkcjonujące struktury. Dodajmy, że zamiast "zmierzania do mistrzostwa", o którym mówił Krzysztof Czyżewski, dzisiejszy adept animacji - i pewnie nie tylko on - ma przed sobą stopnie, na które może wspiąć się jeśli nie bez trudu, to z pewnością bez zaangażowania całym sobą i bez krzty zamiłowania do rzeczy. Zamiast kunsztu, który doskonali w działaniu, ma plik certyfikatów. W konsekwencji tak swoiście pojmowanego profesjonalizmu - pointował Kolankiewicz - pojawiła się demoralizująca interesowność niemal we wszystkim, cokolwiek podejmowane jest w kulturze." Cytat pochodzi z książki Doroty Sieroń-Galusek i Łukasza Galuska pt. Pogranicze. O odradzaniu się kultury , która dopiero co została wydana przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Książka jest rewelacyjnym plaśnięciem w budyń i polecam ją z przyjemnością! Wracająć do tematu, gdyby trzymać się kurczowo bożka dyplomu (jakiego dyplomu?), to doprowadzi nas do sytuacji gdy w ściśle zaprogramowanym procesie kształcenia młodych ludzi staje się konieczne uczenie ich postawy antystrukturalnej. Czy jest możliwe, aby podnieść krzesło na którym się siedzi? Tak więc, z wysiłków tego typu wynika pojawianie się całych zastępów profesjonalnych głodnych duchów uczenie dysputujących o tych biedakach (bez odpowiednich kompetencji), którzy coś w życiu zrobili i można z tego uczynić substrat i telewizyjny ciepły kącik (w skrócie: TVP Kultura) dla żarłocznych profesjonałów z wielką swobodą (potwierdzaną wyszukaną mową ciała :-) ) poruszających się w każdym temacie o jakim warto (w sensie: popłaca) rozmawiać.
Aby trzymać się książki Pogranicze przytoczę jeszcze jedną refleksję zawartą w tytule ostatniego rozdziału: Gościnność. Rozdział zaczyna się tak: " Właściwie nie jedno, lecz dwa słowa - "gościć inność". Tak rozpisana gościnność jest zaproszeniem do spotkania z odmiennością, z tym co różni gospodarzy i gości. Oznacza to gotowość do stawania twarzą w twarz z odmiennością."
Wbrew pozorom, także ten cytat ma wiele wspólnego z tematem dyskusji o kompetencjach w sztuce. Dyplom "z muzyki" jako miernik kompetencji jest po to aby można było być nie-gościnnym?! Tak to wygląda w praktyce. Bo w jakim celu powtarza się nawoływanie do weryfikowania, do ustanawiania niejasnych dowodów "kompetencji" zawodowych, kulturowych... ? To wstęp do wykluczania (to festiwal dla poważnych muzyków pochylonych nad tańszymi wersjami Jabłka, to festiwal dla dyplomowanych stukaczy w bęben, to klub dla tych, którzy mają dyplom z improwizacji... mówi się, że z próżnego w puste nawet Salomon nie naleje, a ten z "kompetencjami" i owszem), do monopolizowania, do manipulowania innymi, do kasy i mediów. Jakoś nikt nie zamienia "kompetencji" na "odwagę w eksperymentowaniu", na " doświadczenie i warsztat", a szczególnie nie na "nowatorstwo", bo publiczność lubi najbardziej te piosenki, które już dobrze zna, a nic tak dobrze nie idzie "profesjonalistom" jak zapożyczenia i podwędzanie wszystkiego nie posiadającym "kompetencji".
Bogaty w zadziwijące konteksty muzyczny sezon 2012 zakończyliśmy dość niezwykłym koncertem z naszym przyjacielem i współpracownikiem Michalem Smetanką. Michal nakłonił nas do sięgnięcia po travnice - tradycyjne, kobiece pieśni pracy ze wschodniej części Słowacji i po brzmienia reliktowych pasterskich instrumentów. To przestrzeń dająca naszemu projektowi (przypominam pełną nazwę ... Lost Space - Magic Carpathians...) autentyczne i pełne inspiracji zaplecze, ale też pole minowe pełne ukrytych "bombowych" kontekstów typu: "polski folk", "folklor", "pieśni białym głosem śpiewane" i tym podobne. :-) Od zawsze mieliśmy trudne zadanie, bo nie chcieliśmy zwalczać ognia beznzyną i nie poszliśmy na granie oberków okraszone "nowoczesnym" skreczowaniem. Nie chcieliśmy zwalczać jednej konwencji inną konwencją. Szukaliśmy tego "ethnocore" w sensie przywołanym we wstępie do wspomnianej już książki Pogranicze przez p. Profesora Krzysztofa Rutkowskiego: "Słowo radix znaczy korzeń. Słowo "radykalny" znaczy zakorzeniony. Działanie radykalne oznacza zatem zakorzenienie, szukanie miejsca, wnikanie w miejsce, w którym pulsuje zarzewie ognia...". Podczas koncertu 6 grudnia 2012 roku byliśmy bardzo blisko: gościliśmy inność i pozwalaliśmy sobie być także "innymi". W tym sensie nasz projekt, który poza płytami przyniósł cztery książki ściśle z nim związane i wiele podróży, przyjaźni i inspiracji jaką dał innym - wydaje się spełniony?! Oczywiście na tyle, na ile pogranicze może być spełnione, bo przecież nie zamknięte i nie zdefiniowane do końca. Jesteśmy na kilka miesięcy przed celebracją 15-lecia Karpat Magicznych i na miesiąc przed rozpoczęciem nowego projektu Noise to Silence... jesteśmy na pograniczu.
Po naszym koncercie były jeszcze dwa miłe spotkania, jedno z Basią Koroną i Adrianem Spułą (Adrian jest autorem albumu Łem - ukryta kraina... i pisałem o Nim na www.etnobotanicznie.pl) przy okazji Ich pokazu fotografii w Antykwariacie Abecadło i wydaniu dziennika z podróży po Gruzji - Dziennik na Wysokościach. Gruzja (zobaczcie na: www.Donkliszot.com/nie tak szybko do shuapkho), a drugie z muzycznym projektem Tundra z Gdańska. Dostałem świetnie wydany albumik z CD: tundra.anekumena i chwilę rozmawialiśmy przy scenie w Kawiarni Naukowej. Tundra - Dawida Adrjańczyka i Krzyśka Joczyna przynosi doskonale zrealizowane utwory pełne dronów, ciągnących się mgieł burdonowych zasłon i sonorycznych zwielokrotnień. Na CD znalazłem cztery utwory i pierwszy z nich - Krzyki drzew - nie tylko za sprawą tego, że ma 10:42 ! wydał się mi bliski i znajomy. Kiedy staliśmy przy scenie wypełnionej wieloma instrumentami, przetwornikami i całą tą cholernie dobrą i bliską mi zbieraniną przeczuć piękna, pomyślałem, że może jednak się kręci? Może ktoś jeszcze czasem walnie w budyń?
Na focie Agi ułamek sekundy z koncertu - Izvor - w Magazynie Kultury w Krakowie.
Gdyby bowiem kompetencje miały tak prosto wyglądać, to pewnie muzyka eksperymentalna nie pojawiła by się do dzisiaj? Ale nie chodzi mi o łatwe wyśmiewanie autorów wytrychu pt. "kompetencje" w sztuce, bo istotne jest raczej czym są kompetencje w sztuce i jak się je zdobywa? Dyplom jako papierową kompetencję można odrzucić bez dyskusji, bo byłoby kopaniem leżącego wymienianie setek ważnych artystów bez dyplomu... albo wymienianie setek tysięcy dyplomowanych osób, które niczego interesującego nigdy nie zrobiły. No to może cytacik oparty o stary (ale jary!) tekst Leszka Kolankiewicza traktujący o kulturze czynnej Grotowskiego : " Wszędobylski "profesjonalizm", wyzuty z tego, czym jest prawdziwe mistrzostwo, bezkomfliktowo, jego zdaniem, wpasowuje się w funkcjonujące struktury. Dodajmy, że zamiast "zmierzania do mistrzostwa", o którym mówił Krzysztof Czyżewski, dzisiejszy adept animacji - i pewnie nie tylko on - ma przed sobą stopnie, na które może wspiąć się jeśli nie bez trudu, to z pewnością bez zaangażowania całym sobą i bez krzty zamiłowania do rzeczy. Zamiast kunsztu, który doskonali w działaniu, ma plik certyfikatów. W konsekwencji tak swoiście pojmowanego profesjonalizmu - pointował Kolankiewicz - pojawiła się demoralizująca interesowność niemal we wszystkim, cokolwiek podejmowane jest w kulturze." Cytat pochodzi z książki Doroty Sieroń-Galusek i Łukasza Galuska pt. Pogranicze. O odradzaniu się kultury , która dopiero co została wydana przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Książka jest rewelacyjnym plaśnięciem w budyń i polecam ją z przyjemnością! Wracająć do tematu, gdyby trzymać się kurczowo bożka dyplomu (jakiego dyplomu?), to doprowadzi nas do sytuacji gdy w ściśle zaprogramowanym procesie kształcenia młodych ludzi staje się konieczne uczenie ich postawy antystrukturalnej. Czy jest możliwe, aby podnieść krzesło na którym się siedzi? Tak więc, z wysiłków tego typu wynika pojawianie się całych zastępów profesjonalnych głodnych duchów uczenie dysputujących o tych biedakach (bez odpowiednich kompetencji), którzy coś w życiu zrobili i można z tego uczynić substrat i telewizyjny ciepły kącik (w skrócie: TVP Kultura) dla żarłocznych profesjonałów z wielką swobodą (potwierdzaną wyszukaną mową ciała :-) ) poruszających się w każdym temacie o jakim warto (w sensie: popłaca) rozmawiać.
Aby trzymać się książki Pogranicze przytoczę jeszcze jedną refleksję zawartą w tytule ostatniego rozdziału: Gościnność. Rozdział zaczyna się tak: " Właściwie nie jedno, lecz dwa słowa - "gościć inność". Tak rozpisana gościnność jest zaproszeniem do spotkania z odmiennością, z tym co różni gospodarzy i gości. Oznacza to gotowość do stawania twarzą w twarz z odmiennością."
Wbrew pozorom, także ten cytat ma wiele wspólnego z tematem dyskusji o kompetencjach w sztuce. Dyplom "z muzyki" jako miernik kompetencji jest po to aby można było być nie-gościnnym?! Tak to wygląda w praktyce. Bo w jakim celu powtarza się nawoływanie do weryfikowania, do ustanawiania niejasnych dowodów "kompetencji" zawodowych, kulturowych... ? To wstęp do wykluczania (to festiwal dla poważnych muzyków pochylonych nad tańszymi wersjami Jabłka, to festiwal dla dyplomowanych stukaczy w bęben, to klub dla tych, którzy mają dyplom z improwizacji... mówi się, że z próżnego w puste nawet Salomon nie naleje, a ten z "kompetencjami" i owszem), do monopolizowania, do manipulowania innymi, do kasy i mediów. Jakoś nikt nie zamienia "kompetencji" na "odwagę w eksperymentowaniu", na " doświadczenie i warsztat", a szczególnie nie na "nowatorstwo", bo publiczność lubi najbardziej te piosenki, które już dobrze zna, a nic tak dobrze nie idzie "profesjonalistom" jak zapożyczenia i podwędzanie wszystkiego nie posiadającym "kompetencji".
Bogaty w zadziwijące konteksty muzyczny sezon 2012 zakończyliśmy dość niezwykłym koncertem z naszym przyjacielem i współpracownikiem Michalem Smetanką. Michal nakłonił nas do sięgnięcia po travnice - tradycyjne, kobiece pieśni pracy ze wschodniej części Słowacji i po brzmienia reliktowych pasterskich instrumentów. To przestrzeń dająca naszemu projektowi (przypominam pełną nazwę ... Lost Space - Magic Carpathians...) autentyczne i pełne inspiracji zaplecze, ale też pole minowe pełne ukrytych "bombowych" kontekstów typu: "polski folk", "folklor", "pieśni białym głosem śpiewane" i tym podobne. :-) Od zawsze mieliśmy trudne zadanie, bo nie chcieliśmy zwalczać ognia beznzyną i nie poszliśmy na granie oberków okraszone "nowoczesnym" skreczowaniem. Nie chcieliśmy zwalczać jednej konwencji inną konwencją. Szukaliśmy tego "ethnocore" w sensie przywołanym we wstępie do wspomnianej już książki Pogranicze przez p. Profesora Krzysztofa Rutkowskiego: "Słowo radix znaczy korzeń. Słowo "radykalny" znaczy zakorzeniony. Działanie radykalne oznacza zatem zakorzenienie, szukanie miejsca, wnikanie w miejsce, w którym pulsuje zarzewie ognia...". Podczas koncertu 6 grudnia 2012 roku byliśmy bardzo blisko: gościliśmy inność i pozwalaliśmy sobie być także "innymi". W tym sensie nasz projekt, który poza płytami przyniósł cztery książki ściśle z nim związane i wiele podróży, przyjaźni i inspiracji jaką dał innym - wydaje się spełniony?! Oczywiście na tyle, na ile pogranicze może być spełnione, bo przecież nie zamknięte i nie zdefiniowane do końca. Jesteśmy na kilka miesięcy przed celebracją 15-lecia Karpat Magicznych i na miesiąc przed rozpoczęciem nowego projektu Noise to Silence... jesteśmy na pograniczu.
Po naszym koncercie były jeszcze dwa miłe spotkania, jedno z Basią Koroną i Adrianem Spułą (Adrian jest autorem albumu Łem - ukryta kraina... i pisałem o Nim na www.etnobotanicznie.pl) przy okazji Ich pokazu fotografii w Antykwariacie Abecadło i wydaniu dziennika z podróży po Gruzji - Dziennik na Wysokościach. Gruzja (zobaczcie na: www.Donkliszot.com/nie tak szybko do shuapkho), a drugie z muzycznym projektem Tundra z Gdańska. Dostałem świetnie wydany albumik z CD: tundra.anekumena i chwilę rozmawialiśmy przy scenie w Kawiarni Naukowej. Tundra - Dawida Adrjańczyka i Krzyśka Joczyna przynosi doskonale zrealizowane utwory pełne dronów, ciągnących się mgieł burdonowych zasłon i sonorycznych zwielokrotnień. Na CD znalazłem cztery utwory i pierwszy z nich - Krzyki drzew - nie tylko za sprawą tego, że ma 10:42 ! wydał się mi bliski i znajomy. Kiedy staliśmy przy scenie wypełnionej wieloma instrumentami, przetwornikami i całą tą cholernie dobrą i bliską mi zbieraniną przeczuć piękna, pomyślałem, że może jednak się kręci? Może ktoś jeszcze czasem walnie w budyń?
Na focie Agi ułamek sekundy z koncertu - Izvor - w Magazynie Kultury w Krakowie.
PLANT DIGNITY
Sporo mówi się ostatnio na temat GMO i wygląda na to, że nie idzie tu jedynie o zagrożenie zdrowia modyfikowaną genetycznie żywnością, ale gdzieś w tle pobrzmiewają ważne nuty potrzeby zachowania rodzimych odmian i gatunków roślin i ich nasion. Wielu protestujących i zaniepokojonych GMO intuicyjnie wyczuwa, że chodzi o coś znacznie więcej niż nowa odmiana kukurydzy odpornej na szkodniki. Dobrym przykładem na to, co naprawdę niepokoi ( i słusznie!) wielu ludzi jest sztuczne stwarzanie i patentowanie form życia jako produktów handlowych przez firmy biotechnologiczne. Jak pisze Monika Bakke (Sztuka w obronie "godności roślin", w: katalog pt. W stronę trzeciej kultury, wyd. przez Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku): "patentowanie roślin - rodzaj biopiractwa - jest niebezpiecznym aktem kolonizacji życia, bo jak zauważa Vandana Shiva, patentowanie życia ogranicza wrodzoną twórczą moc żyjących systemów, które rozmanażają się i plenią w swobodny sposób i w samokontrolowanych warunkach."
Mówiąc prosto: firmy wyłącznie z pazerności i często w błahych celach (Bakke opisuje historię błękitnego goździka, odmiany stworzonej i opatentowanej jako produkt handlowy przez japońską firmę Suntory, jedynie dla walorów estetycznych i swobodnego manipulowania miejscami uprawy i sprzedaży) podejmują prace wątpliwe od strony przyrodniczej, etycznej, ale także prawnej. Jakimś odpryskiem tych niebezpiecznych sposobów myślenia (o człowieku w roli stworzyciela życia?) jest także manipulowanie roślinami, aby uznane za niepotrzebne na danym terenie nazywać "gatunkami inwazyjnymi". W wielu wypadkach, to nie rośliny były/są inwazyjne, a pewne gremia naukowców mają inwazyjne i nieodpowiedzialne pomysły na zarządzanie żywymi organizmami.
Rodzi się ruch sprzeciwu wobec takich praktyk i poza bioartem stawiającym wiele istotnych pytań, mamy do czynienia z praktykami biohakerskimi. W warunkach domowego, kuchennego laboratorium biohakerskiego udało się np. wyhodować nielegalne sadzonki "opatentowanego" błękitnego goździka i bez zgody firmy-właścicielki (?) "wypuścić" rośliny na łąkę...
W przypadku takich działań każdy biolog i genetyk złapie się za głowę z przerażenia, ale szkoda, że nie łapie się za głowę i nie protestuje, gdy firmy patentują rośliny jako swoją własność.
Tzw. "rolnik" pokazywany w tivi jako przykład "fachowca" zainteresowanego wprowadzaniem GMO (w tym wypadku kukurydzy) jest ogranym zabiegiem socjotechnicznym. Obaw przed dziwnymi praktykami, których symbolem staje się GMO nie da się rozwiać pokazaniem, obsadzonego w roli rolnika, przemysłowo nastawionego biznesmena i producenta ziarna kukurydzy, który wyjawi nam, że modyfikowana kukurydza jest odporna na szkodnika. Jako konsumenci mamy gdzieś szkodniki i ich obecność zaczynamy raczej traktować jako znak przydatności do spożycia. Niepokoimy się nie szkodnikami, ale raczej tym, co stanie się gdy wielkie, ponadnarodowe firmy staną się właścicielami patentów na rośliny uprawne i będą (a będą, bo taka jest ich filozofia) dyktowały warunki wszystkim. Drogą do tego rodzaju niebezpiecznego stanu (braku wyboru, braku rozeznania) jest nie oznaczanie produktów żywnościowych na obecność GMO.
Co jakiś czas pojawia się w mediach wesoły Pan Naukowiec z Korporacji (albo pracujący za pieniądze korporacji), który z politowaniem tłumaczy nam, szurniętym głupkom, że modyfikacje genetyczne roślin uprawnych są prawie tak stare jak ludzkość. W takiej roli bywają obsadzani także politycy. Pan Niesiołowski, często wypowiadający się na ten temat jako utytułowany przyrodnik i znany polityk, myli się całkowicie mieszając dobór gatunków metodami ogrodniczymi z obecnymi praktykami biotechnologicznymi. Nie dziwię się Mu specjalnie, bo zmiany w tej kwestii idą tak szybko, że zajęty polityką, mógł ich nie zauważyć i nie zrozumieć. W tym kontekście, za bardzo niebezpieczne należy uznać glanowanie humanistyki (bo zajmuje się m.innymi etyką?) i histeryczne wpychanie naukowców w objęcia tzw. przemysłu, co w Polszcze robi sama ministerka nauki i szkolnictwa wyższego.Tak przy okazji, warto może uzmysłowić sobie, że coś takiego jak spirala DNA jest jedynie modelem i nic takiego w rzeczywistości nie istnieje. Pokazywanie telewidzom, jak prosto odcina się z kolorowej spirali fragment i zastępuje innym kolorem jest wielką manipulacją nazbyt upraszczającą obraz tego co się właściwie w tak modyfikowanym organiźmie dzieje.
Ogrodnictwo, właściwa praktyka hodowli roślin, które spełniać może warunki upraw ekologicznych z czasem ustąpiło pola (dosłownie: ogrodnictwo nie znikło, ale zostało ograniczone do niezbyt dużych areałów na rzecz wielkopowierzchniowych i przemysłowych form uprawy roślin) rolnictwu, które umożliwiło "stopniowe przejście, od ludzko-roślinnego partnerstwa do instrumentalnego stosunku wobec roślin" (Bakke, w j.w.) Podobnie jest z leśnictwem, gdzie uprawy rolno-leśne i lasy naturalne były niszczone dla plantacji i tzw. drzewostanów produkcyjnych. Przy tych zmianach utracono kontakt z roślinami, na rzecz wydajności i kasy. No i tu dochodzimy do sedna sprawy, do tego jak traktujemy inne niż ludzkie formy życia. Jak traktujemy/jak powinniśmy traktować rośliny?
W 2007 roku w Szwajcarii zaproponowano przyjęcie pewnego sposobu myślenia o tym problemie w postaci raportu Szwajcarskiej Federalnej Komisji Etycznej ds. Biotechnologii Nie-ludzi, który nosi tytuł "Godność istot żywych w odniesieniu do roślin" (The dignity of living beings with regard to plats. Moral consideration of plants for their own sake).
Raport narobił zamieszania i był/jest krytykowany z wielu różnych pozycji, co nie może dziwić, bo prawa roślin przyjęto jako wrogie korporacyjnym interesom i niebezpieczne dla niektorych religii, polityki, a nawet nauki... Serwis katolicki Catholic News napisał, że upominanie się o godność roślin jest "nihilizmem /.../ i jest głęboko niszczycielskie dla wyjątkowości istoty ludzkiej, a przez to bardzo niebezpieczne". Tak ujawniło się po raz kolejny manipulowanie przez KK sprawami ekologii: jest za, a nawet przeciw. :-))
Przy okazji opisywanej przez Bakke dyskusji (ale także dostępnym w sieci tekstom) ośmieszano na wiele sposobów "obrońców praw roślin" i wystarczy po te ograne sposoby sięgnąć, aby zarobić na wierszówkę lub za felietonik w tivi. Nie wątpię tym samym w kreatywność naszych medialnych lizusków, kórzy tak bardzo chcą wcisnąć się w dupska korporacji i wiodących (jak się im wydaje) trendów pachnących kasą.
Warto jednak wiedzieć, że gramy wszyscy obecnie o najwyższą stawkę i samym przytykiem "oszołom" już nie da się zamknąć ust. Jest sporo książek, które warto by przetłumaczyć i popularyzować (Bakke wskazuje np. na: Plant Autonomy and Human-Plant Ethics - Matthew Halla), ale jest ich znacznie więcej i wystarczy poszukać w dziale: ethnobotany... :-)) Stawka jest wysoka, bo nasi rodzimi rolnicy od dawna już niczego w poważniejszej skali nie produkują. Wystarczy pojechać na giełdę rolną, aby się przekonać, że krajowa zdrowa żywność od rolników jest mitem. Jesteśmy skazani na żywność pochodzącą z przemysłowego rolnictwa i sprowadzaną z miejsc gdzie nigdy niczego nie będziemy w stanie kontrolować. Na deficyt żywności miejscowej i produkowanej w zgodzie z zasadami upraw ekologicznych (czyli: normalnych) wskazują ceny, które dawno przekroczyły zdrowy rozsądek.
Bakke zauważa, że wykształciły się obecnie dwa nurty oporu wobec działań korporacji i dzikiej, korporacyjnej biotechnologii. Jeden z nich, to próby stworzenia kodeksów etycznych, regulacji prawnych itp. umów opartych na wyciąganiu wniosków z prawdziwego stanu wiedzy, a nie z zachłyśnięcia się możliwościami zarobienia worka kasy. Takie próby są ośmieszane i przewlekle dyskutowane dla zmęczenia materiału i zyskania czasu.
Drugi z tych nurtów i strategii oporu (kontrkultura jak się patrzy! :-) ) to ruch zaangażowanych w konkretne działania: bioartystów, biohakerów, etnobotaników, partyzantów ogrodniczych (guerrilla gardening), nowych rolników i leśników wracających do koncepcji upraw ogrodowych i forest-gardeningu itp.) i innych?! :-))
Najbardziej podoba mi się zauważenie przez Bakke, że: amatorski ruch biotechnologiczny propaguje pozbawione sentymetalizmu partnerstwo, związek i łączność. Właśnie te ruchy mają potencjał krytycznego wyzwania rzuconego obowiązującej antropocentrycznej postawie w stosunku do organizmów żyjących na Ziemi (postawy, którą charakteryzuje instrumentalizacja, kolonizacja, oddzielenie, kontrola itp.)"!!!
Podoba mi się ta myśl, bo dobrze wiem, jak wielu przyrodników chce się "opiekować" (a w konsekwencji zarządzać, kontrolować, oceniać itp.) przyrodą, którą traktują w duchu, który zużył się już całkowicie, ale niestety, nawet jako trup może nam zaszkodzić.
Jestem pod wrażeniem pracy i myśli p. Moniki Bakke i te obszerne cytaty w plaśnięciu... są aby mała biała książeczka/katalog miała w ten sposób jeszcze kilkoro czytelników?!Mam nadzieję, że autorka mi wybaczy?!
Dodałem nad tekstem symbol z kultury Samów, aby wskazać na tradycyjne rezerwuwary wiedzy o wzajemnych związkach roślin i ludzi. One są cały czas obok nas, tak jak rośliny.
Mówiąc prosto: firmy wyłącznie z pazerności i często w błahych celach (Bakke opisuje historię błękitnego goździka, odmiany stworzonej i opatentowanej jako produkt handlowy przez japońską firmę Suntory, jedynie dla walorów estetycznych i swobodnego manipulowania miejscami uprawy i sprzedaży) podejmują prace wątpliwe od strony przyrodniczej, etycznej, ale także prawnej. Jakimś odpryskiem tych niebezpiecznych sposobów myślenia (o człowieku w roli stworzyciela życia?) jest także manipulowanie roślinami, aby uznane za niepotrzebne na danym terenie nazywać "gatunkami inwazyjnymi". W wielu wypadkach, to nie rośliny były/są inwazyjne, a pewne gremia naukowców mają inwazyjne i nieodpowiedzialne pomysły na zarządzanie żywymi organizmami.
Rodzi się ruch sprzeciwu wobec takich praktyk i poza bioartem stawiającym wiele istotnych pytań, mamy do czynienia z praktykami biohakerskimi. W warunkach domowego, kuchennego laboratorium biohakerskiego udało się np. wyhodować nielegalne sadzonki "opatentowanego" błękitnego goździka i bez zgody firmy-właścicielki (?) "wypuścić" rośliny na łąkę...
W przypadku takich działań każdy biolog i genetyk złapie się za głowę z przerażenia, ale szkoda, że nie łapie się za głowę i nie protestuje, gdy firmy patentują rośliny jako swoją własność.
Tzw. "rolnik" pokazywany w tivi jako przykład "fachowca" zainteresowanego wprowadzaniem GMO (w tym wypadku kukurydzy) jest ogranym zabiegiem socjotechnicznym. Obaw przed dziwnymi praktykami, których symbolem staje się GMO nie da się rozwiać pokazaniem, obsadzonego w roli rolnika, przemysłowo nastawionego biznesmena i producenta ziarna kukurydzy, który wyjawi nam, że modyfikowana kukurydza jest odporna na szkodnika. Jako konsumenci mamy gdzieś szkodniki i ich obecność zaczynamy raczej traktować jako znak przydatności do spożycia. Niepokoimy się nie szkodnikami, ale raczej tym, co stanie się gdy wielkie, ponadnarodowe firmy staną się właścicielami patentów na rośliny uprawne i będą (a będą, bo taka jest ich filozofia) dyktowały warunki wszystkim. Drogą do tego rodzaju niebezpiecznego stanu (braku wyboru, braku rozeznania) jest nie oznaczanie produktów żywnościowych na obecność GMO.
Co jakiś czas pojawia się w mediach wesoły Pan Naukowiec z Korporacji (albo pracujący za pieniądze korporacji), który z politowaniem tłumaczy nam, szurniętym głupkom, że modyfikacje genetyczne roślin uprawnych są prawie tak stare jak ludzkość. W takiej roli bywają obsadzani także politycy. Pan Niesiołowski, często wypowiadający się na ten temat jako utytułowany przyrodnik i znany polityk, myli się całkowicie mieszając dobór gatunków metodami ogrodniczymi z obecnymi praktykami biotechnologicznymi. Nie dziwię się Mu specjalnie, bo zmiany w tej kwestii idą tak szybko, że zajęty polityką, mógł ich nie zauważyć i nie zrozumieć. W tym kontekście, za bardzo niebezpieczne należy uznać glanowanie humanistyki (bo zajmuje się m.innymi etyką?) i histeryczne wpychanie naukowców w objęcia tzw. przemysłu, co w Polszcze robi sama ministerka nauki i szkolnictwa wyższego.Tak przy okazji, warto może uzmysłowić sobie, że coś takiego jak spirala DNA jest jedynie modelem i nic takiego w rzeczywistości nie istnieje. Pokazywanie telewidzom, jak prosto odcina się z kolorowej spirali fragment i zastępuje innym kolorem jest wielką manipulacją nazbyt upraszczającą obraz tego co się właściwie w tak modyfikowanym organiźmie dzieje.
Ogrodnictwo, właściwa praktyka hodowli roślin, które spełniać może warunki upraw ekologicznych z czasem ustąpiło pola (dosłownie: ogrodnictwo nie znikło, ale zostało ograniczone do niezbyt dużych areałów na rzecz wielkopowierzchniowych i przemysłowych form uprawy roślin) rolnictwu, które umożliwiło "stopniowe przejście, od ludzko-roślinnego partnerstwa do instrumentalnego stosunku wobec roślin" (Bakke, w j.w.) Podobnie jest z leśnictwem, gdzie uprawy rolno-leśne i lasy naturalne były niszczone dla plantacji i tzw. drzewostanów produkcyjnych. Przy tych zmianach utracono kontakt z roślinami, na rzecz wydajności i kasy. No i tu dochodzimy do sedna sprawy, do tego jak traktujemy inne niż ludzkie formy życia. Jak traktujemy/jak powinniśmy traktować rośliny?
W 2007 roku w Szwajcarii zaproponowano przyjęcie pewnego sposobu myślenia o tym problemie w postaci raportu Szwajcarskiej Federalnej Komisji Etycznej ds. Biotechnologii Nie-ludzi, który nosi tytuł "Godność istot żywych w odniesieniu do roślin" (The dignity of living beings with regard to plats. Moral consideration of plants for their own sake).
Raport narobił zamieszania i był/jest krytykowany z wielu różnych pozycji, co nie może dziwić, bo prawa roślin przyjęto jako wrogie korporacyjnym interesom i niebezpieczne dla niektorych religii, polityki, a nawet nauki... Serwis katolicki Catholic News napisał, że upominanie się o godność roślin jest "nihilizmem /.../ i jest głęboko niszczycielskie dla wyjątkowości istoty ludzkiej, a przez to bardzo niebezpieczne". Tak ujawniło się po raz kolejny manipulowanie przez KK sprawami ekologii: jest za, a nawet przeciw. :-))
Przy okazji opisywanej przez Bakke dyskusji (ale także dostępnym w sieci tekstom) ośmieszano na wiele sposobów "obrońców praw roślin" i wystarczy po te ograne sposoby sięgnąć, aby zarobić na wierszówkę lub za felietonik w tivi. Nie wątpię tym samym w kreatywność naszych medialnych lizusków, kórzy tak bardzo chcą wcisnąć się w dupska korporacji i wiodących (jak się im wydaje) trendów pachnących kasą.
Warto jednak wiedzieć, że gramy wszyscy obecnie o najwyższą stawkę i samym przytykiem "oszołom" już nie da się zamknąć ust. Jest sporo książek, które warto by przetłumaczyć i popularyzować (Bakke wskazuje np. na: Plant Autonomy and Human-Plant Ethics - Matthew Halla), ale jest ich znacznie więcej i wystarczy poszukać w dziale: ethnobotany... :-)) Stawka jest wysoka, bo nasi rodzimi rolnicy od dawna już niczego w poważniejszej skali nie produkują. Wystarczy pojechać na giełdę rolną, aby się przekonać, że krajowa zdrowa żywność od rolników jest mitem. Jesteśmy skazani na żywność pochodzącą z przemysłowego rolnictwa i sprowadzaną z miejsc gdzie nigdy niczego nie będziemy w stanie kontrolować. Na deficyt żywności miejscowej i produkowanej w zgodzie z zasadami upraw ekologicznych (czyli: normalnych) wskazują ceny, które dawno przekroczyły zdrowy rozsądek.
Bakke zauważa, że wykształciły się obecnie dwa nurty oporu wobec działań korporacji i dzikiej, korporacyjnej biotechnologii. Jeden z nich, to próby stworzenia kodeksów etycznych, regulacji prawnych itp. umów opartych na wyciąganiu wniosków z prawdziwego stanu wiedzy, a nie z zachłyśnięcia się możliwościami zarobienia worka kasy. Takie próby są ośmieszane i przewlekle dyskutowane dla zmęczenia materiału i zyskania czasu.
Drugi z tych nurtów i strategii oporu (kontrkultura jak się patrzy! :-) ) to ruch zaangażowanych w konkretne działania: bioartystów, biohakerów, etnobotaników, partyzantów ogrodniczych (guerrilla gardening), nowych rolników i leśników wracających do koncepcji upraw ogrodowych i forest-gardeningu itp.) i innych?! :-))
Najbardziej podoba mi się zauważenie przez Bakke, że: amatorski ruch biotechnologiczny propaguje pozbawione sentymetalizmu partnerstwo, związek i łączność. Właśnie te ruchy mają potencjał krytycznego wyzwania rzuconego obowiązującej antropocentrycznej postawie w stosunku do organizmów żyjących na Ziemi (postawy, którą charakteryzuje instrumentalizacja, kolonizacja, oddzielenie, kontrola itp.)"!!!
Podoba mi się ta myśl, bo dobrze wiem, jak wielu przyrodników chce się "opiekować" (a w konsekwencji zarządzać, kontrolować, oceniać itp.) przyrodą, którą traktują w duchu, który zużył się już całkowicie, ale niestety, nawet jako trup może nam zaszkodzić.
Jestem pod wrażeniem pracy i myśli p. Moniki Bakke i te obszerne cytaty w plaśnięciu... są aby mała biała książeczka/katalog miała w ten sposób jeszcze kilkoro czytelników?!Mam nadzieję, że autorka mi wybaczy?!
Dodałem nad tekstem symbol z kultury Samów, aby wskazać na tradycyjne rezerwuwary wiedzy o wzajemnych związkach roślin i ludzi. One są cały czas obok nas, tak jak rośliny.
Archeologia wyobraźni
Mamy w budyniowie wielu interesujących ludzi, ale czym bardziej intrygują, to mniej o nich mówi się na dworze i nawet okruszki z pańskiego stołu w postaci recenzji, migawek tivi i tematów wspominanych w pismach, nie spadają w lud. Płyty są gdzieś w szafie i w obiegu szeptanym, książki czasem leżą w księgarniach przywalone przez tony innych, wyprodukowanych przez tzw. tuzy i wtłaczanych w głowy przez bogate i ustosunkowane tzw. wydawnictwa, teatry i kluby muzyczne wegetują na marginesie wielkich banerów sponsorowanych przez nas wszystkich, a zespoły grają przypadkowe koncerty na zasadzie "jak się trafi" albo odchodzą w niebyt.
Z drugiej strony zaczyna kwitnąć nurt kultury (revival?), który kombatanci w moim wieku dobrze znają i kiedyś nazywał się kontrkulturą. Tyle, że w latach kiedy musiał się rozwijać (a było to jakieś 40 - 30 lat temu, a dla innych może dawniej :-)) mieliśmy do czynienia jakby z innym państwem, inną (czasem obcą) władzą i masą biednych, skołowanych ludzi bez dostępu do świata i coca coli.
Co jest takiego w organizowaniu się społeczeństwa budyniowego, że zawsze wyklucza obszary, osoby, idee i sztukę, która mogła by go rozwinąć i wyzwolić z budyniowej zasłony. W tak wielu sferach jesteśmy rozpaczliwie nieskuteczni, a w tym wykluczaniu idzie nam nadspodziewanie dobrze?! Tu wkraczamy w sferę osobistych przekonań i nie będę się wymądrzał, chociaż mam swoje zdanie. W Krakowie wraca nowe (ale zapewne także w innych miastach) i np. regularnie odbywają się nielegalne i nieoficjalne zabawy taneczne (rave), których geneza tkwi w bardzo odległych czasach i miejscach. Od lat powtarzałem, że powróci techno i tak się też dzieje. Są kluby i miejsca gdzie grają ekipy omijające z definicji obiegi dworu lub budujące swe własne dwory i systemy komunikacji. Inna rzecz jak te małe dwory potrafią powielać ten, który kontestują... :-) i wykluczać z wielką starannością. Wykluczanie innych jako rys budyniowej kultury? Może więc nie chodzi o powrót kontrkulturowych obiegów, a o władzę (władzkę :-) ) wykluczenia wybranych ofiar? Bo jak możemy kogoś wykluczyć, to oznacza, że my jesteśmy bardziej razem? Nonsens, ale działa.
Czytam właśnie książkę Zdzisława Skroka pt. Wielkie Rozdroże Ćwiczenia terenowe z archeologii wyobraźni (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2008), który daje popis niezależności i erudycji. Skrok pisze: "sam wybieram ścieżki, które mają duszę. Uciekam od prosto wyznaczonych tras. Trzymam się poboczy, zaginionych traktów..." Dodatkową wielką korzyścią z obcowaniem z myślami tego typu autorów jest zobaczenie, kogo Oni czytają i co dla Nich jest ważne. W książce Skroka znalazłem dobre (chociaż skłaniające do uzupełnienia...) zdefiniowanie ścieżek śpiewu (songlines), a także znakomite opisanie kultury naszej części Europy jeszcze przed przybyciem tu Słowian. Mogłem to docenić i ocenić gdyż właśnie skończyłem teksty do nowej książki napisanej z A. pt. Vaggi Varri - w tundrze Samów, którą przygotowuje do druku Wydawnictwo ALTER z Krakowa. Skrok przywołuje też bardzo interesującego autora rosyjskiego, który twierdzi, że korzenie dzisiejszych Samów leżą w dzisiejszej Polsce (a stada reniferów przemieszczały się w tamtych czasach od Karpat na południu do obszaru Mazur na północy), ale warto wyjaśnić, że chodzi o czas o około 12 tysiącleci wstecz. Szokujące, ale prawdopodobne (no i jakie ćwiczenie z archeologii wyobraźni) zważywszy na to, co zobaczyłem w Muzeum Archeologii w Krakowie (m. innymi artefakty z poroża reniferów z jaskiń w pobliżu Krakowa). Pojawia się też inny znakomity autor i odkrywca, to Nicolas Bouvier, który twierdził, że: " marsz jest narzędziem poznania intelektualnego i duchowego". W książce Skroka znalazłem też przywołanie buddyjskiego poglądu na las: " to szczególny organizm nieograniczonej życzliwości i dobrodziejstwa, który niczego nie żąda na swe utrzymanie i hojnie rozdaje swe dary, daje schronienie wszystkim, nawet cień niszczącemu go drwalowi".
Skrok napisał kilkanaście książek, ile z nich czytaliście? Bo nie wydało Czarne? Bo nie dostał paszportu Polityki? Bo nie promował (jak p. Leszek Balcerowicz wczoraj) swojej książki przy okazji narodowego święta, albo pod kościołem, licząc na darmowe media... Z tym aktem egocentryzmu ( i dziadostwa profesorskiego) p. Leszka Balcerowicza może konkurować już tylko p. profesorka (nomen omen :-) ) Jadwiga Staniszkis wskazująca w studiu telewizyjnym palcem na relację z ulicznego pochodu i krzycząca: w żółtym to ja, w żółtym to ja! blisko prezesa, w żółtym to ja!
Ponawiam wcześniejsze pytanie o dziwaczną skłonność budyniowa do samoorganizacji z wykluczeniem wielu szans na korzystny ferment i mądry rozwój? Dlaczego p. Celebrytka Martyna i p. Biały Chrześcijański Podróżnik, a nie inni? Kochamy kicz i bałamucenie, kochamy tani blichtr, błyskotliwość ekranu i kredowego papieru? To może jesteśmy w kupie budyniowej jeszcze na etapie, w którym cieszymy się "koralikami i perkalem" jaki rozdawali biali "odkrywcy" tzw. "dzikim ludom", często o starej i fascynującej kulturze.
Kilka dni temu A. miała spotkanie promocyjne w CSW Kronika w Bytomiu. Kronika, to interesujące miejsce, następne po kilku jakie już wizytowaliśmy w serii promocyjnych spotkań dotyczących mojego Zielnika podróżnego, a teraz Rubieży kultury popularnej, którą to księgę kontrkultury :-) popełniła A. Pisząc to, mam w tle rozmowę-wywiad jaki A. właśnie udziela w związku z Rubieżami. Rozmowa jest ciekawa i pewnie będzie gdzieś publikowana, może w Notesie Fundacji bęc zmiana. Poza papierową wersją Notesu (którą preferuję, ale którą w Krakowie dość trudno napotkać) jest dostępna też jego wersja elektro: www.issuu.com/beczmiana www.notesna6tygodni.pl
To może jednak coś idzie w dobrą stronę? :-)
Ten rok był bardzo intensywny: wyczyn w postaci trzech książek czyli K3!, sporo koncertów połączonych z wyjazdami dość daleko (najciekawszy to event w Alpach!) i kilka dużych projektów zawodowych, wreszcie także wyjazdowa, męcząca promocja książek... więc na listopad zawiesiliśmy granie koncertów. Ale to nie koniec i zamkniemy koncertowy rok w grudniu, w Mikołaja - 6.12.2012 - na scenie Magazynu Kultury w Kolanku nr 6 na Józefa 17 w Krakowie. To specjalny wieczór i okazjonalny projekt IZVOR z Michalem Smetanką, którego kilka nagrań wydaliśmy w World Flag Records , a który zaprezentuje wspólnie z A. travnice (kobiece pieśni pracy ze Słowacji) i kilka reliktowych instrumentów karpackich. Wieczór i projekt to IZVOR czyli specjalnego rodzaju naturalne źródło wody (coś jak samskie aja) w Karpatach i nazywane tak samo w całym łuku tych magicznych gór. Podtytuł eventu w Magazynie Kultury to: po dwóch stronach źródła: bo ja i A. poszukamy brzmieniowego core z pomocą prądu elektrycznego i układów 01... :-), a potem także najstarsze wersje rusińskiej muzyki z Karpat. Mamy nadzieje, na miły wieczór, bo od nowego roku więcej będzie już naszego nowego projektu Noise to Silence.
Na focie Bogdana Kiwaka, pochodzącej z jesiennych warsztatów w Górach Levockich na Słowacji, od lewej: ja, A. i Michal Smetanka. Sporo o etnobotanicznej aktywności i planach na następny rok znajdziecie na www.etnobotanicznie.pl
Z drugiej strony zaczyna kwitnąć nurt kultury (revival?), który kombatanci w moim wieku dobrze znają i kiedyś nazywał się kontrkulturą. Tyle, że w latach kiedy musiał się rozwijać (a było to jakieś 40 - 30 lat temu, a dla innych może dawniej :-)) mieliśmy do czynienia jakby z innym państwem, inną (czasem obcą) władzą i masą biednych, skołowanych ludzi bez dostępu do świata i coca coli.
Co jest takiego w organizowaniu się społeczeństwa budyniowego, że zawsze wyklucza obszary, osoby, idee i sztukę, która mogła by go rozwinąć i wyzwolić z budyniowej zasłony. W tak wielu sferach jesteśmy rozpaczliwie nieskuteczni, a w tym wykluczaniu idzie nam nadspodziewanie dobrze?! Tu wkraczamy w sferę osobistych przekonań i nie będę się wymądrzał, chociaż mam swoje zdanie. W Krakowie wraca nowe (ale zapewne także w innych miastach) i np. regularnie odbywają się nielegalne i nieoficjalne zabawy taneczne (rave), których geneza tkwi w bardzo odległych czasach i miejscach. Od lat powtarzałem, że powróci techno i tak się też dzieje. Są kluby i miejsca gdzie grają ekipy omijające z definicji obiegi dworu lub budujące swe własne dwory i systemy komunikacji. Inna rzecz jak te małe dwory potrafią powielać ten, który kontestują... :-) i wykluczać z wielką starannością. Wykluczanie innych jako rys budyniowej kultury? Może więc nie chodzi o powrót kontrkulturowych obiegów, a o władzę (władzkę :-) ) wykluczenia wybranych ofiar? Bo jak możemy kogoś wykluczyć, to oznacza, że my jesteśmy bardziej razem? Nonsens, ale działa.
Czytam właśnie książkę Zdzisława Skroka pt. Wielkie Rozdroże Ćwiczenia terenowe z archeologii wyobraźni (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2008), który daje popis niezależności i erudycji. Skrok pisze: "sam wybieram ścieżki, które mają duszę. Uciekam od prosto wyznaczonych tras. Trzymam się poboczy, zaginionych traktów..." Dodatkową wielką korzyścią z obcowaniem z myślami tego typu autorów jest zobaczenie, kogo Oni czytają i co dla Nich jest ważne. W książce Skroka znalazłem dobre (chociaż skłaniające do uzupełnienia...) zdefiniowanie ścieżek śpiewu (songlines), a także znakomite opisanie kultury naszej części Europy jeszcze przed przybyciem tu Słowian. Mogłem to docenić i ocenić gdyż właśnie skończyłem teksty do nowej książki napisanej z A. pt. Vaggi Varri - w tundrze Samów, którą przygotowuje do druku Wydawnictwo ALTER z Krakowa. Skrok przywołuje też bardzo interesującego autora rosyjskiego, który twierdzi, że korzenie dzisiejszych Samów leżą w dzisiejszej Polsce (a stada reniferów przemieszczały się w tamtych czasach od Karpat na południu do obszaru Mazur na północy), ale warto wyjaśnić, że chodzi o czas o około 12 tysiącleci wstecz. Szokujące, ale prawdopodobne (no i jakie ćwiczenie z archeologii wyobraźni) zważywszy na to, co zobaczyłem w Muzeum Archeologii w Krakowie (m. innymi artefakty z poroża reniferów z jaskiń w pobliżu Krakowa). Pojawia się też inny znakomity autor i odkrywca, to Nicolas Bouvier, który twierdził, że: " marsz jest narzędziem poznania intelektualnego i duchowego". W książce Skroka znalazłem też przywołanie buddyjskiego poglądu na las: " to szczególny organizm nieograniczonej życzliwości i dobrodziejstwa, który niczego nie żąda na swe utrzymanie i hojnie rozdaje swe dary, daje schronienie wszystkim, nawet cień niszczącemu go drwalowi".
Skrok napisał kilkanaście książek, ile z nich czytaliście? Bo nie wydało Czarne? Bo nie dostał paszportu Polityki? Bo nie promował (jak p. Leszek Balcerowicz wczoraj) swojej książki przy okazji narodowego święta, albo pod kościołem, licząc na darmowe media... Z tym aktem egocentryzmu ( i dziadostwa profesorskiego) p. Leszka Balcerowicza może konkurować już tylko p. profesorka (nomen omen :-) ) Jadwiga Staniszkis wskazująca w studiu telewizyjnym palcem na relację z ulicznego pochodu i krzycząca: w żółtym to ja, w żółtym to ja! blisko prezesa, w żółtym to ja!
Ponawiam wcześniejsze pytanie o dziwaczną skłonność budyniowa do samoorganizacji z wykluczeniem wielu szans na korzystny ferment i mądry rozwój? Dlaczego p. Celebrytka Martyna i p. Biały Chrześcijański Podróżnik, a nie inni? Kochamy kicz i bałamucenie, kochamy tani blichtr, błyskotliwość ekranu i kredowego papieru? To może jesteśmy w kupie budyniowej jeszcze na etapie, w którym cieszymy się "koralikami i perkalem" jaki rozdawali biali "odkrywcy" tzw. "dzikim ludom", często o starej i fascynującej kulturze.
Kilka dni temu A. miała spotkanie promocyjne w CSW Kronika w Bytomiu. Kronika, to interesujące miejsce, następne po kilku jakie już wizytowaliśmy w serii promocyjnych spotkań dotyczących mojego Zielnika podróżnego, a teraz Rubieży kultury popularnej, którą to księgę kontrkultury :-) popełniła A. Pisząc to, mam w tle rozmowę-wywiad jaki A. właśnie udziela w związku z Rubieżami. Rozmowa jest ciekawa i pewnie będzie gdzieś publikowana, może w Notesie Fundacji bęc zmiana. Poza papierową wersją Notesu (którą preferuję, ale którą w Krakowie dość trudno napotkać) jest dostępna też jego wersja elektro: www.issuu.com/beczmiana www.notesna6tygodni.pl
To może jednak coś idzie w dobrą stronę? :-)
Ten rok był bardzo intensywny: wyczyn w postaci trzech książek czyli K3!, sporo koncertów połączonych z wyjazdami dość daleko (najciekawszy to event w Alpach!) i kilka dużych projektów zawodowych, wreszcie także wyjazdowa, męcząca promocja książek... więc na listopad zawiesiliśmy granie koncertów. Ale to nie koniec i zamkniemy koncertowy rok w grudniu, w Mikołaja - 6.12.2012 - na scenie Magazynu Kultury w Kolanku nr 6 na Józefa 17 w Krakowie. To specjalny wieczór i okazjonalny projekt IZVOR z Michalem Smetanką, którego kilka nagrań wydaliśmy w World Flag Records , a który zaprezentuje wspólnie z A. travnice (kobiece pieśni pracy ze Słowacji) i kilka reliktowych instrumentów karpackich. Wieczór i projekt to IZVOR czyli specjalnego rodzaju naturalne źródło wody (coś jak samskie aja) w Karpatach i nazywane tak samo w całym łuku tych magicznych gór. Podtytuł eventu w Magazynie Kultury to: po dwóch stronach źródła: bo ja i A. poszukamy brzmieniowego core z pomocą prądu elektrycznego i układów 01... :-), a potem także najstarsze wersje rusińskiej muzyki z Karpat. Mamy nadzieje, na miły wieczór, bo od nowego roku więcej będzie już naszego nowego projektu Noise to Silence.
Na focie Bogdana Kiwaka, pochodzącej z jesiennych warsztatów w Górach Levockich na Słowacji, od lewej: ja, A. i Michal Smetanka. Sporo o etnobotanicznej aktywności i planach na następny rok znajdziecie na www.etnobotanicznie.pl
CMC
Odebrałem kilka grubszych przesyłek i stosik płyt rośnie szybciej niż moje wolne chwile na słuchanie nowej muzyki. Od lat apeluję do kolegów od tej mniej chcianej muzyki, "o której świat nie słyszy" (jak to określał Wojcek z legendarnego Obuha) aby zamiast udawadniania sobie, że możemy być jeszcze bardziej radykalni niż inni, pomyśleć o jakimś mechaniźmie dystrybucji i uważniejszego słuchania naszych produkcji. Najbardziej tajemniczo jest grać koncerty i udawać, że wszystko pojawia się w naszych głowach samoczynnie dzięki geniuszowi i zoterycznym rytuałom.
Brak dyskusji, refleksji i wymiany myśli ( a nie ciosów) zsyła naszą wątłą scenę w nicość.
Do stosiku płyt na stole dołączył wczoraj Koji Asano ze swą nową produkcją (już drugą w 2012 r.!) pt. Mileage Reimbursement, świetnie wydaną (fotografie!) przez Asano Production w serii Solistice (numer 048!). Wszystkie płyty Asano słucham zawsze z wielką uwagą, ale ostatnia dołączyła do dwóch innych, które szczególnie cenię: Galaxies (Solistice 044) i Polar Parliament (S 046). Trzy płyty jednego wykonawcy, ale też trzy światy muzyczne i za tę konsekwencję w realizowaniu wolności twórczej bardzo Asano cenię.
Jest też na stole płyta DEMO (ale nie od DEMOnstracji, ale trzecia w serii: ODEM, DOME...) naszych przyjaciół ze Szwajcarii - Naturtonmusik - czyli Willi Grimma i Gerarda Widmera, którzy zaprosili do tej realizacji kilku nietuzinkowych artystów. Jest więc stary znajomy - Res Margot, który w sierpniu słuchał nas na koncercie w Bernie ( a podobno uważnie słuchał trembity huculskiej...), jest Gilbert Paeffgen, Mich Gerber, Martin Hagler, Hank Shizzoe, Bardo Bernard Jager, Pudi Lehmann, gigant Paul Giger i Ania Losinger... O niektórych z tych muzyków pisałem w ostatnim numerze Glissando przy okazji omawiania nowych kontekstów szwajcarskiej muzyki tradycyjnej, ale o innych w Polsce nie wiadomo zbyt wiele. Różnica pomiędzy tamtymi nieznanymi w Polsce, a nami, nieznanymi w Szwajcarii jest taka, że Oni spotykają się, grają koncerty, robią filmy i nagrywają wspólne płyty, co w naszym środodowisku jest - jak dotąd - trudne do pomyślenia. Od lat tego próbuję, ale widzę słaby entuzjazm. Czym mniej doświadczony muzyk, tym więcej kłopotu; bo to nie tak zmiksowane, tamto by inaczej zrobił, a ogólnie to zazwyczaj bardzo oszczędzają swój geniusz na jakąś inną, ważniejszą okazję?!
Jakiś czas temu A. zwróciła uwagę na dobrze brzmiący zespół Fifidroki i staraliśmy się włączyć go w działania Festiwalu Karpaty Offer. Nie udało się to, a od roku już nie wspieram tego przedsięwzięcia i byłem pewny, że nasze drogi się nie skrzyżują. A tymczasem przy okazji koncertu Karpat Magicznych w Chorzowie dwa tygodnie temu, spotkaliśmy się z kompetentnym i tryskającym entuzjazmem Norbertem Jasłowskim - gitarzystą tego projektu. No i pięknie wydany albumik Fifidroków pt. Hercklekoty leży na moim stole... Nie wiem, czy Fifidroki grają jeszcze w tamtym składzie (bo 7 osób w zespole uważam za piękną ideę, ale nie do utrzymania na dłuższą metę), ale w doskonale zagranej i zaaranżowanej muzyce kryje się wielka dawka radości i siły.
Poza tymi wybranymi i zgoda, że bardzo różnymi co do inspiracji i filozofii uprawiania muzyki i pracy z dźwiękiem, artystami i kolektywami artystów, na moim stole leżą także powoli pojawiające się filmy i obrazy z naszą muzyką. Jest piękna impresja na temat kultury Karpat do naszego starego utworu Góry nad Chmurami zrealizowana przez fotografika Adriana Spółę i polecam jego świetną stronę ( za nazwę dodatkowy plus!) www.Donkliszot.com i czeka na techniczną oprawę i umieszczenie w sieci. Jest też już możliwy do oglądania na YT - Fat Moon! W drodze są moje własne obrazy filmowe z tundry, ale chyba jeszcze trochę poleżą na stole...
Przed godziną skończyłem oglądać relację na żywo z konferencji Zwrot cyfrowy w humanistyce - internet - nowe media - kultura 2.0 (są dostępne podkasty) odbywającej się w Lublinie, na której miała wystąpienie A. i m. innymi Maciek Ożóg... znany także z eksperymentów dźwiękowych i własnych projektów muzycznych. Dyskusja o CMC ( Computer - mediated communication) i AR (Augmented Reality) plus bardzo interesująca i miała też wątki budyniowe. Ogólnie rzecz ujmując uczestnicy potwierdzili obecny ministerialny "trynd": wszyscy chcą innowacyjności, ścigania się z Harvardem i Nobla minimum raz na dwa lata, ale powinno się to zrealizować bez pieniędzy, w czasie wolnym od dydaktyki i dorabiania (tj. około drugiej w nocy) i poza uniwersytetami, bo te mają od jakiegoś czasu produkować sprawnych rzemieślników i to tylko w zawodach gdzie są niedobory kadrowe. Widać z tego, że poza wypie... ministra kultury wraz z jego świtą i całym ministerstwem, trzeba też pogonić mistra/ministerstwo szkolnictwa wyższego. Uniwersytety dadzą sobie radę same, a szkoły zawodowe zakładane przez chłopków roztropków w terenie są mi obojętne.
Japonia, Szwajcaria, Śląsk, Kraków, Lublin ... czy to jest już CMC? Pewnie tak, ale czy AR - ulepszona rzeczywistość (a nie poszerzona jak się często u nas tłumaczy) jest taka znowu dobra?
Czy CMC daje AR bez analogowych kontaktów? Chyba jest tylko znakomitym uzupełnieniem lub kontynuwacją albo wstępem. Ale z drugiej strony, kto z Was by o tym pogadał ze mną około siódmej wieczorem w piątek? Przysłuchując się wystąpieniom i dyskusji doszedłem do wniosku, że Carlos Castaneda powinien mieć przywrócony tytuł doktorski, pospiesznie odebrany mu za książkę
A Separate Reality (Odrębna rzeczywistość) gdyż opisał tam AR w wersji nie Zachodniej i znacznie bardziej wnikliwiej niż to się robi teraz.
Jutro przekonam się około 15-stej ile osób zechce analogowo spotkać się i pogadać o etnobotanice.
Na mojej focie piękny okaz muchomora (Amanita muscaria) z Kvikkjokk za kręgiem polarnym plus informacja, że nawet korzystania z jego psychoaktywnych właściwości nauczyły nas zwierzęta, a konkretnie renifery i początkowo ludzie pili ich mocz utrzymujący łagodniejsze dawki aktywnych substancji. Ludzie potrafią jednak wszystko doskonale zepsuć i obecnie macerują grzyby w wódce...
Brak dyskusji, refleksji i wymiany myśli ( a nie ciosów) zsyła naszą wątłą scenę w nicość.
Do stosiku płyt na stole dołączył wczoraj Koji Asano ze swą nową produkcją (już drugą w 2012 r.!) pt. Mileage Reimbursement, świetnie wydaną (fotografie!) przez Asano Production w serii Solistice (numer 048!). Wszystkie płyty Asano słucham zawsze z wielką uwagą, ale ostatnia dołączyła do dwóch innych, które szczególnie cenię: Galaxies (Solistice 044) i Polar Parliament (S 046). Trzy płyty jednego wykonawcy, ale też trzy światy muzyczne i za tę konsekwencję w realizowaniu wolności twórczej bardzo Asano cenię.
Jest też na stole płyta DEMO (ale nie od DEMOnstracji, ale trzecia w serii: ODEM, DOME...) naszych przyjaciół ze Szwajcarii - Naturtonmusik - czyli Willi Grimma i Gerarda Widmera, którzy zaprosili do tej realizacji kilku nietuzinkowych artystów. Jest więc stary znajomy - Res Margot, który w sierpniu słuchał nas na koncercie w Bernie ( a podobno uważnie słuchał trembity huculskiej...), jest Gilbert Paeffgen, Mich Gerber, Martin Hagler, Hank Shizzoe, Bardo Bernard Jager, Pudi Lehmann, gigant Paul Giger i Ania Losinger... O niektórych z tych muzyków pisałem w ostatnim numerze Glissando przy okazji omawiania nowych kontekstów szwajcarskiej muzyki tradycyjnej, ale o innych w Polsce nie wiadomo zbyt wiele. Różnica pomiędzy tamtymi nieznanymi w Polsce, a nami, nieznanymi w Szwajcarii jest taka, że Oni spotykają się, grają koncerty, robią filmy i nagrywają wspólne płyty, co w naszym środodowisku jest - jak dotąd - trudne do pomyślenia. Od lat tego próbuję, ale widzę słaby entuzjazm. Czym mniej doświadczony muzyk, tym więcej kłopotu; bo to nie tak zmiksowane, tamto by inaczej zrobił, a ogólnie to zazwyczaj bardzo oszczędzają swój geniusz na jakąś inną, ważniejszą okazję?!
Jakiś czas temu A. zwróciła uwagę na dobrze brzmiący zespół Fifidroki i staraliśmy się włączyć go w działania Festiwalu Karpaty Offer. Nie udało się to, a od roku już nie wspieram tego przedsięwzięcia i byłem pewny, że nasze drogi się nie skrzyżują. A tymczasem przy okazji koncertu Karpat Magicznych w Chorzowie dwa tygodnie temu, spotkaliśmy się z kompetentnym i tryskającym entuzjazmem Norbertem Jasłowskim - gitarzystą tego projektu. No i pięknie wydany albumik Fifidroków pt. Hercklekoty leży na moim stole... Nie wiem, czy Fifidroki grają jeszcze w tamtym składzie (bo 7 osób w zespole uważam za piękną ideę, ale nie do utrzymania na dłuższą metę), ale w doskonale zagranej i zaaranżowanej muzyce kryje się wielka dawka radości i siły.
Poza tymi wybranymi i zgoda, że bardzo różnymi co do inspiracji i filozofii uprawiania muzyki i pracy z dźwiękiem, artystami i kolektywami artystów, na moim stole leżą także powoli pojawiające się filmy i obrazy z naszą muzyką. Jest piękna impresja na temat kultury Karpat do naszego starego utworu Góry nad Chmurami zrealizowana przez fotografika Adriana Spółę i polecam jego świetną stronę ( za nazwę dodatkowy plus!) www.Donkliszot.com i czeka na techniczną oprawę i umieszczenie w sieci. Jest też już możliwy do oglądania na YT - Fat Moon! W drodze są moje własne obrazy filmowe z tundry, ale chyba jeszcze trochę poleżą na stole...
Przed godziną skończyłem oglądać relację na żywo z konferencji Zwrot cyfrowy w humanistyce - internet - nowe media - kultura 2.0 (są dostępne podkasty) odbywającej się w Lublinie, na której miała wystąpienie A. i m. innymi Maciek Ożóg... znany także z eksperymentów dźwiękowych i własnych projektów muzycznych. Dyskusja o CMC ( Computer - mediated communication) i AR (Augmented Reality) plus bardzo interesująca i miała też wątki budyniowe. Ogólnie rzecz ujmując uczestnicy potwierdzili obecny ministerialny "trynd": wszyscy chcą innowacyjności, ścigania się z Harvardem i Nobla minimum raz na dwa lata, ale powinno się to zrealizować bez pieniędzy, w czasie wolnym od dydaktyki i dorabiania (tj. około drugiej w nocy) i poza uniwersytetami, bo te mają od jakiegoś czasu produkować sprawnych rzemieślników i to tylko w zawodach gdzie są niedobory kadrowe. Widać z tego, że poza wypie... ministra kultury wraz z jego świtą i całym ministerstwem, trzeba też pogonić mistra/ministerstwo szkolnictwa wyższego. Uniwersytety dadzą sobie radę same, a szkoły zawodowe zakładane przez chłopków roztropków w terenie są mi obojętne.
Japonia, Szwajcaria, Śląsk, Kraków, Lublin ... czy to jest już CMC? Pewnie tak, ale czy AR - ulepszona rzeczywistość (a nie poszerzona jak się często u nas tłumaczy) jest taka znowu dobra?
Czy CMC daje AR bez analogowych kontaktów? Chyba jest tylko znakomitym uzupełnieniem lub kontynuwacją albo wstępem. Ale z drugiej strony, kto z Was by o tym pogadał ze mną około siódmej wieczorem w piątek? Przysłuchując się wystąpieniom i dyskusji doszedłem do wniosku, że Carlos Castaneda powinien mieć przywrócony tytuł doktorski, pospiesznie odebrany mu za książkę
A Separate Reality (Odrębna rzeczywistość) gdyż opisał tam AR w wersji nie Zachodniej i znacznie bardziej wnikliwiej niż to się robi teraz.
Jutro przekonam się około 15-stej ile osób zechce analogowo spotkać się i pogadać o etnobotanice.
Na mojej focie piękny okaz muchomora (Amanita muscaria) z Kvikkjokk za kręgiem polarnym plus informacja, że nawet korzystania z jego psychoaktywnych właściwości nauczyły nas zwierzęta, a konkretnie renifery i początkowo ludzie pili ich mocz utrzymujący łagodniejsze dawki aktywnych substancji. Ludzie potrafią jednak wszystko doskonale zepsuć i obecnie macerują grzyby w wódce...
CULTURA ANIMI
Za dwie godziny ruszamy na małą, ale dobrze się zapowiadającą trasę promocyjną, podczas której będziemy starali się przekonać do naszych książek solowych, a głównie do dzieła A. pt. Rubieże kultury popularnej. Określam je jako "solowe", dla odróżnienia od najnowszej książki pt. Vaggi Varri - w tundrze Samów, którą napisaliśmy razem. Trasa wiedzie przez: Rebel Garden, Dobrą Karmę, Tajne Komplety i Meskalinę... Prawda, że ładne nazwy? Bez fałszywej skromności cieszymy się, że jakoś dziwnym trafem nie są to miejsca dotowane przez pana ministra, tzw. "wpływowe koła" albo kruchtę.
Kiedy tak układałem sobie w głowie te wszystkie sytuacje, w których mimo morderczej pracy, zyskiwanego doświadczenia i ewidentnych sukcesów, wszystko co robimy jest w mediach komercyjnych całkowicie niewidoczne (albo spychane na margines zręcznymi gierkami słownymi, w rodzaju "niszowość"), znaleźliśmy się na otwarciu Krakowskich Reminiscencji Tetaralnych. Pośród błachych prac i amatorskich pomysłów na bioart (na którym nagle wszyscy się już "znają") powaliła mnie miła pani Jae Rhim Lee, m. innymi "infinity burial project". Poza wszystkim co pokazała JRL, padło w czasie prezentacji bardzo ważne zdanie o kulturach i kontr-kulturach, rozumianych jako pojęcia biologiczne.
Kiedy pada słowo kultura, to tytani intelektu, albo starzy dzisiaj, a kiedyś pilni uczniowie szkół ponadpodstawowych, myślą o łacińskim colere lub cultus agri - pojęciach sugerujących uprawę. Uprawiać można rośliny, bakterie, grzyby, ale także naukę i sztukę. W tym kontekście pojęcie uprawy jest bliskie pojęciu praktykowania religii.
Kultury bakterii można zwalczać z pomocą kontr-kultury innych bakterii lub wirusów. Kultury rolne zmieniają się i upadają gdy pojawiają się sprawniejsze, bardziej przydatne i interesujące kontr-kultury innych roślin.
Z kulturą w rozumieniu biologicznym (ale czy tylko?) związane jest też pojęcie monokultury.
W nauce o dynamicznych powiązaniach pomiędzy gatunkami a środodowiskiem (nazwa tej nauki: ekologia) pojęcie monokultury jest bardzo ważne. Kiedy jakiś gatunek i jego kultura zaczyna budować monokulturę jest to początek jego (i jego kultury) końca. Trwa to dłużej lub krócej i monokultura broni się zaciekle, ale tak czy siak zginie. Jedną z taktyk obronnych monokultur ( oczywiście w sensie biologicznym...) jest modyfikowanie się z pomocą zaszczepiania małych ilości kontr-kultur. Inną strategią przedłużania twania monokultur jest wytwarzanie substancji niszczących lub tylko neutralizujących kontr-kultury, w rodzaju mentalnych budyniów :-)), albo przejmowania wypracowanych przez kontr-kultury, ale nazbyt sztywnych wzorców). Rozciąga to w czasie upadek monokultury, która staje się z czasem hybrydą nafaszerowaną dziwnymi (bo sprzecznymi ze sobą) tworami / komunikatami, niby ser dziurami.
Warto zastanowić się nad tym czy warto być szczepionką dla monokultury, która nas latami zlewa, marginalizuje i babrze budyniem Czasem pewnie nie będziemy mieli wyjścia, ale czuję mocno, że czas na szczepienia ochronne tych wszystkich aroganckich dziennikarzy, gremiów wpływowych i telewizyjnych i radiowych kurwiszonów minął. Jak będziemy chcieli (i bedziemy żyli), to napiszemy następny stos dobrych książek i nagramy jeszcze kilka płyt bez wpadania w medialne bóle od leżenia na hamaku w Bangkoku. Bo ani te książki, ani też płyty, ani kulturalne paszporty rozdawane przez prowincjonalne sitwy i samonagradzanie się warszawskich muzycznych perpetum mobile nie są naszym celem. Kontr-kultura na tą rozkładającą się monokulturę to klasyka gatunku... he, he, he.... i pozwolę sobie zacytować Cycerona (!) - dostępnym nam celem i środkiem zarazem jest cultura animi - uprawa umysłu. Rzecz jasna nie tylko w biologicznym sensie...
Na focie A. : trąba jerychońska :-)) w Szwajcarii.
Kiedy tak układałem sobie w głowie te wszystkie sytuacje, w których mimo morderczej pracy, zyskiwanego doświadczenia i ewidentnych sukcesów, wszystko co robimy jest w mediach komercyjnych całkowicie niewidoczne (albo spychane na margines zręcznymi gierkami słownymi, w rodzaju "niszowość"), znaleźliśmy się na otwarciu Krakowskich Reminiscencji Tetaralnych. Pośród błachych prac i amatorskich pomysłów na bioart (na którym nagle wszyscy się już "znają") powaliła mnie miła pani Jae Rhim Lee, m. innymi "infinity burial project". Poza wszystkim co pokazała JRL, padło w czasie prezentacji bardzo ważne zdanie o kulturach i kontr-kulturach, rozumianych jako pojęcia biologiczne.
Kiedy pada słowo kultura, to tytani intelektu, albo starzy dzisiaj, a kiedyś pilni uczniowie szkół ponadpodstawowych, myślą o łacińskim colere lub cultus agri - pojęciach sugerujących uprawę. Uprawiać można rośliny, bakterie, grzyby, ale także naukę i sztukę. W tym kontekście pojęcie uprawy jest bliskie pojęciu praktykowania religii.
Kultury bakterii można zwalczać z pomocą kontr-kultury innych bakterii lub wirusów. Kultury rolne zmieniają się i upadają gdy pojawiają się sprawniejsze, bardziej przydatne i interesujące kontr-kultury innych roślin.
Z kulturą w rozumieniu biologicznym (ale czy tylko?) związane jest też pojęcie monokultury.
W nauce o dynamicznych powiązaniach pomiędzy gatunkami a środodowiskiem (nazwa tej nauki: ekologia) pojęcie monokultury jest bardzo ważne. Kiedy jakiś gatunek i jego kultura zaczyna budować monokulturę jest to początek jego (i jego kultury) końca. Trwa to dłużej lub krócej i monokultura broni się zaciekle, ale tak czy siak zginie. Jedną z taktyk obronnych monokultur ( oczywiście w sensie biologicznym...) jest modyfikowanie się z pomocą zaszczepiania małych ilości kontr-kultur. Inną strategią przedłużania twania monokultur jest wytwarzanie substancji niszczących lub tylko neutralizujących kontr-kultury, w rodzaju mentalnych budyniów :-)), albo przejmowania wypracowanych przez kontr-kultury, ale nazbyt sztywnych wzorców). Rozciąga to w czasie upadek monokultury, która staje się z czasem hybrydą nafaszerowaną dziwnymi (bo sprzecznymi ze sobą) tworami / komunikatami, niby ser dziurami.
Warto zastanowić się nad tym czy warto być szczepionką dla monokultury, która nas latami zlewa, marginalizuje i babrze budyniem Czasem pewnie nie będziemy mieli wyjścia, ale czuję mocno, że czas na szczepienia ochronne tych wszystkich aroganckich dziennikarzy, gremiów wpływowych i telewizyjnych i radiowych kurwiszonów minął. Jak będziemy chcieli (i bedziemy żyli), to napiszemy następny stos dobrych książek i nagramy jeszcze kilka płyt bez wpadania w medialne bóle od leżenia na hamaku w Bangkoku. Bo ani te książki, ani też płyty, ani kulturalne paszporty rozdawane przez prowincjonalne sitwy i samonagradzanie się warszawskich muzycznych perpetum mobile nie są naszym celem. Kontr-kultura na tą rozkładającą się monokulturę to klasyka gatunku... he, he, he.... i pozwolę sobie zacytować Cycerona (!) - dostępnym nam celem i środkiem zarazem jest cultura animi - uprawa umysłu. Rzecz jasna nie tylko w biologicznym sensie...
Na focie A. : trąba jerychońska :-)) w Szwajcarii.
KLANGFESTIVAL: TO i OVO !
Wróciliśmy dzisiaj wczesnym rankiem z kolejnego tego lata, bardzo udanego wyjazdu do Europy Środka. Katowice około 6. rano przywitały nas drobnym kapuśniaczkiem i widokiem zamroczonych alkoholem młodych ludzi... Sonosfera była równie przygnębiająca, po słońcu, kulturze, doskonałej organizacji festiwalu i znakomitej muzyce oraz zjawiskowej biofarmie pod Linzem w Austrii.
Klangfestival #5 to lokalny, mały festiwal organizowany przez załogę świetnych ludzi w okolicy małego miasteczka i w oparciu o bio farmę. Jest to żywa antyteza obecnego "tryndu" festiwalowego w Polsce, który mieści się gdzieś pomiędzy Przystankiem Woodstock, gdzie podobno w przyszłym roku ma wystąpić sam Pan Bóg (bo już inni wszyscy święci byli...), a OFF Fest. gdzie już w tym roku wystąpił sam Pan Bóg w duecie z Jimi Hendrixem. Ten prowincjonalny "trynd" dawno temu wyznaczył wieszcz: a teatr mój widzę ogromny! Oczywiście rozumiem potrzebę edukowania szerokich mas i znalezienia zajęcia dla absolwentów szkół zawodowych i innych młodych, którzy jak się im nie pokaże Pana Boga palcem, to nigdy Go nie zobaczą... ale tak by się chciało coś dla dorosłych?!
Na szczęście dla nas, niezbyt daleko od tej krainy budowania (budyniowania?) marki i tanich chwytów wydziału promocji miasta i gminy, organizuje się całkiem inne festiwale i muzyczne spotkania. Klangfestival był doskonałym przykładem na odmienny punkt widzenia i trwałe korzenie kontrkultury. Po pierwsze; nie miał być wielki i nie miał gromadzić tysięcy ludzi, którzy mieli by się obligatoryjnie bawić. Po drugie był zdecydowanie autorski, co oznacza, że nie kupujemy Pana Boga, bo jest już wylansowany i ma blisko z wakacyjnej trasy, ale zapraszamy te ekipy, które cenimy, które są intrygujące muzycznie i realizują swoje własne programy od lat. Do tego potrzebne jest jednak rozeznanie, osłuchanie, dobre środowisko i odwaga. Nie wystarczy notesik pt. koncertowe lato 2012 - Europa. No i inna jest sama organizacja festiwalu, który jest nastawiony na kontakt, na wspólne muzykowanie, na obieg, a nie na dobrą zabawę dla mas. Od lat staramy się tłumaczyć wielu organizatorom, o co w tym chodzi, ale zawsze wiedzą lepiej i rodzą nieznośne megafabryki z setką zespołów w jeden wieczór, grających po 20 minut każdy, albo dokładają mszę. Wszystko po to, aby zadowolić publiczność, tak jakby nie wiedzieli, że naszą publiczność zadowolić się nie uda nigdy i niczym właściwie.
Festiwal rozpoczął się nieoficjalnym, ale doskonale zorganizowanym wieczorem we czwartek 6. września w lokalnym klubie i pod wezwaniem: klangfestival warm up / open impro / bring your klangwerkzeuge and join.... Przyjechaliśmy tam późnym wieczorem, już po piewszym secie jamu, ale i tak Ania wsparła ekipę muzyków z USA / Finlandii / Austrii, aż było miło słuchać i być tam! To pierwszy ruch jaki należy wykonać: dać muzykom pograć i spotkać się, wymienić uwagi i obserwacje, wypić razem piwo, wino i colę. To od tych pierwszych spotkań i miłych odkryć wspólnych znajomych, tras, klubów i poglądu na niezależny obieg kultury, zaczyna się dobra atmosfera i prawdziwy festiwal.
Na drugi dzień (piątek 7. września) nieco pospaliśmy w miejscu, które powinno stać się tematem innej opowieści i zostaliśmy przetransportowani na farmę położoną o jakieś 5 km od miasteczka, klubu i noclegu. Farma okazała się ekologicznym gospodarstwem rolnym. I tu jest ważne aby zaznaczyć, że wszystkie słowa typu: ekologiczna (jak tłumaczę biofarm), farma i gospodarstwo rolne oznaczają trochę co innego niż u nas. Ekologiczna (bio...) oznacza, że krowy są szczęśliwe i mają nawet mechaniczne szczotki do czochrania się po przyjściu z pastwisk, farma oznacza to, że produkuje się tu mleko, owoce i inne produkty rolne, a rolnictwo nie oznacza, że właścicle są na lipnej rencie, nie płacą podatków i siedzą w Norwegii, gdzie kładą flizy i podłogi... Właściciel biofarmy, ani na moment nie zaprzestał czynności jakie wykonuje każdego dnia i było to całkiem rewelacyjne! Krowy były tak aktywne, że nawet na chwilę ukradły show grupie teatralnej, a też nikt nie zalepiał im pysków kiedy miały ochotę porykiwać. Drugi krok ku alternatywnej imprezie: nie udajemy, że jesteśmy w centrum Nowego Jorku, a z Iggy Popem, to my ze szwagrem nie takie... akceptujemy, że jesteśmy na biofarmie, a krowy mają swe prawa nie tylko na wpisach aktywistów na FB. Pojadaliśmy doskonałe śliwki i jabłka z drzewek na farmie i obserwowaliśmy jak z kolejnych samochodów wysiadają znajomi organizatorów i każdy taszczy ciasta, chleby, konfitury i ciepłe dania... Stół ustawiony przy scenie plenerowej uginał się po godzinie od darmowego jedzenia, a barek zaimprowizowany pod starą jabłonią serwował piwo, colę i lemoniadę.
No i meritum ważne dla każdego, kto sporo koncertuje: dwie sceny plus cała farma jako scena dla teatru i naprawdę dobry sprzęt nagłośnieniowy, oświetlenie itd. itd. , a nie stare wzmacniacze wygrzebywane raz do roku z kanciapy elektryka gminnego...
Najbardziej zazdroszczę sprawnych, cierpliwych i życzliwych ludzi, którzy wszystko przygotowują i na wszystkie komunikaty ze sceny odpowiadają: zaraz zobaczymy co da się zrobić... A tym razem mieliśmy duży kłopot... bo po kilku ostatnich przepakowaniach i koncertach w Austrii i Szwajcarii... zapomniałem istotnej części naszego dość mało typowego sprzętu. Ale zobaczyli co da się zrobić i jednak udało się nam wszystko, czy prawie wszystko uruchomić.
Dwie sceny dlatego, że jedna z nich, plenerowa była właściwie uruchomiona tylko dla nas, a wszystkie pozostałe zespoły, które używają perkusji, grały w dużej sali koncertowej urządzonej w budynku gospodarskim.
Klangfestival #5 otwarł znakomity spektakl teatralny, potem był set czystej muzyki elektrownicznej i po dziewiątej wieczór - my z Ericem Arnem firmowani starym: The Magic Carpathians Project. Granie z Ericem zawsze jest sporym i mocnym doświadczeniem. Tym razem było jeszcze lepiej niż dotąd, a Eric wyraźnie zrelaksowany i rozegrany czwartkowym jamem był w znakomitej formie.
Zrobiła się noc i wszyscy przeszli do sali koncertowej na koncerty i sety ekip, które zadziwiały doskonałym brzmieniem, ale także pomysłem na kreację sceniczną. Do tego wszystkiego doszło stanowisko niezależnego radia (free form radio) urządzone w przyczepie kampingowej, z której koncerty były transmitowane. Reporterka tego Radia nie pytała Ani ulubionym, polskim pytaniem: jak się to wszystko zaczęło, bo to by znaczyło, że się nie przygotowała do programu... ale pytała o wiele innych spraw. I tu dochodzimy do konkluzji, że u nas brakuje prawdziwych dziennikarzy, a Ci co walczą o cokolwiek interesującego, to jakimś dziwnym trafem są wolnymi strzelcami i nie potrafią się zorganizować w nurt niezależnych mediów, poza jakimś sektorem internetowym, w którym jest jednak wielu przebierańców.
Podczas Klangfest. zagraly ekipy: OVO, Jarse, Dirt Deflector, Die Prasidentinnen Besuchen eine Kunstausstellung. Family Institute i The Magic Carpathians Project. Czystą radość z obcowania z energią samą w sobie dawało słuchanie i oglądanie duetu OVO z Włoch. Po koncercie pogadaliśmy trochę ze Stefanią Pedretti, znakomitą wokalistką i gitarzystką OVO (także solowy projekt), która jakoś nie mogła sobie przypomnieć koncertu w Warszawie, ale pamiętała znakomity koncert w Brnie (jest dostępny w sieci na You Tube). Kiedyś wylądowaliśmy na jednej składance z OVO i pamiętaliśmy tę formację, ale spotkanie oko w oko z Nimi to była czysta przyjemność. Stefania gra coś, co nazywane jest noisem, ale moim zdaniem jest to ten rodzaj noiseu, który nas interesuje najbardziej czyli noise zagrany i nie mierzony decybelami, a energią. Sceniczny image OVO był na Klangfestival znacznie mocniejszy niż ten z Brna, a przyjęcie publiczności (w tym muzyków innych grup) znakomite.
Nie chcę się rozpisywać o zespołach, bo wszystkie grały interesujące, niezależne od mody sprawy (Finowie!), ale przecież przy tego typu spotkaniu najważniejsze nie jest ilu ludzi oczarujesz w ten wieczór, ale to, czy Twoja droga jest oryginalna i własna i czy potrafisz to udowodnić przy podobnych sobie. Wbrew pozorom, muzycy w tego typu miejscach są bardzo wyczuleni na pustosłowie, gwiazdorstwo i brak oryginalności. Mamy tylko własną muzykę, takie miejsca jak opisywany Festiwal i delikatny obieg informacji. Nawet Pan Bóg jest chyba po stronie masowych, socjotechnicznych akcji?
Poza koncertami festiwalowymi moją uwagę zwróciło duo, grające jedynie podczas jamu w klubie (pre-festival jam), o nazwie Bird People, od których dostaliśmy bardzo ciekawe wydawnictwa. Słuchając tej muzyki na moment przenieśliśmy się do San Francisco...
Festiwal skończył się późno w nocy, a właściwie nad ranem. Rankiem wszystko było posprzątane, a krowy nucąc kilka riffów OVO i The Magic Carpathians Project poszły na pastwisko...
Około południa w sobotę, siedzieliśmy jeszcze na trawniku przed budynkiem gdzie nocowaliśmy i raczyliśmy się kawą i lemoniadą (typu hipsterskiej bionade) rozmawiając leniwie o tym i Ovym.
Eric Arn wkrótce przyjedzie na koncert ze swą formacją Primordial Undermind do Bydgoszczy... i nam to bardzo pasuje: razem bedziemy grali "tylko" w Krakowie, Austrii i USA, bo polskie piekiełko czuwa nad dobrym rozwojem budyniu mentalnego. No to: na zdrowie!
Na focie Ani: 2/3 TMCP, Klangfestival #5!
Klangfestival #5 to lokalny, mały festiwal organizowany przez załogę świetnych ludzi w okolicy małego miasteczka i w oparciu o bio farmę. Jest to żywa antyteza obecnego "tryndu" festiwalowego w Polsce, który mieści się gdzieś pomiędzy Przystankiem Woodstock, gdzie podobno w przyszłym roku ma wystąpić sam Pan Bóg (bo już inni wszyscy święci byli...), a OFF Fest. gdzie już w tym roku wystąpił sam Pan Bóg w duecie z Jimi Hendrixem. Ten prowincjonalny "trynd" dawno temu wyznaczył wieszcz: a teatr mój widzę ogromny! Oczywiście rozumiem potrzebę edukowania szerokich mas i znalezienia zajęcia dla absolwentów szkół zawodowych i innych młodych, którzy jak się im nie pokaże Pana Boga palcem, to nigdy Go nie zobaczą... ale tak by się chciało coś dla dorosłych?!
Na szczęście dla nas, niezbyt daleko od tej krainy budowania (budyniowania?) marki i tanich chwytów wydziału promocji miasta i gminy, organizuje się całkiem inne festiwale i muzyczne spotkania. Klangfestival był doskonałym przykładem na odmienny punkt widzenia i trwałe korzenie kontrkultury. Po pierwsze; nie miał być wielki i nie miał gromadzić tysięcy ludzi, którzy mieli by się obligatoryjnie bawić. Po drugie był zdecydowanie autorski, co oznacza, że nie kupujemy Pana Boga, bo jest już wylansowany i ma blisko z wakacyjnej trasy, ale zapraszamy te ekipy, które cenimy, które są intrygujące muzycznie i realizują swoje własne programy od lat. Do tego potrzebne jest jednak rozeznanie, osłuchanie, dobre środowisko i odwaga. Nie wystarczy notesik pt. koncertowe lato 2012 - Europa. No i inna jest sama organizacja festiwalu, który jest nastawiony na kontakt, na wspólne muzykowanie, na obieg, a nie na dobrą zabawę dla mas. Od lat staramy się tłumaczyć wielu organizatorom, o co w tym chodzi, ale zawsze wiedzą lepiej i rodzą nieznośne megafabryki z setką zespołów w jeden wieczór, grających po 20 minut każdy, albo dokładają mszę. Wszystko po to, aby zadowolić publiczność, tak jakby nie wiedzieli, że naszą publiczność zadowolić się nie uda nigdy i niczym właściwie.
Festiwal rozpoczął się nieoficjalnym, ale doskonale zorganizowanym wieczorem we czwartek 6. września w lokalnym klubie i pod wezwaniem: klangfestival warm up / open impro / bring your klangwerkzeuge and join.... Przyjechaliśmy tam późnym wieczorem, już po piewszym secie jamu, ale i tak Ania wsparła ekipę muzyków z USA / Finlandii / Austrii, aż było miło słuchać i być tam! To pierwszy ruch jaki należy wykonać: dać muzykom pograć i spotkać się, wymienić uwagi i obserwacje, wypić razem piwo, wino i colę. To od tych pierwszych spotkań i miłych odkryć wspólnych znajomych, tras, klubów i poglądu na niezależny obieg kultury, zaczyna się dobra atmosfera i prawdziwy festiwal.
Na drugi dzień (piątek 7. września) nieco pospaliśmy w miejscu, które powinno stać się tematem innej opowieści i zostaliśmy przetransportowani na farmę położoną o jakieś 5 km od miasteczka, klubu i noclegu. Farma okazała się ekologicznym gospodarstwem rolnym. I tu jest ważne aby zaznaczyć, że wszystkie słowa typu: ekologiczna (jak tłumaczę biofarm), farma i gospodarstwo rolne oznaczają trochę co innego niż u nas. Ekologiczna (bio...) oznacza, że krowy są szczęśliwe i mają nawet mechaniczne szczotki do czochrania się po przyjściu z pastwisk, farma oznacza to, że produkuje się tu mleko, owoce i inne produkty rolne, a rolnictwo nie oznacza, że właścicle są na lipnej rencie, nie płacą podatków i siedzą w Norwegii, gdzie kładą flizy i podłogi... Właściciel biofarmy, ani na moment nie zaprzestał czynności jakie wykonuje każdego dnia i było to całkiem rewelacyjne! Krowy były tak aktywne, że nawet na chwilę ukradły show grupie teatralnej, a też nikt nie zalepiał im pysków kiedy miały ochotę porykiwać. Drugi krok ku alternatywnej imprezie: nie udajemy, że jesteśmy w centrum Nowego Jorku, a z Iggy Popem, to my ze szwagrem nie takie... akceptujemy, że jesteśmy na biofarmie, a krowy mają swe prawa nie tylko na wpisach aktywistów na FB. Pojadaliśmy doskonałe śliwki i jabłka z drzewek na farmie i obserwowaliśmy jak z kolejnych samochodów wysiadają znajomi organizatorów i każdy taszczy ciasta, chleby, konfitury i ciepłe dania... Stół ustawiony przy scenie plenerowej uginał się po godzinie od darmowego jedzenia, a barek zaimprowizowany pod starą jabłonią serwował piwo, colę i lemoniadę.
No i meritum ważne dla każdego, kto sporo koncertuje: dwie sceny plus cała farma jako scena dla teatru i naprawdę dobry sprzęt nagłośnieniowy, oświetlenie itd. itd. , a nie stare wzmacniacze wygrzebywane raz do roku z kanciapy elektryka gminnego...
Najbardziej zazdroszczę sprawnych, cierpliwych i życzliwych ludzi, którzy wszystko przygotowują i na wszystkie komunikaty ze sceny odpowiadają: zaraz zobaczymy co da się zrobić... A tym razem mieliśmy duży kłopot... bo po kilku ostatnich przepakowaniach i koncertach w Austrii i Szwajcarii... zapomniałem istotnej części naszego dość mało typowego sprzętu. Ale zobaczyli co da się zrobić i jednak udało się nam wszystko, czy prawie wszystko uruchomić.
Dwie sceny dlatego, że jedna z nich, plenerowa była właściwie uruchomiona tylko dla nas, a wszystkie pozostałe zespoły, które używają perkusji, grały w dużej sali koncertowej urządzonej w budynku gospodarskim.
Klangfestival #5 otwarł znakomity spektakl teatralny, potem był set czystej muzyki elektrownicznej i po dziewiątej wieczór - my z Ericem Arnem firmowani starym: The Magic Carpathians Project. Granie z Ericem zawsze jest sporym i mocnym doświadczeniem. Tym razem było jeszcze lepiej niż dotąd, a Eric wyraźnie zrelaksowany i rozegrany czwartkowym jamem był w znakomitej formie.
Zrobiła się noc i wszyscy przeszli do sali koncertowej na koncerty i sety ekip, które zadziwiały doskonałym brzmieniem, ale także pomysłem na kreację sceniczną. Do tego wszystkiego doszło stanowisko niezależnego radia (free form radio) urządzone w przyczepie kampingowej, z której koncerty były transmitowane. Reporterka tego Radia nie pytała Ani ulubionym, polskim pytaniem: jak się to wszystko zaczęło, bo to by znaczyło, że się nie przygotowała do programu... ale pytała o wiele innych spraw. I tu dochodzimy do konkluzji, że u nas brakuje prawdziwych dziennikarzy, a Ci co walczą o cokolwiek interesującego, to jakimś dziwnym trafem są wolnymi strzelcami i nie potrafią się zorganizować w nurt niezależnych mediów, poza jakimś sektorem internetowym, w którym jest jednak wielu przebierańców.
Podczas Klangfest. zagraly ekipy: OVO, Jarse, Dirt Deflector, Die Prasidentinnen Besuchen eine Kunstausstellung. Family Institute i The Magic Carpathians Project. Czystą radość z obcowania z energią samą w sobie dawało słuchanie i oglądanie duetu OVO z Włoch. Po koncercie pogadaliśmy trochę ze Stefanią Pedretti, znakomitą wokalistką i gitarzystką OVO (także solowy projekt), która jakoś nie mogła sobie przypomnieć koncertu w Warszawie, ale pamiętała znakomity koncert w Brnie (jest dostępny w sieci na You Tube). Kiedyś wylądowaliśmy na jednej składance z OVO i pamiętaliśmy tę formację, ale spotkanie oko w oko z Nimi to była czysta przyjemność. Stefania gra coś, co nazywane jest noisem, ale moim zdaniem jest to ten rodzaj noiseu, który nas interesuje najbardziej czyli noise zagrany i nie mierzony decybelami, a energią. Sceniczny image OVO był na Klangfestival znacznie mocniejszy niż ten z Brna, a przyjęcie publiczności (w tym muzyków innych grup) znakomite.
Nie chcę się rozpisywać o zespołach, bo wszystkie grały interesujące, niezależne od mody sprawy (Finowie!), ale przecież przy tego typu spotkaniu najważniejsze nie jest ilu ludzi oczarujesz w ten wieczór, ale to, czy Twoja droga jest oryginalna i własna i czy potrafisz to udowodnić przy podobnych sobie. Wbrew pozorom, muzycy w tego typu miejscach są bardzo wyczuleni na pustosłowie, gwiazdorstwo i brak oryginalności. Mamy tylko własną muzykę, takie miejsca jak opisywany Festiwal i delikatny obieg informacji. Nawet Pan Bóg jest chyba po stronie masowych, socjotechnicznych akcji?
Poza koncertami festiwalowymi moją uwagę zwróciło duo, grające jedynie podczas jamu w klubie (pre-festival jam), o nazwie Bird People, od których dostaliśmy bardzo ciekawe wydawnictwa. Słuchając tej muzyki na moment przenieśliśmy się do San Francisco...
Festiwal skończył się późno w nocy, a właściwie nad ranem. Rankiem wszystko było posprzątane, a krowy nucąc kilka riffów OVO i The Magic Carpathians Project poszły na pastwisko...
Około południa w sobotę, siedzieliśmy jeszcze na trawniku przed budynkiem gdzie nocowaliśmy i raczyliśmy się kawą i lemoniadą (typu hipsterskiej bionade) rozmawiając leniwie o tym i Ovym.
Eric Arn wkrótce przyjedzie na koncert ze swą formacją Primordial Undermind do Bydgoszczy... i nam to bardzo pasuje: razem bedziemy grali "tylko" w Krakowie, Austrii i USA, bo polskie piekiełko czuwa nad dobrym rozwojem budyniu mentalnego. No to: na zdrowie!
Na focie Ani: 2/3 TMCP, Klangfestival #5!
Subscribe to:
Posts (Atom)




