Wiedeń, Bern i źródła Renu

0 comments
Po tundrze każdy wyjazd wydaje mi się nie do końca konieczny, albo wręcz zbędny. Tym razem jednak mieliśmy wielką ochotę na spotkanie ze starymi znajomymi, którzy żyją w uciążliwym i nudnym dobrobycie starej Europy. Wiemy, że kapitalizm się załamał, demokracja nie zdała egzaminu itd. itd. i tym bardziej chcieliśmy się utytłać w tym zgniłym systemie zanim lewacy zaprowadzą nowy ład i zamkną nas w łagrach. Poza tym były jeszcze wakacje, a nikt nas nigdzie nie zaprosił poza Wiedniem, Bernem i tajemniczym kolektywem z jakim mieliśmy działać w Alpach. W podstawowym i logistycznie najsprawniejszym składzie, ruszyliśmy zatem na południowy zachód.
W Wiedniu odebrali nas z dworca Eric i Vanessa. Jeszcze tego samego dnia, a raczej nocy, słuchaliśmy koncertu muzyki elektronicznej w zasłużonym dla tego gatunku klubie słusznie urządzonym pod wiaduktem i torami kolejki miejskiej. Solowy koncert zrobił na nas dobre wrażenie i tylko papierosy jako dekadencki dodatek do hipsterskiej aż do bólu postawy artysty cofnęły nas o kilka lat wstecz... Nic nie sprzęgało, nic się nie kłębiło, a grało... pewnie dlatego, że nie było pana Rysia z panem Witkiem, co się znają na kablach i mają lutownicę zawsze gotową do lutnięcia. W naszym postępowym budyniowie panowie Rysiu i Witek są nieodzowni i to oni dają zawsze pierwszy artystyczny dreszczyk w kategorii teatru absurdu. O, jak mi brakowało tych fachowych nawoływań: idzie / nie idzie / nie mam sygnału oraz pytań o to czy męski czy żeński? Ot, zachodnia zgnilizna i zgubny perfekcjonizm, który odbiera pracę małorolnym chłopom po zasadniczej elektrycznej.
Po wypiciu lemoniady przed klubem pełnym hipsterstwa zaschnięty budyń z moich butów odpadał płatami. Rankiem poszliśmy w miasto... a miasto Wiedeń jest dość interesujące do momentu gdy nie trafimy na główny plac i te wszystkie inne place z wykwitami megalomanii i przyciężkich idei. Kraków wydał się nam koronkowym cackiem i uciekliśmy do mieszkania. Na kilka godzin przed koncertem zainstalowaliśmy się w jednym z najmodniejszych, niezależnych miejsc w Wiedniu. Surowe i zrujnowane wnętrza trochę nas zaskoczyły, ale nie takie kluby widzieliśmy w Bay Area i podłączyliśmy wszystko co niezbędne z pomocą minimalnej ilości sprzętu. Eric i Vanessa obiecali nas wesprzeć więc nagle przeistoczyliśmy się w interesujący kwartet. Przed nami zagrała miejscowa ekipa ze świetnym muzykiem z Afryki Południowej, z którym od pierwszych chwil nawiązaliśmy miły kontakt. Słuchając tej ekipy żartowaliśmy, że gdyby ktoś tak grał w Polsce to miałby już w nosie muchy przeogromne, a może nawet ze dwie tse-tse. Chociaż nie, bo w budyniowie wszystko zależy od tego czy ma się kolegów w poczytnej (jak sama twierdzi...) gazecie, tygodniku i tivi... i czy zna się dobrze oblatanych w budowaniu marki (budowanie marki jest jakąś obsesją kuratorów, kuratorek i innych bardzo artystycznie i światowo zorientowanych młodych wspaniałych), w ostateczności pozostaje jakiś browar i jego dyrektorzy kreatywni, kreatywni czasem do bólu, który pojawia się gdy oglądamy ich wymysły. No więc goście zagrali tak, że zrobiło się całkiem miło. Przyszła kolej na nas i okazało się, że na znany nielicznym bo niszowy w Polsce zespół, wspomagany przez dwójkę Amerykanów, przyszło całkiem sporo ludzi w wieku od około dwudziestu do około sześćdziesięciu lat plus znany nam dotąd jedynie z wymiany korespondencji i tekstów redaktor magazynu Skug. Mimo tego, że brakowało mikrofonu, a my dysponowaliśmy małą częścią własnego sprzętu, udało się w kilku momentach osiągnąć przyzwoitą klarowność naszej muzyki i mam poczucie, że to wystarczyło.Słuchacze zdawali się rozumieć prostą zasadę, że dostają muzykę w technicznym opakowaniu klubu.
Świetny wieczór, dobra muzyka przy pakowaniu gratów i mała, nocna kolacyjka w mieszkaniu naszych przyjaciół utwierdziła mnie w przekonaniu, że ten wyjazd ma jakiś sens.
A później było już tylko lepiej. Spotkanie z Willym Grimmem i jego żoną, później z Gerardem Widmerem i sam koncert w sali prawdziwego ośrodka muzyki, powstałego dzięki pracy i doświadczeniu kilku mądrych ludzi, a nie z łaskawej dotacji wujka ministra, było jak udrożnienie tchawicy zatkanej budyniem. W Bernie także wiele spacerowaliśmy i do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że rzeka przepływająca przez miasto jest krystalicznie czysta, a ludzie spływają nią do centrum... bo podczas upałów jest szybko i miło. A u nas Wisła - Królowa Rzek gęsta jak gnojowica, a kasa idzie na Sacrum Profanum. To tak jakby w gumiakach wybrać się do opery i mieć do tego rozporek z urwanymi guzikami. Szkoda słów i tylko żal, że te gumiaki przyrosły nam na stałe...a guziki gdzieś przepadły. Prawie cztery dni w Bernie dały nam wiele przyjemności i inspiracji, ale także zwykłego wytchnienia. 
Ostatnim i najbardziej tajemniczym etapem naszej podróży na zgniły zachód była wyprawa na wezwanie człowieka, który od dziewięciu lat opracowywał ramy znaczącego spotkania w niezwykłym miejscu w Alpach. Nie wchodząc w szczegóły była to wyprawa dość karkołomna, ale dotarliśmy w niezwykłą dolinkę leżącą na wysokości około 2 300 m i okoloną znacznie wyższymi szczytami Alp.  Pracowaliśmy tam przez dwa dni mieszkając w zaimprowizowanym obozie namiotowym. Coś jakby muzykować i medytować w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach. Droga do Zurichu wzdłuż Renu i jego arcyciekawych przełomów dał nam wiele do myślenia.
Powrót do budyniowa zaczął się już w Zurychu. Po pierwsze dworzec autobusowy z jakiego mieliśmy autobus wyglądał tak jak stary dworzec w Sofii jakieś 15 lat temu... A potem, już przy wsiadaniu budyń buchnął na nas szerokim strumieniem. Wystarczyło usłyszeć od pana (... i władcy autokaru) kierowcy, że osoby o różnych nazwiskach nie muszą siedzieć razem, bo przecież wiadomo, że nie mogą być mężem i żoną, a potem instrukcję jak mamy postępować aby wszystko w autobusie "pozostało w stanie nowości" i o tym, że powinniśmy powstrzymać się od wcierania czekolady w oparcia foteli... Przy barwnym opisie co możemy, a co raczej nie robić w ubikacji i że jeżeli już to mamy starać się trafić w dziurę... wymiękaliśmy ze śmiechu. Przestaliśmy się śmiać kiedy pan kierowca z wyraźną satysfakcją zarządał od nas po 15 euro za każdy duży bagaż ponad dwa dopuszczalne... Ile jeszcze będziemy męczyli się z głupimy ludźmi maskującymi słomę w butach białymi skarpetkami i odorem tzw. "przemysławki".
Ale koncerty, Alpy, jezioro smoka i energetyczne spotkania dały nam siłę aby przetrwać aż do Krakowa i przetrwaliśmy!
Na gorąco podsumuję nasz wyjazd tak: żyjemy w kraju namiastek, powierzchownych, a często tylko pozornych działań, w kraju gdzie jest zbyt dużo publicznych pieniędzy, gdzie młodzi wujkowie i ciocie od kreowania marki i sztuki współczesnej rozlewają się bezkarnie w naiwych akcjach i prostackim nie/rozumieniu sztuki, gdzie politycy zawłaszczyli całą przestrzeń publiczną i buduje się pomniki wojnie, gdzie liczy się wyłącznie władza podziału wyszarpanych tu i tam dóbr... w takich warunkach trudno jest zwyczajnie żyć i nie wyć!
No i zaraz po przyjeździe mamy prawdziwe problemy: Kora i jej Wielki Konopny Dziad plus piesek narkoman, prostak od jointów robiący marny happening w marnej tivi, jakieś sranie w banie Palikota...
Jedyne co można w tej sytuacji zrobić to pracować ponad siły i bez większych przerw i mieć w planie wyjazd gdziekolwiek.


 

SLOW TREK i Suszone Pomidory!

0 comments
Od 12 do 31 lipca zleciało nam na kolejnym trekkingu, którego treścią było swobodne wędrowanie po tundrze Samów w zimnej i wietrznej krainie za kręgiem polarnym. Zważywszy na upały jakie mieliśmy w Krakowie od czerwca, można by pomyśleć, że to szalenie sprytna akcja. A tu nie, wyjazd z upałami, wakacjami i sprytem nie miał nic wspólnego. Robota i tyle. Za miesiąc powinniśmy oddawać Wydawcy tekst książki o naszych wędrówkach po Sapmi i postanowiliśmy ambitnie wybrać się kolejny raz, aby kilka spraw dopiąć, doczytać, zobaczyć i zrozumieć. Sytuacja stała się nieco inna od momentu wizyty u naszych zaprzyjaźnionych Samów i ich pobycie w Polsce. Wiele spraw zobaczyliśmy inaczej i chcieliśmy to zweryfikować. Postanowiliśmy wejść w wyjazd jak w praktykę slow i nie zakładać bardzo konkretnej trasy, dat i celów poza zasadniczym kierunkiem. Nie uratowało nas to od dwóch ciężkich plecaków, namiotu i pełnej gotowości bojowej, co w drodze na lotnisko w Krakowie w środku 30. stopniowego upału wyglądało malowniczo. Z tego wszystkiego nie zabrałem części trekkingowej odzieży i zaliczałem później "pierwsze przejście Laponii w krótkim rękawku" w stylu dawnych opowieści z rodzaju: w ortalionie przez Patagonie... Slow to slow i histerii nie było i tylko troszkę wiało w pobliżu lodowca.
Dotarliśmy nad jezioro Sitas i także w stylu slow i odmianie zwanej w kung-fu stylem pijanego kręciliśmy się po okolicy, aż wyszliśmy na górę Alepoajvve na ponad 1500 metrów co za kręgiem polarnym znaczy minimum dwa razy tyle. Więc nie dość, że pierwsze przejście w krótkim rękawku i starej kurtce, którą wreszcie z radością wywaliłem bo zamiast chronić przed deszczem wytwarzała białą, zagadkową pianę z resztek membrany (firma Salewa najwidoczniej nie wie jak się robi membrany na prawdziwe trekkingi w prawdziwym deszczu, a nie spacery po muzeach...) to jeszcze pierwsze polskie wejście na Alepoajvve filarem południowo-wschodnim. Zaśmiewaliśmy się z treści depesz jakimi można by zalać nasz ulubiony portal OjNiet.pl, ale zamiast wykorzystać okazję dla odrobiny sławy w postaci np. takiego tekstu: niewielki polski zespół wspinaczy operuje w górach za kręgiem polarnym, weszli bez butli tlenowych na grań Alepoajvve tuż pod lodowiec zajmujący partie szczytowe wytyczając drogę filarem.... to jak zwykle przegapiliśmy kolejną szansę! Oczywiście o krótkim rękawku ani mrumru.
Po pierwszym udanym slow szturmie na szczyty i granie powędrowaliśmy do wyżej położonego rejonu jeziora Huke tuż przy granicy z Norwegią. Mieliśmy tak tajny plan, że nawet nie mówiliśmy o nim do siebie, ale udało się i dostaliśmy na kilka dni samski dom, którego wiek szacujemy na blisko sto lat. Z tego slow treku weszliśmy na górę, wytyczając pewnie pierwszą polską drogę filarem wscgodnim. Góra miała około 1200 m n.p.m. i nie miała dotąd nazwy. Miejscowi tam najwyraźniej wychodzą czasem, ale trekkerzy chyba nie i może uda się nadać jej nazwę Góra prof. Baltazara Gąbki, na cześć wiadomego słynnego profesora z grodu Kraka? Gród nasz może okazać się bardziej Kruka niż Kraka i taka wersja już krąży pośród wpływowej części samskich artystów. Po tych wyczynach i psychogeograficznych dryfach w temperaturze 3 stopni rano i padającym śniegu... wróciliśmy nad Sitas. Tam w schronisku STF spotkaliśmy samską rodzinę, która zmierzała po swoje stado reniferów i wymieniliśmy uprzejmości. Po chwili okazało się, że rozmawiamy z kuzynem naszego nauczyciela joiku Per Niila Stalka! Kiedy pochwaliliśmy się, że zorganizowaliśmy wizytę naszych znajomych Samów w Polsce, kuzyn rzucił: wiem, widziałem na fejsie. Musieliśmy wyjść na chwilę nad brzeg Sitas aby ochłonąć i zamierzamy zimą poznać wszystkich Samów jakich się da poczynając od pierwszych do ostatnich kuzynów. To co wynosi się z jednego takiego spotkania odpowiada wertowaniu wielu tekstów i książek, a jest znacznie zabawniejsze i inspirujące. mamy tylko wspólny kłopot: co odpowiemy na pytanie o to, czy spotkaliśmy "prawdziwych Samów". Pytanie nagle stało się palące, bo kuzyn Per Niila Stalki podbiegł do okna i za moment wypadł na brzeg jeziora, my oczywiście za nim. A tam akcja tego rodzaju: helikopter leci z podwieszonym na linie wielkim quadem, zawisa nad drogą tuż obok miejsca gdzie zazwyczaj mamy rozbity namiot i precyzyjnie opuszcza pojazd na lawetę podpiętą do terenowego Volvo... Grupka Samów pomaga, macha do pilota, helikopter siada przy drodze na skrawku poziomego terenu porośniętego brzozą karłowatą i wszyscy idą coś zjeść i napić się piwa? Gdzie są prawdziwi Samowie... kołacze nam w głowie pytanie, od którego zależy nasza książka, nasza wiarygodność, wyobrażenia tysięcy miłośników zaprzęgów reniferowych, które na niebie zmieniają się jak wiadomo w ciężarówki z coca-colą...
Najciekawiej jednak zakonczył się nasz badawczy slow trek do Sapmi ... wylądowaliśmy nad zatoką Botnicką w pięknym mieście Lulea, które jest stolicą Norrboten czyli północnego województwa i krainy będącej zsyłką dla Szwedów  - pewnie dlatego umieszczają tam Sikhow, ludzi z Tajlandii, a nawet Laosu... cóż chęć pomocy i eksperymentowanie z gatunkiem ludzkim Szwedzi mają we krwi? Nawet tam nie kupiliśmy nawet najmniejszego słoiczka z naszą ulubioną maliną moroszką i tylko oglądaliśmy w miejscowej tivi jak kilkuset Bułgarów radzi sobie po porzuceniu ich w tajdze... Mieli zbierać jagody (m.innymi moroszkę!), ale wobec słabego urodzaju ich promotorzy gdzieś przepadli i zbieracze musieli sobie radzić sami. Coś nam Ci Bułgarzy dziwnie przypominali Romów, ale jedno nie wyklucza drugiego, a moroszki i tak nie było! W Lulei z miejsca trafiliśmy na koncert eksperymentatora z Chile, później do jego mieszkania gdzie na gotowaniu wspaniałej zupy i gadaniu o scenach w Santiago i Krakowie zeszło nam ładne kilka godzin. Wszystko za sprawą nagromadzonej wcześniej karmy, ktorej wykonawcą był człowiek, który pokazał nam zimowy targ w Jokkmokk i to w Jego samochodzie po raz pierwszy przekroczyliśmy krąg polarny i pamiętne ubieranie kalesonów pod tablicą zaświadczającą, że go właśnie przekraczamy, w trakcie której to czynności z jedną nogą gołą a jedną zaplątaną w ciepłe gacie zaskoczyła nas cała, autokarowa wycieczka Japończyków...! Zajścia w Lulei i swietny koncert muzyki na jaką trudno trafić na naszych scenach uznaliśmy za doskonały omen i zwolniliśmy się całkowicie z szukania prawdziwych Samów, prawdziwej tundry i innych prawdziwych rzeczy. Nigdy bowiem nie uda się nam przebić wiedzy o świecie czerpanej wprost z klasycznych części o prawdziwych przygodach niejakiego Indiany J. albo z oryginalnych rytuałów szamańskich w stylu "szamańska majówka" u nas w chałupie.
Do domu wróciliśmy z otwartym umysłem i zielnikiem podróżnym (tym razem dosłownie!) roślin arktycznych...

Atrakcja goni atrakcję i w ostatnią sobotę zagraliśmy w ramach letnich imprez organizowanych przez CSW w Warszawie - Zielony Jazdów. Cały wyjazd i pobyt w Stolicy, który zaczęliśmy od nieomal rytualnego posiłku w Quchni Artystycznej w Zamku Ujazdowskim, organizację, publiczność itd. itd. aż po rozmowy z taksówkarzami... muszę zamknąć w jeden epitet: rewelacja! Wiem, wiem... i odszczekuję, kajam się i wyciągam wnioski! Warszawa zmieniła się tak, że aż chce się wracać ot tak, aby połazić i pobyć. Nie sądziłem, że kiedyś to napiszę! Dziękuję Andrzejowi Załęskiemu za zaproszenie i ekipie organizatorów z Natalią Starowieyską na czele! Do tego nasza i Tekli obecność sprowadziła taką ekipę przyjaciół, że głupio o tym pisać... a po tym jak Robert B. wdrapał się na scenę i zagrał z nami, bo miał ochotę, a i my mieliśmy to na myśli... trudno rozwijąć ten wątek. Tym samym po raz kolejny okazało się, że jak coś żyje i spokojnie / konsekwentnie celebruje niezależność, to nawet najbardziej przemyślane i zakontraktowane na setki sposobów imprezy nie mają startu. Kulturalny off tego wieczoru był w parku przy Zuju, jeżeli był też jeszcze gdzieś to bardzo dobrze, tylko się cieszyć... A do tego zamiast identyfikatorów, opasek na przeguby i innych wspaniałych wynalazków pod Zamek Ujazdowski wjechaliśmy po wyjawieniu hasła: "suszone pomidory"... poczucie humoru to miłe doświadczenie.

Media Ecology Workshop

0 comments
Dzisiaj świętujemy wydobycie z przepastnych maszynerii drukarni na świat pięknej książki A. - Rubieże kultury popularnej. Żartobliwie nazywaliśmy ją w domu - POPium dla mas, bo traktuje o meandrach pop-u w rodzaju neoszamnizmu, ruchu slow, nowym ogrodnictwie i innych strategiach kontrkulturowych przejmowanych kolejno przez popkulturę i... wzajemnie. To ważna książka, którą należy uważnie przeczytać nim się zacznie oceniać i zaliczać do tego czy owego ideologicznego stada. Może się znajdzie w Polsce tysiąc osób, które czytają książki - nie tylko dzieciom?

Ciekawym doświadczeniem ostatnich dni był krótki spacer etnobotaniczny - warsztat terenowy dla studentów AGH jaki poprowadziłem w Beskidzie Niskim w sobotę 30-stego czerwca.  Wiecej o nim na nowym blogu: etnobotanicznie.pl
Muszę tylko wspomnieć o silnym doznaniu gęstego od emocji powietrza na terenie pełnym kiedyś ludzi, wiosek i cerkwi... To nie jest doznanie pozytywne i nie wiem co należy tam zrobić aby w chociaż minimalny stopniu zmienić tę sytuację. Obozowanie na rozwalonych domach ludzi, którzy ich dobrowolnie nie opuszczali i przez pokolenia tęsknią za nimi nie jest dobrym pomysłem. Widziałem tam też przejmujący obrazek: symboliczne drzwi stojące na miejscu gdzie kiedyś była wioska... Drzwi są drewniane, mają klamkę i są zawieszone na zawiasach, wyglądają "normalnie", a po wewnętrznej stronie mają tablicę z nazwiskami osób/rodzin, które tu kiedyś mieszkały... W jadalni ośrodka w Radocynie serwetki były wetknięte w oprawki drewniane z wizerunkiem szarotki... etnobotaniczne przyznanie się do tego, że nikt z mieszkających tutaj teraz nic wspólnego z Beskidem Niskim nie miał... Trochę dziwne, trochę melancholijne przeczucie, że warto by z tym wszystkim jakoś pracować... może nawet wiem jak, ale to nie ja muszę do tego dorosnąć.

Jest taki wiersz Tomasa Transtromera - Powiązania: Spójrz na to szare drzewo. Niebo spłynęło w ziemię poprzez jego włókna - został tylko zmarszczony obłok gdy ziemia już wypiła. Skradziony kosmos skręcił się w plecionkę korzeni, przędą się w zieleń. / - Te krótkie chwile wolności wychodzą z nas, przetaczają się przez krew Parek, i dalej.
To doskonały, aluzyjny opis tego z czym chcemy pracować podczas naszej części terenowej Media Ecology Workshop  w najbliższą niedzielę, poniedziałek i część wtorku - 8-9-10.07.2012r.
Drzewem, który wybraliśmy do badania jest rodzima topola - osika (Populus tremula) zwana czasem topolą drżącą. Zadziwiające są preparaty z osiki: od naturalnej aspiryny... do mieszanki pobudzjącej do śmiechu. Dla Greków szelest liści, który pojawia się czasem bez wyczuwania wiatru lub innych zauważalnych przyczyn oznaczał, że topole są drzewami wieszczymi... Ale ślady specjalnego traktowania osiki znajdujemy około 5 tys. lat temu w Mezopotamii. W wielu miejscach osika jest drzewem słońca, jest tak u kilku rdzennych ludów zamieszkujących Amerykę Północną i np. Hopi rytualnie palą liście osiki! Drżenie liści zawieszonych na bardzo długich ogonkach powoduje przyspieszenie rozkładu wody we wnętrzu drzewa i być może ma swe odzwierciedlenie w fali dźwiękowej w gałęziach, pniu i korzeniach osiki?
Od połowy przyszłego tygodnia ruszamy na kolejny trekking w tundrę...  Część zaplanowanej trasy to znane nam miejsca i szlaki, ale kilka miejsc zobaczymy pierwszy raz. Mamy sporo czasu na siedzenie w centrum kultury i bibliotece Samów w Jokkmokk i dwa dni przeznaczamy na Zatokę Botnicką w okolicy Lulei gdzie byliśmy dotąd w zimie i nagrania skrzypiącego od mrozu śniegu z Zatoki Botnickiej są do odsłuchania na płycie Jokkmokk! Tym razem zbieramy i systematyzujemy informacje do książki jaką mamy oddać do Wydawnictwa do połowy września!  Jest ciekawym doświadczeniem jak wchodzi się głęboko w rzeczy, intuicję i obrazy (w tym dźwiękowe) przy takim intensywnym opracowywaniem obszaru/sfery, która nas zainteresowała. Stawanie się czymś nie polega na ubieraniu czapki z uszami niedźwiedzia... tak jak lot szamański nie polega na zafundowaniu sobie dolegliwości gastrycznych i zatrucia organizmu. Ale takie doświadczenia nie są do opisania i każda próba prowadzi (czytelnika / słuchacza) na manowce.

Studiuję świetne wydawnictwo z USA: (Sojourns - The Music of Place (pisownia z nawiasem oryginalna) o brzmieniu Wyżyny Colorado.  Jest tam kilka świetnych i inspirujących obserwacji, doświadczeń i podpowiedzi. Np.: "landscape is music", "hearing... is in direct contact with whatever vibrates in our world", " the songs... make us into one tribe", "we can learn these languages of the wild the same way we learn any foreign tongue...", ... itd. itd. Mam nieodparte wrażenie, że czytam swoje własne intuicje, które prowadzą mnie od kilkudzisięciu już lat... z tym, że poza kilkoma najbliższymi osobami nie bardzo jest z kim o tym rozmawiać. Młodzi kopiści boją się samych siebie i ciągle ukrywają się na wszelki wypadek za technologią, najważniejszym (aktualnie i dla nich) nurtem sztuki, albo wszystko załatwiają hipsterskim wzruszeniem ramion i szyderstwem, a od tego człowiek nie robi się mądrzejszy tylko garbaty i ma skrzywione i zaciśnięte usta. Ale miło, że gdzieś w Colorado... Aby i Wam było także miło posłuchajcie nagrań ze strony Cykadomaniaków i przyjaciół ropuch z Kaliforni...

ALUZJA

0 comments
Podobno nie ma już czegoś takiego jak powszechny zasób wiedzy i " każdy z nas jest zdumiony ignorancją reszty świata" (Felipe Fernandez-Armesto w "Cywilizacje") więc pisząc książkę nigdy nie wiemy jak zostanie przyjęta i co czytelnicy z niej wychwycą, a co pozostanie niezrozumianym życzeniem autora. Pierwsze kilkadziesiąt sztuk "Zielnika podróżnego" jest już "w czytaniu" i z uwagą, nadzieją i ciekawością zbieram pierwsze reakcje. Najpierw reakcje z sieci, głównie z FB, później trochę opowiedzianych, przekazanych wprost lub aluzyjnie. Jest raczej entuzjastycznie, pozytywnie i dobrze... więc zaczynam się niepokoić. Sam nie uważam "Zielnika..." za książkę botaniczną i liczę bardzo, że będzie uważnie czytana. To co chciałbym teraz napisać świetnie ujął już w słowa przywoływany autor "Cywilizacji" : "...Moja proza utyka na szczudłach aluzji. Namawiano mnie, bym pisał jaśniej, bo część czytelników ich nie wychwyci. Moim zdaniem jednak literatura bez drugiego dna nie daje radości czytania: prawdziwy smaczek potyczki z pisarzem polega na rozszyfrowaniu niektórych aluzji i przyznaniu się do porażki w przypadku innych. Celem aluzyjnego pisarstwa jest wywołanie skojarzeń i odczuć w głębi umysłu, a niekoniecznie komunikowanie ich otwartym tekstem."
Dla mnie smaczkiem jest obserwowanie do jakiej szuflady będzie pakowana moja książka? Bo mamy obecnie wielu mądralińskich, którzy znają się na wszystkim tym, co ma już od dawna swoje zaszeregowanie: książka o podróżach, okultystyczna, botanika tradycyjna, historyczna, esej filozoficzny, proza buntowników...
I tacy mądrale wiedzą co jest co, bo małpują oceny innych... Ilu z dzisiejszych czytelników samodzielnie uznała by książki Castanedy za fantastykę naukową... a prozę pisarzy z naklejkami na czołach: Beat Generation za zbuntowaną? Wiemy to co usłyszymy w mediach, a kto pierwszy usłyszy to bardziej mądraliński jest i uchodzi za proroka? No i będzie z "Zielnikiem..." problem, bo niczego w mediach nie usłyszymy i książka będzie krążyła pośród bardziej zorientowanych, bardziej ciekawych, bardziej uważnych. Nie wiem czy to źle czy dobrze, ale wiem, że pisanie książek to mocne doświadczenie i warto w to wejść.
Niezbyt lubię początek lata, a czerwiec jest jakiś zawsze męczący, egzaltowany, zbyt ciepły, pełny deszczu i błyskawic, duszny i zbyt jaskrawy, oślepiający. Tym razem (a właściwie: jak zawsze...) mamy wiele różnych zobowiązań: zawodowe, promocje książki (dobrze, że jeszcze tylko mojej, bo za miesiąc będzie jeszcze książka A. !), kameralne koncerty i warsztat etnobotaniczny. Warsztat cieszy mnie najbardziej, bo to trzy dni na Zamagurzu i w Pieninach czyli mojej ulubionej krainie. Zapach Dunajca, łąk i te chmury na tle Tatr i Trzech Koron... ej boy!
W nadchodzący czwartek (14.06.2012) mam spotkanie autorskie w gościnnym i samodzielnym Antykwariacie Abecadło i poza prezentacją książki mamy też trochę muzykować. Od małego, w pełni akustycznego grania w Katowicach powróciła mi ochota do takich mniejszych form, bardziej nakierowanych na osobne utwory i instrumenty niż na dramaturgię koncertu jako suity o imponującym napięciu nerwowym powodującym ekstazę jakiej najczęściej ulegają muzycy, a tylko czasem słuchacze... Chyba coś się zmienia muzycznie i czekam na to bez założeń wstępnych.
Na focie my w mitycznej (ale bardzo zarazem realnej) krainie położonej na prawym brzegu Dunajca.

W dodatku Kronika do Dziennika Polskiego (który od jakiegoś czasu sam jest dodatkiem do Gazety Krakowskiej... ) z 4 czerwca, znalazłem na pierwszej stronie i pisany wielką czcionką taki oto tytuł: Niebezpieczne drzewa muszą zniknąć z lasów. Myślalem już wielokrotnie, że poetyka tego typu gazet już sięgnęła dna i bardziej się ślinić do tzw. biznesu (czyli w tym rejonie grubego chama z workiem pieniędzy lub nieco smuklejszego, kulturalnego chama kościelnego* w okularach żerującego całe dziesięciolecia na lokalnej polityce i zasobach publicznych) nie uda, ale tym tytułem udowodniono mi, że nie ma takiego dna, które by się oparło ryjącym w nim lizusom. Podpowiadam dalszy ciąg tak ładnie rozpoczętego w Kronice rozumowania: aby bezpiecznie udać się do lasu należy las wcześniej wyciąć. Pozostaje tylko pytanie o to, po co ludzie chodzą do lasu, skoro drzewa są niebezpieczne? Chodzenie w góry jest męczące (bo chodzi się sporo pod górkę...) i niebezpieczne, bo szpilki się wbijają między skały, albo klapki ciągle zaczepiają o kosówkę! Proponuję beznadziejnym pismakom taki tytuł : Strome góry muszą zniknąć z naszych Tatr! Wizja lekko tylko pofalowanych Tatr bez drzew, bez kosodrzewiny nawet (bo te klapki i rajstopy szarpała) i wielu zastępów służb ratowniczych, które przylecą aby potrzymać kufel z piwem jak się zachce sikać... A najgorsze w tej wizji jest to, że wielu o niej marzy, wierzcie mi. Ale głównym wrogiem budyniowych aktywistów są drzewa. Jak nie mogą wyciąć, to chociaż utną w połowie, albo posadzą tuje, albo drzewko niby-drzewko czyli kilka gałęzi wetkniętych w ukorzeniony kij (to się potem nazywa "zieleń miejska") aby można było złamać jednym ruchem mocarnego, ludowego ramienia.
Już jakiś czas temu zauważyłem, że tzw. drogowcy wyznaczają do wycinki drzewa w pasie drogowym ze względu na bezpieczeństwo kierowców, ale nie usuwają jednocześnie z pasa drogowego stalowych latarni, słupków, przepustów betonowych... nigdy mi nie umieli odpowiedzieć czy kierowcy podczas tragicznego wypadania z jezdni trafiają jedynie na drzewa, a omijają z definicji inne przeszkody? Dzisiaj już wiem, że nie chodzi o bezpieczeństwo, chodzi o jakikolwiek pretekst do wyrąbania drzew. Ta zaciekłość dotyka także fachowców od rzek i potoków. Zbyt niski most, który jeszcze w czasie budowy zalewała woda powodzi nic im nie szkodzi, ale jak zobaczą kilka drzew w korycie rzeki, to wpadają w szał wyrywania z korzeniami i plantowania ciężkim sprzętem tego co jeszcze wystaje z ziemi. Niestety, oni mojej książki nie przeczytają.


ETNOBOTANIKA

0 comments
Rytualne zaczynanie kolejnego wpisu od stwierdzenia, że wiele się ostatnio działo... nie ma już sensu, bo tak widocznie będzie już zawsze i czas się do tego przyznać/przyzwyczaić. Codzienność nie składa się wyłącznie z dużych sytuacji, ale raczej z pasma wielu drobnych aktywności i to one najmocniej wpływają na nasze samopoczucie. Te same dni oglądane z pewnej perspektywy sprowadzają się zazwyczajk do mocniejszych akcentów i grubszych akcji. Pisanie bloga "z bliska" byłoby prawdziwsze, ale nudne i wyczerpujące, a pisanie z perspektywy czasu jest raczej projekcją niż rejestracją.
Z takiej właśnie perspektywy kilku dni pozostaje z nami ciągle żywa wizyta w Śląskim Ogrodzie Botanicznym w Mikołowie z okazji Dni Bioróżnorodności i mojego krótkiego, zawodowego wykładu. Z bliska to było kolejne bliskie spotkanie ze Śląskiem w postaci cukierni, języka, kuchni, ciężkich zasłon w oknach restauracji, placków ziemniaczanych z łososiem... skweru Przyjaciół z Miszkolca... W Ogrodzie był spacer wśród kwitnących krzewów i rozmowy o filozofii przyrody.  Z bliska było bardzo miło i dobrze ten czas wspominamy.
Kuba z Kawiarni Naukowej podesłał nam maleńki ślad naszego tam koncertu. To trochę muzyki i kilka fotografii, ale jako ślad odciśnięty w internecie na tzw. "zawsze" jest o.k. Zostanę raczej oldschoolowcem w tej kwestii, bo zdecydowanie wolę takie robocze zapisy... to przecież muzyka, a nie film. Bo to jest czas "z bliska"...a w tym czasie także mała sesja w studiu przy montowaniu i masterowaniu nagrań z joikiem oraz dwóch fragmentów z koncertu w 2011 roku we Wrocławiu, w których gramy z Damo Suzuki w towarzystwie rewelacyjnych: Job Karma i Igora Boxa! Kawałki są całkiem ładne...! Z bliska widać też, że rozkręca się pisanie o tundrze, Samach, joiku i reniferach...
 Z bliska widać też, że byłem dwa razy w górach liczyć kwitnące okazy zagrożonej rośliny - Primuli farinosy, a to nadaje sporą część wiosennego smaku.
Dzisiaj dotarła wiadomość z Wydawnictwa Ruthenus, że ksiażka Zielnik Podróżny jest już wreszcie wydrukowana. Wreszcie, bo to długa historia... Rozpoczęła się w 2009 roku pisaniem i w 2010 podpisaniem umowy z Wydawnictwem XY z Warszawy... Wszystko było bardzo pięknie, aż do czasu gdy książka była gotowa... bo wtedy Wydawnictwo XY wystawiło mnie do wiatru i zerwało podpisaną umowę... W 2011 roku wydrukowałem zeszyt dla biorących udział w warsztatach etnobotanicznych jakie dość regularnie prowadzę od wielu lat. Zeszyt złożyłem z kilku tekstów z przygotowanej książki. Książkę uratował Wojtek K., który zapalił się do mojego pisania przy okazji przewodnika po Starym Sączu i postanowił poszukać odpowiedniego wydawnictwa. Znalazł Ruthenusa z Krosna i zaczęło się właściwie raz jeszcze. Do nowej wersji książki weszły rozdziały, których mili panowie z Warszawy nie chcieli i okazało się, że może też być trochę kolorowych fotek... Szukaliśmy sprawnego designera i składacza, łamacza itd. w jednym i padło na Tomka Rolnika Czermińskiego... Nikt z nas w tamtym czasie nie spodziewał się takiej wielkiej roboty... Cały czas Bogdan Kiwak z cierpliwością buddyjskiego ascety kadrował, wyszukiwał, zmieniał itd. itd. setki fotografii. Pisanie książki w przełożeniu na język życia domowego jest jak kataklizm... na szczęście A. sama jest w samym środku swojego pisarskiego kataklizmu i potrafii wiele wybaczyć. Koncepcja, że pisanie książek jest zajęciem spokojnym, systematycznym i połączonym z wieczorami pełnymi dyskusji i spotkań z przyjaciółmi... jest z gruntu fałszywe! To raczej wojna, akcja ratownicza, długotrwała depresja i mania prześladowcza w jednym. Wszystko to jest jednak bardzo inspirującym i oczyszczającym doświadczeniem. Po napisaniu własnej książki nie jest się już tym kimś, kto naiwnie przystępował do pracy. Próbowałem porównać proces pracy nad płytą z pisaniem książki i jednak są to różne doświadczenia. Płyta jest jak jeden, ważny i spory rozdział w książce... ale nie jak całość. W pisaniu najbardziej podoba mi się alchemiczne przekształcenie tych wszystkich ulotnych, miękkich i intuicyjnych zachwytów, które są "z bliska" całkowicie bez sensu i nie świadczą o potocznie rozumianej zaradności, w coś trwałego, miejscami wspaniałego, w ślad... jeżeli nie na zawsze, to na długo. Mówiąc obecnymi zjawiskami, to jest to, co kiedyś spowoduje kilka smutnych wpisów na temat autora na FB...
W najbliższy piątek spotkanie autorskie w Dobrej Karmie i kameralny koncert, a 31 maja wykład z okazji książki na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie, potem znowu Śląsk, warsztat etnobotaniczny na Słowacji i może Warszawa.
Z "daleka" będzie to wyglądało bardzo pięknie, ale z "bliska" to ciężka praca i praktykowanie cierpliwości...


JOIK KRUKA

0 comments
Przyjemnie zimny powiew z balkonu powoduje, że chce się pisać. A jest to przecież zadanie skazane na niepowodzenie i zaczyna być to moim poważnym problemem. To co błahe i podszyte żarcikiem pisze się znakomicie, ale to co ważne, zapadające gdzieś głęboko i znaczące jest trudne do opisania. Nie chodzi o słowa, nie chodzi o słowa połączone w zdania i nie chodzi też o zdania połączone w opowieści. To problem daleko bardziej złożony i fundamentalny. Bo gdyby się w tej formie pisania udawało jedynie lekkie i wesołe, to dla mnie oznacza koniec zaangażowania. Zawsze pozostaje jeszcze pisarska forma obronna czyli rodzaj dziennika...
Jest początek maja i wróciliśmy właśnie z Zamagurza czyli niewiarygodnie pięknych terenów z widokiem na Pieniny. Schroniliśmy się tam aby nasze głowy nie eksplodowały po zagęszczonym paśmie koncertów i SPOTKANIU z Per Niila Stalką i Lotte Willborg Stoor. Gdy wyczekaliśmy Ich na Balicach i zobaczyliśmy tę sytuację w jej całej bezbronnej naiwności, która ma jednocześnie moc kruszenia skał... zastanowiłem się poważnie nad naszym: absolutnym brakiem przystawania, nie wpisywaniem się, niedostatkiem rozsądku, zapobiegliwości itd. itd. Takie lgnięcie z punktu widzenia naszej osobistej karmy jest aktem obciążającym i grozi odrodzeniem się w postaci łosia lub renifera.

Zielone na wszelkie sposoby i otwarte do samych granic świata przestrzenie Karpat zaleczyły w kilka godzin nasze rozedrgane myśli, ale tym razem nawet po kilku dniach dryfu po doskonale nam znanych miejscach (w tym mieszczą się także stale robione odkrycia miejsc nowych) nie pomogło i o uzdrowieniu mowy nie ma! Nawet spanie po 12 godzin w wiosennym powietrzu pełnym pyłków, zapachów, fluidów i aktywnych mikrodrobin powodujących, że czas pomiędzy snem a jawą staje się bardzo długi i wypełniony wieloma obrazami... nie pomogło. Swoją drogą to A. ma rację zauważając jak prostackie są poglądy naszej młodzieży na rolę środków psychoaktywnych... reagują dopiero na trutkę na szczury?!

Przed Zamagurzem były prawie trzy dni w Częstochowie: od sobotniego wieczoru 28 kwietnia do poniedziałkowego przedpołudnia 30 kwietnia. W tym czasie spotkaliśmy się z Marysią Pomianowską przed Jej koncertem w ramach Festiwalu Muzyki Sakralnej i przy śniadaniu... oczywiście wróciło wspomnienie Raga Sangit, ale też wiele było nowości i plan na wspólną kawę w Krakowie.
Było dzielenie się naszymi doświadczeniami z trekkingów w tundrze i dobrze, że zrezygnowaliśmy z czegoś, co w slangu zawodowych "podróżników" nazywa się przerażająco: slajdowisko. Wystarczyło 15 fotografii 50 x 70 cm na ścianach i opowieść o okolicznościach ich wykonania - każda z nich jest taką opowieścią. Graliśmy też koncert i jakoś nie wspominam tego najlepiej poza kilkoma fragmentami gdzie energia się objawiła i tych kilku momentów, w których Per podzielił się z nami joikiem. Były też warsztaty, szukanie samskiego buta, pizza, zgubienie telefonu, przedziwne miejsce noclegu, miłe spotkania, jakaś groteskowa i przygnębiająca potęga Wieży na Jasnej Górze... symetrycznie powtórzonej przez biało-czerwony komin na drugim krańcu miasta. W tym wszystkim koloryt miejscowy trzymany w ryzach przez kilka osób... Gdyby chcieć pokazać jaką wydmuszką jest KK to wystarczy pojechać (paradoskalnie) do Częstochowy...
Przed Częstochową był koncert i warsztaty w Magazynie Kultury w Krakowie. Miło obserwować jak goście ze Szwecji (bo czasem byli to także goście ze Szwecji i byłoby wielkim błędem o tym zapominać!) przyglądają się ulicy Szerokiej i jak na drugi dzień dziękują, że mają okna na Kazimierz... i że Rynek i Wawel... ! Ej boy, chyba jesteśmy patriotami lokalnymi?! Szkoda tylko, że na Zamagurze nie mogliśmy pojechać! Next time?! Per podarował nam kilka joików i jeden okazał się możliwy do zagrania razem. W Częstochowie pojawił się następny... Bardzo puczające było pytanie o pęk piór  jaki miałem ze sobą i dopiero gdy wyjaśniliśmy, że to pęk lotek łabędzia (bo oczywista jest potrzeba posiadania na koncercie skrzydła łabędzia...?!), Per kiwnął głową ze zrozumieniem... Nasze koncerty przestają być koncertami i wielu ludzi wychowanych na przebojach robionych do radia i na estrady ma prawo być rozczarowana?! Bo jaką muzykę można grać lotkami z łabędzia? Sam się nad tym zastanawiam! Ciekawa jest także sytuacja z trembitą huculską. Zagrałem na niej, bo daje wspaniały burdon pod stojące akordy 12-stki i joik A., ale także dlatego, że Samowie mają bardzo podobne trąby sygnałowe luur (lur) i w taki sam sposób okręcane korą brzozy! Per zmieścił swój joik w naszym utworze (pierwsza wersja opublikowana jest na CD "Enjoy Trees!" dla Greenpeace), ale do następnej wspólnej aranżacji musiałem trembitę huculską rozłożyć na dwie części i zagrać na grubszej "jak na didjeridu"... Po latach przerwy, grałem na koncercie techniką didjeridu na połowie huculskiej trembity na wyraźne życzenie Sama śpiwającego joik... To było doświadczenie z serii: "dźwięk, który otwiera umysł". Kiedyś pisałem felietony pod tym tytułem, oprotestowanym przez dziwnych ortodoksów katolickich. Per przypomniał nam jedną ze starszych opowieści o tym skąd wzięła się nazwa Kraków? Pochodzi ona od kruka i Joik Kruka nagle nabrał specjalnego znaczenia.
A jeszcze wcześniej był moment gdy zadzwoniliśmy do Janka A. z prośbą o pomoc w przetransportowaniu dwojga gości z Sapmi do centrum Krakowa... to jest ten błysk doświadczenia i zrozumienia, że to co dzieje się prawdziwie trudno analizować, oceniać, doszukiwać się znaczeń i doceniać wagę... Dzieje się i tyle. Dwie osoby z bagażami i czarna pustka pomiędzy międzynarodowym portem lotniczym, a centrum Krakowa. My wiemy, że w tej czarnej dziurze mieszczą sie kury grzebiące w ziemi podwórek, kundle (ciągle) na łańcuchach, pola ..., trzy jabłonki, asfaltowe (ale wyboiste po staremu) drogi, "złodziejówki", dzielnica bogaczy i zielona łąka czyli krakowski Central Park... Goście tego nie wiedzą... ile razy sami byliśmy w takiej sytuacji i z tego mroku samsary wyłaniali się nasi wybawiciele wiedzący o kurach, kundlach i central parkach...!

Wiem, wiem... więcej o joiku, o paskach i bębnach, o szamaniźmie, o tundrze, o ukrytych źródłach... o starej kulturze Europy... Będzie, będzie, ale nie dzisiaj jeszcze, jeszcze nie teraz.
Na focie A. : górująca postać z tyłu to Tomek -Rolnik- Czermiński (z synem), Małgosia -Tekla-, Lotta Willborg Stoor (w koszulce organizacyjnej!), Per Niila Stalka i Wasz sprawozdawca.

Excercise Cold Response

0 comments
W marcu tego roku odbyły się kolejne wielkie manewry wojskowe Cold Response, których gospodarzem była Norwegia. Tego typu manewry w terenach arktycznych odbywają się od 2006 roku, a tym razem uczestniczyło w nich ponad 16 tys. żołnierzy z 14 krajów. Byłoby o nich całkiem cicho gdyby nie zaginięcie, a potem katastrofa wielkiego samolotu transportowego Herkulesa C-130, którego szczątki znaleziono w pobliżu Kebnekaise. To najwyższa góra Szwecji i jedna z najwyższych za kręgiem polarnym. Wyszliśmy na nią w 2009 roku i przechodziliśmy pod nią w 2010! Na tym terenie nie ma zasięgu dla telefonów komórkowych i mimo sprzętu wojskowego minęło sporo czasu nim odnaleziono wrak samolotu. Niestety, była to także tragedia załogi - zginęło 5 osób! Obecnie w Kanadzie na spotkaniu wojsk operujących w arktyce debatują specjalne siły z USA, Rosji, Islandii, Danii, Szwecji, Finlandii i oczywiście samej Kanady. Wszystko to wygląda bardzo niepokojąco i potwierdza to także główna "obserwatornia" w postaci Centrum Studiów Międzynarodowych i Strategicznych w Londynie.  Jej dyrektor - Heather Conley nie pozostawia złudzeń co do tego, że szykuje się ostra kampania o odsłaniające się pod wpływem ocieplenia klimatu, złoża cennych minerałów. Najbardziej niepokojące jest to, że w ramach ćwiczeń wojska zajmują się technikami tzw. riot control czyli mówiąc prościej pacyfikacją wystąpień ludności miejscowej.
Poza tym, że następnym razem pod Kebnekaise nie rozbijemy namiotu ze strachu przed Herculesem, który może walnąć w okolicę, to jeszcze swobodne sikanie w tundrze będzie pewnie rejestrowane przez patrole wielu wojsk? Jak nasikam przypadkowo na ukryty zwiad to technikami riot control zostanę obezwładniony... Jest cholernie smutne, że czarne scenariusze z filmów cyberpunkowych zaczynają się sprawdzać i to na ostatnich naprawdę dzikich terenach Europy i w reszcie Północy.
Tym bardziej wydaje się ważne aby wiedzieć o co właściwie chodzi i co to jest ta Północ. Sprawa jest znacznie poważniejsza niż się wydaje, bo zniszczenie tych prawdziwie dzikich połaci Ziemii jest aktem nie tylko fizycznym. Północ jest określeniem na specyficzny stan umysłu i bez tego subtelnego spostrzeżenia nie bardzo można zrozumieć i praktykować m. innymi fenomen joik-u. Joikning to bardziej stan naszego umysłu niż artystyczna manifestacja i dlatego mody na joik na szczęście nie przewiduję.

We czwartek zagraliśmy koncert w Kawiarni Naukowej i była to także premiera współpracy z Małgosią Teklą Tekiel. Przyjemność była spora, bo to jedna z tych nielicznych osób, która nie pyta tylko słucha i gra. A jak gra! Elektryczna gitara basowa to jest ostra maszyna, ale rękach Tekli ma ten poszukiwany przez nas walor melodyczno-rytmiczny. Mirek Badura całkiem już swobodnie zmienia brzmienia i możliwości thereminovoxa... a granie z takimi ludźmi jest satysfakcją samą w sobie. Także Kawiarnia Naukowa, miejsce małe, ale o bardzo określonym klimacie, okazała się miejscem gdzie może pojawić się muzyka. Na Kazimierzu są właściwie same małe miejsca, ale to dobrze, bo 10 metrów od nas odbywał się koncert znakomitej muzyki... w Chederze! Tomek J. z Ch. wpadł zaniepokojony naszym hasłem przewodnim: ethnoise ... na moment aby sprawdzić, czy na wąskiej uliczce Jakuba, pomiędzy klubami trzeba będzie ustawiać busa dla wzajemnego wyciszenia koncertów...
Kiedy się ma świadomość, że na każdej uliczce Kazimierza zaczyna się właśnie koncert.... to te kilkadziesiąt osób na sali ojawia się jako miłe i zapracowane zainteresowanie. I to jest ten real... gdyby wszyscy tak chcieli / musieli się sprawdzić to by nam znacznie ubyło gwiazd i pieszczoszków! A tak, to browary płacą, gazety tłoczą do głów bo mają umowy i reklamy, radia ulegają presji i kasce (i nie mówię o tych, które służą wyłącznie do zarabiania kasy z samej definicji i podstaw ich istnienia, ale o tych na które idą także nasze podatki) i do tego zawsze się znajdą kluby (także nie prywatne...!), które dotują. Dlatego konsekwentnie apeluję o likwidację Ministerstwa Kultury, które tylko utrzymuje ten obieg i spełnia rolę jedynie wielkiego Wujka. Jest interesujące, że jednym z efektów działania społecznego ruchu Obywatele Kultury jest w jednym z miast likwidacja wydziału kultury na rzecz społecznej rady kultury. Chciałbym mieć jakikolwiek wpływ na to do kogo idą pieniądze z budżetu. Teraz jest tak, że ekipy najbardziej "komercyjne" i umoczone w skomplikowane systemy obrotu kaską prywatną mają jeszcze państwowe wsparcie za to tylko, że grają koncert. A kiedy organizujesz coś o sporej wartości edukacyjnej, społecznej i kulturalnej (bo o sztuce nie mówię - ona jest zarezerwowana dla protegowanych kuratorów), to musisz sobie na to zarobić z biletów. Czyli wszyscy zrzucamy się kolejny raz, po podatkach i płaceniu za reklamę w kupowanych pismach itd. To jest chory układ i tyle.

Ostatnie dni to mrówcza guerrilla promocyjna i informacyjna związana z wizytą artystów z Sapmi. Przylecą we czwartek ze Sztokholmu i następne trzy dni to będzie spora dawka pracy i uważności. Muszę przyznać, że wiele osób i redakcji bardzo pięknie zareagowała na nasze prośby o pomoc. Poza stałymi naszymi wspierającymi ekipami jak Fragile czy Magazynu Skandynawskiego Zew Północy także Redakcja Glissando zachowała się wspaniale! Wczoraj jeszcze doszedł wywiad dla Etnosfery i mamy nadzieję, że jeszcze ktoś się zainteresuje? Muszę wspomnieć także o Antonim Krupie i Radiu Kraków, a jutro mamy mały występ w Radiofonii. Po tych dniach z joikiem, sztuką i kulturą Samów podam listę tych mediów, które chociaż miejscowe to za darmo niczego zrobić nie chcą. Zobaczymy, komu na kulturze naprawdę zależy? I nie jest trudno zgadnąć kto to taki?! Ale może nas zaskoczą, obudzą się... zobaczymy.
Nasze własne media działają niezmordowanie i polecam całkiem aktualny i jeszcze ciepły wywiad z Per Niila Stalką jaki przeprowadziła A. i jest dostępny na naszej głównej stronie.
Na mojej focie jest kamienny Dumający Sam z miasteczka za kręgiem polarnym - Galliware (wymawia się: Jaliware). To ilustracja do pierwszego akapitu tego wpisu...

ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội