TUNDRA DRONE

0 comments


Z wielką przyjemnością pracujemy nadal nad obiecującym projektem Long Wave Installations i można już zobaczyć na YouTube część dokumentacji z eventu Long Strings / Długie struny z 19 sierpnia 2011. W związku z projektem, w przyszłym tygodniu mam umówioną sesję... stolarską! Z pomocą mojego dobrego znajomego zbudujemy stałe elementy zaczepowe i układ strojenia strun do 20 m długości.

Trochę szperam po literaturze i mam ciekawe obserwacje dotyczące długich strun. W dwóch książkach: SOUND ART - Beyond Music, Between Categories (Alan Licht,Rizzoli IP, New York 2007) i KULTURA DŹWIĘKU - teksty o muzyce nowoczesnej (redakcja Ch. Cox, Daniel Warner, przekład: słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010, a pierwsze wydanie oryginału 2004) nie znalazłem nic o pracy Ellen Fullman i Jej: Long String Instrument! Jest stosunkowo sporo na temat holenderskiego artysty Paula Panhuysena (rocznik 1934), który wydaje się naszym zamierzeniom znacznie bliższy niż Fullman. Jego prace zdefiniowano w krótkim, ale bardzo trafnym stwierdzeniu, że to: site specific works creating drones. To jest bliskie mi podejście, które jest bardziej elastyczne, bardziej współgra z otoczeniem i zakłada swobodne modyfikacje. Fullman ogłosiła w 1981 roku swój projekt pt. Long String Instrument, a Panhuysen pracował nad niezwykłymi instrumentami już z Maciunas Ensemble, a w latach 1982 - 1985 realizował własny projekt pt. Long String Installations... Budował też nowe instrumenty: duochords, tubular aluminum monochords, spring strings, musical bows, guitar with tails... Szczególnie interesujące dla mnie są - poza nowymi instrumentami i instalacjami dźwiękowymi - dwie prace: Projection - prezentowana na Echo Festival 2 w Holandii w 1987 roku, oraz (!) Sznurki, Linky, Knoty (znana też jako: Singing the World into Existence) zaprezentowana w... Łodzi w 1990 roku (Work in Progress). Nasz projekt o ustalonej już nazwie: Long Wave Installation będzie znacznie bliżej doświadczeń Paula Pabhuysena, ale zakłada budowę innych źródeł dźwięku, także elektrycznych (generatory i pochodne), bo to co nas interesuje to długie fale, drony, mikrotony i współbrzmienia w związku/kontekście konkretnego otoczenia. Jeszcze we wrześniu planujemy premierowy test całej instalacji w hali fabrycznej wraz ze staranną rejestracją brzmienia.



Niezwykle cieszy mnie inny nasz projekt o roboczej nazwie: Soundscapes/tundra drone. Po pierwsze projekt objawił mi się w tundrze Sapmi w najwyższym rejonie Padjelanta z bliskim sąsiedztwem gór Sarek. Geomorfologia tego miejsca była całkiem niezwykła i patrząc na płyty skalne wystające z jeziora... zobaczyłem graficzny obraz dźwięku jaki pokazuje monitor komputera w studiu nagraniowym. No i nagle pojawił się pomysł aby ten obraz potraktować jako graficzny kod skrywający dron, brzmienie, dźwięk tego właśnie miejsca. Tundra drone? Utwory skalne odbijające się w jeziorze zarejestrowałem w postaci fotografii i dzięki pomocy filozofa i programisty w jednej osobie - Janka A. udało się obraz przetworzyć na wykres dźwiękowy. Teraz ruch po mojej stronie i w studiu postaramy się z naszym realizatorem Piotrem P. uzyskać brzmienie skał za kręgiem polarnym. Ostatnim etapem będzie próba stworzenia sekwencji dźwiękowych i dalej - muzyki?! Tego typu twórcze ćwiczenia nie są nowe, ale dotąd więcej było akcji pod hasłem: zobacz dźwięki niż usłysz kształty. Program komputerowy i doświadczenie w przetwarzaniu krajobrazu w dźwięki i muzykę może być ekscytującym i inspirującym narzędziem i doświadczeniem!?



Na obrazku - kolejne fazy przetwarzania obrazu skał z Padjelanty na graficzny obraz pliku/sekwencji dźwiękowej w opracowaniu Janka Argasińskiego.











LONG STRINGS vel Long Wave Instalation

0 comments


Jeszcze nie wszystko po wypadzie w tundrę rozpakowane... a tu zaraz robota i robota! W ostatni piątek tj. 19.08.2011 rozpoczęliśmy drugi nowy projekt w tym roku. Pierwszy to współpraca z Tomkiem Hołujem, która powoli przyobleka się w kształty koncertowe... Bardzo interesująco wypadło robocze, warsztatowe działanie pt. Long Strings / Długie struny i wobec tego eksperyment przeprowadzony w zeszły piątek to wstęp do drugiego naszego nowego projektu w 2011 roku.

Punktami wyjścia do pracy z długimi strunami stały się doświadczenia Ellen Fullman z USA, która od 1981 roku realizuje świetny projekt o nazwie: Long String Instrument oraz nasze doświadczenia z monochordami tradycyjnymi (moje są tak samo datowane - od końca lat 70. ubiegłego wieku!) i ostatnie fascynacje harfami eolskimi (wiatrowymi). Fullman stosuje struny od 16 do 60 m długości i dąży konsekwentnie do stworzenia wielkiego instrumentu, który mógłby być wykorzystywany do grania samodzielnie, ale i w zestawie z instrumentami tradycyjnymi. Pomyślne doświadczenia z saksofonem, kwartetem smyczkowym i innymi zestawami pozwalają myśleć o idei Long String Instrument jako o dziele spełnionym. W wielu kulturach brzmienia pojedynczych strun były wykorzystywane w konstrukcjach interesujących instrumentów: monochordów z Wietnamu, trąby maryny używanej w XVII i XVIII wieku w Europie, gusli z byłej Jugosławii, łuków muzycznych, harf poziomych itd. Te fantastyczne czasem konstrukcje, które opierały się na czasem bardzo poważnych założeniach teoretycznych, to nasze drugie źródło inspiracji i doświadczeń. Zbudowaliśmy instrument złożony z trzech strun o długości po 18 m każda, rozwieszonych pomiędzy dwoma prostokątnymi stolikami roboczymi przywiązanymi do drzew. W przeciągu czterech godzin z kwadransem na silny wiatr, deszcz i początki burzy, udało się struny zestroić i rozpocząć pierwsze udane eksperymenty z graniem dłuższych sekwencji muzycznych. Kiedy już zaczęły pojawiać się interesujące fragmenty większych kompozycji, a my wciąż mieliśmy siłę by biegać wzdłuż strun 18 m razy dziesiąt, a może sto... przyjechał samochód organizatorów aby zabrać stoliki i posprzątać miejsce akcji.

Nasz projekt wstępnie nazwaliśmy: Long strings, ale po prapremierze w ramach poboczy Festiwalu Karpaty Offer (to najprawdopodobniej nasze rozstanie z tym Fest.) skłonny jestem raczej do myślenia w kategoriach: Long Waves Instalation. Od doSwiadczeń i celów Fullman wiele nas dzieli: nie dążymy do stworzenia jednej, sprawdzonej konstrukcji o stałych parametrach, możemy działać w plenerze (Fullman realizuje swój projekt jedynie w zamkniętych pomieszczeniach i traktuje to jako warunek realizacji projektu), stosujemy techniki i konstrukcje brane z muzyki tradycyjnej, wydaje się, że doskonale sprawdza się muzycznie nasz duet na LWI. Po tym pierwszym doświadczeniu, zrealizowanym w warunkach prawie doskonałej dyskrecji i braku przeszkadzających obserwatorów (co zapewnia eksperymentowanie w Nowym Sączu) mamy w planie premierę w pomieszczeniu i konstrukcję elementów stałych do szybkiego montowania całości. Właściwą premierę planujemy na X Industrial Festiwal w listopadzie? No bo nie spodziewam się wielu zaproszeń z ośrodków sztuki współczesnej, a w klubach i przy barach nasz 20 metrowy LWI się nie zmieści ... i dobrze. W projekcie uczestniczył Bogdan Kiwak, który - jak sam twierdził - odkrył instrument dla siebie! i dzięki Bogdanowi mamy niezłą dokumentację i kilka filmików, które pod koniec tygodnia trafią do YouTube. Aż mnie korci aby naszą instalację dźwiękową nazwać; Duże instrumenty... ale dam spokój. Podobno wielkość nie ma znaczenia?





Na własną prośbę na szerokie wody Nowej (Lewackiej) Ewangelizacji wypłynęła niejaka R.U.T.A. Za czasów Kory gdy zainteresowanie mediów opadało i bezinteresowny lans Marka N. z "radiowej Trójki" nie dawał rady... to pojawiało się ogłoszenie nagrane przez Korę o zgubieniu Jej pieska czy kotka... i znowu było coś w radiu. Zawsze coś... R.U.T.A. już nie ma takiego wdzięku i lekkości i straszy nasz poważnymi sankcjami ze strony agitki pt. Gość Niedzielny! Wow! A z tego całego: bo R.U.T.A. to, bo R.U.T.A. tamto to tylko boruta wychodzi i tyle. Nikt i tak nie pobije Męskiej Muzyki w kategorii kabotyństwa, ale muszę przyznać, że w tym zestawie p. Waglewski z rodziną i kolegami nie udają lewaków i nie ukrywają, że chodzi jedynie o kase z piwa. Serce mi tylko krwawi, że Lech Janerka to piwowarskie granie także firmuje... pewnie się bardzo cieszy, z tych chwilowych wskrzeszeń?



Na froncie walki lewackich mądralińskich pojawił się w Krakowie (Bunkier sztuki, oczywiście...) artysta Oliver Ressler z tytułem swego wielowątkowego dzieła: Socjalizm Zawiódł Kapitalizm Zbankrutował CO DALEJ? Dramatyczne pytanie zadaje artysta przekupniom na bazarze w Erewaniu i czerpie z tego wiele ważkich przemyśleń. Facio z Austrii majstruje coś przy naszej przyszłości i wie pewnie jak mamy żyć, co nas zawiodło i co zbankrutowało! Dowiedział się tego w Erewaniu?

Czy nie przypomina Wam to innego artystę z Austrii (malarz to był?), który też miał wizję nowych i ostatecznych rozwiązań kwestii społecznych. Ja bym nie pytał; Co dalej? ja bym zapytał jaki to socjalizm tak artystę zawiódł: może narodowy? Niech się artysta Ressler zajmie problemami artystycznymi lub jak musi już koniecznie - bo taki jest trYnd - to może pomajstruje z problemami Austrii. A chyba ich nie brakuje...

Na focie Bogdana prapremiera Long Wave Instalation... z jednej strony 20 metrowej instalacji... może filmy pokażą całość?

FORSOWNE WYJŚCIE Z ODURZENIA

0 comments


Pod takim tytułem znajdziecie nasz wspólny tekst o trekkingu przez góry i tundrę Padjelanta z wizytacją Sarek. Jeszcze przed wyjazdem przyjęliśmy zaproszenie od Redakcji Krakowskiego pisma kulturalnego Fragile aby napisać "coś" do numeru pod hasłem - "odurzenie". Właśnie go skończyliśmy w wersji roboczej i jest dla nas bardzo specjalny. Tym samym czuję się troszkę zwolniony z opisywania naszego trekkingu na blogu... ale temat jest mocny i będzie powracał. Napiszę tylko, że przeszliśmy te 150 km po górskiej tundrze za kręgiem polarnym, ale nie sądziliśmy, że będą odcinki, których przebycie będzie nasz kosztowało tempo jeden kilometr na godzinę, kilka w tempie dwa kilometry na godzinę i zaledwie ułamek trasy mieścił się w trzech kilometrach na godzinę! Daje to przejścia od 5 do 9 godzin w trudnym terenie i w kilku wypadkach ulewnym deszczu. Mimo wszystko i tego na co by ta statystyka wskazywała, nasz właśnie skończony trek zaliczamy do najmocniejszych i wpisujemy na listę mocnych doświadczeń, tuż obok spacerów w rejonie Panda Khola w Mustangu, przejścia w burzy przez grań Alp Julijskich i ucieczek przed burzami w Rile i Pirynie.

Na treku przez Padjelanta jest kilka interesujących punktów. Jeden z nich to miejsce gdzie spotykają się granice trzech parków narodowych: Padjelanta - Sarek - Stora Sjoffalet, które razem tworzą największy obszar dzikiej przyrody w Europie, inne z takich miejsc to intrygująca i rozległa przełęcz ze schroniskiem Duottar na jej początku i schroniskiem Darreluoppal, leżącym na terenie Sarek, u jej stóp. Taką przełęcz pamiętam jedynie z Himalajów (Torong La w masywie Annapurny) i mimo, że tamta miała grubo ponad 5000 m n.p.m. i otoczona jest 6 i 7 tysięcznikami, a Duottar ma tysiąc metrów i góruje nad nią Gierggevarre (1639 m) to chętniej powrócę do niej właśnie.

