Quadrat:sch - Stubenmusic
Najbardziej interesującym zjawiskiem w muzyce europejskiej jest dla mnie pojawienie się nowego brzmienia, które oscyluje gdzieś pomiędzy muzyką współczesną, elektroakustyczną muzyką eksperymentalną, poetyką free jazzu, a tym wszystkim, co dzieje się w środowiskach uprawiających muzykę medytacyjną i psychodeliczny folk-rock. Wszystkie te określenia są więcej niż umowne i najbardziej mnie fascynuje nieortodoksyjne podejście do wielu instrumentów muzycznych. W tego rodzaju nagraniach słyszymy znane instrumenty na nowo, a sposoby gry napawają nową nadzieją na muzykę wolną od schematów i traktowaną jak sztukę, a nie jedynie jak towar do upchnięcia. Jest to potwierdzenie mojego przekonania, że instrumenty muzyczne są najważniejsze i stanowią coś na kształt materialnej manifestacji symbolu, w której zawarte są nieskończone możliwości. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich instrumentów muzycznych, ale wiele tradycyjnych konstrukcji przechowuje inicjalne dźwięki, rytmy i harmonie jakie ciągle zadziwiają, o ile są użyte przez odpowiednich artystów. Instrumenty to jedna, a szukanie smaku określonych krajobrazów, miejsc i sytuacji pomiędzy ludźmi, to druga ścieżka inspiracji i intuicyjnego procesu w jakim powstaje interesująca muzyka. Kiedy piętnaście lat temu zaczynaliśmy nasze świadome dążenie do dźwiękowego etno-core Karpat, wielu ludzi stukało się w głowę z politowaniem. Nie czytali i nie podróżowali tyle co my, albo zbyt mocno tkwili w naszych środkowoeuropejskich kompleksach? Nigdy nie chodzi o tani folkloryzm, ani też o połączenie instrumentów etnicznych z orkiestrą symfoniczną, z takich działań rodzą się tylko pokręcone potworki. Jeżeli żywa kultura Europy jeszcze istnieje, to łapie drugi oddech w nowym języku muzyki związanej z europejskim krajobrazem i swoistością/mitycznością pewnych miejsc, sytuacji i stanów ducha.
Podwójny album formacji Quadrat:sch pod tytułem Stubenmusic jest dowodem na to, że opisywany nurt (a może raczej przeczuwany...?) ma się dobrze w strefie kultury alpejskiej: od Austrii po Szwajcarię. O nowej muzyce w Szwajcarii pisałem jakiś czas temu w Glissando, a Quadrat:sch obserwuje od niedawna i ich album wydany w 2011 roku przez col legno www.col-legno.com jest swietnym świadectwem nowych brzmień. Muzyka wywodzi się z typowego dla brzmienia alpejskiego folkloru (w XVIII wieku) zestawu instrumentów: cymbałów, cytry, harfy, gitary i kontrabasu, wzbogaconych o obiekty z drewna, kamienia i wodę. Pośród tych ostatnich zespół wykorzystał rzeźby dźwiękowe Kassian Erhart. Jego rzeźby odwołują się do podstawowych elementów krajobrazu Tyrolu: skał, drewna i wody. Mamy to już dość dobrze przepracowane, więc dodam, że chodzi o specyfikę krajobrazu jaka istnieje realnie, ale też w mitach i wyobraźni. Skały, drewno/drzewa i woda to elementy podstawowe dla wielu innych rejonów Europy czy świata, ale kiedy do nich dodamy klimat, zapach, dotyk wiatru, smak i światło, tworzą swoisty, miejscowy, organiczny kod rozpoznawalny zawsze i bez trudu. Ta łatwość nie ma nic wspólnego z łatwością zdefiniowania... Odniesienie do krajobrazu i jego organicznych elementów, jest uzupełnione w opisie albumu odniesieniem do stanu ducha i poczucia swojskości w postaci tytułowego Stuben, co oznacza rodzinny, ładnie urządzony pokój w domu rolników, gdzie się spotykało i m.innymi razem muzykowało.
Quadrat:sch to autorski projekt artystyczny małżeństwa: Christofa Dienza i Alexandry Dienz. Oboje nie są początkującymi muzykami i tworzyli kiedyś legendarny zespół Die Knodel, w którym zajmowali się eksperymentalną muzyką na "loopowaną" cytrę (Christof Dienz), kontrabas (Alexandra Dienz), cymbały i orkiestry z Linzu, Wiednia, Insbrucku i kilka innych zespołów muzycznych. W 2009 roku założyli Quadrat:sch koncertując w Austrii, USA, Australii. Koncertom poza Austrią pomogła współpraca z amerykańską harfistką Zeeną Parkins (jest także obecna na omawianym albumie), pionierką elektronicznych wersji harfy.
Quadrat:sch poza małżeństwem Dienzów tworzą: Barbara Romen grająca rewelacyjnie na cymbałach i gitarzysta Gunter Schneider. Poza wymienionymi w nagraniu Stubenmusic wziął udział perkusista Herbert Pirker.
Album składa się z dwóch płyt CD, zatytułowanych: Quadrat:sch (12 krótkich kompozycji o łącznym czasie 42:07) oraz Quadrat:sch Extended z gościnnym udziałem Zeeny Parkins i podtytułem: Stubenmusic na cymbały, cytrę, harfę, gitarę, kontrabas, drewno, kamień i wodę. Ta druga płyta przynosi 9 kompozycji o łącznym czasie 39:52.
Materiał muzyczny bardzo różni obydwie płyty na "pierwszy rzut ucha", pierwsza jest zbiorem tematów quasi folklorystycznych, domowych, austriackich melodii popularnych, a druga to sam miód na nasze krnąbrne serca... piękne, wyrafinowane improwizacje i preparowane instrumenty, a przy tym odwołanie do miejsc i krajobrazów. Przy kolejnych odsłuchaniach odkrywamy, że w pozornie folklorystycznych tematach z pierwszej płyty kryje się ten sam duch, co na płycie Q. Extended, a płyty różni jedynie podejście do materii muzyki w sensie traktowania instrumentów i gospodarowania energią. Podział na różne sposoby opowiadania o tym samym jest charakterystyczną cechą nowego fluidu jaki starałem się opisać wyłuskując go z moich przeczuć.
Takie zespoły mają u nas dość kiepsko, bo nie przystają do folkowych festiwali, niezbyt dobrze mają się w grupie zespołów muzyki współczesnej i przepadają w wyścigach na eksperyment, bo za eksperyment ciągle uchodzi uporczywe wpatrywanie się w monitor laptopa... Wiem coś o tym i cieszę się, że można robić coś poza określoną sceną i robić tak doskonałe rzeczy! Oczywiście w Austrii, Szwajcarii i Niemczech jest nieco inaczej, bo i więcej jest tam wyrobionych słuchaczy szukających czegoś prawdziwie autentycznego i poza pop-obiego-wciskaczem :-)
Na szczęście nie jesteśmy już zamknięci w jedynie słusznej klatce realnego socjalizmu i możemy obserwować i kosztować muzyki Quadrat:sch z pierwszej ręki na ich ojczystej ziemi lub z płyt... Jakie to piękne uczucie, że są artystyczne przedsięwziecia, które nijak się mają do koncepcji stu zespołów na jeden festiwalowy wieczór...
O źródłach nowej muzyki/praktyki i nowych instrumentach (m.innymi o instrumentach z kamieni i bloków skalnych) napisałem na zaproszenie Krakowskiego Biura Festiwalowego do materiałów towarzyszących Festiwalowi Muzyki Filmowej... tekst pt. Biomuzyka znajdziecie na http://www.fmf.fm/pl/8/416/462/eko-teksty
la biennale di Venezia 55. Esposizione Internazionale d'Arte
Już lekko opadł z nas pył podróżny i wracamy do roboty, ale podróż do Wenecji, Triestu, Lubljany i Esztergomu była bardzo udana i pełna inspiracji. Z tym powrotem do roboty, to taki sobie żarcik, bo właściwie byliśmy w pracy i to czasem po 10 godzin dziennie czyli tak jak zwykle... Są już pierwsze wyniki, bo udało się wyedytować sporo plików z zapisem soundwalków w każdym z wymienionych miast jakie odwiedziliśmy i są one warte utrwalenia w formie kolejnych płyt z dźwiękowym zapisem podróży. Do tego mam szereg interesujących tematów etnobotanicznych, które opiszę na www.etnobotanicznie.pl bo zainteresowanie roślinami w kulturze jest całkiem duże i widzę w tym sens. W dużym stopniu, cała nasza podróż dotykała sztuki, tej współczesnej i tej nastarszej, ale też problemu wyborów w kulturze i czasem zadziwiająco mylnych obrazów jakie serwuje nam utarta, popkulturowa i marna dykciana dekoracja klecona przez media wspierane niekompetencją i nonszalancją wielu recenzentów kultury, dawniej i dziś.
Wenecja jest bardzo specyficznym miastem i od pierwszej chwili, gdy tylko wyszliśmy z dworcowego budynku nad kanał, schody i mosty poczuliśmy, że warto się w nim zatopić i szybko pozbyć się stereotypowych ocen i kulturowych kalek. Pierwszym odczuciem była jakaś spokojna siła, taka sama jaką odczuwaliśmy w Benaresie, indyjskim pra-mieście nad Gangesem. Wenecja żyje od półtora tysiąca lat i czuje się to na każdym kroku. Przy dziejach Wenecji i Republiki Weneckiej nawet najbardziej znane kościoły i relikwie są jakieś bardziej umowne, lżejsze i czasowe. Tylko morze jest prawdziwym partnerem dla tego miasta i tylko bezmiar morza/natury przyjmie je kiedyś do siebie. Pierwszy rzut oka na mapę Wenecji ukazał mi piękny obraz ryby skierowanej głową ku brzegowi... na jakiś czas. Uliczki Wenecji swym charakterem i gabarytami eliminują raz na zawsze ruch samochodowy, który wdarł się wprawdzie bardzo blisko, ale tej bariery nie pokona. To wielka ulga chodzić po mieście, które nie jest zaśmiecane przez całą dobę przez ten najgorszy z prymitywnych wynalazków XX wieku. I także pod tym względem Wenecja jest arystokratyczna i jedyna w swoim rodzaju. Kiedy rozpoczęliśmy rejestracje soundwalkowe i mikrofon plus słuchawki dawały nam ten mocny, wyraźny dźwiękowy smak miasta, od zaraz poczułem ulgę. Tak, po kanałach pływają łodzie motorowe... Tak, pod sam główny plac miasta podpływają gigantyczne statki o wysokości 60 m i długości, jak się wydaje, połowy miasta, ale brak samochodów i tak stwarza wyraźnie wyczuwalną przestrzeń wolną od toksyn z jakimi musimy żyć prawie wszędzie i prawie zawsze. Wysokie góry, tundra za kręgiem polarnym i Wenecja...
W Wenecji mieliśmy spotkać się z największą wystawą sztuki współczesnej na świecie, która jest tu organizowana od 1895 roku... Biennale to około 80 miejsc wystawiania setek dzieł, które rozsiane są po całym mieście, ale są dwa główne skupiska pawilonów narodowych i ekspozycji: Giardini i Arsenale. Odwiedzanie pozostałych miejsc daje okazję na zobaczenie poza sztuką także budynków, starych mieszkań i wewnętrznych ogrodów jakie w innej sytuacji nie moglibyśmy oglądać. To duża atrakcja i czasem rekompensata za kiepskie dzieła i słabawe ekspozycje. Pomiędzy punktami Biennale trafia się ślad jaki pozostawił Claudio Monteverdi lub Antonio Vivaldi, który pracował w Wenecji jako nauczyciel muzyki w jednym z "konserwatoriów" czyli weneckich sierocińców, gdzie jako metodę wychowawczą stosowano naukę wszelkich umiejętności związanych z muzyką. Główne place, most i kościoły warto omijać z daleka, bo i tak zobaczymy je zbyt wiele razy mimo uników.
Na zobaczenie większości z ekspozycji i dzieł wystawionych zgodnie z zamysłem kuratora Biennale nie wystarczą dwa, ani nawet trzy dni i jest to stresujące. Tym bardziej, że szybko odkrywa się jak bardzo mylne, słabe i zwyczajnie nieprawdziwe są opisy polskich recenzentów. Jeden z nich, publikujący w Polityce postarał się nawet o to aby nie podać właściwych cen biletów, nie mówiąc o tym, że jak to zwykle w budyniowie przecenił obecność Polaków i nie zrozumiał (ale nie omieszkał zlekceważyć) pracy kuratora Biennale - Massimiliano Gioni. Nie odwiedził ekspozycji nagrodzonej (bo jeszcze nie była nagrodzona i nie miał cynku...), ale musiał wspomnieć, że od 20 lat odwiedza Biennale. I po co? Megalomania w twierdzeniu o znaczącej obecności polskich artystów jest smutna. Może lepiej byłoby opisać jak obecni byli artyści ze Słowenii, Tajwanu i Azji Centralnej... jak Chiny Ludowe wykupują Afrykę nawet na Biennale i jak artyści chińscy tworzą ważną sztukę bez zezwolenia Komitetu Centralnego...albo co pokazano w Pawilonie Wielkie Brytanii. Może warto byłoby zauważyć, że na Biennale wystawiono prace artystów lub ludzi nie mających na celu tworzenia tzw. sztuki, którzy w swoich czasach zostali pominięci przez promotorów sztuki, galerie i rynek sztuki, mimo, że ich prace są intrygujące i zaskakująco dobre, a nawet genialne. Kiedy chcieliśmy poczuć wspaniałą obecność polskich artystów i popławić się w soundartowej instalacji na dwa dzwony i przetworniki... zastaliśmy kartkę, że instalacja jest wyłączona. Była tak dobra, że musiano ją wyłączyć? Zmowa, zmowa... a poważnie to kuratorowi naszego pawilonu zlałbym dupę analogowo...i we dwa kije, nie dzwony.
Wieczorna Wenecja z tłumem ludzi na placach i przy stolikach restauracji, barów i kawiarni... rano zaskakiwała nas przemianą za sprawą znikających przed brzaskiem miejsc miłych spotkań, rozmów, doskonałego jedzenia i turystów, którzy przybyli tu na kilka godzin lub jedną noc. W labiryncie uliczek obserwowały nas setki intrygujących masek i przedmiotów, które tylko z trudem zaliczyć by można do niewinnych pamiątek z turystycznej eskapady... jak ta kolorwa przepaska biodrowa z napisem FUCK THE WAR. Z setek kolorowych masek wybraliśmy całkiem białe, bo tylko one mogą ciągle się zmieniać i przybierać wszelkie formy jakie przynosi wyobraźnia. Certyfikat załączony do masek potwierdzał, że weneckie maski nie są jedynie maskami... No i dotykamy tu dziwnej zdolności Wenecji do stwarzania silnego poczucia wejścia w kręcony właśnie film... O nierealności i wciągającej magii. Ale kiedy rano kupujemy flagę Wenecji i przekonujemy się, że wyprodukowano ją w ... Bangladeszu czar wcale nie znika. To niepokojące uczucie powoduje, że pojedziemy kiedyś do Wenecji raz jeszcze. O Trieście, Ljubljanie i Esztergomie w następnym odcinku... :-)
T.A.M.
2 sierpnia udało się zorganizować długo wyczekiwaną sesję nagraniową z Tomkiem Hołujem. Korzystając z kilku dni pobytu Tomka w Karpatach (TH mieszka na stałe w Sztokholmie) zamknęliśmy się na kilka godzin w górskim domu w okolicach Mszany z całym zestawem instrumentów i sprzętu. Przed rokiem muzykowaliśmy już razem w tym samym miejscu, ale tym razem zabraliśmy nagrywarkę i sprzęt umożliwiający użycie naszych instrumentów silnie modyfikowanych elektronicznie. Zdecydowaliśmy się na pewnego rodzaju minimal :-) a przynajmniej naszą wersję minimalu: Ania zabrała tzw. dużą gitarę (piękny i wyjątkowy elektroakustyczny zwierz!) plus mikrofon do instrumentu, który ma zawsze ze sobą czyli do: głosu. Ja zdecydowałem się wyłącznie na mocno modyfikowane, ale także z opcją akustyczną! - cymbały santur. Tomek tak długo stroił swój zestaw tabli, że dzień przed nagraniami bayan przestał grać...ale na szczęście był mój zestaw tabli, bardzo fachowo "ogarnięty" kiedyś przez Janka Kubka. Moje przeświadczenie o tym, że instrumenty powinny być "na chodzie" niezależnie od tego czy się aktualnie na nich gra czy nie przyniosły ratowniczy skutek. Do tabli dodaliśmy nieco gongów, garnków, blach, czyneli, dzwonków, czukpi (drewniane pałki przecięte wzdłuż do praktyki buddyjskiej medytacji i rytuałów) i kawałków drewna akustycznego.
Tomek Hołuj, kiedyś współzałożyciel grupy Ossian jest czynnym malarzem i grafikiem. Mieszka w Sztokholmie, a ja od dawna ceniłem Go najbardziej i jego wyjściem z Ossian (a później Osjana) mierzyłem koniec mojego zainteresowania muzyką tej formacji. Zdaję sobie sprawę, że dla młodszych fanów Osjana jest całkiem odwrotnie, ale tym gorzej dla nich... :-) Warto może przypomnieć, że przed autorskimi płytami tej grupy Polskie Stowarzyszenie Jazzowe wydało nagranie pt. Księga deszczu (fragmenty) (kompozycja zbiorowa) Zespół Ossjan... które zajmowało jedną stronę LP. Po drugiej stronie tego longplaya znajdowały się nagrania... "zespołu Deep Purple"...! Wydawnictwo PSJ w serii Klub Płytowy PSJ nie było powszechnie dostępne, ale dla zainteresowanych wystarczyło. Nagranie z tej płyty nie ma wiele wspólnego z pierwszą płytą Księga deszczu... ale to jest inna historia. Tomek H. popełnił też muzykę w składzie Stańko/Szczurek/Apostolis/Hołuj wydaną jako LP pt.Lady go... (1984, aktualna cena tej płyty w 1984 roku to 250 zł, Księga deszczu z Deep Purple była wcześniej i kosztowała 65 zł...). Długi czas Tomek nie grał i malował swoje piękne obrazy w Sztokholmie. W Jego pracowni stał jednak wielki bęben wystrugany niegdyś przez Słomę... i pewnie to on nie pozwalał odejść od muzyki zbyt daleko?
Nasz kontakt był przez wiele lat dość sporadyczny i zawieszony, aż tu nagle...
Decydując się na sposób w jaki chcieliśmy muzykować postawiliśmy wszystko na jedną kartę czyli uznaliśmy, że jedynie autentyczna improwizacja i rejestracja tego co słychać (bez możliwości mieszania ścieżkami w studiu) to jedyna uczciwa droga. Nie chcę w tym miejscu nikogo oceniać ani też przyszywać łatek, ale kiedy widzę i słyszę co pod improwizacją rozumieją różne składy młodych wilków, to litość mnie ogarnia i zażenowanie. Improwizacja jest staranną mieszanką odwagi, otwartości, gotowości słuchania innych, odpowiedzialności i uczciwości. Dopiero po tym wymieniałbym wyobraźnię, umiejętności techniczne i intelektualne wybory. Bez odwagi... i uczciwości wszystkie te elementy można o kant d... rozbić.
Wiejski dom, piec lampowy, mały mikser, trochę przetworników, mikrofon bez statywu, brak kolumn głośnikowych i nie nagłośnienie instrumentów perkusyjnych... wspaniały chleb i ser, doskonały makaron z pomidorami i paprykami, zielona herbata... Wsparcie ze strony Ewy... sąsiad, który zgodził się zrezygnować na ten wieczór z cięcia piłą tarczową :-) ciepło, jabłka w ogrodzie, świerszcze i pasikoniki, które nie zgodziły się zrezygnować tego wieczoru ze swoich sesji... :-)
Trzy godziny nagrań. Teraz mamy już wyedytowane 7 długich (za długich?!) fragmentów stanowiących osobne całości, osobne energetyczne muzyczne istności, muzyka to magia jakiej nikt nie zna całkiem dobrze, dotykamy jej tylko. Teraz wielkie stoły mikserskie i decydowanie z innymi, innymi zaufanymi, co było muzyką, a co jedynie stwarzaniem warunków, sposobności, miejsca?
Usłyszymy, zobaczymy. Piękna sesja i taka bez oczekiwań. Taka będzie płyta... już wiem, że piękna i czuję, że bez oczekiwań. Nie nazwiemy się Wielkim Improwizatorami, nazwaliśmy się tak jak nas rodzice nazwali T(Tomek).A(nna).M(arek). Nie oryginalnie, nie światowo, bo już dość oryginalności i światowości. Mamy tego po dziurki w nosie, niech Improwizatorzy zdobywają ułudę. Tomek napisał do mnie: przy następnym spotkaniu będziemy mniej grali, bo chcemy z Wami pobyć i porozmawiać... Tak, kiedyś nawet muzyka przestanie być aż tak ważna.
Tomek Hołuj, kiedyś współzałożyciel grupy Ossian jest czynnym malarzem i grafikiem. Mieszka w Sztokholmie, a ja od dawna ceniłem Go najbardziej i jego wyjściem z Ossian (a później Osjana) mierzyłem koniec mojego zainteresowania muzyką tej formacji. Zdaję sobie sprawę, że dla młodszych fanów Osjana jest całkiem odwrotnie, ale tym gorzej dla nich... :-) Warto może przypomnieć, że przed autorskimi płytami tej grupy Polskie Stowarzyszenie Jazzowe wydało nagranie pt. Księga deszczu (fragmenty) (kompozycja zbiorowa) Zespół Ossjan... które zajmowało jedną stronę LP. Po drugiej stronie tego longplaya znajdowały się nagrania... "zespołu Deep Purple"...! Wydawnictwo PSJ w serii Klub Płytowy PSJ nie było powszechnie dostępne, ale dla zainteresowanych wystarczyło. Nagranie z tej płyty nie ma wiele wspólnego z pierwszą płytą Księga deszczu... ale to jest inna historia. Tomek H. popełnił też muzykę w składzie Stańko/Szczurek/Apostolis/Hołuj wydaną jako LP pt.Lady go... (1984, aktualna cena tej płyty w 1984 roku to 250 zł, Księga deszczu z Deep Purple była wcześniej i kosztowała 65 zł...). Długi czas Tomek nie grał i malował swoje piękne obrazy w Sztokholmie. W Jego pracowni stał jednak wielki bęben wystrugany niegdyś przez Słomę... i pewnie to on nie pozwalał odejść od muzyki zbyt daleko?
Nasz kontakt był przez wiele lat dość sporadyczny i zawieszony, aż tu nagle...
Decydując się na sposób w jaki chcieliśmy muzykować postawiliśmy wszystko na jedną kartę czyli uznaliśmy, że jedynie autentyczna improwizacja i rejestracja tego co słychać (bez możliwości mieszania ścieżkami w studiu) to jedyna uczciwa droga. Nie chcę w tym miejscu nikogo oceniać ani też przyszywać łatek, ale kiedy widzę i słyszę co pod improwizacją rozumieją różne składy młodych wilków, to litość mnie ogarnia i zażenowanie. Improwizacja jest staranną mieszanką odwagi, otwartości, gotowości słuchania innych, odpowiedzialności i uczciwości. Dopiero po tym wymieniałbym wyobraźnię, umiejętności techniczne i intelektualne wybory. Bez odwagi... i uczciwości wszystkie te elementy można o kant d... rozbić.
Wiejski dom, piec lampowy, mały mikser, trochę przetworników, mikrofon bez statywu, brak kolumn głośnikowych i nie nagłośnienie instrumentów perkusyjnych... wspaniały chleb i ser, doskonały makaron z pomidorami i paprykami, zielona herbata... Wsparcie ze strony Ewy... sąsiad, który zgodził się zrezygnować na ten wieczór z cięcia piłą tarczową :-) ciepło, jabłka w ogrodzie, świerszcze i pasikoniki, które nie zgodziły się zrezygnować tego wieczoru ze swoich sesji... :-)
Trzy godziny nagrań. Teraz mamy już wyedytowane 7 długich (za długich?!) fragmentów stanowiących osobne całości, osobne energetyczne muzyczne istności, muzyka to magia jakiej nikt nie zna całkiem dobrze, dotykamy jej tylko. Teraz wielkie stoły mikserskie i decydowanie z innymi, innymi zaufanymi, co było muzyką, a co jedynie stwarzaniem warunków, sposobności, miejsca?
Usłyszymy, zobaczymy. Piękna sesja i taka bez oczekiwań. Taka będzie płyta... już wiem, że piękna i czuję, że bez oczekiwań. Nie nazwiemy się Wielkim Improwizatorami, nazwaliśmy się tak jak nas rodzice nazwali T(Tomek).A(nna).M(arek). Nie oryginalnie, nie światowo, bo już dość oryginalności i światowości. Mamy tego po dziurki w nosie, niech Improwizatorzy zdobywają ułudę. Tomek napisał do mnie: przy następnym spotkaniu będziemy mniej grali, bo chcemy z Wami pobyć i porozmawiać... Tak, kiedyś nawet muzyka przestanie być aż tak ważna.
Antonisz czyli nonkameryzm socrealistyczny!
Zachwyciły mnie po raz kolejny prace, wyobraźnia i talent Juliana Józefa Antoniszczaka (Antonisza), a to przy okazji doskonałej wystawy w Muzeum Narodowym w Krakowie. Brawa dla kuratorki Joanny Kordjak-Piotrowskiej i Rodziny Artysty oraz instytucji, które pomogły wystawę zorganizować. Poza filmami non-camerowymi, które rzecz jasna są najlepiej znane, wielką satysfakcję miałem z zobaczenia dokumentacji i wszelkich materiałów jakie Antonisz wytwarzał w sposób niezwykle obfity. Teczki, notatki, rysunki, bruliony, pomysłowniki i wykresy są dla mnie bardzo interesujące i bliskie. Od lat w podobny sposób pracuję nad muzyką i innymi pomysłami.
Ten sposób pracy uważam za twórczy i dla mnie niezbędny. A o pracy nad muzyką warto tu wspomnieć, bo Antonisz mógłby być patronem wielu młodych kompozytorów ślęczących nad laptopami. Może - gdyby był ich patronem - uświadomili by sobie, że pracują na znormalizowanych programach (jakby bardzo ich nie modyfikowali) i warto poszukać swojej drogi i techniki muzycznej? Tak jak szukał swojej drogi w muzyce Ryszard Antoniszczak, brat Juliana i podpora słynnego (na offie) Zdroju Jana. Jest jednak progres made in Antonisz w postaci zespołu Małe Instrumenty , który jak to zręcznie pan Jan Topolski określił: nagrał album ze swoimi aranżacjami utworów reżysera. Ale to inna bajka, na inny wpis o problemie jak można zaaranżować czyjeś kolaże :-) ale rozumiem, że medialnie powołanie się na Antonisza było doskonałym pociągnięciem. Ale może się czepiam (a miałem z tym skończyć!) i faktycznie MI nagrali coś co Antonisz nazwał w swoim manifeście (w mojej aranżacji): Co słyszymy po otrzymaniu w mordę?
Obaj bracia Antoniszczakowie wychowali się w Nowym Sączu, ale przed losem miejscowych dziwaków (Nowy Sącz jest prowincjonalnym miasteczkiem, w którym strategie wykluczania zaczynają się od "bycia dziwakiem", a kończą wyjazdem lub zgonem z udręczenia), uratowali ich rodzice, którzy malownicze osiedle Stara Kolonia pełne hodowców gołębi porzucili dla pełnego gołębi Krakowa. Tu gołębie i tam gołębie, ale jakby jednak inaczej? To całkiem dobry układ: odwiedzać dziadka i jego pracownię w robotniczej dzielnicy Nowego Sącza, a studiować i żyć w Krakowie. Antonisz studiował na ASP i był tam tzw. postacią barwną. W roku 1960 jako student napisał: zaczynam dziś lansować nowy styl w sztuce. Połączenie pożytku ze sztuką. Techniko-mechaniko-maszyno-radio-tele-elktronizm. Zostanie barwną postacią na ASP w Krakowie nie jest chyba jakoś specjalnie trudne, bo ciąży nad tą Uczelnią kunszt Jana Matejki... ale zawsze to jakaś rekomendacja. Obrazy z gnijącymi rybami, pojazdy ze spawanych starych rowerów i ukucie pojęcia maszynizm zwiastowały kogoś niebanalnego.
Wystawie towarzyszy (bo wystawa jeszcze trwa, ale dzisiaj ma swój koniec) świetny katalog, na który złożyli się: Zachęta NGS w Warszawie, Muzeum Narodowe w Krakowie, Filmoteka Narodowa. Cenne w Katalogu są wszystkie teksty, ale ja stawiam na teksty Sabiny Antoniszczak (!), Malwiny Antoniszczak (!) i Marty Miś. Warstwa ikonograficzna Katalogu jest rewelacyjna, więc całość za 100 złotych warto kupić! Udało mi się wyłudzić także wielki plakat Wystawy, wyłudzić, bo MN w Krakowie jest cudowne i wali na kolana MOCAK w Krakowie, ale w jednym z nim przegrywa: księgarnia i kasy są chyba w MN (mentalnie) jeszcze z czasów Jana Matejski! Wszystko jednak dla sztuki i humoru Antonisza warto było znieść, bo pewnie znowu z 20 lat nic o Nim nie usłyszymy... chyba, że kolejne aranżacje (?!) dźwięków zapisanych poprzez dziarganie gwoździem na taśmie filmowej. Pewnie doczekam się też: Antonisz symfonicznie!?
Najważniejszym dla mnie elementem wystawy w MN w Krakowie jest/było zebranie i pokazanie tych wszystkich cudownych maszyn/aparatów/urządzeń: sonograf / chropograf / dźwiękownica żyletkowa / pantograph-animograph ... same te urządzenia są sztuką - kreacją i doskonale ilustrują zdanie Antonisza: technika jest dla mnie rodzajem sztuki. Antonisz i Jego dorobek zasługuje na badanie i rozwijanie w postaci stałego ośrodka i muzeum w Krakowie. To byłby doskonały ruch i wielkie pole do popisu dla badaczy i artystów. Takie żyjące i rozwijające idee Antonisza Muzeum byłoby znacznie bardziej inspirujące niż Centrum Techniki Kopernik... Ja zgłaszam się na kuratora ds mało znanego wątku pracy Antonisza z roślinami. Tak, tak... Antonisz zajmował się także specyficzną ścieżką etnobotaniczną i pisał: Na początku świata były jedynie rośliny. Potem dopiero pojawił się człowiek, stworzony przez rośliny, po to tylko, by wdychał nadmiar tlenu i wydychał dwutelenek węgla, wdychany przez rośliny. /... / Człowiek jest tylko narzędziem w rękach roślin. /... / Rośliny są starą, sprytną, karmiącą się światłem słonecznym cywilizacją fotonową. /... / Mają doskonale zorganizowaną sieć biołączności. /... / ... a jest u Antonisza sporo jeszcze bardziej intrygujących myśli! :-)
Pozostaje wspaniałą zagadką sztuki w budyniowie, dlaczego w tamtych, trudnych czasach naszej izolacji powstawały idee, urządzenia i dzieła o światowym zasięgu (mam tu na myśli poza technikami non-camerowymi Antonisza także polską sztukę video z tamtych lat), a teraz toniemy w "aranżacjach", "pastiszach", "działaniach promocyjnych" i nostalgicznym odgrywaniu Avant Gardy?
P.S. Na focie Bogdana Kiwaka emanacja naszych aranżacji utworów Jana Sebastiana Bacha. Swoją drogą jestem też ciekawy kiedy w budyniowie odkryją naszą zaawansowaną technikę non-camerową, którą nazwaliśmy (my: Kiwak / Nacher / Styczyński ) fotografią organiczną?
Ten sposób pracy uważam za twórczy i dla mnie niezbędny. A o pracy nad muzyką warto tu wspomnieć, bo Antonisz mógłby być patronem wielu młodych kompozytorów ślęczących nad laptopami. Może - gdyby był ich patronem - uświadomili by sobie, że pracują na znormalizowanych programach (jakby bardzo ich nie modyfikowali) i warto poszukać swojej drogi i techniki muzycznej? Tak jak szukał swojej drogi w muzyce Ryszard Antoniszczak, brat Juliana i podpora słynnego (na offie) Zdroju Jana. Jest jednak progres made in Antonisz w postaci zespołu Małe Instrumenty , który jak to zręcznie pan Jan Topolski określił: nagrał album ze swoimi aranżacjami utworów reżysera. Ale to inna bajka, na inny wpis o problemie jak można zaaranżować czyjeś kolaże :-) ale rozumiem, że medialnie powołanie się na Antonisza było doskonałym pociągnięciem. Ale może się czepiam (a miałem z tym skończyć!) i faktycznie MI nagrali coś co Antonisz nazwał w swoim manifeście (w mojej aranżacji): Co słyszymy po otrzymaniu w mordę?
Obaj bracia Antoniszczakowie wychowali się w Nowym Sączu, ale przed losem miejscowych dziwaków (Nowy Sącz jest prowincjonalnym miasteczkiem, w którym strategie wykluczania zaczynają się od "bycia dziwakiem", a kończą wyjazdem lub zgonem z udręczenia), uratowali ich rodzice, którzy malownicze osiedle Stara Kolonia pełne hodowców gołębi porzucili dla pełnego gołębi Krakowa. Tu gołębie i tam gołębie, ale jakby jednak inaczej? To całkiem dobry układ: odwiedzać dziadka i jego pracownię w robotniczej dzielnicy Nowego Sącza, a studiować i żyć w Krakowie. Antonisz studiował na ASP i był tam tzw. postacią barwną. W roku 1960 jako student napisał: zaczynam dziś lansować nowy styl w sztuce. Połączenie pożytku ze sztuką. Techniko-mechaniko-maszyno-radio-tele-elktronizm. Zostanie barwną postacią na ASP w Krakowie nie jest chyba jakoś specjalnie trudne, bo ciąży nad tą Uczelnią kunszt Jana Matejki... ale zawsze to jakaś rekomendacja. Obrazy z gnijącymi rybami, pojazdy ze spawanych starych rowerów i ukucie pojęcia maszynizm zwiastowały kogoś niebanalnego.
Wystawie towarzyszy (bo wystawa jeszcze trwa, ale dzisiaj ma swój koniec) świetny katalog, na który złożyli się: Zachęta NGS w Warszawie, Muzeum Narodowe w Krakowie, Filmoteka Narodowa. Cenne w Katalogu są wszystkie teksty, ale ja stawiam na teksty Sabiny Antoniszczak (!), Malwiny Antoniszczak (!) i Marty Miś. Warstwa ikonograficzna Katalogu jest rewelacyjna, więc całość za 100 złotych warto kupić! Udało mi się wyłudzić także wielki plakat Wystawy, wyłudzić, bo MN w Krakowie jest cudowne i wali na kolana MOCAK w Krakowie, ale w jednym z nim przegrywa: księgarnia i kasy są chyba w MN (mentalnie) jeszcze z czasów Jana Matejski! Wszystko jednak dla sztuki i humoru Antonisza warto było znieść, bo pewnie znowu z 20 lat nic o Nim nie usłyszymy... chyba, że kolejne aranżacje (?!) dźwięków zapisanych poprzez dziarganie gwoździem na taśmie filmowej. Pewnie doczekam się też: Antonisz symfonicznie!?
Najważniejszym dla mnie elementem wystawy w MN w Krakowie jest/było zebranie i pokazanie tych wszystkich cudownych maszyn/aparatów/urządzeń: sonograf / chropograf / dźwiękownica żyletkowa / pantograph-animograph ... same te urządzenia są sztuką - kreacją i doskonale ilustrują zdanie Antonisza: technika jest dla mnie rodzajem sztuki. Antonisz i Jego dorobek zasługuje na badanie i rozwijanie w postaci stałego ośrodka i muzeum w Krakowie. To byłby doskonały ruch i wielkie pole do popisu dla badaczy i artystów. Takie żyjące i rozwijające idee Antonisza Muzeum byłoby znacznie bardziej inspirujące niż Centrum Techniki Kopernik... Ja zgłaszam się na kuratora ds mało znanego wątku pracy Antonisza z roślinami. Tak, tak... Antonisz zajmował się także specyficzną ścieżką etnobotaniczną i pisał: Na początku świata były jedynie rośliny. Potem dopiero pojawił się człowiek, stworzony przez rośliny, po to tylko, by wdychał nadmiar tlenu i wydychał dwutelenek węgla, wdychany przez rośliny. /... / Człowiek jest tylko narzędziem w rękach roślin. /... / Rośliny są starą, sprytną, karmiącą się światłem słonecznym cywilizacją fotonową. /... / Mają doskonale zorganizowaną sieć biołączności. /... / ... a jest u Antonisza sporo jeszcze bardziej intrygujących myśli! :-)
Pozostaje wspaniałą zagadką sztuki w budyniowie, dlaczego w tamtych, trudnych czasach naszej izolacji powstawały idee, urządzenia i dzieła o światowym zasięgu (mam tu na myśli poza technikami non-camerowymi Antonisza także polską sztukę video z tamtych lat), a teraz toniemy w "aranżacjach", "pastiszach", "działaniach promocyjnych" i nostalgicznym odgrywaniu Avant Gardy?
P.S. Na focie Bogdana Kiwaka emanacja naszych aranżacji utworów Jana Sebastiana Bacha. Swoją drogą jestem też ciekawy kiedy w budyniowie odkryją naszą zaawansowaną technikę non-camerową, którą nazwaliśmy (my: Kiwak / Nacher / Styczyński ) fotografią organiczną?
Długi dystans
Czas podróży zbliża się do kulminacji czerwcowej... za nami Lublin, Olsztyn, Białystok, Śląsk i Poznań, a przed nami: Wielka Brytania / Paryż / Szwajcaria (A. na swoich zawodowych konferencjach) i mój warsztat etnobotaniczny w Pieninach i Zamagurzu na Słowacji. Warsztat przygotowuję od miesiąca i powoli domykam listę, bo jak zwykle są zapominalscy i tacy, do których informacja dotarła w ostatniej chwili. Etnobotanika w terenie jest bardzo wciągająca i już cieszę się na odwiedziny kilku roślin i bardzo ciekawych miejsc w ulubionych górach. Tym razem jeszcze pogłębimy moją metodę pracy z roślinami, bo poza "odwiedzinami" i rysowaniem zgodził się pomóc w tym Bogdan Kiwak i zmierzymy się z etnobotanicznymi camera obscura!
Wczoraj siedziałem 9 godzin na krakowskich Błoniach przy ekspozycji projektów czynnej ochrony przyrody jakie realizujemy w ramach naszej zawodowej działalności i poza grupą przypadkowych osób nie zjawił się nikt ze środowiska tzw. "ekologicznego" w Krakowie. Ludzi interesują medialne akcje i rozrywkowe spotkania plus środowiskowy lans. Coś co ma więcej niż hasłowe nazwanie akcji jest już trudne, nudne i poza zasięgiem. Mimo, że możecie odnieść wrażenie, że w tym momencie gderam i mam za złe... to nie, to jedynie zwykłe nazwanie spraw, a piszę to z jakimś radosnym uczuciem spełnienia. Nie musi się nikt ważnymi dla mnie sprawami przejmować i nie szukam wcale współpracowników poza tymi, którzy już są. Prawdziwe i ważne sprawy dzieją się na całkiem innych zasadach, w całkiem innych warunkach, a ich znaczenie i finalne oddziaływanie przekracza całkowicie popkulturowe wyobrażenia. To jak z anegdotycznym komentarzem do zdania naszego dobrego znajomego, który jest malarzem. Powiedział nam, że On czuje się dobrze jako plastyk, a i świat plastyki czuje się dobrze z Nim. Mój komentarz: ze mną świat plastyki też czuje się znakomicie, a wystarczyło, że nie usiłuję malować. Bo najważniejsze abyśmy zdrowi byli...
Widzimy jakieś wzmożone zainteresowanie naszymi płytami i toczy się powoli sprawa nowego udostępnienie naszej pierwszej książki - Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe z 2003 r. Chcielibyśmy przy okazji wznowienia naszej płyty (a pierwotnie kasety magnetofonowej z 1994 roku!) z nagraniami terenowymi z Nepalu i Indii (płyta CD towarzyszyła książce, a były na niej pionierskie w Polsce field recordings z tamtych stron) umożliwić dostęp do Ucha... i prawdopodobnie będzie to ebookowa wersja za rozsądną cenę. Wydaje się, że warto aby czarna dziura budyniowa nie pochłonęła bez reszty książki, która stała się dla wielu ludzi źródłem wiedzy o ideach, miejscach sieciowych i miejscach w realu, o których 10 lat temu nie było wiadomo zbyt wiele. Niejedna informacja z Ucha... była inspiracją, a czasem fundamentem powstania nowych projektów artystycznych albo zmiany zainteresowań muzycznych. Wiele mi opowiedziano na ten temat, ale jak zwykle chlupnęło w budyniu raz czy dwa, poszły bańki i jedna zmarszczka na tężejącej skorupie i po sprawie. Nie godzę się z budyniowymi strategiami i planujemy plasnąć pdf-em :-)
15 lipca zagramy specjalnie opracowany program do rewelacyjnego filmu F. Langa pt. Zmęczona śmierć. To świetna okazja aby trochę popracować nad muzyką i wyjąć kilka instrumentów "z szafy"... a do tego zagramy drugi już raz w cyklu letnich imprez organizowanych przez Teatr Słowackiego w Krakowie. Tomek Czermiński zaprojektował udany poster i z przyjemnością pokazuję ten projekt nad wpisem.
Z mojej perspektywy najważniejszy jest długi dystans. Nowe możliwości (także techniczne) cały czas się otwierają i szkoda czasu na łapanie bieżących fantasmagorii kolejnych koterii. Niby to "oczywista oczywistość" :-) ale ilu ludzi naprawdę to rozumie?
Wczoraj siedziałem 9 godzin na krakowskich Błoniach przy ekspozycji projektów czynnej ochrony przyrody jakie realizujemy w ramach naszej zawodowej działalności i poza grupą przypadkowych osób nie zjawił się nikt ze środowiska tzw. "ekologicznego" w Krakowie. Ludzi interesują medialne akcje i rozrywkowe spotkania plus środowiskowy lans. Coś co ma więcej niż hasłowe nazwanie akcji jest już trudne, nudne i poza zasięgiem. Mimo, że możecie odnieść wrażenie, że w tym momencie gderam i mam za złe... to nie, to jedynie zwykłe nazwanie spraw, a piszę to z jakimś radosnym uczuciem spełnienia. Nie musi się nikt ważnymi dla mnie sprawami przejmować i nie szukam wcale współpracowników poza tymi, którzy już są. Prawdziwe i ważne sprawy dzieją się na całkiem innych zasadach, w całkiem innych warunkach, a ich znaczenie i finalne oddziaływanie przekracza całkowicie popkulturowe wyobrażenia. To jak z anegdotycznym komentarzem do zdania naszego dobrego znajomego, który jest malarzem. Powiedział nam, że On czuje się dobrze jako plastyk, a i świat plastyki czuje się dobrze z Nim. Mój komentarz: ze mną świat plastyki też czuje się znakomicie, a wystarczyło, że nie usiłuję malować. Bo najważniejsze abyśmy zdrowi byli...
Widzimy jakieś wzmożone zainteresowanie naszymi płytami i toczy się powoli sprawa nowego udostępnienie naszej pierwszej książki - Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe z 2003 r. Chcielibyśmy przy okazji wznowienia naszej płyty (a pierwotnie kasety magnetofonowej z 1994 roku!) z nagraniami terenowymi z Nepalu i Indii (płyta CD towarzyszyła książce, a były na niej pionierskie w Polsce field recordings z tamtych stron) umożliwić dostęp do Ucha... i prawdopodobnie będzie to ebookowa wersja za rozsądną cenę. Wydaje się, że warto aby czarna dziura budyniowa nie pochłonęła bez reszty książki, która stała się dla wielu ludzi źródłem wiedzy o ideach, miejscach sieciowych i miejscach w realu, o których 10 lat temu nie było wiadomo zbyt wiele. Niejedna informacja z Ucha... była inspiracją, a czasem fundamentem powstania nowych projektów artystycznych albo zmiany zainteresowań muzycznych. Wiele mi opowiedziano na ten temat, ale jak zwykle chlupnęło w budyniu raz czy dwa, poszły bańki i jedna zmarszczka na tężejącej skorupie i po sprawie. Nie godzę się z budyniowymi strategiami i planujemy plasnąć pdf-em :-)
15 lipca zagramy specjalnie opracowany program do rewelacyjnego filmu F. Langa pt. Zmęczona śmierć. To świetna okazja aby trochę popracować nad muzyką i wyjąć kilka instrumentów "z szafy"... a do tego zagramy drugi już raz w cyklu letnich imprez organizowanych przez Teatr Słowackiego w Krakowie. Tomek Czermiński zaprojektował udany poster i z przyjemnością pokazuję ten projekt nad wpisem.
Z mojej perspektywy najważniejszy jest długi dystans. Nowe możliwości (także techniczne) cały czas się otwierają i szkoda czasu na łapanie bieżących fantasmagorii kolejnych koterii. Niby to "oczywista oczywistość" :-) ale ilu ludzi naprawdę to rozumie?
Cuda, cuda czyli Glenn Branca w Lublinie!
W drodze do Olsztyna odwiedziliśmy Lublin (!) z okazji kolejnej tury wykładów A. na tamtejszym Uniwersytecie. Wieczorem w Lublinie spacer na starówkę jest nieomal obowiązkowy i z przyjemnością poszliśmy "z prądem". W czasie naszej zwyczajowej rundki wokół placu i wyszukiwania pretekstu aby delektować się kolejną kawą lub herbatą... do naszych uszu dobiegła znajoma nuta i nasza czujność wzrosła natychmiast. Dźwięki prowadziły nas w zaułek z odrapaną bramą i gorączkowo szukaliśmy możliwego źródła ekscytującego dźwiękowego fluidu, tłumacząc sobie, że to zapewne tzw. "muzyka teatralna". W bramie zobaczyliśmy plakat z dużym napisem KODY Festiwal Tradycji i Awangardy Muzycznej i wszystko było jasne, ale jeszcze nie wierzyliśmy, że za chwilę znajdziemy się na koncercie Glenn Branca Ensemble! A jednak! Na scenie stało siedmioro muzyków i dyrygent - Glenn Branca. Bateria gitarowa złożona z sześciorga osób plus fenomenalna Libby Fab na perkusji (!), od pierwszych sekund wbiła nas w koncertowe foteliki. Branca zapowiadał (lub nie zapowiadał) kolejne utwory, a każdy był znakomity i doskonale zagrany. Gitarzystka (prawdopodobnie Reg Bloor), wspomniana perkusistka oraz basista Greg McMullen pozostaną moimi faworytami. Partytury wspomagane żywą gestykulacją dyrygenta nie zdołały ukryć indywidualnych zainteresowań poszczególnych muzyków i nie obyło się bez żartobliwej sekwencji grania zębami na gitarze i skoków, ale szybko wszystko wracało do zdyscyplinowanej i znakomitej formy. Miejscami mocne gitary grane nakładającymi się ( 6 gitar!) sekwencjami wzbudzały lamentacyjny śpiew, a czasem wzniecały energetyczne pomuchy, które miło poruszały nogawkami spodni... :-) Jeden z utworów wg. słów dyrygenta był premierowy i to miło, że mogliśmy tej premiery wysłuchać w Lublinie. Organizatorów warto pochwalić za znakomite nagłośnienie, bo nawet taka orkiestra jak GBE z USA nie zabrzmiała by dobrze na dwóch "budkach dla szpaków" czyli zestawie znakomitych (jak zapewnia każdy tzw. akustyk) głośników umieszczonych na czarnych rurkach podpartych składanymi drutami, jakie często zastajemy w salach koncertowych. Nie jestem złośliwy - GBE brzmiałby jak dwa szpaki i tylko szkoda czasem tak straconych szans na obcowanie z czymś ciekawym. Bardzo interesujące było to, że gitarzyści zostali pozbawieni swoich zabawek w postaci "kostek" do sterowania przetwornikami dźwięku i było widać jak im tego brakuje. Deptali po scenie i wykonywali ten taniec gitarzystów bez możliwości włączenia fuzza, delaya czy wah-wah... To chyba musi być straszne dla gitarzystów? Gitarki miały wzmocnienie jak za dawnych starych lat i wszyscy grali na tych samych warunkach bez możliwości efektownego włączenia najnowszej generacji czegoś tam. GB wiedział co robi i wszystko zagrało jak Jego muzyka, a nie jak przegląd nowinek technicznych. Pośród wielu określeń na muzykę jaką zajmuje się Glenn Branca najbardziej trafnym jest dla mnie: minimal, a najbardziej dziwnym wydaje mi się post-punk, ale pewnie się nie znam. Szlachetność formy, energetyczność i doskonałe wykonanie powodują, że koncert GBE w Lublinie przebił nawet bardzo ciekawy projekt z Berlina z udziałem Biosphere jaki słuchaliśmy w styczniu tego roku!
Na drugi dzień dotarliśmy do Olsztyna... i zagraliśmy w Planetarium koncert, który nazwaliśmy Drum Time ze względu na wizualizacje oparte o rysunki z samskich bębnów obrzędowych plus wzorowane na nich grafiki wykonane specjalnie dla ilustrowania rozdziałów naszej książki Vaggi Varri. W tundrze Samów. Grafiki zamienione na białe obrazy na czarnym tle nieba pełnego gwiazd robiły wrażenie. Nagłośnienie Planetarium było dość specyficzne (głośniki umieszczone są wokół kopuły) i trudno było się nam w tym odnaleźć, ale muzyka miała być podporządkowana obrazom i tak było. Minimalizm i długie sekwencje powtarzanych układów dźwięków wypłoszyły z sali przypadkowych poszukiwaczy atrakcji Nocy Muzeów, ale i tak byliśmy zaskoczeni zainteresowaniem i wytrwałością słuchaczy. Po koncercie jeszcze gadaliśmy ze słuchaczami i starymi znajomymi! Dostaliśmy nawet świetną domową szarlotkę, co okazało się ratujące podczas śniadania. W pobliżu Planetarium i naszego hotelu mijaliśmy małe jeziorko pełne żab zielonych. To wodne płazy, które mają fantastyczne i donośne głosy! Ich śpiew (a śpiewaków było kilkadzisiąt!) oraz solowe występy oczarowały nas całkowicie. Żaby grały przez całą noc, ale także podczas śniadania. Minimalizm czy post-punk?
W stawie zastaliśmy także bardzo intrygujące rośliny - osoki aleosowate, ale o tym napisałem już na www.etnobotanicznie.pl
Na drugi dzień dotarliśmy do Olsztyna... i zagraliśmy w Planetarium koncert, który nazwaliśmy Drum Time ze względu na wizualizacje oparte o rysunki z samskich bębnów obrzędowych plus wzorowane na nich grafiki wykonane specjalnie dla ilustrowania rozdziałów naszej książki Vaggi Varri. W tundrze Samów. Grafiki zamienione na białe obrazy na czarnym tle nieba pełnego gwiazd robiły wrażenie. Nagłośnienie Planetarium było dość specyficzne (głośniki umieszczone są wokół kopuły) i trudno było się nam w tym odnaleźć, ale muzyka miała być podporządkowana obrazom i tak było. Minimalizm i długie sekwencje powtarzanych układów dźwięków wypłoszyły z sali przypadkowych poszukiwaczy atrakcji Nocy Muzeów, ale i tak byliśmy zaskoczeni zainteresowaniem i wytrwałością słuchaczy. Po koncercie jeszcze gadaliśmy ze słuchaczami i starymi znajomymi! Dostaliśmy nawet świetną domową szarlotkę, co okazało się ratujące podczas śniadania. W pobliżu Planetarium i naszego hotelu mijaliśmy małe jeziorko pełne żab zielonych. To wodne płazy, które mają fantastyczne i donośne głosy! Ich śpiew (a śpiewaków było kilkadzisiąt!) oraz solowe występy oczarowały nas całkowicie. Żaby grały przez całą noc, ale także podczas śniadania. Minimalizm czy post-punk?
W stawie zastaliśmy także bardzo intrygujące rośliny - osoki aleosowate, ale o tym napisałem już na www.etnobotanicznie.pl
DRUM TIME
Choroba ojca i wiele zobowiązań wiążących się z wyjazdami daje efekt w postaci marzeń o totalnym domatorstwie, nie wychodzeniu z mieszkania przez dwa tygodnie i unikaniu wszelkich kontaktów z szeroko pojętym elementem ludzkim. Niestety, prawo karmy działa bezlitośnie i pokazuje, że aby osiągnąć tego rodzaju ukojenie należy nie ulegać namowom, kuszeniu i przywiązaniu do dóbr materialnych... :-) To trudne. Inną stroną tak bogatego programu życiowego i wymuszonego artystycznego nomadyzmu transhumancyjnego jest bogactwo inspiracji, obserwacji, emocji i pomysłów jakich nie daje siedzenie w domu. Zastanawiam się od kilku dni nad źródłami inspiracji (lub innego źródła?) do tworzenia muzyki. Ja sam wiem dokładnie z jakiego źródła i kiedy pojawia się gotowa pula brzmień i dźwięków, czasem nawet także instrumentów, ale obserwuję (chcąc czy nie bardzo chcąc... :-) ) wielu muzyków i nadziwić się nie mogę ich stylowi pracy. Te różnice napawają otuchą, bo ilość muzyków, zespołów, projektów muzycznych i innych zjawisk grających koncerty i nagrywających jest oszałamiająca, ale wygląda na to, że nawet gdyby wielokrotnie przekraczała liczbę ludności świata, to i tak będzie w jakiejś części budzić ciekawość i zaskakiwać. Bo ciągle trafiają się ludzie budzący ciekawość i zaskakujący nas niemal każdego dnia. Warto byłoby jeszcze nauczyć się wzajemnego okazywania zainteresowania i będzie super! Temu, jak sądzę prawidłowemu stanowi rzeczy, przeszkadza trochę uzurpacja i romantyczne modele artysty przewodnika, artysty czempiona, artysty nad artystami, artysty znającego-kogo-trzeba, artysty mającego-wujka-w-ministerstwie, a nade wszystko artysty mającego wejścia-w-telewizji. Ci są najgorsi. Zbierają się przy stole i gadają do kamery artystyczną nowo-mową o bardzo-ważnych (a lepiej: ważkich!) sprawach. Zauważyłem, że radio w budyniowie nie wierzy już w siebie i swój specyficzny czar "eteru" i zaczyna naśladować telewizję. Nie ma już informacji i muzyki w radiu, a zastępuje je parada skeczy roześmianych redaktorów, którzy błaznują ile się tylko da. Błazenada na chwilę ustaje tylko przy relacjach z Watykanu i innych wiadomościach kościelnych, albo ważkich wypowiedziach muzyków zespołu Mysłowice bez pana Rojka. Z Rojkiem była to podobno kapela psychodeliczna ale nie tak demokratyczna jak teraz. Ten bardzo interesujący pogląd lansuje coś co udaje dawną Trójkę i tylko trudno mi się zorientować czy jest to błazenada czy doniesienie z serii watykańskich prawd objawionych, podobne do tego, że komisja lekarzy potwierdziła cud. Ale właściwie nie ma się co dziwić, bo wiele komisji lekarskich dokonywało cudów aby możliwie wszyscy rolnicy w budyniowie poza zniżką w płaceniu ubezpieczenia miało jeszcze renty. Tylu ciężko pracujących rolników tak poważnie chorych, obrabiających jednocześnie ojczystą ziemię i kładących flizy w Norwegii i Austrii to przecież cud! A skoro cuda istnieją pośród tzw. rolników i tzw. lekarzy, to ... wiadomo!
Wczoraj jeszcze siedzieliśmy w domu Gosi na Sopatowcu i słuchaliśmy burz nadchodzących z wielu kierunków, a dzisiaj wreszcie chwila w domu... jutro nowa podróż, pod koniec tygodnia warsztat w Teatrze Łaźnia Nowa w Nowej Hucie w ramach bardzo ładnie zatytułowanej akcji: Tymczasowa Strefa Przetrwania - Inny Świat. Oczywiste odniesienie do teorii Hakima Beya (Tymczasowe Strefy Autonomiczne) zmodyfikowano tu do kwestii przetrwania. Niestety, chyba tak to należy dzisiaj rozumieć, bo autonomiczni i tak już jesteśmy do bólu.
Pierwszy z naszych majowych eventów to warsztat etnobotaniczno-ogrodniczo-partyzancki 10.05.2013, a po nim - 12.05.2013 koncert Karpat Magicznych. Zagramy nowe rzeczy: Noise to Silence z wizualną pomocą Wobixa. Przygotowujemy także inny interesujący koncert i wizualizacje do Olsztyna. Mamy tam grać 18.05.2013 w ramach organizowanej przez BWA i Planetarium akcji nocnego zwiedzania przybytków muzealnych. Udało się zgromadzić grafiki z bębnów samskich goabdes i trochę ikonografii samskiej i kilka osób stara się zrealizować wizję pokazania ich na tle nieba. Najbardziej cieszę się z tego, że dzięki nowej technologii będzie można pokazać płaskie grafiki z membran bębnów w układzie przestrzennym czyli tak jak były kiedyś odczytywane. Nie ma pewności, że merytorycznie interesujące założenie będzie także interesujące wizualnie, ale warto pracować nad tym projektem nazwanym DRUM TIME. Nazwę zapożyczyłem z samskiego wydawnictwa na temat ich liturgicznych bębnów o wielu innych zastosowaniach (m.innymi jako pra-GPS) pt.: Drum - Time. The drums and religion of the Sami.
Końcówka kwietnia nie specjalnie była dla mnie budująca i doskonale ilustruje ją meteorologiczne powiedzenie: kwiecień plecień... bo złożył się na nią występ na UJ na temat kultury Samów (w kontekście naszej książki), a przybyło nas posłuchać aż 5 osób (poza nami, ale licząc organizatora i jedną naszą dobrą znajomą), miły wieczór w Tajnych Kompletach we Wrocławiu i dość marny odbiór mojej wersji etnobotaniki przez joginów zebranych na Sopatowcu. Miłym akcentem kwietniowym było sprawne opracowanie i wyprodukowanie płyty koncertowej pt. Reindeer Luck (WFR042), a teraz czekamy na recenzje i już się cieszę na niektóre... bo łatwo je przewidzieć. Tak więc, biorę się do roboty! Sława i pieniądze czekają...
Na focie z połowy kwietnia 2013 roku... A. w Pieninach, Słowacja.
Wczoraj jeszcze siedzieliśmy w domu Gosi na Sopatowcu i słuchaliśmy burz nadchodzących z wielu kierunków, a dzisiaj wreszcie chwila w domu... jutro nowa podróż, pod koniec tygodnia warsztat w Teatrze Łaźnia Nowa w Nowej Hucie w ramach bardzo ładnie zatytułowanej akcji: Tymczasowa Strefa Przetrwania - Inny Świat. Oczywiste odniesienie do teorii Hakima Beya (Tymczasowe Strefy Autonomiczne) zmodyfikowano tu do kwestii przetrwania. Niestety, chyba tak to należy dzisiaj rozumieć, bo autonomiczni i tak już jesteśmy do bólu.
Pierwszy z naszych majowych eventów to warsztat etnobotaniczno-ogrodniczo-partyzancki 10.05.2013, a po nim - 12.05.2013 koncert Karpat Magicznych. Zagramy nowe rzeczy: Noise to Silence z wizualną pomocą Wobixa. Przygotowujemy także inny interesujący koncert i wizualizacje do Olsztyna. Mamy tam grać 18.05.2013 w ramach organizowanej przez BWA i Planetarium akcji nocnego zwiedzania przybytków muzealnych. Udało się zgromadzić grafiki z bębnów samskich goabdes i trochę ikonografii samskiej i kilka osób stara się zrealizować wizję pokazania ich na tle nieba. Najbardziej cieszę się z tego, że dzięki nowej technologii będzie można pokazać płaskie grafiki z membran bębnów w układzie przestrzennym czyli tak jak były kiedyś odczytywane. Nie ma pewności, że merytorycznie interesujące założenie będzie także interesujące wizualnie, ale warto pracować nad tym projektem nazwanym DRUM TIME. Nazwę zapożyczyłem z samskiego wydawnictwa na temat ich liturgicznych bębnów o wielu innych zastosowaniach (m.innymi jako pra-GPS) pt.: Drum - Time. The drums and religion of the Sami.
Końcówka kwietnia nie specjalnie była dla mnie budująca i doskonale ilustruje ją meteorologiczne powiedzenie: kwiecień plecień... bo złożył się na nią występ na UJ na temat kultury Samów (w kontekście naszej książki), a przybyło nas posłuchać aż 5 osób (poza nami, ale licząc organizatora i jedną naszą dobrą znajomą), miły wieczór w Tajnych Kompletach we Wrocławiu i dość marny odbiór mojej wersji etnobotaniki przez joginów zebranych na Sopatowcu. Miłym akcentem kwietniowym było sprawne opracowanie i wyprodukowanie płyty koncertowej pt. Reindeer Luck (WFR042), a teraz czekamy na recenzje i już się cieszę na niektóre... bo łatwo je przewidzieć. Tak więc, biorę się do roboty! Sława i pieniądze czekają...
Na focie z połowy kwietnia 2013 roku... A. w Pieninach, Słowacja.
Subscribe to:
Posts (Atom)


