Naga Day

0 comments
Nadchodzi interesujący księżyc czyli tzw. Storm Moon, a w tym samym dniu wypada Naga Day czyli czas, który dobrze jest wykorzystać dla praktyki. Wszystko to około 27 marca. Z mojej perspektywy Naga Day mamy o wiele częściej...

Różne okoliczności uniemożliwiły nam zrealizowanie planu spotkań z zainteresowanymi naszymi książkami i nie dojechaliśmy do Szczecina, Wrocławia i Poznania. Książki jednak dotarły na miejsce i mam nadzieje, że kilka osób zdecydowało się je przeczytać. Będziemy się starali zorganizować spotkania w innych terminach i z pewnością dotrzemy wiosną przynajmniej do Wrocławia.

Dzieje się wiele interesujących spraw i to z rodzaju tych, które wpływają na czas jaki nadejdzie. Należy do nich bardzo konkretna, nie specjalnie rozgadana i rozedrgana, ale miła i interesująca pod wieloma względami, współpraca z Krzyśkiem Joczynem i Dawidem Adrjanczykiem z formacji Tundra (to tylko jedna z Ich emanacji muzycznych). Po pierwsze; jest kilka dobrych do słuchania fragmentów naszego wspólnego koncertu na scenie Magazynu Kultury w Kolanku nr 6 w Krakowie. Powinny one umocnić legendę naszej muzyki jako doskonałej do tripowania ... cokolwiek by to oznaczało :-)
Wszystko jest w fazie uzgodnień, ale w wersji minimalnej część tych nagrań, które dokonali "z sali": Krzysiek, Dawid razem z bardzo obiecującym, młodym dźwiękowcem Mateuszem Sieniawskim... i niezawodnym Zoomem, trafi do chętnych. To mój ulubiony sposób nagrywania koncertów, bo to co słychać potem z płyty czy z sieci jest tym, co słyszała publiczność. Są też inne pomysły, ale zbyt wcześnie by o nich pisać. Z inicjatywy Krzyśka, być może w najnowszym numerze toruńskiego zina Menażeria (Toruński Miesięcznik Kultyralny Menażeria, znajdziecie na FB) ukaże się rozmowa ze mną o starych i nowych czasach, planach i intuicjach.
W tym samym czasie (a "ten sam czas" to nasza specjalność z okresu, gdy nagrywaliśmy po dwie lub trzy płyty rocznie i to w odmiennych stylistykach) uczestniczyliśmy w sesji nagraniowej na płytę (płyty?) Michala Smetanki. Główną sesję nagraniową Michal zorganizował w Kezmarku na Słowacji i te trzy dni wytrwałej pracy i słuchania było ważnym czasem. Poza Michalem, który w sesję wszedł totalnie i z wszystkim co przez ostatnie lata robiliśmy razem, a także wszystkim co jest Jego solową pracą, mieliśmy wielką przyjemność zagrać z trzema muzykami ze Słowacji. To młoda, ale bardzo już uznana ekipa formacji L'udova hudba Stana Balaza z Raslavic: Stano Balaz - skrzypce, gitara elektryczna, gitara basowa, Pet'o Germuska - cymbały (ale jakie!), Miso Germuska - akordeon. Tych trzech gości robiło rzeczy, o których najstarszym "góralom" po naszej stronie Tatr się nie śniło, a jak się przyśniło, to oblewali się zimnym potem ze strachu, że się wyda, że nie mają o takiej muzyce pojęcia. Doskonałe instrumenty, doskonałe rzemiosło i do tego osłuchanie, wszechstronność i otwartość powaliła mnie na kolana. Co innego słuchać takich muzyków na koncertach (co robimy od lat...), a co innego uczestniczyć w sesji nagraniowej, rozmowach, obiadkach...  Zajmujące było też bserwowanie sposobu pracy, uzgadnianie ostatecznych wersji, a potem wspólne słuchanie tego co powoli się z nagrań wyłania... Ej boy! Mój bezpośredni udział w tej sesji jest dość niewielki, ale A. pokazała klasę i zaskoczy wielu... Praca nad nagraniami idzie powoli, ale wiemy, że są w doskonałych rękach i będziemy czekali tyle ile będzie trzeba. O realizatorze dźwięku napiszę jeszcze osobno, ale poczekam do płyt matek z gotowymi nagraniami. To będzie bardzo zaskakująca sesja na jesienną celebrację 15 lat Karpat Magicznych i w pewnym sensie zamknięcie wielkiego kręgu naszych poszukiwań karpackiego ethnocore.
Z drogami po Karpatach na Słowacji wiąże się też zapis naszej trasy - Andy Warhol Tour z 2009 roku. Tomek Rolnik Czermiński, nasz "oprawca" plastyczny i autor new look okładek płyt z World Flag Records pociął go i zlepił cyfrowo i jest to jakiś ślad pracy, jaką kiedyś wykonaliśmy. Znajdziecie go na You Tube. Chodzi o projekt, który przypomina rusińskie korzenie Andy Warhola i objaśnia moją tezę, że w Jego sztuce jest więcej tradycji ze wschodniej Słowacji (przekazanej małemu Andy'emu przez matkę Julię), niż się to powszechnie zauważa. Wytropiłem też ważny wątek ucieczki ojca, a potem matki Andy Warchola, pieszo (!) ze Słowacji przez Polskę, Bogdan Kiwak zbudował - z moją pomocą teoretyczną - artefakt w postaci dziecinnego "wózka Warhola", a nawet pojawiła się specjalna kompozycja dla potrzeb tego projektu, którą stworzył i nagrał Andrzej Widota. Po trasie na Słowacji, podczas której dotarliśmy do wsi Mikova i graliśmy koncerty (Koszyce, Preszow), a Bogdan działał w nurcie street artu :-) , a także pięknym późniejszym ujawnieniu w sali Muzeum -manggha- w Krakowie (m. innymi z Risą Takitą - butoh) zostały blaszane kwiaty Julii Warholowej, wózek, mała płytka ze wspomnianym utworem i filmik... W 2012 roku odbyły się w Krakowie i Rzeszowie dwie wystawy traktujące o słowackich kontekstach Andy Warhola i nic... jak grochem o ścianę?! A może właśnie nie? Może to był odzew ściany?

Wczoraj przeprowadziliśmy rytuały współbrzmień w sali Nowohuckiego Centrum Kultury i nie była to łatwa praca. To był nasz nadliczbowy i bardzo osobisty Naga Day?! Nazwa tego eventu, która nie pochodziła od nas (chyba zaproponowali ją Ela i Andrzej Lisowscy, gospodarze trzeciego dnia Navigator Fest.) okazała się dość ryzykowna. My sami od lat doskonale współbrzmimy, ale współbrzmieć z NCK nie jest łatwo, a nawet zorientowaliśmy się szybko, że jest to niebezpieczne. Współbrzmienie ze specyficzną sferą NCK, na prawach tej sfery, oznaczałby dla nas ciężki uszczerbek na psychice, kalectwo mentalne i powolne osuwanie się w obszar mroku... a współbrzmienie na naszych prawach, to wysiłek, który musieliśmy leczyć 9 godzinnym snem i mogę mieć tylko nadzieję, że uda się zamknąć etap rekonwalescencji wyjściem na wielki szczyt tzw. Niskich Tatr w najbliższy weekend. Niestety, sukcesem w takich sytuacjach jest już samo ujście z życiem i szansa na poskładanie się swoimi sposobami. Rytualna zmiana w tamtym miejscu wymaga znacznie bardziej potężnych mocy i radykalnych środków niż to czym dysponujemy, a do tego nie jest to nasze posłannictwo. Całe zajście z Navigator Fest. ma też inne aspekty i jak to zwykle bywa naszą ochroną była publiczność, doskonała fotograficzka z Redakcji nowohuckiego pisma Lodołamacz, Lisowscy i efekty wcześniejszej konferencji prasowej... a także przestrzeń tundry lekko dotykająca tę dziwną sferę, poprzez naszą książkę Vaggi Varri, która ładnie (a niespodziewanie) zaistniała na scenie. Aby była całkowita jasność: nie mam nic do organizacji Festiwalu, nasze instrumenty zostały przywiezione i odwiezione, umowa podpisana, nagłośnienie pięknie działało... ale to coś jest poważnym kłopotem NCK i w koniecznej i radykalnej zmianie nie pomoże wlepianie p. Andrusa w program, nagradzanie p. Marka Kamińskiego albo wynajmowanie firmy, która oferuje kiepskie pierogi z mikrofali na tacce ze styropianu pokrytej folią... w oprawie jak ze złych wspomnień. Długi czas byliśmy pewni, że to nowohucka stylizacja i stoi za nią przewrotny śmiech dyrektora Łaźni Nowej... albo organizatorów wycieczek śladami PRL-u. Może jednak?

Cieszę się już na Snehovą Jamę i Certovą Skale w drodze na umykającą nam od lat Kralova Holę na Słowacji. To w najbliższy weekend, a po nim: kilka koncertów z Bird People i Garekiem Drussem. Zaczynamy 11.04 w Krakowie na scenie Magazynu Kultury, 17.04 mamy spotkanie z fanami Skandynawii w Oleśnicy!, a 18, 20, 21.04 gramy w Austrii.  Zaplanowany jest też koncert i promocja książki o tundrze w Warszawie: 26.04 w Ukrytym Mieście. Niestety muszę się oderwać od tego wpisu, bo do środy muszę skończyć nową wersję (mocno zmienioną) przewodnika po Starym Sączu... Naga Days?

Vak days albo żuchwa jelenia.

0 comments
Nasza nowa książka Vaggi Varri. W tundrze Samów i praca wokół niej, to główny motyw ostatnich dni. W budniowie tzw. media są tak wykoślawione, że każda udana akcja i dotarcie do kilku nowych czytelników wydaje się wyłomem w ścianie obojętności i niekompetencji. Wersja, że panuje jakaś zmowa milczenia lub coś w tym rodzaju, jest bardzo optymistycznym poglądem na naszą rzeczywistość. Tu jest bezmiar grząskiego budyniu złożonego z braku wiedzy i orientacji w świecie, lenistwa i interesowności oraz nawykowych sposobów funkcjonowania wyuczonych na wzór tresury tzw. psów Pawłowa. Tym bardziej cieszy i zastanawia ( a czasem włącza czerwoną lampkę z napisem: uwaga, ostrożnie!) każdy drobny wyłom w tym mało przyjaznym otoczeniu. Wyłom raczej nie pojawia się samoczynnie i pracujemy wytrwale, aby zawartość książki dotarła do właściwych ludzi. Optymizmem napawa spore zainteresowanie podczas oficjalnej promocji zorganizowanej przez Wydawnictwo Alter i Środmiejski Ośrodek Kultury (26.02.2013 - oficjalne narodziny książki!) w Krakowie, obszerne notki na kilku portalach i w Gazecie Górskiej, starania naszych przyjaciół z Redakcji pisma Dzikie Życie i zaproszeniach z Radia Kraków, ale także świetnej i bezcennej otwartości Radiofonii. Robi co trzeba także Serpent.pl i pierwsze hurtownie, które podobno boją się... Ja też się boję takiego kraju, w którym hurtownie boją się, że nie sprzedadzą takiej książki jak Vaggi Varri... Zimny pot oblewa mi plecy! Poza naszą ciężką robotą na kształt książki złożyła się praca kilku osób i to jak książka wygląda to zasługa zdolnej artystki Magdy Konik!
W dwa dni po oficjalnej premierze książki odbył się wieczór celebracji w Magazynie Kultury (28.02.2013r.) i nie mogło się obyć bez muzyki... Zaproszony przez nas duet Tundra z Gdańska i my, już bardziej jako Noise to Silence z doskonałymi wizualizacjami wobixa (dzięki wielkie Jarek!), ale także czytanie wybranych akapitów (dziękujemy za kulturę sceniczną Marceli Bożek z Magazynu Kultury!), rozdawanie martenic specjalnie przygotowanych na ten dzień (kilka godzin przed 1 marca i świętem Baba Marta) przez Bogdana Kiwaka plus torcik (dziękujemy Nataszy!) i doskonała organizacja i sympatyczne przyjęcie w Kolanku nr 6 ... znowu niezrównana Marcela!!! i ekipa wolontariuszy! Osobne dzięki dla władcy nagłośnienia Mateusza Sieniawskiego! ALE to wszystko by nie zadziałało tak dobrze, gdyby nie Ci wszyscy ludzie, którzy przyszli, kupowali książki, prosili o podpisy i najwyraźniej nie uznali swej wieczornej wyprawy za kiepską! Dla mnie jest szczególnie ważne to, że przy profesorach siedzieli studenci, a przy nich trekkerzy, fani muzyki i miłośnicy dobrej wizualizacji, byli też zainteresowani tortem... Tundra okazała się ekipą doskonale osłuchaną i potrafiącą się znaleźć muzycznie nawet w takim przerażającym otoczeniu jak my... kilka znacznie bardziej doświadczonych, a może tylko znacznie bardziej zarozumiałych zespołów, boi się tego jak ognia... :-) dzięki czemu kilka festiwali jest dla nas zamkniętych. Wspólny i w dużej mierze swobodnie kształtowany koncert został zarejestrowany i o ile jakość pozwoli, to pewnie uda się część udostępnić w sieci. To, mam wrażenie, nie ostatni akt współpracy z Dawidem Adrjanczykiem i Krzyśkiem Joczynem / Tundrą?! Jak już tyle słodyczy w tym budyniowie, to muszę wspomnieć o hicie moich medialnych akcji czyli słynnej już w kilku środowiskach żuchwie jelenia! To bardzo intrygujące narzędzie muzyczne lub prosty instrument (?) ma brzmienie specyficznej grzechotki, ale wygląd mocno wpadający w oko i w wyobraźnię. To wszystko bowiem jest wprost z paleolitu... Miałem dużo radości gdy przetestowałem żuchwę jelenia na konferencji prasowej zorganizowanej przez Nowohuckie Centrum Kultury w związku z Navigator Fest. (nasz dzień na tym Festiwalu to niedziela palmowa...! -24.03.2013! od 16.40). Nieomal wszyscy dziennikarze zostali uwiedzeni żuchwą jelenia i wcale się Im nie dziwię... :-) Potem był Magazyn Kultury i opisany już wieczór okraszony solówkami na żuchwie jelenia... a w piątek, w audycji Gochy Niecieckiej w Radiofonii, którą (Radiofonię, nie Gochę!) krakowscy rektorzy postanowili zamknąć, bo podobno dużo kosztuje i nikt jej nie słucha (co jest kompletną bzdurą!), żuchwa wróciła do swej pierwotnej, magicznej funkcji... Wyleniałe gronostaje vs sprężysta żuchwa jelenia! W trzy dni udało mi się żuchwę jelenia przywrócić do obiegu aktualnej kultury i śmiem twierdzić, że nie mogłaby tego sprawić nawet największa gablota w najbardziej zasłużonym muzeum przez kilka tysięcy dni... :-) , co także znacznie więcej kosztuje niż moje skromne eventy. Ale ja nie apeluję o zamykanie muzeów, bo różnorodność jest podstawą zdrowego ekosytemu.
Vak jest Boginią i Patronką muzyków i pisarzy... i kilka najbliższych wyjazdów dla promocji naszej książki polecamy Jej uwadze... Zaczynamy od Wrocławia gdzie w Tajnych Kompletach zjawimy się 14.03.2013, w dwa dni później - 16.03 opowiemy o tundrze i książce w Szczecinie w ramach Nordic Cross Point, a w niedzielę - 17.03, mamy nadzieje spotkać się z zainteresowanymi w Poznaniu w Kluboksięgarni Głośna. Potem będzie wspominany Navigator Fest. w Krakowie, a w kwietniu spotkania w Katowicach i Warszawie. W Warszawie szykujemy także koncert Noise to Silence! Zagramy także koncert z przyjaciółmi z Bird People (Austria) i Garekiem Druss z Seattle... oczywiście w Magazynie Kultury w Krakowie  i oczywiście we czwartek: 11.04.2013r. Ale o tym w następnych relacjach z frontu anty-budyniowego!
Właśnie w sieci pojawiła się wiadomość, że ziemia się trzęsie pod Tatrami... pamiętam jak nas wyśmiewano gdy w czasie kampanii przeciw zalewaniu wodą przedpola wapiennych Pienin (to się nazywa Zespół Zbiorników Retencyjnych...) były obawy o trzęsienia ziemi i nagłe zejście wody Dunajcem... Rektorzy opamiętajcie się, bo nawet ziemia się trzęsie z żałości nad tym co wyprawiacie z Radiofonią! A żuchwa jeszcze czeka na opamiętanie... :-)
Na obrazku mapka z naszej książki, która pokazuje gdzie umiejscowiona jest akcja... :-)
  

SUBHARCHORD

0 comments
Nasz coroczny wypad do Berlina na Festiwale: Transmediale 2013 i Fest. for Adventurous Music & Art był i tym razem niezwykle ciekawy i inspirujący. Ciekawy, bo pojechaliśmy do Berlina zaraz po udziale w Festiwalu digital-ia w Szczecinie (o ktorym pisałem wcześniej) i okazało się, że w klubie 13 Muz było całkiem, całkiem przyzwoicie i bodaj ciekawiej niż na Transmediale! Bio-art wydaje się być obiecującym polem doświadczeń i dyskusji i pewnie dlatego digital-ia porwały mnie bardziej?
Transmediale 2013 pod ładnym tytułem BWPWAP (Back When Pluto Was A Planet) to dla mnie, laika i obserwatora: prezentacja prac filmowych z doskonałą muzyką People Like Us, wykład i prezentacja przygotowywanej nowej książki Siegfrieda Zielińskiego (jestem Jego fanem),  wystawa prac graficznych (stare maszyny powielające!) i zabawa systemem poczty pneumatycznej (jako przykładu niezależnych sieci komunikacyjnych i wyczekiwanej alternatywy dla znienawidzonego :-) FB... :-)  ) ... i prezentacja - On the Politics of Blaxploitation-Cinema and Sun Ra's Afrofuturism.
Z tej ostatniej pogadanki okraszonej fragmentami filmów i fotką przedstawiającą rewolwer i czarny penis, jako obrazowego ujęcia lęków bladych twarzy przed legendarną witalnością seksualną i przemocą czarnych obywateli USA... nic właściwie nowego nie winikało. Sądząc po proporcjach penisa i pistoleciku, zdaniem prelegenta lęki białej Ameryki ogniskowały się raczej na witalności seksulanej Innych niż na przemocy, no i co to za odkrycie? Do przemocy garną się widać wszyscy, nawet ci z małymi pistolecikami!? Poza penisami i fascynacją bladego akademika Czarnymi, ujawniono także kilka interesujących kwestii. Szczególnie ciekawy był cytat z Kodwo Eshun opisujący dokonania Sun Ra: Hi's using the Moog to produce a new sonic people. He's using it to produce new astro-black Americans. Kiedy słucham takich wystąpień, to targają mną skrajne uczucia: od ciekawości, akceptacji i pochwały zajmowania się twórczością artystyczną przez tzw. naukę, po irytację i sprzeciw wobec posługiwania się czyjąś sztuką dla przeprowadzania swoich naciąganych tez i tworzenia bytów wydumanych.
Zielinski ze swym legendarnym rzutnikiem na kalki foliowe pokazał książkę - archiwum, w której nie będzie papierowych stron, a zbiór foliowych kalek... Książka będzie bardzo gruba i droga (są już przyjmowane zgłoszenia chętnych), ale byłoby dobrze mieć do jej czytania także stary typ rzutnika. Muszę poszperać na zapleczu mojego biura...
Zieliński i plątanina żółtych rur poczty pneumatycznych plus wydruki z kolorowych powielarek dodawały do nostalgicznego tytułu Festiwalu specyficznego smaczku, który jednak nie wróży dla niego ekscytującej przyszłości i ktoś (a wiemy kto...) musi się chyba nieco wysilić za rok?!
W 2012 roku byłem jednym z nielicznych, którzy zamiast wodzić palcem po ekranie iPoda, otwierali reporterski notes i robili notatki ołówkiem... w 2013 zauważyłem już cały wysyp notesów, notesików, a nawet poczciwych zeszytów w kratkę spiętych gumką... Za to mniej się piło bionady...?
Haus der Kulturen der Welt czyli wielki obiekt goszczący Transmediale ma dobrą stołówkę i sklepik z książkami, płytami, drobiazgami różnej maści... gdzie można kupić np. nową płytę... T. Spassova, mistrza fletu kaval z Bułgarii. Z przyjemnością kupiliśmy także nową płytę CD People Like Us pt. Welcome Abroad (Illegal Art 124)  i dwa single winylowe: Moon Magic (IA 702) i Withers in the Waking (Touch Seven 08), znakomta muzyka!
Prawdziwie duże emocje wyzwoliły w nas jednak dwa eventy jakie wydarzyły się w ramach  Festiwalu CTM.13, który odbywa się prawie równolegle z Transmediale. Pierwszy z tych eventów to wielogodzinny maraton zatytułowany: Subharchord - a child of the Golden Age i wystarczy wspomnieć, że poza fantastycznym i wielkim instrumentem (subharchord) elektronicznym brzmiącym jak pre-Moog znaleziony w świątyni Azteków, wysłuchaniem w towarzystwie samego artysty (!) kompozycji Frederica A. Rzewskiego - Zoologischer Garten event ten zamykał koncert intrygującego składu Biosphere + The Pitch. Geir Jenssen (aka Biosphere) jest dobrze w Polsce znany, ale z The Pitch zabrzmiał całkiem rewelacyjnie! W koncercie użyto odrestaurowanego i całkiem sprawnego subharchordu (!) i kilku instrumentów akustycznych (bęben obrotowy, wibrafon, kontrabas, klarnet) i klawiszowych, wyraźnie starszej generacji. Muzyka była doskonale zagrana, przemyślana i z dużą dozą tej pięknej improwizacji, która pojawia się gdy muzyk jest swobodny i otwarty. Jeszcze bogatszy global sum of all ecosystems jak definiuje się w ekologii pojęcie biosphere.
Jedynym (dla mnie) zgrzytem w starannie przygotowanym wieczorze był laptopowy set Kippschwingung Franka Bretschneidera. "Szwingung" był jak jasna cholera, oko oscylatora pulsowało jako wizualizacja na wielkim ekranie, A. zasnęła mimo zabawy artysty wirtualnym potencjometrem, a scena laptopowa nie zyskała u mnie nawet najmniejszego punktu. Frank B. jest pewnie znakomitym artystą i może w innych warunkach, w innym czasie ... ale laptopy do Złotej Ery muzyki elektro-akustycznej i archeo-elektroniki nigdy nie wejdą i nie bardzo wiem czego tam szukały.
Jak zeznał zagadnięty przez A. Jenssen; ten właśnie koncert plus nagrania zrobione podczas prób do niego, będą materiałem do wykrojenia nowej płyty Biosphere i The Pitch. Ma być szybko! Czekamy...słuchając własnej małej rejestracji.
Bardzo podobała mi się koncepcja zestawiająca wykład inżyniera dźwięku z dawnego studia eksperymentalnego berlińskiego radia z Rzewskim, który bywał w Berlinie za czasów NRD oraz Biosphere i doskonałymi muzykami z The Pitch ożywiającymi niezwykły instrument w 2013 roku. Przypominam, że Rzewski (którego kompozycje zaczynają mi się podobać bardziej niż S. Reicha) to rocznik 1938, a Jenssen urodził się w 1962 roku ... wspomniany inżynier ma pewnie bliżej do Rzewskiego. Na sali wielu słuchaczy z Włoch, za nami siedziała ekipa ze Słowacji...Polaków nie widziałem, ale zapewnie byli?
Drugi ze wspomnianych eventów, który zapadł nam w pamięć to koncert (?) Sunn O))). To specyficzne wydarzenie miało oprawę klubową i kilkaset osób stało na betonowej posadzce, a na scenie najpierw pojawił się dym wprowadzający osobliwy (dla mnie) klimat... a potem wyszli dwaj goście, jeden z lutnią ud, a drugi z wielkimi płaskimi bębnami i zagrali. Na lutni grał młody muzyk - Khyam Allami, na bębnach - Vasilis Sarikis... Duet ten pokazał tak dobry set akustycznej muzyki, że cała sala fanów najcięższych brzmień zawyła (dosłownie, styl to styl) z zachwytu. Allami wspomniał, że kompozycje są z jego (ich) debiutanckiego albumu i warto się za nim rozglądać! Potem było dużo dymu, jeszcze więcej dymu i znowu dym uzupełniony nowym dymem i ustawianiem gitar... Po dość irytującym odczekaniu w garderobie dalszych kilkunastu minut i dodaniu dymu do dymu jaki zaczęli robić niektórzy słuchacze plus dymu z papierosów i jointów pokazujących się to tu, to tam.... na scenie pojawili się Artyści w kapturach mnisich. Taki Zakon Grzmiącej Gitary, czy coś... Rozpoczęła się akcja w postaci emitowania dźwięków o sile stu bomb atomowych oraz teatralne dodatki w postaci wygrażania (nam?) zaciśniętymi pięściami muzyków (jedna ręka przy tej technice gry na gitarze jest prawie zawsze wolna) lub pokazywaniem gestów przypominających zrywanie dużych jabłek (ale zapewne było to wyrywanie serca wrogom), co podchwyciło zaraz kilku wyznawców ZGG ze świątyni Sunn O))). Teatr jak teatr, ale sam dźwięk zaczynał mnie powoli przekonywać i z zazdrością patrzyłem na kilka ton głośników jakie Zakon miał do dyspozycji. Bo w budyniowie też by tak chcieli, ale w zestawie są głośniki typu - dwie "budki dla szpaków" i końcowka mocy... no właśnie, raczej końcówka niż mocy. Zaczynałem się rozsmakowywać w bliskim mi noise sound, ale goście z papierochami dymili bardziej niż dymiarka na scenie, jakiś Turek wymachiwał A. identyfikatorem, który znalazł chyba w śmieciach i który w jego mniemaniu uprawniał do deptania po butach i chamskiego zasłaniania widoku gestykulujących członków Zakonu. Aby nie narazić się szczytnej (chociaż nie działającej od dawna) idei Multikulti, oddaliliśmy się nieco od sceny. Słychać było dalej dobrze :-) , a mogliśmy podziwiać koszulki Zakonu po 20 i 40 euro ... Kiedy jeden z Zakonników zaczął niestety śpiewać, naciągneliśmy kaptury i rzuciliśmy się w ciemność i deszcz Berlina, ku naszej przyjacielskiej kwaterze. Z Jackiem S. wymieniliśmy potem uwagi i doceniliśmy to przebieranie w habity... Jacek nawet sugerował aby poszperać w internecie i zobaczyć czy w tym samym czasie klony Sunn O))) ukryte w kapturach nie grały w innych miejscach?! Tak, poważnie, to brzmienie było super (bez wokalu), nawet ten dym można jakoś znieść, ale koncepcja magicznych gestykulacji jakoś mi nie leży, co w ocenie samej muzyki (zakonnego sound artu?) nie ma znaczenia. Poszedłbym z chęcia na Sunn O))) do miejsca gdzie można siedzieć i słuchać w spokoju... z zamkniętymi oczyma.
Na focie A. subharchord tuż przed koncertem...

BIO_CONTACT

0 comments
Styczeń okazał się bardzo pracowity, ale też i ekscytujący. Okres pomiędzy połową grudnia a połową stycznia wydaje mi się szczególnie bogaty w wizje jakie uwalnia nasza podświadomość w postaci znaczących snów, obrazów majaczących w ciemnych szybach okien i zapadającej szybko ciemności i przeczuć wyłaniających się nagle w zaskakujących momentach. Trudno mi ten czas uznać za początek roku w sensie zmiany czegokolwiek, raczej jest to zawieszenie, pauza, brejk i miejsce, z którego nie widać już starego roku zbyt wyraźnie, ale nowy nawet jeszcze nie majaczy w oddali.
W takiej sytuacji rozpoczynanie aktywnego życia korzystne jest dopiero pod koniec stycznia. I to najwcześniejsza pora! Tak też zrobiliśmy i w czwartek, 24.01.2013 zgrabnym manewrem autobusowym ( z krk do wro i z wro do Zielonej Góry) dostaliśmy się do znajomej Galerii BWA w Zielonej Górze. To doskonałe miejsce znaliśmy już z koncertu w marcu 2012 r., ale tym razem okazją była dyskusja wokół książki A. Rubieże kultury popularnej i zaplanowany event naszej nowej aktywności Noise to Silent. Było gościnnie i inspirująco, ale także bardzo zawodowo. Jakoś łapię się na tym, że takie zawodowe, konkretne podejście zaczyna być dla mnie czymś bardzo ważnym. Takie podejście świadczy o szacunku dla gości, ale także dla siebie i tego co się robi wobec tzw. publiczności. Nie powinna nas dziwić pełna sala chętnych na rozmowę pt. Co się dzisiaj stało z kontrkulturą? Krótki event muzyczny był bojowym sprawdzianem naszych daxophonów, które pierwszy raz użyłem publicznie. Przypomnę, że daxophone to interesujący, tzw. nowy instrument muzyczny stworzony przez Hansa Reichela. Ten ( już niestety nieżyjący) artysta był znany szerzej jako elektryczny gitarzysta i budowniczy specjalnych gitar, ale jego daxophone także wzbudzał wielkie zainteresowanie. Główna część instrumentu jest cieniutkim kawałkiem twardego drewna przypominającym pióro ptasie. Dźwięk daxophonu określa doskonale pochodzenie jego nazwy - od Dachs czyli niemieckiego miana borsuka. Borsuk znany jest wytrawniejszym badaczom jako zwierzę, którego godowe zawołanie potrafi zmrozić krew lub przyprawić o szaleństwo nawet najbardziej zakochanych w leśnych stworzeniach miejskich aktywistów. Z tego właśnie powodu, na terenie Polski borsuk bywa nazywany jaźwcem i odgłos wydawany paszczą przez pijanych włościan (lub studentów) określano jako łupienie się (wycie) jaźwca. Po takiej rekomendacji pewnie niewiele osób zakocha się w daxophonach, ale będzie to błąd. Jest to doskonały instrument, który już na stałe ma swoje miejsce w muzyce i scenicznych akcjach Noise to Silence. Oczywiście prawdziwie awangardowy efekt daje dopiero daxophone w połączeniu z muzykiem z Japonii, ale trudno... i my także będziemy używać drewnianego jaźwca!

Następnego dnia rano, rezygnując przezornie z łaski pańskiej wąsatych przywódców związków zawodowych PKP, pomknęliśmy autobusem do Gorzowa i dalej do Szczecina. A w Szczecinie digital_ia bio_kinetic_tech_art festival ^bio_contact 25-27.01.2013 r.  zorganizowany w doskonałych wnętrzach Klubu 13 Muz. Nie będę opisywał poszczególnych obiektów, instalacji i innych atrakcji z obszaru bio artu, ale było ciekawie i inspirująco. Wiem, że słowo inspirujący bywa czasem używane jako zdawkowy wypełniacz tekstu, ale dla mnie oznacza ono, że obcowanie z ideą i formą zaproponowaną przez artystę wzbudza emocje i ruch myśli. Nie oznacza natomiast, że dzieło musi się podobać, jest wiekopomne lub bije od niego kunsztem artystycznym. Bio art wydaje się mi obecnie w całości inspirujący. Dla mnie to jest efekt całkiem wystarczający, bo kunsztem artystycznym jestem w Krakowie atakowany bez ustanku i na każdym kroku, niestety.
Wieczorem otwarliśmy serię koncertów i prezentacji soundartowych pod szyldem: digital_sound , setem Noise to Silence, a po nas zaprezentował się (razem z gadającą paprotką!) Affective Cinema Michał Brzeziński i Nonstate Macieja Ożoga i Barłomieja Kuźniaka. Na drugi dzień czekał A. #artist_talk pt. Bio art oraz sztuka technonaukowa w czasach posthumanizmu i transhumanizmu. Rozmowę moderował szef artystyczny Festiwalu Piotr Zawojski (UŚ), a uczestniczyli: Monika Bakke (UAM w Poznaniu), Sidey Myoo (UJ i AE), A. (UJ) i Maciek Ożóg (UŁ). Takich prezentacji nigdy zbyt dużo, pozostawiają niedosyt i chęć zadawania wielu pytań. Wielka szkoda, że nasi politycy nigdy nie mają czasu aby posłuchać czegoś o czym wypowiadają się jako stanowiący prawo fundamentaliści własnych opcji ideowych, a nie ludzie znający temat i szanujący odmienne zdania.
Było wiele rozmów (w tym wiele godzin gadania z p. Moniką Bakke, o której tekstach wiele pisałem) i spotkań, wiele inspiracji :-) i Festiwal jawi się nam jako bardzo udany. Także sam pobyt w Szczecinie był bardzo miły i tym bardziej nas to cieszy, że wrócimy do Klubu 13 Muz już w marcu, tym razem jako uczestnicy Nordic Cross Point.

Koncert Noise to Silence został zarejestrowany i w lutym odostępnimy go w sieci dla wszystkich chętnych. To nie jest muzyka dla filistrów, ale brzmi tak jak chcieliśmy, a to jest jedyne kryterium jakie stosujemy w tym projekcie. Będzie to druga porcja naszej nowej muzyki NtS, po sesji z Jackiem Zero z Berlina, dostępnej w sieci i na kasecie magnetofonowej pt. Acid Stasi House od blisko roku.
Za dwa dni jedziemy do Berlina na kolejne Transmediale, ale także aby testować w warunkach wielkiego miasta nasz nowy instrument czyli harfę wiatrową zbudowaną wg. starej, klasycznej receptury. Noise to Silence to otwarcie wielu wątków, a pośród nich także sound artu, który zamierzamy realizować w mało konwencjonalny sposób.

Dla równowagi i aby oddać sprawiedliwość: ze Szczecina do Krakowa wracaliśmy pociągiem i wyjechał on ze Sz. punktualnie, a wjechał pod naszą ulubioną tablicę: Kraków Główny ... kilka minut przed czasem. Jechał wprawdzie planowo prawie 10 godzin... ale co fakt to fakt. :-) Ogrzewanie padło jedynie na około godzinę, mróz i śnieg się nie wdarły i nasza płachta biwakowa nie była potrzebna!

Na focie z zasobów BWA ZG czerwono-czarna wersja Noise to Silence!

Espresso Book Machine

0 comments
No i jest już połowa stycznia 2013 roku. Niby wszystko umowne: kolejny numer roku, to, że "nowy" i to, że kilkanaście dni ubyło z obecnego, a następny jest już bliżej... Jednak czuję zmianę i nowy powiew energii, chociaż nie ma to nic wspólnego z papieskim kalendarzem. W tym starym roku udało się zamknąć w nasyconą całość trzy książki: Zielnik podróżny, Rubieże kultury popularnej i Vaggi Varri - w tundrze Samów... Razem z Uchem jaka z 2003 roku to całkiem solidna dawka naszych doświadczeń, intuicji  i przemyśleń. To uczciwa wykładnia tego co robiliśmy przez ostatnie kilkanaście lat, ale też podsumowanie i zamknięcie kilku rozdziałów. To zabawne, że kiedy zamykamy pewne etapy, to otwierają się one dopiero dla wielu ludzi i zaczyna się dyskusja, animozje, dobre słowa, współpraca, przerwanie współpracy i takie tam zwykłe zamieszanie.
Te trzy ostatnie książki będą pożywką dla tego zamieszania pewnie przez kilka nadchodzących "nowych" lat?! I dlatego czuję nowe, bo w takim okresie jest także zawieszenie i brak, który rodzi doskonałe dźwięki i żmudne wypełnianie sensem.
Zwalniam się z obowiązku rewolucji i nie obchodzi mnie efekt ewolucji jaka się już dzieje. Sam proces i drobne kręgi na tafli codzienności smakują świetnie i dają wiele satysfakcji. Rozczarowujące? Nie, rewelacyjne i otwierające!
Jest już sporo obserwacji, co do odbioru pierwszych dwóch wspomnianych książek (trzecia jest w druku, ale jest szansa, że także narobi zamieszania), ale poza zakamuflowanym ostarcyzmem ze strony grona całkiem bystrych ludzi broniących tezy o konieczności halucynacji wywoływanych tak jak ustalili, jest także wiele interesujących otwarć.  Ci od kupczenia wizjami to niby bystra ekipa, a gra prostacko w czarno-biało czyli jak masz nieco inne zdanie, to "nie jesteś z nami". Poza wielką i usilnie koloryzowaną bańką dość tandetnych i starych idei stoi niestety zwykły rynek, na którym albo się sprzeda nowy nakład Opowieści Różnej Treści i kilka innych rzeczy w pakiecie, albo nie i trzeba by się brać do jakiejś roboty. A to jest nudne i nie poszerza świadomości w cudownie prosty, natychmiastowy i przyjemny sposób. Jest kilka innych małych niechęci, rozczarowań brakiem udawania szamana albo tym, że prawda jest jaka jest (a nie wiadomo jaka jest i czym jest?) i tym, że nie zakładamy sekty i nie adoptujemy (wielkich) artystów. A. postawiono zarzut z tego, że ma całkiem solidną biografię poza naukową... (!?). Czy posiadanie jedynie naukowej biografii nie jest jakimś intelektualnym pustostanem?
Nowe: nie wiadomo jakie jest, ale w warstwie materialnej już się wyłania z tego stanu niewiedzy i zawieszenia. Z Michałem Smetanką rozpoczęliśmy pracę nad przedziwnym zbiorem starej karpackiej muzyki i praktyk wokalnych i może uda się to udokumentować w postaci płyty/sesji dostępnej dla zainteresowanych? Kłopot polega na tym, że ta muzyka jest tak specyficzna, że każda tzw. aranżacja jawi mi się jak gwałt, a z pewnością arogancja. To tak jak z logotypami... kiedyś jako symbole i znaki były dla mnie bardzo ważne, a teraz to gdzieś znika i wolę niedookreślenie, zmienność i nieuchwytność. Razi mnie pokazywanie aranżowania muzyki jako jakiegoś aktu twórczego, bo jest to dla mnie obecnie jedynie zabieg marketingowy. Taki zabieg rewelacyjnie widać na medialnym przearanżowaniu beznadziejnych discopolowców na gangsta (! :-) ) raperów. Jak nie mieli nic do powiedzenia, tak dalej nie mają, ale sprzedają się teraz lepiej. :-)

Czekam na Vaggi Varri - w tundrze Samów bo jest to książka bardzo osobista i opisuje coś bardzo naszego, coś co pojawiło się chyba jako nagroda za wiele lat pracy i poszukiwań. Macie takie miejsca, które wystarczy, że istnieją aby warto było żyć?

Ostatnio pojawiły się nawiedzone teksty o Espresso Book Machine (EBM) czyli dużej drukarce zdolnej do wydrukowania formatu książki wraz z okładką. To ma być rewolucja na miarę Gutenberga? Nie chce mi sie wchodzić w polemikę z durnymi tekstami, ale jeden fragment z artykułu pt. Wydaj sam siebie (Forum, przedruk z LM Observateur) jest godny komentarza: znika wydawca, a także księgarz, /.../ z łańcuszka wypada też drukarz, składacz tekstu i korektor... /.../  W tym samym tekście sugeruje się, że ominięcie wydawcy doprowadzi do sytuacji, w której: większość autorów będzie znana tylko sąsiadom z klatki schodowej. Rozumiem, że tekst jest przedrukiem z pisma omawiającego inne niż budyniowe realia, ale ciśnie się na usta pytanie:  co jest złego w pisaniu dla samego pisania i niewielkiego grona odbiorców? Bo przewraca się koncepcja bogatych i wpływowych wydawców działających niby sam bóg? tyle, że bóg chciwy i bojący się o swą medialną wszechmocność? A w naszej budyniowej mizerocie też wydawca jest dość dziwną figurą: jak ma dobre intencje i wiedzę, to pracuje za wszystkich i klęczy na dywanikach dystrybutorów, a jak ma wpływowoych w mediach koleżkow (i wujków...) to nie dośpi, a zgnoi konkurencję, nawet jak tylko mu się taką wydaje. Najlepiej wszystko widać w wielkim i dziadowskim w formie vivarium pt. Krakowskie Targi Książek - od dwóch lat widać jak na dłoni, że to impreza dla wielkich i dotowanych. Poza może pięcioma wydawnictwami i kilkunastoma dotowanymi ze środków religijnych, reszta nie ma szans i jest tylko tlem. KTK zamieniły się w reality-szoł dla tych samych od lat wydawców i autorów, którzy i tak cały rok okupują programy telewizyjnych wujków i cioteczek. Małe firmy wydawnicze i autorzy, którzy nie powielają swej pierwszej książki w nieskończoność lub mają zgubny pociąg do wychodzenia z formatu "się sprzedającego w tym kraju" są na przemiał. Spodziewam się, że pojawią się targi małych firm i trzymanych siłą budyniowych powiązań na dystans autorów i pojawi się wreszcie rysa na tej inscenizacji. EBM będzie mieć sens jeżeli udrożni się kanały medialne i odczopuje z nadętych tamowaczy ruchu idei i osób.

Ciekawie zapowiada się efekt mojej konsultacji etnobotanicznej (tak! kiedyś to sobie wymyśliłem i przez jakieś 15 lat nikt mnie rozumiał, a teraz proszę bardzo...) o jaką prosili mnie krakowscy artyści i organizatorzy pracujący nad muzycznym spektaklem Art Color Ballet z ekipą bębniarską Wataha. Chodzi o konteksty słowiańskie, co samo w sobie wzmaga zawsze moją czujność i niechęć do oklepanych i prostackich wzorców... ale tym razem zapowiada się dobrze, a premiera w maju.
Inna bardzo otwierająca i przyjemna aktywność to współpraca z Alicją Mojko (ex Teatr Snów i kilka innych projektów) oraz młodym reżyserem ze PWST w Krakowie. To w tym momencie malutka pomoc muzyczna, ale sama przestrzeń teatru cieszy mnie niezwykle i zawsze była dla mnie ważna. Pojawiają się sukcesywnie filmy z naszą muzyką przygotowane przez różnych artystów, ale wspólnie oprawiane w serię: 15. lecie Karpar Magicznych przez Tomka Czermińskiego. Biegam też z wielką przyjemnością do Radiofonii gdzie co piątek od 10.00 do 11.00 z Gochą Nieciecką gadamy o etnobotanice i innych tematach. Podcasty z kolejnych audycji "radiobotanicznych" znajdziecie na etnobotanicznie.pl i stronach Radiofonii.
Od przyszłego tygodnia zaczyna się kolejny etap naszego projektu Noise to Silence: event w Zielonej Górze, koncert w Szczecinie i działania miejskie w Berlinie z pomocą Jacka Slaskiego.
Fota z grudniowego koncertu w Krakowie.

Enej Pektusem pogania

0 comments
Tak zwany okres świąteczny jest lekko tylko zakamuflowaną przemocą obcowania z fundamentami budyniowa, które obecnie ogniskują się w zawartości głównych stacji telewizyjnych. Prześcigają się one w wyszukiwaniu przeterminowanych (tanie... a może nawet za free w pakiecie z nowym takim samym gniotem) patriotyczno-rodzinnych filmów z USA i wszelkich innych sposobach aby wedrzeć do naszych głów i uświęcić kulturowe więzy, aby podtrzymać sprzedaż reklam w najlepszym czasie antenowym. Trzy nasze wielkie (od wielkiej pazerności) stacje na wyścigi pokazywały dyżurne wyciskacze łez, przypominają nam tragiczne historie, umierających i kalekich ludzi, tłustych biskupów-polityków apelujących o mniejszy materializm, a wszystko to pomiędzy blokami reklam, które zdają się już nie mieć końca. Ten piękny czas pokazuje też kto drapnął kaskę za świąteczne, rozśpiewane programy rozrywkowe, a kto musi się zabrać za podchody do wszelakich caryc telewizyjnych i innych szefów wszystkich szefów, bo wypadnie z gry. W tym roku mieliśmy festiwal schludnej i kulturalnej (prawie tak jak Piasek!) ekipy Enej (przepiękne życzenia i jakie wspaniałe głosy!) gotowego już do sprzedaży produktu budyniowego szołbiznesu, troszkę było mojego ulubionego Pektusa, który nie jest jeszcze taki gładki i plastyczny jak Enej... było też mocne wejście Afromentalu, który przedstawiał w skromnych słowach Wielki Juror w dupnej czapeczce. Kto wie, kto wie, co za rok w grudniu będziemy oglądali? Na tym tle dobrze wypada warszawska inicjatywa pod irytującym troszeczkę tytułem Kolęda Nova... świetny zestaw artystów i cudowne rozmnożenie fantastycznego kolektywu rodzinnego: Waglewski, osobno Waglewski Fisz, osobno Waglewski Emade, osobno rodzina Pospieszalskich czyli niezmordowany zestaw wspaniałych artystów. Przy takich tuzach Trebunie Tutki z Jamajką zostali skromnie zbici w jedno, a całość okrasił, niczym wisienka na torcie, sam pan Stańko. Bo to Kolęda Nova... taka nova jaka nova... ale koniecznie cały ten kram musiał się do Krakowa wybrać, aby dodać nieco święconej wody i tanich kadzideł kościelnych. Rozumiem tę staranność... Enej już czeka z Pektusem, a Afromental też ma ochotę. Nadchodzący rok będzie więc powrotem do alternatywy, bo obawiam się, że Enej podpisze większość umów z koncernami piwowarskimi na wielkie letnie koncerty.
Takie sprawy jak śmierć Ravi Shankara w budyniowych mediach właściwie nie została zauważona, a odejście w czasie tzw. świąt Jerzego Beresia nie pasowała widocznie do tzw. wiadomości/faktów czy informacji (jak mówi mój ojciec: starych czy nowych, ale zawsze nieprawdziwych...). Bereś jest przykładem na totalny budyniów, bo jeden z najbardziej interesujących i inspirujących artystów jest poza ścisłym środowiskiem właściwie nie znany. Bo w budyniowie zawsze będzie ważniejszy przedruk i małpie naśladownictwo. Aż mi się nie chce dalej pisać, Bereś i Hasior byli bohaterami mojej młodości i rodzinnych opowieści, a w dużej mierze mistrzami mojej muzyki. Niestety, doczekamy się raczej setnego przedruku bablaniny McKenny niż szerszego zainteresowania tymi artystami i sztuką jaką praktykowali. Widocznie budyniów lubi przy wódce pogadać o wizjach jakie dają "egzotyczne" rośliny. Trafia do masowego odbiorcy i musi się sprzedać, a przecież chodzi zawsze o kasę. Jak we wspaniałym kawale rysunkowym z dawnych czasów: z plątaniny nagich ciał resztką sił wysuwa się gość i woła: a miała być joga i zen?! Miało być święte ziele, a jest wynik destylacji ziemniaków... jak ze "świętami".

POGRANICZE

0 comments
Od czasu do czasu natrafiam na uczone dysputy o muzyce eksperymentalnej, w których przewija się określenie: kompetencje. Niestety, autorzy nie definiują czy chodzi im o dyplom, umiejętności, doświadczenie ... z czego? jakie? w czym? Jako old schoolowiec mam z tym problem, bo zaraz słyszę zdanie z usłyszane w dzieciństwie w Polskim Radiu o niejakim Wydrzyckim vel Niemenie, że z takimi kompetencjami to powinien w kopalni pracować, a nie zajmować się muzyką i jeszcze na dodatek śpiewać... albo pobłażliwe umieszczanie takich jak ja przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego (socjalistycznego boga tzw. jazzu polskiego) w głębokich krakowskich piwnicach i garażach (było to jeszcze zanim JPW zakochał się - bo musiał - w jassowych dźwiękach) i trzymanie wszystkich w szachu tzw. "weryfikacjami" muzycznymi. Kilku ustosunkowanych dziadów egzaminowało "z muzyki" i do sztandarowych opowieści z tamtych lat zaliczam relację ze "zdawania na weryfikację" przez jedynego "dyplomowanego" później tablistę. Nieweryfikowany dotąd przyniósł na egzamin zestaw bębnów tabla i zagrał na nich Dha, Dha... :-) Bo komisja weryfikacyjna była otwarta na nowe... kiedy miała być otwarta. Ostatnio na kompetencje (jak zwykle bez wyjaśnienia o co właściwie chodzi) naciskał p. Michała Mendykę (m. innymi tłumacza książki Michaela Nymana pt. Muzyka eksperymentalna, Cage i po Cage'u) Paweł M. Krzaczkowski... a p. MM dzielnie lawirował i udało Mu się sprytnie uniknąć zdefiniowania kompetencji jako posiadania dyplomu wyższej (albo może wystarczy niższej?) szkoły muzycznej, a wszystko to w Notesie nr 80.
Gdyby bowiem kompetencje miały tak prosto wyglądać, to pewnie muzyka eksperymentalna nie pojawiła by się do dzisiaj? Ale nie chodzi mi o łatwe wyśmiewanie autorów wytrychu pt. "kompetencje" w sztuce, bo istotne jest raczej czym są kompetencje w sztuce i jak się je zdobywa? Dyplom jako papierową kompetencję można odrzucić bez dyskusji, bo byłoby kopaniem leżącego wymienianie setek ważnych artystów bez dyplomu... albo wymienianie setek tysięcy dyplomowanych osób, które niczego interesującego nigdy nie zrobiły. No to może cytacik oparty o stary (ale jary!) tekst Leszka Kolankiewicza traktujący o kulturze czynnej Grotowskiego : " Wszędobylski "profesjonalizm", wyzuty z tego, czym jest prawdziwe mistrzostwo, bezkomfliktowo, jego zdaniem, wpasowuje się w funkcjonujące struktury. Dodajmy, że zamiast "zmierzania do mistrzostwa", o którym mówił Krzysztof Czyżewski, dzisiejszy adept animacji - i pewnie nie tylko on - ma przed sobą stopnie, na które może wspiąć się jeśli nie bez trudu, to z pewnością bez zaangażowania całym sobą i bez krzty zamiłowania do rzeczy. Zamiast kunsztu, który doskonali w działaniu, ma plik certyfikatów. W konsekwencji tak swoiście pojmowanego profesjonalizmu - pointował Kolankiewicz - pojawiła się demoralizująca interesowność niemal we wszystkim, cokolwiek podejmowane jest w kulturze." Cytat pochodzi z książki Doroty Sieroń-Galusek i Łukasza Galuska pt. Pogranicze. O odradzaniu się kultury , która dopiero co została wydana przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Książka jest rewelacyjnym plaśnięciem w budyń i polecam ją z przyjemnością! Wracająć do tematu, gdyby trzymać się kurczowo bożka dyplomu (jakiego dyplomu?), to doprowadzi nas do sytuacji gdy w ściśle zaprogramowanym procesie kształcenia młodych ludzi staje się konieczne uczenie ich postawy antystrukturalnej. Czy jest możliwe, aby podnieść krzesło na którym się siedzi? Tak więc, z wysiłków tego typu wynika pojawianie się całych zastępów profesjonalnych głodnych duchów uczenie dysputujących o tych biedakach (bez odpowiednich kompetencji), którzy coś w życiu zrobili i można z tego uczynić substrat i telewizyjny ciepły kącik (w skrócie: TVP Kultura) dla żarłocznych profesjonałów z wielką swobodą (potwierdzaną wyszukaną mową ciała :-)  ) poruszających się w każdym temacie o jakim warto (w sensie: popłaca) rozmawiać.
Aby trzymać się książki Pogranicze przytoczę jeszcze jedną refleksję zawartą w tytule ostatniego rozdziału: Gościnność. Rozdział zaczyna się tak: " Właściwie nie jedno, lecz dwa słowa - "gościć inność". Tak rozpisana gościnność jest zaproszeniem do spotkania z odmiennością, z tym co różni gospodarzy i gości. Oznacza to gotowość do stawania twarzą w twarz z odmiennością."
Wbrew pozorom, także ten cytat ma wiele wspólnego z tematem dyskusji o kompetencjach w sztuce. Dyplom "z muzyki" jako miernik kompetencji jest po to aby można było być nie-gościnnym?! Tak to wygląda w praktyce. Bo w jakim celu powtarza się nawoływanie do weryfikowania, do ustanawiania niejasnych dowodów "kompetencji" zawodowych, kulturowych... ? To wstęp do wykluczania (to festiwal dla poważnych muzyków pochylonych nad tańszymi wersjami Jabłka, to festiwal dla dyplomowanych stukaczy w bęben, to klub dla tych, którzy mają dyplom z improwizacji... mówi się, że z próżnego w puste nawet Salomon nie naleje, a ten z "kompetencjami" i owszem), do monopolizowania, do manipulowania innymi, do kasy i mediów. Jakoś nikt nie zamienia "kompetencji" na "odwagę w eksperymentowaniu", na " doświadczenie i warsztat", a szczególnie nie na "nowatorstwo", bo publiczność lubi najbardziej te piosenki, które już dobrze zna, a nic tak dobrze nie idzie "profesjonalistom" jak zapożyczenia i podwędzanie wszystkiego nie posiadającym "kompetencji".

Bogaty w zadziwijące konteksty muzyczny sezon 2012 zakończyliśmy dość niezwykłym koncertem z naszym przyjacielem i współpracownikiem Michalem Smetanką. Michal nakłonił nas do sięgnięcia po travnice - tradycyjne, kobiece pieśni pracy ze wschodniej części Słowacji i po brzmienia reliktowych pasterskich instrumentów. To przestrzeń dająca naszemu projektowi (przypominam pełną nazwę ... Lost Space - Magic Carpathians...) autentyczne i pełne inspiracji zaplecze, ale też pole minowe pełne ukrytych "bombowych" kontekstów typu: "polski folk", "folklor", "pieśni białym głosem śpiewane" i tym podobne. :-) Od zawsze mieliśmy trudne zadanie, bo nie chcieliśmy zwalczać ognia beznzyną i nie poszliśmy na granie oberków okraszone "nowoczesnym" skreczowaniem. Nie chcieliśmy zwalczać jednej konwencji inną konwencją. Szukaliśmy tego "ethnocore" w sensie przywołanym we wstępie do wspomnianej już książki Pogranicze przez p. Profesora Krzysztofa Rutkowskiego: "Słowo radix znaczy korzeń. Słowo "radykalny" znaczy zakorzeniony. Działanie radykalne oznacza zatem zakorzenienie, szukanie miejsca, wnikanie w miejsce, w którym pulsuje zarzewie ognia...". Podczas koncertu 6 grudnia 2012 roku byliśmy bardzo blisko: gościliśmy inność i pozwalaliśmy sobie być także "innymi". W tym sensie nasz projekt, który poza płytami przyniósł cztery książki ściśle z nim związane i wiele podróży, przyjaźni i inspiracji jaką dał innym - wydaje się spełniony?! Oczywiście na tyle, na ile pogranicze może być spełnione, bo przecież nie zamknięte i nie zdefiniowane do końca. Jesteśmy na kilka miesięcy przed celebracją 15-lecia Karpat Magicznych i na miesiąc przed rozpoczęciem nowego projektu Noise to Silence... jesteśmy na pograniczu.

Po naszym koncercie były jeszcze dwa miłe spotkania, jedno z  Basią Koroną i Adrianem Spułą (Adrian jest autorem albumu Łem - ukryta kraina... i pisałem o Nim na www.etnobotanicznie.pl) przy okazji Ich pokazu fotografii w Antykwariacie Abecadło i wydaniu dziennika z podróży po Gruzji - Dziennik na Wysokościach. Gruzja (zobaczcie na: www.Donkliszot.com/nie tak szybko do shuapkho), a drugie z muzycznym projektem Tundra z Gdańska. Dostałem świetnie wydany albumik z CD: tundra.anekumena  i chwilę rozmawialiśmy przy scenie w Kawiarni Naukowej. Tundra - Dawida Adrjańczyka i Krzyśka Joczyna przynosi doskonale zrealizowane utwory pełne dronów, ciągnących się mgieł burdonowych zasłon i sonorycznych zwielokrotnień. Na CD znalazłem cztery utwory i pierwszy z nich - Krzyki drzew - nie tylko za sprawą tego, że ma 10:42 !  wydał się mi bliski i znajomy. Kiedy staliśmy przy scenie wypełnionej wieloma instrumentami, przetwornikami i całą tą cholernie dobrą i bliską mi zbieraniną przeczuć piękna, pomyślałem, że może jednak się kręci? Może ktoś jeszcze czasem walnie w budyń?
Na focie Agi ułamek sekundy z koncertu - Izvor - w Magazynie Kultury w Krakowie.




ban nha mat pho ha noi bán nhà mặt phố hà nội