Sprawdził się znakomicie kierunek naszej wędrowki, za którym optowała A. jeszcze w fazie planów. Większość trekkerów wychodzi z Kvikkjokk i wędruje do Ritsem, my odwrotnie; wędrówkę rozpoczęliśmy od Ritsem i przeprawy pod Ahkkę i dalej do Staloluokta, Duottar...aż po schroniska w dolinie Rappadalen z zaskakującym górskością schroniskiem Njunjes. Z tego ostatniego już tylko 4 godziny marszu dzielą nas od przystani, z której łodzią można się dostać do Kvikkjokk. Ten kierunek jest zdecydowanie dogodniejszy niż start z Kvikkjokk, a połączenie autobusowe z Gaellivare tak samo dostępne.

Pojawiają się też nowe opcje oparte o regularne i nie tak drogie loty helikopterami z Kvikkjokk i Ritsem do Stalolukta nad jeziorem Virihaure, które można traktować jako środkowy obszar tego szlaku. Koszt takiego ominięcia dolinowych odcinków nie przekracza kosztu korzystania z serwisu schronisk i nocowania w namiocie jaki zsumujemy z ominiętych 3-4 przystanków. Jak to w Laponii; opcji jest wiele i są także zupełnie dzikie i nie oznaczone na mapie. Warto jednak zachować rozsądek i nie biegać jak owce w Sarek... gdzie spotykają się gromady tych, którzy słyszeli, że w Sarek jest pusto... O Sarek krążą już dowcipy i opowieści, które pokazują, że i Laponia nie oparła się modzie.

Dotychczasowe trekkingi w Laponii odbywaliśmy o kilka tygodni wcześniej i przełom lipca i sierpnia ma inny koloryt i swe dobre strony. Najsmaczniejszą odmianą jest duża ilość owoców maliny moroszki, której kwiaty (i tylko kwiaty) mogliśmy podziwiać w 2009 i 2010 roku.

Spotkania z kulturowym obszarem Sapmi i Saamami mają totalny charakter i główne schroniska na szlaku Padjelanta są własnością samską (zarządza nimi Badjelannda Laponia Turism z siedzibą w Jokkmokk) i nie obsługuje je STF (szwedzka organizacja turystyczna) co ma swe reperkusje w postaci braku możliowści płacenia kartą (STF mają tzw. maszynki do odbijania kart wypukłych) i nie otrzymywania zniżek z tytułu bycia STF members. Na mapach STF kiepsko z informacją o innych schroniskach i vice versa... Polecam stronę www.padjelanta.com o której dowiedzieliśmy się dopiero na szlaku... Warte odnotowania jest spotkanie sprawnych trekkerów w Jokkmokk, którzy zeszli tam z Kebnekaise ! Także w Jokkmokk wpadliśmy na badacza ważek ... z Krakowa. No, nie jest źle i mam nadzieje, że nie wyprą nas rozkrzyczane grupy rednecków z okrzykami kurwa, kurwa, kurwa ... radośnie wznoszonymi po dwóch piwach. Jakoś nie jest to: alleluja, alleluja... a wszyscy tacy u nas pobożni. Niestety w samolocie ze Sztokholmu już nas częstowano bydyniowym zagajeniem z włoskimi wtrętami.

W Kraku jak to w Kraku, super i na targu zakupiliśmy malin, śliw, jabłek, gruszek, ogórków, cukinii, moreli i brzoskwiń... nie było dużo taniej niż w Szwecji! Za to dużo taniej niż u nas kupiliśmy w Sztokholmie kilkanaście płyt... od albumu Jana Garbarka i Marilyn Mazur (Elixir, ECM) po box pt. Parental Avisory Horrible Punk, z dziesięcioma płytami w środku. Dodaliśmy też Briana Eno i nieomal wszystko co było Patti Smith, The Peel Session P J Harvey ... i Chemical Brothers... Obiecaliśmy sobie, że wrócimy do Sztokholmu jesienią po następny worek płyt. Empik niech się goni... W Sztokholmie oglądaliśmy intrygującą wystawę artefaktów Vodou (to pisownia oryginalna), której część była specjalnie zaaranżowana dla pokazywania obiektów magicznych. Wystawa jest czynna tylko do 21 sierpnia... Kolekcja robi silne wrażenie i nie jestem pewny, czy chciałbym ją widzieć raz jeszcze!

Po powrocie, dziwi nas trochę zachodzące szybko słońce i ciemność przez wiele godzin... tego na szlaku nie mieliśmy wcale.

Fotografii narobiliśmy z półtora tysiąca i wiele z pomocą obiektywu 10-20 mm... co dało dobre efekty, następnym razem zabierzemy jednak chyba tylko kamery otworkowe, nic chyba innego nie da rady tundrze w Laponii. Na naszej wspólnej focie jesteśmy w tradycyjnych okularach na zadymki i śnieg, które zrobiłem z kory brzozy.



Odpoczywając kilka dni w Jokkmokk i Sztokholmie podsumowywaliśmy nasze wrażenia ze szlaku i fascynacja przestrzenią tundry umocniła się nam na stałe. Inaczej też widzimy kulturę Saamów i ich sytuacja wydaje się dużo trudniejsza niż się nam dotąd wydawało. Jak zwykle, dotarliśmy do cennych książek - o joiku i o szamaniźmie pasterzy reniferów. Kupiłem też świetny materiał dvd na temat etnobotaniki Laponii... szkoda, że to zainteresuje w budyniowie tak mało osób. Aby wyjść z budyniowego odurzenia należy podjąć długi, forsowny marsz...

Staloluokta trek part 2.

0 comments
Jak będzie? Nie wiadomo. Nigdy nie wiadomo. Cały dzień śledziłam dzisiaj naszą trasę za pomocą BirdEye Imagery oraz innych (także open source'owych) map satelitarnych Padjelanta i Sarek, ale w dalszym ciągu nie wiem, jak będzie. To bardzo nieuchwytne i składa się z ulotnych wrażeń, kiedy wysiada się z autobusu Lanstraffiken Norrboten przy stacji górskiej Ritsem (a właściwie kilku baraków dla obsługi elektrowni wodnej VAttenfall oraz dwoch baraków dla turystów) i uderza myśl, że to już tutaj żegnamy cywilizację na jakieś 10 do 12 dni. Mało? Być może mało, ale wiem teraz, że te dni to calła epoka i jeśli na kimś te 10 dni nie robi wrażenia, to znaczy, że nigdy nie znajdował się w sytuacji, w której odległość mierzy się dniami drogi na piechotę. Świat pozornie jest nasycony sieciami, danymi i telekomunikacją, ale konfrontacja z prawdziwym terenem pokazuje, że mosty nie w tym miejscu, co na mapie, że inaczej topi się lodowiec i strumienie w innym miejscu (nie mówiąc już o jeziorach), że dzien wędrowki to więcej niż tona teorii itp. Cywilizacja miejska stopniowo będzie wygasać - komfortowy Sztokholm ustąpi miejsca Gaellivare z kilkoma restauracjami i jednym centrum handlowym, w którym pojecie mody w dalszym ciągu słabo jest znane, a późnije będziemy się cieszyć, jeśli znajdziemy kilka półek w schronisku z herbatnikami Digestive na sprzedaż - jeśli będzie śmieszne piwo Bla (3.5 %), to radość będzie niesłychana. Zaczyna się doroczne odosobnienie z reniferami i deszczem.

STALOLUOKTA TREK

0 comments

Po dwóch zimowych i dwóch letnich wyprawach w tundrę Saamów za kręgiem polarnym, ruszamy jutro rano na trzeci letni trekking w samo serce World Heritage Area LAPONIA. Tym razem z Ritsem nad jeziorem Ahka (Ahkajavrre) przeprawimy się pod masyw Ahkka - Królowej Laponii i dalej, kierując się na południe mamy dojść do jeziora Virih (Virihjavvre), nad którym leży osada Staloluokta. Stallo to duch pustkowi tundry, który może być bardzo złośliwy, ale też czasem pomocny... Ze Staloluokty powędrujemy lekko na południowy-wschód i zbliżymy się do łańcucha górskiego Sarek, uznawanego za najpiękniejsze góry Skandynawii. Przez Sarek dotrzemy do turystycznej miejscowości Kvikkjokk i dalej już autobusem do pobliskiego i naszego ulubionego Jokkmokk. Jeżeli się wszystko uda to Jokkmokk odwiedzimy już czwarty raz!
Aparat fotograficzny, nowy obiektyw szerokokątny, nagrywarka i testowy GPS zapakowany plus notatnik... Tym razem będziemy pisali w trakcie wędrówki tekst dla krakowskiego pisma Fragile o odurzeniu - to ciekawy temat i pomysł na pisanie. Powinno się udać pokazać coś prawdziwego, bo w tundrze odurza wszystko: krajobraz, dźwięki, zapachy, miarowy marsz, cała doba światła, stare ryty i niezwykle wyrafinowane znaki i symbole.

Ania pyta mnie czy jesteśmy już podróżnikami... bo bardzo nie chcemy nimi zostać, ale rola mieszczuchów też nam niezbyt pasuje... czy jest coś pomiędzy tymi utartymi schematami i wzorcami? Tak, to my!
Bogdan K. zamówił tradycyjną czapeczkę Saamów i straszymy Go kupnem wersji z wielkim czerwonym pomponem...

Dowiedziałem się dzisiaj o interesującym działaniu bobrów w służbie ochrony siedlisk przyrodniczych! Chłop postanowił wprowadzić na miejsce pięknego lasu łęgowego (który wyciął dla dorodnych jesionów...) lasek z posadzonych modrzewi. Modrzew na siedlisku łęgu to raczej słaby pomysł, ale chłop potęgą jest i basta! A przynajmniej był... do czasu, kiedy bobry postanowiły przywrócić równowagę w środowisku i wszystkie drzewka poobgryzały parę centymetrów nad ziemią, powodując ich uschnięcie... Na miejsce modrzewi pojawią się wierzby i jesiony... powróci łęg. Bobry najwidoczniej nie boją się PSL-u i nie cackają się z chłopami jak R.U.T.A. Andrzej W. rzucił ciekawy zlepek cyrku pt. męska muzyka i chłopomanii Ruty : chłopska muzyka! Ładne?!
Co do bobrów to jedna pani chłopka (czyli kobieta jadąca na dotowanym przez nas chłopskim ubezpieczeniu) w totalnych krzakach i dwumetrowych pokrzywach pokazuje patyczkiem cieniutkie gałązki ze śladami zgryzienia i domaga się odszkodowania za szkody od bobrów... Chłopstwo do tego wszystkiego jest niezbyt zadowolone z UE i Tuska i zagłosuje na socjalistę Jarosława K. Może przywróci im upragnione dostawy obowiązkowe? Jest nadzieja...
A jutro pozostawimy Jarosława K., chłopstwo, także bobry i wymkniemy się na tereny poza zasięgiem czegokolwiek i damy się odurzyć dzikości.
Na mapce prawie nie widać Kvikkjokk, bo Bogdan K. nie zechciał zeskanować tej miejscowości... za to dostanie największy pompon z doczepioną czapką... jaki znajdziemy!

DAMO SUZUKI

0 comments

Pięć pracowitych i nie całkiem lekkich dni we Wrocławiu za nami! Ekipa Industrial Art przygotowała coś - na te miałkie czasy - niezwykłego i już wiemy, że 5. edycja Energii Dźwięku zapadnie nam w pamięć na zawsze. Gość najważniejszy czyli Damo Suzuki, zjawił się ot tak! - kiedy telewizja kręciła rozmowę z nami... nakręcili więc i nasze spontaniczne powitanie. Miły i uśmiechnięty Damo po chwili zasiadł w fotelu i przysłuchiwał się naszej próbie...albo drzemał po podróży? Po godzinie wstał, wyszedł na scenę i z miejsca, bez słów i przymiarek, wywalił z siebie głos i energię o jaką trudno byłoby posądzać tego drobnego faceta. Dobrą godzinę trwała ta mocna emanacja i już wiedzieliśmy, że wszystkie nasze przymiarki diabli wzięli.
Przez trzy dni poprzedzające przyjazd Damo, prowadziliśmy wykłady i buszowaliśmy po interesujących miejscach pełnych książek i kawy, ale także odkryliśmy zupełnie perfekcyjny ogród botaniczny. Uniwersytecki ogród botaniczny, w wielu aspektach podobny do ogrodu UJ w Krakowie... bije go w kilku punktach o całą długość. Wrocław nie zasłużył na miano ESK - Wrocław jest ESK!
Trudno się pisze o ulotnych wrażeniach i naszych miejskich dryfach, ale mimo zmęczenia głośnymi nocami i skwarem, który męczył od 7. rano... spacerowaliśmy po mieście całymi godzinami. Dość ryzykowny skład w postaci Damo Suzuki / Job Karma / Igor Box czyli 1/2 Skalpela / Karpaty Magiczne okazał się być całkiem sprawnym i mocnym. Improwizacja na scenie, o ile ma być to prawdziwe granie, nigdy nie jest prosta, ale nie znam niczego innego w muzyce równie satysfakcjonującego. I nie chodzi o naiwne zadowolenie z tego, że było o.k., chodzi o dotknięcie czegoś prawdziwego i czasem bardzo chropowatego, roboczego. Nic mnie nie obchodzą dąsy znawców wszystkiego, którzy i tak nigdy nie będą nikim z nas i tyle. Każdy taki znawca zaśpiewał by lepiej niż Damo, zagrał by lepiej niż wszystkie składy jakie zna... ale jakoś się nie poskładało? Mówiąc językiem mediów: nasz koncert wzbudził silne emocje...
Damo Suzuki Network saportowały dwa inne składy z Włoch, całkiem dobre, klubowe granie, o które kiedyś było w Polsce dość trudno. Ostatni dzień Energii to dwa koncerty: R.U.T.A (o której GW w wydaniu internetowym napisała, że jest naszym nowym projektem... i z przyjemnością tę informację dementowaliśmy!) i The Magic Carpathians w składzie: Ania, Andrzej i Marek. O występie mega gwiazdy (?...?, ale dlaczego?), która nas saportowała nie będę pisał bo słyszałem niezbyt wiele, ale na tyle dużo aby tego nie robić. Publiczność była zachwycona i to jest ważne. Na naszym koncercie nikt nie podskakiwał i tylko jeden gość tańczył... ale odbiór był bardzo mocny i prawdziwy. Cieszę się, że scena w budyniowie potrafi się obejść (... tak, tak kolego, możemy obejść się bez tego...) bez cyrków męskiego grania do piwa i innych masowych jarmarków dla bojącej się samodzielnego myślenia gawiedzi. Tym bardziej jest ważne, że tego rodzaju autentyczne ujawnienie wielu różnych aspektów kultury niezależnej jakim jest Energia Dźwięku Fest. udało się znakomicie. Wrocław jest O.K. ! Już się cieszymy na listopadowy (i jubileuszowy!) Industrial Fest. Przygotujemy coś specjalnego, bo ekipa organizatorów jest specjalna i publiczność jest jedyna w swoim rodzaju. Szkoda, że w KRK wszystko idzie w inną stronę... może walec KBF nie zrówna wszystkiego i przyjdzie jeszcze nasz czas? A jeżeli zrówna... to się dopiero kiedyś "odegnie"...
Stosik sprzętu, który jutro musimy upchnąć w dwóch plecakach i "bagażu ręcznym" zaczyna nas niepokoić... i tylko jeszcze sto różnych pilnych spraw, wpłat, zapasów, map i adresów... i w tundrę!
Na wymuszonej i mało ambitnej focie z WRO: Damo Suzuki plus Igor, Marek, Ania i Andrzej.

PROTO-ELEKTRONIKA 2

0 comments

Oglądanie interesującej wystawy to jedno, a poukładanie sobie wszystkich materiałów, zachwytów, przeczuć i objawień to całkiem inna sprawa. Wszyscy coś oglądamy, słuchamy, czytamy i doświadczamy, ale nie wszyscy potrafią się z tym co ciekawe i inspirujące uporać?! Od lat zachwycamy się daleką Północą i za każdym powrotem mamy nowy segment wiedzy i doświadczenia za sobą i widzimy ile mamy jeszcze przed sobą... Czasem słyszałem, że jesteśmy "hiper-aktywni" i wydajemy zbyt dużo płyt, ale każda płyta to jest jakaś przemyślana i przepraktykowana wyprawa / spotkanie / zachwycienie / eksperyment. Po krótkiej wyprawie do Budapesztu mamy tyle materiału, że tylko systematyczna i wytrwała praca (może) pozwoli na opanowanie emocji i zbudowanie (kiedyś) konstruktywnej puenty?!
Do Budapesztu pojechaliśmy specjalnie aby zobaczyć wystawę: Generation Z - Russian Pioneers of Sound Art and Musical Technology in 1910-1930-s. Z pewną obawą podeszliśmy do drzwi OSA Archivum, które mieści się w Golderberger House w centrum miasta. Za drzwiami wpadliśmy natychmiast w ten inspirujący stan uniesienia i całkiem prostej radości. Po chwili zachwycającej wizji wstępnej, przystąpiliśmy do systematycznych badań i dokumentacji na wszelkie sposoby... A dokumentować było co: variofony, thereminovoxy i terpsiton, rytmikon, paper sound, ANS syntezator zastosowany do uzyskiwania brzmienia dla Solaris - Tarkowskiego, gitara o 23 strunach, zapis kreatywności człowieka, opis Laboratorium Słuchania/słyszenia, graficzne techniki uzyskiwania dźwiękowej ścieżki filmowej, niezwykły Salomon Nikritin, tzw. ornamental sound, android, nowe skale muzyczne itd. itd. a wszystko udokumentowane filmami, oryginalnymi konstrukcjami, reprodukcjami i fotografiami. Zobaczyć reprodukcję patentu na tereminovox to spore przeżycie i całkiem inna opowieść od tych, które krążą tu i tam... Sam się nabrałem na opowieść o ucieczce Lwa Siergiejewicza Termienia do USA... Okazuje się, że nigdzie nie uciekał, patent miał w Rosji a z USA wrócił bo był informatorem KGB. Po powrocie trafił z miejsca do łagru w tajdze... Smutne było oglądanie powtarzającego się układu dokumentów: młody naukowiec / wynalazca, interesujące wyniki badań, konstrukcja prototypu całkiem oryginalnego urządzenia, a po tym już tylko; fotografie NKWD i z łagru lub reprodukcja nakazu aresztowania, czasem wspomnienie o biciu i przesłuchaniach... Co jest nie tak z Rosjanami, że potrafią sami sobie tak szkodzić i niszczyć swoich genialnych ludzi? Sala OSA Archivum była ozdobiona stylowymi transparentami z napisami stosownymi do epoki. Kilka dużych przedsięwzięć typu: Symfonia Syren (symfonia na syreny z okrętów wojennych z partiami perkusyjnymi w postaci salw armatnich... (czy gdański pomysł na balet dźwigów stoczniowych miał coś z tego ducha...? szokujące?) lub Pacific 231 - Symphonic poem about a train...
Z tej wystawy, ale także z moich poszukiwań nowych wersji starych instrumentów (harfy wiatrowe, długie struny...itd.) wyłania się coś nowego, coś innego niż dotąd: inna estetyka, rytm, przestrzeń muzyczna. Polska odmiana tzw. "folku zakleszczonego" męczy mnie już strasznie i dobijają takie niby eksperymenty w stylu Możdżera plus kolo szeleszczący na bębnie ramowym lub chłopomaństwo w postaci zawodzenia nad niedolą szlachetnego ludu miast i wsi. Szczególnie lud wsi mnie irytuje, bo z sojuszu robotniczo-chłopskiego się sianem wykręcił, w każdym ustroju dobrze się miał i tylko tzw. panowie za mordę trzymali bo dobrze wiedzieli, że każdy chłop "dwie dusze ma". Fajne jest śpiewanie pieśni buntu uciemiężonych chłopów (walczyli ofiarnie przeciw rozpijaniu ich przez panów, obszarników i Żyda ...), ale kto zaśpiewa skargę piłowanych drewnianymi piłami tzw. panów i ich gwałconych córek? Armia Czerwona po wkroczeniu do miasta mojego dziadka dała się zapamiętać w mojej rodzinie paleniem deseczkami z parkietu w piecu (bo taka podłoga była obca ideologicznie) oraz pytaniem tzw. chłopca stajennego czy mają rozstrzelać dziadka? Gdyby ten chłopak poskarżył się na moją rodzinę, to nie wiem czy ja bym pisał te opowieści! Wystarczyło by aby zaśpiewał jakąś pieśń buntu ... Czy Krytyka Polityczna będzie pytała naszych znajomych czy powinno się nas zastrzelić? Jak rewolucja to rewolucja!?
Zawsze znajdą się jacyś kolesie, którym rozumu, wyobraźni i zdolności brakuje i kompensują to tzw. polityką. Jedni starają się coś zrozumieć, napisać, zbudować, uprawiać, doskonalić a grupa apartczyków (prawicowych, lewicowych, umiarkowanych, zielonych, czerwonych i brunatnych oraz czarnych, a jakże...) już szykuje wezwania na przesłuchanie lub system wykluczający z tzw. przestrzeni publicznej. ByliSmy dzisiaj w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Krakowie i było tam wiele dźwięków, ale poprzez wszystkie przebijał się wrzask niejakiego pana Sierakowskiego! Nawet Hitler był ciszej, a najciszej brzmiały wspomnienia Żydów... nad wszystkim unosił się falset Sierakowskiego. To po to MOCAK zbudowano?
W Budapeszcie była jeszcze jedna świetna wystawa - The Art of Light czyli wszystko by Laszlo Moholy-Nagy! Te dwie wystawy oglądane razem, jedna po drugiej uświadomiły nam, że są jakieś niezwykłe okresy w życiu kultury - lata 1920-1936, późne lata 50., lata 1967 - 1971, w Polsce lata 70. XX wieku... jakaś fala, wiatr ducha?
Na focie ritmikon z 1930 roku... wersja zapomniana i powracająca co jakiś czas w nieco uproszczonych wersjach. W wymianie zdań pod fotą variofonu na FB pojawiło się to nasze uwielbienie Zachodu: elektroniczna wersja rytmikonu lub variofonu w rękach zamaskowanych The Residens rozpala wyobraźnie, a w dłoniach konstruktorów z Rosji Radzieckiej ... śmieszy!!! A przecież nie tak przebiega granica pomiędzy ideologiami a artystami (uprawiającymi sztukę lub naukę)... są Ci co wnoszą coś pozytywnego / nowego i inni, którzy zagłuszają wszystkich swoim skrzekotem ideolo-ego.
ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội