Długi dystans

0 comments
Czas podróży zbliża się do kulminacji czerwcowej... za nami Lublin, Olsztyn, Białystok, Śląsk i Poznań, a przed nami: Wielka Brytania / Paryż / Szwajcaria (A. na swoich zawodowych konferencjach) i mój warsztat etnobotaniczny w Pieninach i Zamagurzu na Słowacji. Warsztat przygotowuję od miesiąca i powoli domykam listę, bo jak zwykle są zapominalscy i tacy, do których informacja dotarła w ostatniej chwili. Etnobotanika w terenie jest bardzo wciągająca i już cieszę się na odwiedziny kilku roślin i bardzo ciekawych miejsc w ulubionych górach. Tym razem jeszcze pogłębimy moją metodę pracy z roślinami, bo poza "odwiedzinami" i rysowaniem zgodził się pomóc w tym Bogdan Kiwak i zmierzymy się z etnobotanicznymi camera obscura!

Wczoraj siedziałem 9 godzin na krakowskich Błoniach przy ekspozycji projektów czynnej ochrony przyrody jakie realizujemy w ramach naszej zawodowej działalności i poza grupą przypadkowych osób nie zjawił się nikt ze środowiska tzw. "ekologicznego" w Krakowie. Ludzi interesują medialne akcje i rozrywkowe spotkania plus środowiskowy lans. Coś co ma więcej niż hasłowe nazwanie akcji jest już trudne, nudne i poza zasięgiem. Mimo, że możecie odnieść wrażenie, że w tym momencie gderam i mam za złe... to nie, to jedynie zwykłe nazwanie spraw, a piszę to z jakimś radosnym uczuciem spełnienia. Nie musi się nikt ważnymi dla mnie sprawami przejmować i nie szukam wcale współpracowników poza tymi, którzy już są. Prawdziwe i ważne sprawy dzieją się na całkiem innych zasadach, w całkiem innych warunkach, a ich znaczenie i finalne oddziaływanie przekracza całkowicie popkulturowe wyobrażenia. To jak z anegdotycznym komentarzem do zdania naszego dobrego znajomego, który jest malarzem. Powiedział nam, że On czuje się dobrze jako plastyk, a i świat plastyki czuje się dobrze z Nim. Mój komentarz: ze mną świat plastyki też czuje się znakomicie, a wystarczyło, że nie usiłuję malować. Bo najważniejsze abyśmy zdrowi byli...

Widzimy jakieś wzmożone zainteresowanie naszymi płytami i toczy się powoli sprawa nowego udostępnienie naszej pierwszej książki - Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe z 2003 r. Chcielibyśmy przy okazji wznowienia naszej płyty (a pierwotnie kasety magnetofonowej z 1994 roku!) z nagraniami terenowymi z Nepalu i Indii (płyta CD towarzyszyła książce, a były na niej pionierskie w Polsce field recordings z tamtych stron) umożliwić dostęp do Ucha... i prawdopodobnie będzie to ebookowa wersja za rozsądną cenę. Wydaje się, że warto aby czarna dziura budyniowa nie pochłonęła bez reszty książki, która stała się dla wielu ludzi źródłem wiedzy o ideach, miejscach sieciowych i miejscach w realu, o których 10 lat temu nie było wiadomo zbyt wiele. Niejedna informacja z Ucha... była inspiracją, a czasem fundamentem powstania nowych projektów artystycznych albo zmiany zainteresowań muzycznych. Wiele mi opowiedziano na ten temat, ale jak zwykle chlupnęło w budyniu raz czy dwa, poszły bańki i jedna zmarszczka na tężejącej skorupie i po sprawie. Nie godzę się z budyniowymi strategiami i planujemy plasnąć pdf-em :-)

15 lipca zagramy specjalnie opracowany program do rewelacyjnego filmu F. Langa pt. Zmęczona śmierć. To świetna okazja aby trochę popracować nad muzyką i wyjąć kilka instrumentów "z szafy"... a do tego zagramy drugi już raz w cyklu letnich imprez organizowanych przez Teatr Słowackiego w Krakowie. Tomek Czermiński zaprojektował udany poster i z przyjemnością pokazuję ten projekt nad wpisem.

Z mojej perspektywy najważniejszy jest długi dystans. Nowe możliwości (także techniczne) cały czas się otwierają i szkoda czasu na łapanie bieżących fantasmagorii kolejnych koterii. Niby to "oczywista oczywistość" :-) ale ilu ludzi naprawdę to rozumie?


Cuda, cuda czyli Glenn Branca w Lublinie!

0 comments
W drodze do Olsztyna odwiedziliśmy Lublin (!) z okazji kolejnej tury wykładów A. na tamtejszym Uniwersytecie. Wieczorem w Lublinie spacer na starówkę jest nieomal obowiązkowy i z przyjemnością poszliśmy "z prądem". W czasie naszej zwyczajowej rundki wokół placu i wyszukiwania pretekstu aby delektować się kolejną kawą lub herbatą... do naszych uszu dobiegła znajoma nuta i nasza czujność wzrosła natychmiast. Dźwięki prowadziły nas w zaułek z odrapaną bramą i gorączkowo szukaliśmy możliwego źródła ekscytującego dźwiękowego fluidu, tłumacząc sobie, że to zapewne tzw. "muzyka teatralna". W bramie zobaczyliśmy plakat z dużym napisem KODY Festiwal Tradycji i Awangardy Muzycznej i wszystko było jasne, ale jeszcze nie wierzyliśmy, że za chwilę znajdziemy się na koncercie Glenn Branca Ensemble! A jednak! Na scenie stało siedmioro muzyków i dyrygent - Glenn Branca. Bateria gitarowa złożona z sześciorga osób plus fenomenalna Libby Fab na perkusji (!), od pierwszych sekund wbiła nas w koncertowe foteliki. Branca zapowiadał (lub nie zapowiadał) kolejne utwory, a każdy był znakomity i doskonale zagrany. Gitarzystka (prawdopodobnie Reg Bloor), wspomniana perkusistka oraz basista Greg McMullen pozostaną moimi faworytami. Partytury wspomagane żywą gestykulacją dyrygenta nie zdołały ukryć indywidualnych zainteresowań poszczególnych muzyków i nie obyło się bez żartobliwej sekwencji grania zębami na gitarze i skoków, ale szybko wszystko wracało do zdyscyplinowanej i znakomitej formy. Miejscami mocne gitary grane nakładającymi się ( 6 gitar!) sekwencjami wzbudzały lamentacyjny śpiew, a czasem wzniecały energetyczne pomuchy, które miło poruszały nogawkami spodni... :-) Jeden z utworów wg. słów dyrygenta był premierowy i to miło, że mogliśmy tej premiery wysłuchać w Lublinie. Organizatorów warto pochwalić za znakomite nagłośnienie, bo nawet taka orkiestra jak GBE z USA nie zabrzmiała by dobrze na dwóch "budkach dla szpaków" czyli zestawie znakomitych (jak zapewnia każdy tzw. akustyk) głośników umieszczonych na czarnych rurkach podpartych składanymi drutami, jakie często zastajemy w salach koncertowych. Nie jestem złośliwy - GBE brzmiałby jak dwa szpaki i tylko szkoda czasem tak straconych szans na obcowanie z czymś ciekawym. Bardzo interesujące było to, że gitarzyści zostali pozbawieni swoich zabawek w postaci "kostek" do sterowania przetwornikami dźwięku i było widać jak im tego brakuje. Deptali po scenie i wykonywali ten taniec gitarzystów bez możliwości włączenia fuzza, delaya czy wah-wah... To chyba musi być straszne dla gitarzystów? Gitarki miały wzmocnienie jak za dawnych starych lat i wszyscy grali na tych samych warunkach bez możliwości efektownego włączenia najnowszej generacji czegoś tam. GB wiedział co robi i wszystko zagrało jak Jego muzyka, a nie jak przegląd nowinek technicznych. Pośród wielu określeń na muzykę jaką zajmuje się Glenn Branca najbardziej trafnym jest dla mnie: minimal, a najbardziej dziwnym wydaje mi się post-punk, ale pewnie się nie znam. Szlachetność formy, energetyczność i doskonałe wykonanie powodują, że koncert GBE w Lublinie przebił nawet bardzo ciekawy projekt z Berlina z udziałem Biosphere jaki słuchaliśmy w styczniu tego roku!

Na drugi dzień dotarliśmy do Olsztyna... i zagraliśmy w Planetarium koncert, który nazwaliśmy Drum Time ze względu na wizualizacje oparte o rysunki z samskich bębnów obrzędowych plus wzorowane na nich grafiki wykonane specjalnie dla ilustrowania rozdziałów naszej książki Vaggi Varri. W tundrze Samów. Grafiki zamienione na białe obrazy na czarnym tle nieba pełnego gwiazd robiły wrażenie. Nagłośnienie Planetarium było dość specyficzne (głośniki umieszczone są wokół kopuły) i trudno było się nam w tym odnaleźć, ale muzyka miała być podporządkowana obrazom i tak było. Minimalizm i długie sekwencje powtarzanych układów dźwięków wypłoszyły z sali przypadkowych poszukiwaczy atrakcji Nocy Muzeów, ale i tak byliśmy zaskoczeni zainteresowaniem i wytrwałością słuchaczy. Po koncercie jeszcze gadaliśmy ze słuchaczami i starymi znajomymi! Dostaliśmy nawet świetną domową szarlotkę, co okazało się ratujące podczas śniadania. W pobliżu Planetarium i naszego hotelu mijaliśmy małe jeziorko pełne żab zielonych. To wodne płazy, które mają fantastyczne i donośne głosy! Ich śpiew (a śpiewaków było kilkadzisiąt!) oraz solowe występy oczarowały nas całkowicie. Żaby grały przez całą noc, ale także podczas śniadania. Minimalizm czy post-punk?

W stawie zastaliśmy także bardzo intrygujące rośliny - osoki aleosowate, ale o tym napisałem już na www.etnobotanicznie.pl

DRUM TIME

0 comments
Choroba ojca i wiele zobowiązań wiążących się z wyjazdami daje efekt w postaci marzeń o totalnym domatorstwie, nie wychodzeniu z mieszkania przez dwa tygodnie i unikaniu wszelkich kontaktów z szeroko pojętym elementem ludzkim. Niestety, prawo karmy działa bezlitośnie i pokazuje, że aby osiągnąć tego rodzaju ukojenie należy nie ulegać namowom, kuszeniu i przywiązaniu do dóbr materialnych... :-) To trudne. Inną stroną tak bogatego programu życiowego i wymuszonego artystycznego nomadyzmu transhumancyjnego jest bogactwo inspiracji, obserwacji, emocji i pomysłów jakich nie daje siedzenie w domu. Zastanawiam się od kilku dni nad źródłami inspiracji (lub innego źródła?) do tworzenia muzyki. Ja sam wiem dokładnie z jakiego źródła i kiedy pojawia się gotowa pula brzmień i dźwięków, czasem nawet także instrumentów, ale obserwuję (chcąc czy nie bardzo chcąc... :-)  ) wielu muzyków i nadziwić się nie mogę ich stylowi pracy. Te różnice napawają otuchą, bo ilość muzyków, zespołów, projektów muzycznych i innych zjawisk grających koncerty i nagrywających jest oszałamiająca, ale wygląda na to, że nawet gdyby wielokrotnie przekraczała liczbę ludności świata, to i tak będzie w jakiejś części budzić ciekawość i zaskakiwać. Bo ciągle trafiają się ludzie budzący ciekawość i zaskakujący nas niemal każdego dnia. Warto byłoby jeszcze nauczyć się wzajemnego okazywania zainteresowania i będzie super! Temu, jak sądzę prawidłowemu stanowi rzeczy, przeszkadza trochę uzurpacja i romantyczne modele artysty przewodnika, artysty czempiona, artysty nad artystami, artysty znającego-kogo-trzeba, artysty mającego-wujka-w-ministerstwie, a nade wszystko artysty mającego wejścia-w-telewizji. Ci są najgorsi.  Zbierają się przy stole i gadają do kamery artystyczną nowo-mową o bardzo-ważnych (a lepiej: ważkich!) sprawach. Zauważyłem, że radio w budyniowie nie wierzy już w siebie i swój specyficzny czar "eteru" i zaczyna naśladować telewizję. Nie ma już informacji i muzyki w radiu, a zastępuje je parada skeczy roześmianych redaktorów, którzy błaznują ile się tylko da. Błazenada na chwilę ustaje tylko przy relacjach z Watykanu i innych wiadomościach kościelnych, albo ważkich wypowiedziach muzyków zespołu Mysłowice bez pana Rojka. Z Rojkiem była to podobno kapela psychodeliczna ale nie tak demokratyczna jak teraz. Ten bardzo interesujący pogląd lansuje coś co udaje dawną Trójkę i tylko trudno mi się zorientować czy jest to błazenada czy doniesienie z serii watykańskich prawd objawionych, podobne do tego, że komisja lekarzy potwierdziła cud. Ale właściwie nie ma się co dziwić, bo wiele komisji lekarskich dokonywało cudów aby możliwie wszyscy rolnicy w budyniowie poza zniżką w płaceniu ubezpieczenia miało jeszcze renty. Tylu ciężko pracujących rolników tak poważnie chorych, obrabiających jednocześnie ojczystą ziemię i kładących flizy w Norwegii i Austrii to przecież cud! A skoro cuda istnieją pośród tzw. rolników i tzw. lekarzy, to ... wiadomo!
Wczoraj jeszcze siedzieliśmy w domu Gosi na Sopatowcu i słuchaliśmy burz nadchodzących z wielu kierunków, a dzisiaj wreszcie chwila w domu... jutro nowa podróż, pod koniec tygodnia warsztat w Teatrze Łaźnia Nowa w Nowej Hucie w ramach bardzo ładnie zatytułowanej akcji: Tymczasowa Strefa Przetrwania - Inny Świat. Oczywiste odniesienie do teorii Hakima Beya (Tymczasowe Strefy Autonomiczne) zmodyfikowano tu do kwestii przetrwania. Niestety, chyba tak to należy dzisiaj rozumieć, bo autonomiczni i tak już jesteśmy do bólu.
Pierwszy z naszych majowych eventów to warsztat etnobotaniczno-ogrodniczo-partyzancki 10.05.2013, a po nim - 12.05.2013 koncert Karpat Magicznych. Zagramy nowe rzeczy: Noise to Silence z wizualną pomocą Wobixa. Przygotowujemy także inny interesujący koncert i wizualizacje do Olsztyna. Mamy tam grać 18.05.2013 w ramach organizowanej przez BWA i Planetarium akcji nocnego zwiedzania przybytków muzealnych. Udało się zgromadzić grafiki z bębnów samskich goabdes i trochę ikonografii samskiej i kilka osób stara się zrealizować wizję pokazania ich na tle nieba. Najbardziej cieszę się z tego, że dzięki nowej technologii będzie można pokazać płaskie grafiki z membran bębnów w układzie przestrzennym czyli tak jak były kiedyś odczytywane. Nie ma pewności, że merytorycznie interesujące założenie będzie także interesujące wizualnie, ale warto pracować nad tym projektem nazwanym DRUM TIME. Nazwę zapożyczyłem z samskiego wydawnictwa na temat ich liturgicznych bębnów o wielu innych zastosowaniach (m.innymi jako pra-GPS) pt.: Drum - Time. The drums and religion of the Sami.  
Końcówka kwietnia nie specjalnie była dla mnie budująca i doskonale ilustruje ją meteorologiczne powiedzenie: kwiecień plecień... bo złożył się na nią występ na UJ na temat kultury Samów (w kontekście naszej książki), a przybyło nas posłuchać aż 5 osób (poza nami, ale licząc organizatora i jedną naszą dobrą znajomą), miły wieczór w Tajnych Kompletach we Wrocławiu i dość marny odbiór mojej wersji etnobotaniki przez joginów zebranych na Sopatowcu. Miłym akcentem kwietniowym było sprawne opracowanie i wyprodukowanie płyty koncertowej pt. Reindeer Luck (WFR042), a teraz czekamy na recenzje i już się cieszę na niektóre... bo łatwo je przewidzieć. Tak więc, biorę się do roboty! Sława i pieniądze czekają...
Na focie z połowy kwietnia 2013 roku... A. w Pieninach, Słowacja.

TRANSHUMANCJA

0 comments
Powinienem i ten wpis rozpocząć od frazy: tak wiele się dzieje... ale to jest stały element naszego stylu życia jaki od lat zgodnie realizujemy z A. w projektach muzycznych, wędrówkach i tzw. życiu prywatnym. To styl podobny do zasad tzw. nomadycznego pasterstwa transhumancyjnego czyli opartego o długie wędrówki, ale ze stałymi punktami, do których powraca się z drogi co jakiś czas. Zatem, nomadyzm transhumancyjny i samskie reindeer luck (pisałem o tym w plaśnięciu, ale przypominam, że jest to tradycyjne określenie Samów na styl życia polegający na upartym realizowanie swej własnej ścieżki, który nie przynosi bogactwa i wielkiej sławy, ale daje realne oparcie życiowe i otwiera wiele niedostępnych drzwi) to wyznaczniki tego co staramy się robić.

Rezultatem takiego podejścia do naszego zajmowania się muzyką jest obecność w oczekiwanej od lat książce (i towarzyszącej jej muzyce) na temat yodellingu - prastarej techniki głosowej. Książka nosi tytuł: Yodel in HIFI From Kitsch Folk to Contemporary Electronica. U nas jodłowanie jest tematem żarcików i w sferze popularnej wyświetla się na to hasło obrazek facetów w kapelusikach z piórkiem, którzy ozdabiają jodłowaniem skoczne melodyjki grane na akordeonie. Do tego najczęściej jodłujący faceci i panie w naszym obrazku... grają dla ekipy w brunatnych koszulach mówiących po niemiecku i raz po raz zamawiając piwo... i trudno się dziwić, że yodelling nie ma u nas dobrego ( czyli właściwego) odbioru. Yodelling jest jednak interesującą, archaiczną techniką wokalną, której centra daleko wykraczają poza Alpy i sięgają gór Nowej Gwinei, a jeden z najstarszych obszarów narodzin tej praktyki głosowej przypisywany jest Karpatom. Pisałem na ten temat w Glissando (numer tematyczny - Szwajcaria), rozmawialiśmy o tym wiele w Bernie u naszych przyjaciół, a teraz jest książka Barta Plantengi wydana w USA. To książka dla wiedzy o technice jodłowania przełomowa (a Bart zalicza w jej poczet najwyraźniej niektóre formy joiku i technik azjatyckich) i jesteśmy w trakcie ustalania jej odbiorców w Polsce. Ustalamy to my, gdyż w książce Bart umieścił rozmowę z A. i dodał wokalny utwór (zatytułowany Artemisia Absinthum) nagrany podczas pamiętnej sesji w zaimprowizowanym, górskim studiu w ośrodku Sopatowiec w Karpatach w 2008 roku. W rejestracji tego niezwykłego utworu brał udział Andrzej Widota (elektronika), a rejestrowali go niezależnie Piotr Pietrzak (NS Studio) oraz Mirek Badura. Powstała w tym czasie nasza płyta (Nacher/Styczyński/Arn/ Widota) - Acousmatic Psychogeography, ale nagranie dla Barta przygotowaliśmy osobno i nie zostało opublikowane wraz z innymi utworami. Jest interesujące, że moment nagrywania tego utworu został uchwycony i wielokrotnie wykorzystany przez Waldka Czechowskiego, ktory kręcił w czasie sesji dokument z okazji naszego 10-lecia (2008 rok!). Film jest cały czas dostępny na DVD pt. Carpathians TV - Sopatowiec Session w serii World Flag Records (WFR 021/2008), stale można go zamawiać w Serpent.pl i dostać po naszych koncertach. Plik audio z "Absyntem..." czekał blisko 5 lat! Doczekał się umieszczenia w doskonałej książce i zestawie przykładow muzycznych tuż obok Meredith Monk... Praca, cierpliwość i prawdziwe (a nie jedynie biznesowe czy medialne) kontakty zaowocowały wielorako, ale zgodnie z praktyką reindeer luck musieliśmy czekać bardzo cierpliwie na namacalne rezultaty. Zainteresowanych książką odsyłam do dwóch wpisów na naszej www.magiccarpathians.com

Do nieco innego kalibru, ale jednak... efektów wspomnianego stylu życia muszę zaliczyć odnotowanie dzisiaj 1001 fana, a raczej fanki naszego fp na fejsie. Wiem, że Bajer Full i Patrycja Markowska ma pewnie znacznie więcej, a Awaria Peszek dostała już w pakiecie wstępnym ze sto tysięcy... ale jakoś nie specjalnie zazdroszczę, a naszych przyjaciół bardzo cenię!

Tym bardziej z radością organizujemy w najbliższy czwartek - 11.04.2013 r. Psychedeliczne powitanie wiosny w Magazynie Kultury wraz z Ulrichem Roisem i Garekiem Drussem. Goście z Wiednia i Seattle plus my (pod szyldem Noise to Silence) zagramy muzykę określaną jako: folkowa psychedelia / droniczne alterharmonie / organiczne środowiska brzmieniowe i sedymentacje dźwiękowe... tak malowniczo określa się ducha wolnej, w specyficzny sposób (nie jazzowo i nie bluesowo) improwizowanej muzyki, która jest po czasie jazzu i po erze rocka (a tym bardziej po folku) aktualną sferą swobody i innowacji. Rois i Druss grają obecnie gdzieś w Europie w ramach trasy Spring Ceremonies Tour i jesteśmy ciekawi spotkania z Nimi w Krakowie, a także późniejszych, wspólnych koncertów w Austrii?! To taki bonus stylu reindeer luck...

Za dwa tygodnie odwiedzimy Oleśnicę (tam spotkanie z miłośnikami Skandynawii i promocja naszej książki o tundrze i Samach) oraz Lublin i Białystok w ramach projektu jaki realizuje A., a pod sam koniec miesiąca "odrobimy" z nawiązką (bo także zagramy koncert!) naszą nieobecność we Wrocławiu! W Tajnych Kompletach na samym środku wrocławskiego Rynku są wszystkie nasze ostatnie książki i cieszę się, że najstarsza z nich (ma już rok!) : Zielnik podróżny... ciągle znajduje nabywców! Maj zaczynamy na Sopatowcu, a potem dwa spore projekty: koncert i warsztaty w Teatrze Łaźnia Nowa w Nowej Hucie oraz ekscytujący event muzyczny i wizualny w Planetarium w Olsztynie organizowany przez BWA. Zagramy nasze sedymentacje dźwiękowe z Noise to Silence, a wspólnie z ekipą olsztyńską pokażemy czym były rysunki na membranach szamańskich bębnów Samów. Bo były one tradycyjnymi mapami nieba i spełniały rolę GPS... ale też znacznie więcej! Mając takie bębny wie się gdzie warto iść aby mieć reindeer luck!

W (prawie) każdy piątek realizujemy z Gochą Nieciecką audycję w stylu free form radio w krakowskiej Radiofonii. Niestety, trudno powiedzieć ile piątków jeszcze to Radio będzie istniało, więc odsyłam do kilku podcastów jakie uzbierały się dotąd i są dostępne m.innymi z www.etnobotanicznie.pl
Rektorzy, cofając wsparcie dla tego miejsca, ludzi pracujących w Radiofonii i skupionych wokół niej oraz samych odbiorców, wykazali się ignorancją i brakiem wyczucia. Radiofonia zaczyna spełniać rolę miejsca gdzie mają szansę spotkać się bardzo różni ludzie i gdzie zaczynają się bardzo ciekawe zjawiska i projekty. Czyżby poziom zarządzających nauką i szkolnictwem wyższym w perle tychże - Krakowie wymaga, aby dużymi literami napisać zamiast Radiofonia: INNOWACJA, KLASTER...? Bo na taką rolę stworzonej dotąd przestrzeni są w oparciu o Radiofonię szanse, których jakoś nie widzę w wielkich i dotowanych setkami milionów przeszklonych budach z napisem: Jagiellońskie Centrum Innowacyjności jakie mijam tramwajem... Takie sztucznie tworzone niby klastry przypominają mocno niby lofty ... budowane (sic!) w Krakowie w samym centrum miasta. Jedno i drugie jest kosztowną ściemą dla naiwnych.

Na focie Asi z 26 numeru pisma Lodołamacz  - Lodołamacz. Pismo Ludzi Walczących :-) zasłania mnie żuchwa jelenia, paleolityczna grzechotka rytualna, której pierwsza, niewielka brzmieniowa odsłona nastąpi na przygotowywanej do wydania płycie koncertowej: The Magic Carpathians & Tundra... pt. Reindeer Luck :-) O sile i rytualnej mocy żuchwy niech zaświadczy fakt, że sesja fotograficzna udała się jedynie w części gdyż okazało się, że karta w aparacie uległa uszkodzeniu... :-)

Naga Day

0 comments
Nadchodzi interesujący księżyc czyli tzw. Storm Moon, a w tym samym dniu wypada Naga Day czyli czas, który dobrze jest wykorzystać dla praktyki. Wszystko to około 27 marca. Z mojej perspektywy Naga Day mamy o wiele częściej...

Różne okoliczności uniemożliwiły nam zrealizowanie planu spotkań z zainteresowanymi naszymi książkami i nie dojechaliśmy do Szczecina, Wrocławia i Poznania. Książki jednak dotarły na miejsce i mam nadzieje, że kilka osób zdecydowało się je przeczytać. Będziemy się starali zorganizować spotkania w innych terminach i z pewnością dotrzemy wiosną przynajmniej do Wrocławia.

Dzieje się wiele interesujących spraw i to z rodzaju tych, które wpływają na czas jaki nadejdzie. Należy do nich bardzo konkretna, nie specjalnie rozgadana i rozedrgana, ale miła i interesująca pod wieloma względami, współpraca z Krzyśkiem Joczynem i Dawidem Adrjanczykiem z formacji Tundra (to tylko jedna z Ich emanacji muzycznych). Po pierwsze; jest kilka dobrych do słuchania fragmentów naszego wspólnego koncertu na scenie Magazynu Kultury w Kolanku nr 6 w Krakowie. Powinny one umocnić legendę naszej muzyki jako doskonałej do tripowania ... cokolwiek by to oznaczało :-)
Wszystko jest w fazie uzgodnień, ale w wersji minimalnej część tych nagrań, które dokonali "z sali": Krzysiek, Dawid razem z bardzo obiecującym, młodym dźwiękowcem Mateuszem Sieniawskim... i niezawodnym Zoomem, trafi do chętnych. To mój ulubiony sposób nagrywania koncertów, bo to co słychać potem z płyty czy z sieci jest tym, co słyszała publiczność. Są też inne pomysły, ale zbyt wcześnie by o nich pisać. Z inicjatywy Krzyśka, być może w najnowszym numerze toruńskiego zina Menażeria (Toruński Miesięcznik Kultyralny Menażeria, znajdziecie na FB) ukaże się rozmowa ze mną o starych i nowych czasach, planach i intuicjach.
W tym samym czasie (a "ten sam czas" to nasza specjalność z okresu, gdy nagrywaliśmy po dwie lub trzy płyty rocznie i to w odmiennych stylistykach) uczestniczyliśmy w sesji nagraniowej na płytę (płyty?) Michala Smetanki. Główną sesję nagraniową Michal zorganizował w Kezmarku na Słowacji i te trzy dni wytrwałej pracy i słuchania było ważnym czasem. Poza Michalem, który w sesję wszedł totalnie i z wszystkim co przez ostatnie lata robiliśmy razem, a także wszystkim co jest Jego solową pracą, mieliśmy wielką przyjemność zagrać z trzema muzykami ze Słowacji. To młoda, ale bardzo już uznana ekipa formacji L'udova hudba Stana Balaza z Raslavic: Stano Balaz - skrzypce, gitara elektryczna, gitara basowa, Pet'o Germuska - cymbały (ale jakie!), Miso Germuska - akordeon. Tych trzech gości robiło rzeczy, o których najstarszym "góralom" po naszej stronie Tatr się nie śniło, a jak się przyśniło, to oblewali się zimnym potem ze strachu, że się wyda, że nie mają o takiej muzyce pojęcia. Doskonałe instrumenty, doskonałe rzemiosło i do tego osłuchanie, wszechstronność i otwartość powaliła mnie na kolana. Co innego słuchać takich muzyków na koncertach (co robimy od lat...), a co innego uczestniczyć w sesji nagraniowej, rozmowach, obiadkach...  Zajmujące było też bserwowanie sposobu pracy, uzgadnianie ostatecznych wersji, a potem wspólne słuchanie tego co powoli się z nagrań wyłania... Ej boy! Mój bezpośredni udział w tej sesji jest dość niewielki, ale A. pokazała klasę i zaskoczy wielu... Praca nad nagraniami idzie powoli, ale wiemy, że są w doskonałych rękach i będziemy czekali tyle ile będzie trzeba. O realizatorze dźwięku napiszę jeszcze osobno, ale poczekam do płyt matek z gotowymi nagraniami. To będzie bardzo zaskakująca sesja na jesienną celebrację 15 lat Karpat Magicznych i w pewnym sensie zamknięcie wielkiego kręgu naszych poszukiwań karpackiego ethnocore.
Z drogami po Karpatach na Słowacji wiąże się też zapis naszej trasy - Andy Warhol Tour z 2009 roku. Tomek Rolnik Czermiński, nasz "oprawca" plastyczny i autor new look okładek płyt z World Flag Records pociął go i zlepił cyfrowo i jest to jakiś ślad pracy, jaką kiedyś wykonaliśmy. Znajdziecie go na You Tube. Chodzi o projekt, który przypomina rusińskie korzenie Andy Warhola i objaśnia moją tezę, że w Jego sztuce jest więcej tradycji ze wschodniej Słowacji (przekazanej małemu Andy'emu przez matkę Julię), niż się to powszechnie zauważa. Wytropiłem też ważny wątek ucieczki ojca, a potem matki Andy Warchola, pieszo (!) ze Słowacji przez Polskę, Bogdan Kiwak zbudował - z moją pomocą teoretyczną - artefakt w postaci dziecinnego "wózka Warhola", a nawet pojawiła się specjalna kompozycja dla potrzeb tego projektu, którą stworzył i nagrał Andrzej Widota. Po trasie na Słowacji, podczas której dotarliśmy do wsi Mikova i graliśmy koncerty (Koszyce, Preszow), a Bogdan działał w nurcie street artu :-) , a także pięknym późniejszym ujawnieniu w sali Muzeum -manggha- w Krakowie (m. innymi z Risą Takitą - butoh) zostały blaszane kwiaty Julii Warholowej, wózek, mała płytka ze wspomnianym utworem i filmik... W 2012 roku odbyły się w Krakowie i Rzeszowie dwie wystawy traktujące o słowackich kontekstach Andy Warhola i nic... jak grochem o ścianę?! A może właśnie nie? Może to był odzew ściany?

Wczoraj przeprowadziliśmy rytuały współbrzmień w sali Nowohuckiego Centrum Kultury i nie była to łatwa praca. To był nasz nadliczbowy i bardzo osobisty Naga Day?! Nazwa tego eventu, która nie pochodziła od nas (chyba zaproponowali ją Ela i Andrzej Lisowscy, gospodarze trzeciego dnia Navigator Fest.) okazała się dość ryzykowna. My sami od lat doskonale współbrzmimy, ale współbrzmieć z NCK nie jest łatwo, a nawet zorientowaliśmy się szybko, że jest to niebezpieczne. Współbrzmienie ze specyficzną sferą NCK, na prawach tej sfery, oznaczałby dla nas ciężki uszczerbek na psychice, kalectwo mentalne i powolne osuwanie się w obszar mroku... a współbrzmienie na naszych prawach, to wysiłek, który musieliśmy leczyć 9 godzinnym snem i mogę mieć tylko nadzieję, że uda się zamknąć etap rekonwalescencji wyjściem na wielki szczyt tzw. Niskich Tatr w najbliższy weekend. Niestety, sukcesem w takich sytuacjach jest już samo ujście z życiem i szansa na poskładanie się swoimi sposobami. Rytualna zmiana w tamtym miejscu wymaga znacznie bardziej potężnych mocy i radykalnych środków niż to czym dysponujemy, a do tego nie jest to nasze posłannictwo. Całe zajście z Navigator Fest. ma też inne aspekty i jak to zwykle bywa naszą ochroną była publiczność, doskonała fotograficzka z Redakcji nowohuckiego pisma Lodołamacz, Lisowscy i efekty wcześniejszej konferencji prasowej... a także przestrzeń tundry lekko dotykająca tę dziwną sferę, poprzez naszą książkę Vaggi Varri, która ładnie (a niespodziewanie) zaistniała na scenie. Aby była całkowita jasność: nie mam nic do organizacji Festiwalu, nasze instrumenty zostały przywiezione i odwiezione, umowa podpisana, nagłośnienie pięknie działało... ale to coś jest poważnym kłopotem NCK i w koniecznej i radykalnej zmianie nie pomoże wlepianie p. Andrusa w program, nagradzanie p. Marka Kamińskiego albo wynajmowanie firmy, która oferuje kiepskie pierogi z mikrofali na tacce ze styropianu pokrytej folią... w oprawie jak ze złych wspomnień. Długi czas byliśmy pewni, że to nowohucka stylizacja i stoi za nią przewrotny śmiech dyrektora Łaźni Nowej... albo organizatorów wycieczek śladami PRL-u. Może jednak?

Cieszę się już na Snehovą Jamę i Certovą Skale w drodze na umykającą nam od lat Kralova Holę na Słowacji. To w najbliższy weekend, a po nim: kilka koncertów z Bird People i Garekiem Drussem. Zaczynamy 11.04 w Krakowie na scenie Magazynu Kultury, 17.04 mamy spotkanie z fanami Skandynawii w Oleśnicy!, a 18, 20, 21.04 gramy w Austrii.  Zaplanowany jest też koncert i promocja książki o tundrze w Warszawie: 26.04 w Ukrytym Mieście. Niestety muszę się oderwać od tego wpisu, bo do środy muszę skończyć nową wersję (mocno zmienioną) przewodnika po Starym Sączu... Naga Days?

Vak days albo żuchwa jelenia.

0 comments
Nasza nowa książka Vaggi Varri. W tundrze Samów i praca wokół niej, to główny motyw ostatnich dni. W budniowie tzw. media są tak wykoślawione, że każda udana akcja i dotarcie do kilku nowych czytelników wydaje się wyłomem w ścianie obojętności i niekompetencji. Wersja, że panuje jakaś zmowa milczenia lub coś w tym rodzaju, jest bardzo optymistycznym poglądem na naszą rzeczywistość. Tu jest bezmiar grząskiego budyniu złożonego z braku wiedzy i orientacji w świecie, lenistwa i interesowności oraz nawykowych sposobów funkcjonowania wyuczonych na wzór tresury tzw. psów Pawłowa. Tym bardziej cieszy i zastanawia ( a czasem włącza czerwoną lampkę z napisem: uwaga, ostrożnie!) każdy drobny wyłom w tym mało przyjaznym otoczeniu. Wyłom raczej nie pojawia się samoczynnie i pracujemy wytrwale, aby zawartość książki dotarła do właściwych ludzi. Optymizmem napawa spore zainteresowanie podczas oficjalnej promocji zorganizowanej przez Wydawnictwo Alter i Środmiejski Ośrodek Kultury (26.02.2013 - oficjalne narodziny książki!) w Krakowie, obszerne notki na kilku portalach i w Gazecie Górskiej, starania naszych przyjaciół z Redakcji pisma Dzikie Życie i zaproszeniach z Radia Kraków, ale także świetnej i bezcennej otwartości Radiofonii. Robi co trzeba także Serpent.pl i pierwsze hurtownie, które podobno boją się... Ja też się boję takiego kraju, w którym hurtownie boją się, że nie sprzedadzą takiej książki jak Vaggi Varri... Zimny pot oblewa mi plecy! Poza naszą ciężką robotą na kształt książki złożyła się praca kilku osób i to jak książka wygląda to zasługa zdolnej artystki Magdy Konik!
W dwa dni po oficjalnej premierze książki odbył się wieczór celebracji w Magazynie Kultury (28.02.2013r.) i nie mogło się obyć bez muzyki... Zaproszony przez nas duet Tundra z Gdańska i my, już bardziej jako Noise to Silence z doskonałymi wizualizacjami wobixa (dzięki wielkie Jarek!), ale także czytanie wybranych akapitów (dziękujemy za kulturę sceniczną Marceli Bożek z Magazynu Kultury!), rozdawanie martenic specjalnie przygotowanych na ten dzień (kilka godzin przed 1 marca i świętem Baba Marta) przez Bogdana Kiwaka plus torcik (dziękujemy Nataszy!) i doskonała organizacja i sympatyczne przyjęcie w Kolanku nr 6 ... znowu niezrównana Marcela!!! i ekipa wolontariuszy! Osobne dzięki dla władcy nagłośnienia Mateusza Sieniawskiego! ALE to wszystko by nie zadziałało tak dobrze, gdyby nie Ci wszyscy ludzie, którzy przyszli, kupowali książki, prosili o podpisy i najwyraźniej nie uznali swej wieczornej wyprawy za kiepską! Dla mnie jest szczególnie ważne to, że przy profesorach siedzieli studenci, a przy nich trekkerzy, fani muzyki i miłośnicy dobrej wizualizacji, byli też zainteresowani tortem... Tundra okazała się ekipą doskonale osłuchaną i potrafiącą się znaleźć muzycznie nawet w takim przerażającym otoczeniu jak my... kilka znacznie bardziej doświadczonych, a może tylko znacznie bardziej zarozumiałych zespołów, boi się tego jak ognia... :-) dzięki czemu kilka festiwali jest dla nas zamkniętych. Wspólny i w dużej mierze swobodnie kształtowany koncert został zarejestrowany i o ile jakość pozwoli, to pewnie uda się część udostępnić w sieci. To, mam wrażenie, nie ostatni akt współpracy z Dawidem Adrjanczykiem i Krzyśkiem Joczynem / Tundrą?! Jak już tyle słodyczy w tym budyniowie, to muszę wspomnieć o hicie moich medialnych akcji czyli słynnej już w kilku środowiskach żuchwie jelenia! To bardzo intrygujące narzędzie muzyczne lub prosty instrument (?) ma brzmienie specyficznej grzechotki, ale wygląd mocno wpadający w oko i w wyobraźnię. To wszystko bowiem jest wprost z paleolitu... Miałem dużo radości gdy przetestowałem żuchwę jelenia na konferencji prasowej zorganizowanej przez Nowohuckie Centrum Kultury w związku z Navigator Fest. (nasz dzień na tym Festiwalu to niedziela palmowa...! -24.03.2013! od 16.40). Nieomal wszyscy dziennikarze zostali uwiedzeni żuchwą jelenia i wcale się Im nie dziwię... :-) Potem był Magazyn Kultury i opisany już wieczór okraszony solówkami na żuchwie jelenia... a w piątek, w audycji Gochy Niecieckiej w Radiofonii, którą (Radiofonię, nie Gochę!) krakowscy rektorzy postanowili zamknąć, bo podobno dużo kosztuje i nikt jej nie słucha (co jest kompletną bzdurą!), żuchwa wróciła do swej pierwotnej, magicznej funkcji... Wyleniałe gronostaje vs sprężysta żuchwa jelenia! W trzy dni udało mi się żuchwę jelenia przywrócić do obiegu aktualnej kultury i śmiem twierdzić, że nie mogłaby tego sprawić nawet największa gablota w najbardziej zasłużonym muzeum przez kilka tysięcy dni... :-) , co także znacznie więcej kosztuje niż moje skromne eventy. Ale ja nie apeluję o zamykanie muzeów, bo różnorodność jest podstawą zdrowego ekosytemu.
Vak jest Boginią i Patronką muzyków i pisarzy... i kilka najbliższych wyjazdów dla promocji naszej książki polecamy Jej uwadze... Zaczynamy od Wrocławia gdzie w Tajnych Kompletach zjawimy się 14.03.2013, w dwa dni później - 16.03 opowiemy o tundrze i książce w Szczecinie w ramach Nordic Cross Point, a w niedzielę - 17.03, mamy nadzieje spotkać się z zainteresowanymi w Poznaniu w Kluboksięgarni Głośna. Potem będzie wspominany Navigator Fest. w Krakowie, a w kwietniu spotkania w Katowicach i Warszawie. W Warszawie szykujemy także koncert Noise to Silence! Zagramy także koncert z przyjaciółmi z Bird People (Austria) i Garekiem Druss z Seattle... oczywiście w Magazynie Kultury w Krakowie  i oczywiście we czwartek: 11.04.2013r. Ale o tym w następnych relacjach z frontu anty-budyniowego!
Właśnie w sieci pojawiła się wiadomość, że ziemia się trzęsie pod Tatrami... pamiętam jak nas wyśmiewano gdy w czasie kampanii przeciw zalewaniu wodą przedpola wapiennych Pienin (to się nazywa Zespół Zbiorników Retencyjnych...) były obawy o trzęsienia ziemi i nagłe zejście wody Dunajcem... Rektorzy opamiętajcie się, bo nawet ziemia się trzęsie z żałości nad tym co wyprawiacie z Radiofonią! A żuchwa jeszcze czeka na opamiętanie... :-)
Na obrazku mapka z naszej książki, która pokazuje gdzie umiejscowiona jest akcja... :-)
  

SUBHARCHORD

0 comments
Nasz coroczny wypad do Berlina na Festiwale: Transmediale 2013 i Fest. for Adventurous Music & Art był i tym razem niezwykle ciekawy i inspirujący. Ciekawy, bo pojechaliśmy do Berlina zaraz po udziale w Festiwalu digital-ia w Szczecinie (o ktorym pisałem wcześniej) i okazało się, że w klubie 13 Muz było całkiem, całkiem przyzwoicie i bodaj ciekawiej niż na Transmediale! Bio-art wydaje się być obiecującym polem doświadczeń i dyskusji i pewnie dlatego digital-ia porwały mnie bardziej?
Transmediale 2013 pod ładnym tytułem BWPWAP (Back When Pluto Was A Planet) to dla mnie, laika i obserwatora: prezentacja prac filmowych z doskonałą muzyką People Like Us, wykład i prezentacja przygotowywanej nowej książki Siegfrieda Zielińskiego (jestem Jego fanem),  wystawa prac graficznych (stare maszyny powielające!) i zabawa systemem poczty pneumatycznej (jako przykładu niezależnych sieci komunikacyjnych i wyczekiwanej alternatywy dla znienawidzonego :-) FB... :-)  ) ... i prezentacja - On the Politics of Blaxploitation-Cinema and Sun Ra's Afrofuturism.
Z tej ostatniej pogadanki okraszonej fragmentami filmów i fotką przedstawiającą rewolwer i czarny penis, jako obrazowego ujęcia lęków bladych twarzy przed legendarną witalnością seksualną i przemocą czarnych obywateli USA... nic właściwie nowego nie winikało. Sądząc po proporcjach penisa i pistoleciku, zdaniem prelegenta lęki białej Ameryki ogniskowały się raczej na witalności seksulanej Innych niż na przemocy, no i co to za odkrycie? Do przemocy garną się widać wszyscy, nawet ci z małymi pistolecikami!? Poza penisami i fascynacją bladego akademika Czarnymi, ujawniono także kilka interesujących kwestii. Szczególnie ciekawy był cytat z Kodwo Eshun opisujący dokonania Sun Ra: Hi's using the Moog to produce a new sonic people. He's using it to produce new astro-black Americans. Kiedy słucham takich wystąpień, to targają mną skrajne uczucia: od ciekawości, akceptacji i pochwały zajmowania się twórczością artystyczną przez tzw. naukę, po irytację i sprzeciw wobec posługiwania się czyjąś sztuką dla przeprowadzania swoich naciąganych tez i tworzenia bytów wydumanych.
Zielinski ze swym legendarnym rzutnikiem na kalki foliowe pokazał książkę - archiwum, w której nie będzie papierowych stron, a zbiór foliowych kalek... Książka będzie bardzo gruba i droga (są już przyjmowane zgłoszenia chętnych), ale byłoby dobrze mieć do jej czytania także stary typ rzutnika. Muszę poszperać na zapleczu mojego biura...
Zieliński i plątanina żółtych rur poczty pneumatycznych plus wydruki z kolorowych powielarek dodawały do nostalgicznego tytułu Festiwalu specyficznego smaczku, który jednak nie wróży dla niego ekscytującej przyszłości i ktoś (a wiemy kto...) musi się chyba nieco wysilić za rok?!
W 2012 roku byłem jednym z nielicznych, którzy zamiast wodzić palcem po ekranie iPoda, otwierali reporterski notes i robili notatki ołówkiem... w 2013 zauważyłem już cały wysyp notesów, notesików, a nawet poczciwych zeszytów w kratkę spiętych gumką... Za to mniej się piło bionady...?
Haus der Kulturen der Welt czyli wielki obiekt goszczący Transmediale ma dobrą stołówkę i sklepik z książkami, płytami, drobiazgami różnej maści... gdzie można kupić np. nową płytę... T. Spassova, mistrza fletu kaval z Bułgarii. Z przyjemnością kupiliśmy także nową płytę CD People Like Us pt. Welcome Abroad (Illegal Art 124)  i dwa single winylowe: Moon Magic (IA 702) i Withers in the Waking (Touch Seven 08), znakomta muzyka!
Prawdziwie duże emocje wyzwoliły w nas jednak dwa eventy jakie wydarzyły się w ramach  Festiwalu CTM.13, który odbywa się prawie równolegle z Transmediale. Pierwszy z tych eventów to wielogodzinny maraton zatytułowany: Subharchord - a child of the Golden Age i wystarczy wspomnieć, że poza fantastycznym i wielkim instrumentem (subharchord) elektronicznym brzmiącym jak pre-Moog znaleziony w świątyni Azteków, wysłuchaniem w towarzystwie samego artysty (!) kompozycji Frederica A. Rzewskiego - Zoologischer Garten event ten zamykał koncert intrygującego składu Biosphere + The Pitch. Geir Jenssen (aka Biosphere) jest dobrze w Polsce znany, ale z The Pitch zabrzmiał całkiem rewelacyjnie! W koncercie użyto odrestaurowanego i całkiem sprawnego subharchordu (!) i kilku instrumentów akustycznych (bęben obrotowy, wibrafon, kontrabas, klarnet) i klawiszowych, wyraźnie starszej generacji. Muzyka była doskonale zagrana, przemyślana i z dużą dozą tej pięknej improwizacji, która pojawia się gdy muzyk jest swobodny i otwarty. Jeszcze bogatszy global sum of all ecosystems jak definiuje się w ekologii pojęcie biosphere.
Jedynym (dla mnie) zgrzytem w starannie przygotowanym wieczorze był laptopowy set Kippschwingung Franka Bretschneidera. "Szwingung" był jak jasna cholera, oko oscylatora pulsowało jako wizualizacja na wielkim ekranie, A. zasnęła mimo zabawy artysty wirtualnym potencjometrem, a scena laptopowa nie zyskała u mnie nawet najmniejszego punktu. Frank B. jest pewnie znakomitym artystą i może w innych warunkach, w innym czasie ... ale laptopy do Złotej Ery muzyki elektro-akustycznej i archeo-elektroniki nigdy nie wejdą i nie bardzo wiem czego tam szukały.
Jak zeznał zagadnięty przez A. Jenssen; ten właśnie koncert plus nagrania zrobione podczas prób do niego, będą materiałem do wykrojenia nowej płyty Biosphere i The Pitch. Ma być szybko! Czekamy...słuchając własnej małej rejestracji.
Bardzo podobała mi się koncepcja zestawiająca wykład inżyniera dźwięku z dawnego studia eksperymentalnego berlińskiego radia z Rzewskim, który bywał w Berlinie za czasów NRD oraz Biosphere i doskonałymi muzykami z The Pitch ożywiającymi niezwykły instrument w 2013 roku. Przypominam, że Rzewski (którego kompozycje zaczynają mi się podobać bardziej niż S. Reicha) to rocznik 1938, a Jenssen urodził się w 1962 roku ... wspomniany inżynier ma pewnie bliżej do Rzewskiego. Na sali wielu słuchaczy z Włoch, za nami siedziała ekipa ze Słowacji...Polaków nie widziałem, ale zapewnie byli?
Drugi ze wspomnianych eventów, który zapadł nam w pamięć to koncert (?) Sunn O))). To specyficzne wydarzenie miało oprawę klubową i kilkaset osób stało na betonowej posadzce, a na scenie najpierw pojawił się dym wprowadzający osobliwy (dla mnie) klimat... a potem wyszli dwaj goście, jeden z lutnią ud, a drugi z wielkimi płaskimi bębnami i zagrali. Na lutni grał młody muzyk - Khyam Allami, na bębnach - Vasilis Sarikis... Duet ten pokazał tak dobry set akustycznej muzyki, że cała sala fanów najcięższych brzmień zawyła (dosłownie, styl to styl) z zachwytu. Allami wspomniał, że kompozycje są z jego (ich) debiutanckiego albumu i warto się za nim rozglądać! Potem było dużo dymu, jeszcze więcej dymu i znowu dym uzupełniony nowym dymem i ustawianiem gitar... Po dość irytującym odczekaniu w garderobie dalszych kilkunastu minut i dodaniu dymu do dymu jaki zaczęli robić niektórzy słuchacze plus dymu z papierosów i jointów pokazujących się to tu, to tam.... na scenie pojawili się Artyści w kapturach mnisich. Taki Zakon Grzmiącej Gitary, czy coś... Rozpoczęła się akcja w postaci emitowania dźwięków o sile stu bomb atomowych oraz teatralne dodatki w postaci wygrażania (nam?) zaciśniętymi pięściami muzyków (jedna ręka przy tej technice gry na gitarze jest prawie zawsze wolna) lub pokazywaniem gestów przypominających zrywanie dużych jabłek (ale zapewne było to wyrywanie serca wrogom), co podchwyciło zaraz kilku wyznawców ZGG ze świątyni Sunn O))). Teatr jak teatr, ale sam dźwięk zaczynał mnie powoli przekonywać i z zazdrością patrzyłem na kilka ton głośników jakie Zakon miał do dyspozycji. Bo w budyniowie też by tak chcieli, ale w zestawie są głośniki typu - dwie "budki dla szpaków" i końcowka mocy... no właśnie, raczej końcówka niż mocy. Zaczynałem się rozsmakowywać w bliskim mi noise sound, ale goście z papierochami dymili bardziej niż dymiarka na scenie, jakiś Turek wymachiwał A. identyfikatorem, który znalazł chyba w śmieciach i który w jego mniemaniu uprawniał do deptania po butach i chamskiego zasłaniania widoku gestykulujących członków Zakonu. Aby nie narazić się szczytnej (chociaż nie działającej od dawna) idei Multikulti, oddaliliśmy się nieco od sceny. Słychać było dalej dobrze :-) , a mogliśmy podziwiać koszulki Zakonu po 20 i 40 euro ... Kiedy jeden z Zakonników zaczął niestety śpiewać, naciągneliśmy kaptury i rzuciliśmy się w ciemność i deszcz Berlina, ku naszej przyjacielskiej kwaterze. Z Jackiem S. wymieniliśmy potem uwagi i doceniliśmy to przebieranie w habity... Jacek nawet sugerował aby poszperać w internecie i zobaczyć czy w tym samym czasie klony Sunn O))) ukryte w kapturach nie grały w innych miejscach?! Tak, poważnie, to brzmienie było super (bez wokalu), nawet ten dym można jakoś znieść, ale koncepcja magicznych gestykulacji jakoś mi nie leży, co w ocenie samej muzyki (zakonnego sound artu?) nie ma znaczenia. Poszedłbym z chęcia na Sunn O))) do miejsca gdzie można siedzieć i słuchać w spokoju... z zamkniętymi oczyma.
Na focie A. subharchord tuż przed koncertem...
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội